Dystrykty bezsensu cz 4


 

 

 

 66 lat przed łuną, Prorok Ohuj

 

 

 

  No, bo sprawa jest tego typu. Kiedyś to było. Wszystko lepsze, ułożone i nienadgniłe. To były jeszcze te czasy, kiedy słowo ‘Witaj’’ nie brzmiało jak standardowy kod do odpalania rakiet dalekiego zasięgu. Planet City żyło pełnią egzystencji z całym dobrodziejstwem inwentarza. Bezdomnych brak, pijaków brak, rozwódki może ze trzy. Po prostu taki tam sobie raj. Ale pojawił się jeden osobnik, o charyzmie porównywalnej z tą widoczną u niejednego z Bogów, który jakoś nie miał powodu, żeby uśmiechem poprawiać na ulicy dzień innym. Zamiast tego gorszył przechodniów niechlujnym ubiorem, smrodem z mordy i niskich partii ciała. Ogólny brudas i wypierdek. Stacjonował on na zapleczu baru Jahus&Marhil. Było to dobrze rokujące przedsięwzięcie prowadzone przez dwóch kumpli ze szkoły. Obaj z jednej strony analfabeci, z drugiej rekiny biznesu. Nazywali go Szamanem Ohuj, bo głosił niezrównoważone i oderwane od rzeczywistości przepowiednie. Każde słowo było w tych wywodach z innej bajki, niepasujące do siebie pary brzmiały jak bełkot, bez sensu. Pewnego poranka, zimnego i mglistego, Szaman Ohuj nie obudził się. Nie, żeby ktoś się tym interesował, ale ciekawski przechodzień najwyraźniej był skłonny nie tylko sprawdzić, co kryje się na zapleczu baru Jahus&Marhil, ale też udzielił czegoś na zasadzie pierwszej pomocy.

 — Pijak w Planet City? — zdziwił się niskorosły pracownik kopalni mrożonego szpinaku w Krainie Mrożonek. — Wstawaj żulico jedna, bo jeszcze ktoś cię zobaczy i, o zgrozo, pomyśli, że Planet City jednak nie jest takie czyste.

 Szaman ani drgnął. Gąbczaste ciało po każdym delikatnym kopnięciu przez Erwiusza wpadało w niesamowite wibracje, po czym z otworu na czole zaczynał unosić się zielonkawy dym.

 — Martwy? Pierwsza pomoc to nie żary — pomyślał Erwiusz. — Jak przedzwonię kopa mocniej, może ożyje. — Strategia nie zadziałała, jedynie pogarszając sytuację. Wewnętrzny krwotok nabierał rozmachu.

 — Nie wstyd ci? — usłyszał niewyraźnie, ale od razu doskoczył.

 — Żyjesz. To teraz won stąd, bo zadzwonię po rapto…

 — No już. Przestań. Siadaj. — Szaman wskazał stary taboret stojący nieopodal tylnych drzwi baru.

 — Nie żartuj ze mnie menelu.

 — Usiądź i słuchaj.

 Erwiusz niechętnie przystał na propozycję Szamana. Sam do końca nie wiedział dlaczego, ale w jego głowie pojawiły się dziwne myśli. Jeśli nie usiądzie, nie wysłucha tego menela, nie dożyje jutra. Znajdą go obdartego ze skóry pod własnym mieszkaniem, pod oknem pokoju syna.

 — Mów, tylko szybko.

  Szaman nie odpowiedział, zapadała głucha cisza, po której dłoń Ohuja chwyciła za bark Erwiusza. Jak błyskawica jego ciałem wstrząsnęły potworne konwulsje. Krew osiągnęła temperaturę krytyczną, żyły i tętnice zaczynały pękać. Erwiusz widział przed sobą jedynie błękitną poświatę, po której znalazł się na pustkowiu, otoczony kręgiem wbitych w ziemie pali, zakrwawionych z resztami ciał.

 — Co do kurwy?! Gdzie ja jestem?! — Jęk przez nieco zdarte gardło nie osiągnął odpowiedniej mocy.

 — Daleko, ale to tak cholernie daleko, jak tylko mogłem cię przenieść. Kiedy wrócisz, okaże się, że masz jedynie kilka zadrapań i siniaków.

 — Przecież czułem! Umierałem!

 — Dokładnie. Bogowie to tak zaprogramowali. Żaden mieszkaniec Planet City ani innego dystryktu nie wróci żywy z wędrówki wizjami.

 — No a ty to pewnie, ten jedyny! Zabierz mnie stąd! — Erwiusz spojrzał w niebo. Było martwe, porozrywane na kawałki i zgniłe. Ubytki wypełniała ciemność, kleista i gorąca jak diabli.

 — Jestem błędem, i tylko błędem. Kiedyś byłem jednym z nich, ale nie chcieli mnie, sukinsyny. Ot, tak wyrąbali z posadki. Odebrali maratony gier planszowych i cztery osobiste… samice do pocieszania.

 — Kurwa! Jestem tylko jednym z pionków! — Blond plereza wzburzyła się jak niespokojne wody oceanu. Gdyby mogła, nabrała by czerwonej poświaty ze złości. Erwiusz przybrał minę skołowanego, a złość była tylko efektem ubocznym.

 — No i dlatego ciebie tu zabrałem. Stoisz w tym samym miejscu, gdzie wcześniej, ale to jest wizja. Ten scenariusz jak na razie ma przychylność producentów, chyba go zaakceptują.

 Erwiusz tylko rozejrzał się wokoło i raczej nie uwierzył.

 — Naćpałem się, ot co. — Sterczący, ostry jak szpikulec nos zadrżał. Czubek pokryty resztami łuszczącego się naskórka swędział jak diabli, tyle że w takiej sytuacji nie warto było zaczynać o nosie. Lepiej poczekać, przeboleć.

 Szaman, który był tylko głosem, zaśmiał się cicho.

 — Dobra, dobra. Słuchaj mnie mierna mrówo z kopalni szpinaku. Widzisz swoje ukochane Planet City, ale za jakiś czas. Nie powiem ci za jaki, bo nawet nie wiem, czy ci pazerni producenci zaakceptują ten scenariusz. Tutaj nawet Bogowie nie pomogą. Oni są tylko wykonawcami.

 — Klasycznie — prychnął Erwiusz. — Stara dobra przygoda z wybrańcem co to ocali istnienia i żyli długo i mieli kredyt hipoteczny…

 — Zawrzyj pysk! Widzisz to, zapamiętujesz, mówisz burmistrzowi, że ma się postarać o lepsze jutro. Właściwie, to chwyć go za dłoń. Zobaczy to samo i wtedy na bank uwierzy, a ja w końcu będę wiedział, że mimo krwotoku, jaki mi podarowałeś, uratuję co nieco istnień.

 Reszta potoczyła się jak urwany film. Cisza, ciemność, ból głowy i na koniec obfity rzyg. Erwiusz nie panował nad ciałem, które kołysało się jak podczas osiedlowego baletu po płynnej wieczerzy. Szaman, nieco zdechły, wydawał się jakby tylko spał. Bar był już otwarty, a przechodnie zdążyli zauważyć co nieco. Plotki, ploteczki. Erwiusz szybkim krokiem ulotnił się stronę parku. Tamtejsze ławki uspokajały, szczególnie w cieniu potężnych drzew.

 

 

 

 W trakcie łuny, podporucznik Sekator-Pazur, velociraptor

 

 

  Rozgoryczenie, a może już pierwsza fala wściekłości. Sekator-Pazur wpadł w trans bezmózgowego podejmowania decyzji. Jakby krew szeregowego Papcio, która nadal spływała po jego kłach, okazała się być trucizną odbierającą resztki zdrowego rozsądku. Reszta żołnierzy nie uskarżała się w ramach prezentowania siły przed ich autorytetem. Oprócz szeregowego zgon całkowity zaliczyło trzech innych. Głupia śmierć, ale czy mądre życie? W Planet City żeby egzystować w miarę mądrze, trzeba było naprawdę nie lada wysiłku i twardej mentalności. Zmienne nastroje polityczne i społeczne potrafiły same w sobie wywołać atak myśli samobójczych zwieńczonych udaną próbą. Podporucznik spojrzał na podopiecznych dziwnie zagubionym wzrokiem. Nie było w nim stalowej odwagi i nietuzinkowej charyzmy. Tylko strach i zdezorientowanie dziecka, które szukało swoich rodziców w nieprzebranym tłumie.

 — Ilu poszkodowanych? — nieśmiałe pytanie jakby nie dotarło do żołnierzy. — Ilu?

 — Troje odpadło, reszta poturbowana nieco. A nie, jednak czterech, bo…

 — Taa, wiem co. Szeregowy Papcio zrobił wiele w ciągu swojej służby. Skończył ją zbyt szybko.

 — Tak naprawdę to był najgorszy — wtrącił nagle ktoś z tyłu poturbowanych.

 — Był jednym z tych, którzy mieli na swoich barkach przyszłość jednostki w Planet City. Teraz kiedy coś rozwala je skutecznie, nadzieja jakoś zdechła.

 — Szeregowy Papcio powiedział, że łuna jest niedobra. Że zrobi bałagan i to niezły. — Szeregowy Failloo wystąpił prężnie z mizernego szeregu i zasalutował.

 — Zmiana pogody? Bredził. Czerwone chmury to nic.

 — Panie podporuczniku nie sądzę. Mówił poważnie, nawet płakał. Poza tym to nie chmury, tylko forma gęstej masy napływająca na niebo.

 Sekator-Pazur zignorował kolejną porcję informacji potencjalnie ważnych. Chmury są na niebie. Ja się robią czerwone to nieboskłon pięknieje. Prawda? Walić wszystko, zanim samo się zawali. Podświadomie czuł, że krach nadchodzi nieubłaganie, ale wyparcie. O tak, wyparcie było cudowne.

 Zimny strach czaił się tuż za rogiem, blisko. Odesłał żołnierzy do koszar. Sam obolały rozważał powrót do domu albo wizytę u szefa. Wybrał drugą opcję, skoro i tak dzień zakończenia tragikomicznej przygody w jednostce Planet City zbliżał się coraz szybciej.

  Nudny, szary budynek, w którym na pierwszym piętrze urzędował Szef, odpychał za każdym razem. Tylko niebotyczne zarobki mogłyby skusić, oglądać tę abominację nudziarstwa budowlanego codziennie albo nieco krócej. Sekator-Pazur wpełzł do środka, minął dwa okienka rejestracji i powędrował w stronę windy. Klita dwa na dwa metry mieściła w założeniu dwa velociraptory, ale na jego szczęście mógł rozkoszować się kilkusekundową podróżą samotnie. Na piętrze wnętrze odpychało jeszcze bardziej. Szara masa wylewała się ze ścian i sufitu. Jedno okno wychodzące na okoliczne osiedle nie pomagało. Widok z niego kusił jedynie do szybkiego skoku i zakończenia nic niewnoszącej w życie Planet City wędrówki. Pokój numer sto jeden należał do niego. Zimnego drania, który arktycznym wzrokiem potrafił wywołać anginę w kilka sekund. Zapukał.

 — Wejść!

 — Melduję się…

 — Tak, tak, siadaj Pazur. — Szef był obleśną kreaturą z bojlerem wielkości trzech ciążowych brzuchów, ale sprytem potrafił przechytrzyć co poniektórych dobrze obsadzonych gości.

 — Czy mój wniosek został rozpatrzony?

 — No pewnie, że nie. Nie mam czasu Pazur na twoje wnioski. Widziałeś niebo?

 — Pogoda zachwiana.

 — No jasne, jasne. Pogoda. To początek końca żołnierzu. Mam oficjalny list od Boga Czwartego. Pracują nad tym, ale zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Anomalię. — Ten wzrok. Zimny i ostry. Dla niektórych na tym etapie mógł być zabójczy.

 — Nic nie wskazywało na żadne problemy. Nagła apokalipsa?

 — Taa, nagła. Prowadzą śledztwo. Mieszkańcy dostają małego pierdolca i naszą powinnością jest unieszkodliwienie potencjalnych zapalników większej paniki. Zbieraj swoich Pazur, macie ogarnąć śródmieście z porąbanych proroków. W takich chwilach mnożą się niebywale szybko.

 Podporucznik zaciął się na moment.

 — Masz jakieś przeciwskazania? — Pytanie było w zasadzie ostrzeżeniem. Skutecznym jak nic innego.

 — Nie, wszystko jasne.

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: fantastyka
Opis: https://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/963.php - część 3
Dodano: 2019-11-26 22:42:34
Komentarze.
*Canulas 2 m.
"To były jeszcze ten czasy, kiedy słowo ‘Witaj’’" - że jak?

"Planet City żyło, pełnią egzystencji z całym dobrodziejstwem inwentarza.' - na przecinkach to ja się nie znam, ale ten tutaj wydaje mi się niezasadny.

"Głupia śmierć, ale czy mądre życie?' - to zacne.


Tekst trudny, nadmiar wszystkiego przytłacza w narracji, ale daje wytchnienie w spoko dialogach. Misz-masz. Co chwila łapię siię na tym, że myślę: co autor miał na myśli?. Nie mniej, na wysokości pojedyńcczego zdania, czasem zacne.


Odpowiedz
~marok 2 m.
Akurat tutaj myślałem, że zwolniłem i jest lżej. No to się pomyliłem chyba. Muszę przemyśleć tę kwestię żeby nie zapuści się zbyt głęboko
Odpowiedz
*Canulas 2 m.
To tylko jedna opinia
Odpowiedz
~marok 2 m.
Jak dla mnie znacząca
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin