Rola - #konkursświąteczny


  Nie, żeby ktoś narzekał, ale było cholernie zimno. Siarczysty mróz, porywisty wiatr i ostre jak żyletki płatki śniegu bombardujące domy, szpitale, ośrodki opiekuńczo – wychowawcze. Artyzm wyboistych szos zamieniał się w gładkie śnieżne obrusy na tle żółtego światła lamp wyglądające nudno. Prawdziwa atmosfera świąt. Puste ulice, zamarznięte w ciemnych zaułkach ciała, nikłe światła świec w oknach domów. Od trzech dni nie było prądu. Pogotowia energetyczne sprawnie odciągały przywrócenie ładu i wykonanie roboty jak zwykle. Tak jakby w ogóle nie istnieli.

 Stary ruski złom zaparkował obok dwóch kamiennych śmietników na Biggy Street. Za zaparowanymi szybami dwie postacie siedziały w milczeniu kilka minut, zanim drzwi kierowcy otworzyły się ciężko. Chudy facet, około czterdziestki w orzechowym płaszczu przełknął nerwowo ślinę.

 — Za zimno i za cicho — stwierdził, zatrzymując ruchem dłoni pasażera, który już chwytał za klamkę.

 — Bredzisz, jest wigilia, to normalne.

 — Normalne jest, że w całym mieście nie ma prądu, a ludzie jakby wyparowali, poza tymi którzy zamarzli od tego chłodu.

 Pasażer nie odpowiedział. Przetarł dłonią przednią szybę i zastygł jak manekin sklepowy na siedzeniu.

 — Robisz z siebie idiotę, Derry. Jak już udajesz manekina, to rób to pożądnie i przestań oddychać do cholery!

 — Przestanę oddychać, jak ty przestaniesz udawać detektywa-ćpuna z szóstym zmysłem. Fal, przecież to nie Hollywood.

  W Hollywood było inaczej, dużo inaczej. Czy lepiej, tego Falin nie mógł stwierdzić, ale co ugrał w koszmarkach ze zmutowanymi szczurami gigantami (w sumie cztery części i prequel) to jego. Toyson Brand — zaćpany detektyw z depresją, wieczną anginą i multum innych choróbsk, który rozwiążę każdą sprawę w trymiga, czyli osiemdziesiąt siedem minut. To była jego rola życia, opus magnum docenione przez wytrawnych koneserów megahitów spod deski klozetowej.

 Falin zamknął drzwi auta i powolnie dotoczył się na drugą stronę ulicy. Pozwolił sobie udać, że nie słyszał żadnej pogardy dotyczącej jego roli. Nienawidził tego. Zawsze przed oczami miał kamerę, zawsze musiał wyglądać idealnie, jak wyluzowany naćpany geniusz, który bada kolejną zagadkę. To jego chwila, ona trwała wiecznie. Zza przyciemnianych okularów z grubymi oprawkami zaśnieżona ulica i chodnik wyglądały surrealistycznie. Plastikowy rekwizyt budujący jeszcze bardziej jego ego, Falin znalazł w kieszeni płaszcza. Posępna mina nie zdradzała wszystkich jego intencji. Był wielowymiarowy jak lekki irokez wyżelowany na wszystkie kierunki świata.

 — Mam wrażenie, że jestem pierdolonym conciergem… tyle że w wersji samochodowej… wiesz, o czym mówię — powiedział, szukając ulubionej stacji radiowej, jakby zapomniał, że w tym złomie antena przechwytuje sygnał tylko FullBorn FM. Akurat trwała audycja przyrodnicza o niezwykłym świecie szkarłupni. Z dwojga złego lepsze to niż gadanie do siebie. Derry też tak sądził i wsłuchując się w miękki głos doktora habilitowanego Froyda Fuckallena, zamknął oczy. Odpłynął sennym jachtem.

  Czym jest do diabła prawdziwa atmosfera świąt? To jakiś kod, slang gangu mikołajów, a może hasełko marketingowe tuż nad przeceną na karpia? Było coś w tym szyku wyrazowym, co elektryzowało ciekawość Falina. Odpowiedź niebanalna jak on sam; wielowymiarowa, pełna rozgałęzień do kolejnych zagadek. Co ‘’emerytowany’’ aktor horrorów klasy B może robić, gdy złota, srebrna i brązowa era miną? Uwodzić owdowiałe księgowe podczas rutynowych wycieczek do spożywczego. Próbował, ale z mizernym skutkiem. Policzki piekły na samą myśl. Ktoś kiedyś powiedział mu, że w wigilię dzieją się cuda. Oto i była. Wigilia w całej okazałości. Właściwie zbliżał się wieczór wigilijny; śnieżny i mroźny jak cholera. Na ulicach pustki, jakby miasto zastygło i zapadło w sen zimowy.

 — Derry, czemu śpisz?! — Chrapliwy jęk poderwał zaspanego conciergera samochodowego, co dało się usłyszeć, kiedy czubek głowy przydzwonił w dach auta.

 — Tyyylko… minutę. — odpowiedział, przecierając oczy. Audycja nadal trwała; doktor opisywał akurat ogólną budowę anatomiczną rozgwiazdy. Pasjonujące.

 — Nie ma publiki, nie mogę tak grać.

 — Czego się spodziewałeś w wigilię? Są święta, ciepło i ta prawdziwa atmosfera, wiesz, o co chodzi.

 — Ani trochę, nawet w wigilię znajdzie się ktoś na ulicy, a tu ani żywej duszy.

  Derry spojrzał w okna kamienicy, pod którą zaparkowali. Wszystkie były tylko czarnymi prostokątami na ledwo widocznej ceglanej ścianie. Brak prądu w wigilię to słaba perspektywa. Najwyraźniej z zapasem świec też nie było najlepiej.

 — Nie ma ludzi?

 — Nie ma.

 — Mówiłem do siebie. No wiesz, atmosferę ci robię.

 Falin spojrzał na niego tępym wzrokiem.

 — Pff, twoja atmosfera nawet trzecioligowca spod kamerki telefonicznej by nie zadowoliła, a co mam ja powiedzieć?

 — Może uciszyć japę na parę minut, w ramach budowania osobistego napięcia. Dobrze ci to zrobi.

 — Na Willmort Street jest osiedle domów jednorodzinnych. Tam na pewno będzie dobra publika. Mnóstwo pijaków tam się gnieździ. — Ruszyli gwałtownie, nie zwracając uwagi na sygnalizację świetlną, znaki zakazu i nakazy jazdy w zupełnie innym kierunku. Ulice były puste, a auta równo zaparkowane na poboczach. Parkingi wręcz pękały w szwach; auto na aucie.

  Gwałtownie skręcili przy pizzerii Boldo Trolf, minęli centrum wąskimi uliczkami bocznymi, po czym wylecieli jak strzała na Willmort Street. Szeroki pas asfaltu otoczony z obu stron domami i garażami do nich przyległymi. Prosty chodnik ciągnął się tylko do połowy. Budowa nadal trwała i szła raczej opornie. Falin zatrzymał auto obok jakiegoś mercedesa i zaciągnął ręczny.

 — Niech to szlag! Nawet tu ani żywej duszy. Co do…

 — Mówiłem Fal, wigilia, święta.

 — Ta, wszyscy siedzą po ciemku i dzielą się opłatkiem, obmacując sobie… wszystko.

 — Dwa trupy w ciemnej uliczce, może sztywne i zamarznięte, ale mogli być twoimi najwierniejszymi widzami.

 Falin tylko westchnął cicho. Poprawił kapelusz i wyszedł z auta, zdejmując okulary, zanim prawa stopa zetknęła się z chodnikiem.

 — Jesteś dla mnie zbyt krytyczny — powiedział.

 — Jestem obiektywny, widzę i opisuję. Mam ci powiedzieć prawdę? Jesteś chory, cholernie i niezaprzeczalnie. Gdzie teraz widzisz kamerę? W kominie któregoś z domów? A może, kiedy wyjdę, zobaczysz ją wystającą z mojej dupy? — Wysokie czoło Derrego pokryły wąwozy zmarszczek, którymi spływały krople potu, skutek ekspresyjnego wymachiwania rękami. Jak gdyby były zaklęte i chciały uwolnić się od swojego właściciela.

 — Masz mnie. Ty i twój kogut na tej prawie łysej glacy — poczerwieniał bardziej ze wstydu niż ze złości.

  Derry wysiadł, nasunął na głowę kaptur kurtki i trzasnął drzwiami dostatecznie mocno, by auto zatrząsało się na kołach. Podszedł pod drzwi najbliższego domu. Dzwonek działał idealnie irytująco by zakłócić spokój każdej wigilijnej kolacji. Derry wcisnął go trzy razy, ale poza wyprowadzającym z równowagi dźwiękiem nie usłyszał zupełnie nic. Miał niebieskie oczy i wierzył, że to pomaga w ciemności, dlatego wpatrywał się w okno salonu dość długo. Nikły ruch, jakby ktoś leżący na podłodze drgnął nieznacznie. Odwrócił się. Fal przechadzał się chodnikiem tam i z powrotem w dziwacznych dostojnych pozach. Co jakiś czas nachylał się nad chodnikiem i bacznie przyglądał.

 — Trzeba było robić se prawko, idioto — mruknął do siebie.

 Włączył latarkę. Zorientował się o jej obecności w kieszeni rychło wczas. Zaświecił w okno salonu. Ani żywej duszy. Wigilia nie mijała najlepiej, ale co on tam mógł wiedzieć? Chyba nic, bo nigdy jej nie obchodził. Wrócił do auta, widząc jak Falin stoi nieruchomo na chodniku, udając... manekina? Albo kamienny posąg. W każdym razie ani drgnął.

 — Nie za zimno na wieczorne spacery?

  Trzecia latarka zaświeciła Derremu prosto w oczy, oślepiając na kilka sekund.

 — Mróz jak cholera, szkoda, że roboty mu zabrakło — W świetle reflektorów pojawił się facet, podstarzały w szykownym, czarnym płaszczu, grubym szalu i ciepłej czapce. Miał mętny, nieco zaspany wzrok. No i brodę. Długą i białą.

 — Tutejszy? — spytał Derry.

 — Nie. Mieszkam na Gold Horse, takie tam stare osiedle. Ale tutaj zawsze przychodzę w wigilię.

 — Tegoroczna nie zachwyca.

 — Eh, co racja to racja. Rok za rokiem coraz gorzej. Nie oglądaj się za przyjacielem, nie ma go tu.

 Derry spojrzał na faceta, który grzał dłonie na lewym reflektorze gapiąc się w ciemność za nimi.

 — Był tu przed chwilą, znowu mu coś odbiło i zapuścił się. Cholera wie gdzie, on…

 — Ma rolę do zagrania — wtrącił mężczyzna. — Wielki powrót, największy.

 — Nie wiem, o czym pan mówi, ale nie mam teraz czasu na to. Muszę go znaleźć.

 Mężczyzna złapał Derrego w ostatniej chwil za dolny koniec kurtki.

 — Zostań, jego tu nie ma.

 Wiatr wzmógł się, unosząc śnieżny pył z ulicy wysoko ponad domy. Temperatura spadła jeszcze bardziej. Podstarzały dziadyga wyglądał jak chory desperat. Miał przekrwione białka, a z nosa ciekła mu zamarzając tuż nad ustami przezroczysta maź.

 — Nie ma go tu. Musi zagrać. Ma angaż.

  Jedna chwila często waży o wszystkim. W tym przypadku zaważyła w kooperacji z pięścią Derrego, która jak rozpędzony pociąg zespoliła się z nosem mężczyzny. Słychać było cichy trzask. Śnieg na ulicy przybrał barwę różu. Derry wsiadł do auta, odpalił i wrzucił bieg. Na jego szczęście ręczny był tam tylko do ozdoby. Auto szarpnęło i gwałtownie ruszyło do przodu. Prawe przednie koło najechało na przeszkodę. Ta przeszkoda jeszcze wtedy żyła, ale po spotkaniu z oponą szansę zmalały drastycznie. Ulica ciągnęła się kolejny kilometr w prostej linii, potem skręcała w prawo. Gdzie on właściwie jechał? Ratować kumpla? A gdzie tam. Temu pajacowi już nic nie pomoże. Zniknął, cholera wie gdzie zagrać kolejną wielką rolę. Może to angaż jego życia? Derry jechał na Gold Horse. Dotarł na miejsce po dziesięciu minutach. W jednym z okien kamienicy dostrzegł nikłe światło świecy. Ludzie. Żywi? Oby tak. Wbiegł po schodach świecą na co drugi stopień. Nie upadł ani razu. Pełna profeska. Mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze, numer osiem. Nawet nie pukał. Wbiegł do środka jak złodziej desperat.

 — Derry Holldorn? Wejdź szybko.

 Głos dobiegał z salonu. Siedział tam mężczyzna z lekką nadwagą, długą brodą i fikuśną czapką koloru wyblakłeś czerwieni z białym obszyciem na wysokości czoła. I jeszcze ten dzyndzel na samym czubku. Brudny i osmolony.

 — Dobra, on tu mieszkał, na tej ulicy. Co jest grane?

 — Geki? Ta, miesza tu.

 — Mieszkał. Rozjechałem go autem.

 —… bywa i tak. Ale on akurat nie był istotny.

 — Jest problem. Ja mam problem. Jestem ślepy i nie zauważyłem, że z dziewięćdziesiąt dziewięć procent mieszkańców miasta zaniknęło nagle. Ot tak.

 Facet zamyślił się albo przysnął na parę sekund.

 — Jest pewien problem, ale to tylko przejściowe trudności.

 — Mhm, czyli o co biega?

 — Potrzebuję ludzi. I jeszcze mojego zastępcy. Czyli pracownicy plus szef. Wigilią jest dzisiaj, a ja jakby to ująć… umieram. Zresztą co ja będę ci opisywał cały proces, przecież ty nawet wigilii nie obchodzisz.

  Karabin samopowtarzalny stał obok fotela cały czas, ale Derry jakimś cudem go nie dostrzegł. Najwidoczniej nie było dane mu, żeby zmienić koleje losu, bo podziurawiony, na starym dywanie w domu Mikołaja-emeryta nie mógł już wiele poradzić. Czort jeden wie, co go zaprowadziło do tego mieszkania. Głupia chęć rozwiązania zagadki czy co innego? Mężczyzna nie sprzątnął zwłok, nawet zawiązanie butów było dla niego zbyt męczące. Ale zdołał wykonać jedne telefon. Odebrał Falin.

 — Przeczytałeś scenariusz?

 — Tak, jest świetny.

 — Cieszę się. Pracowali nad nim najlepsi. Tylko pamiętaj, wszyscy statyści noszą zielone mundurki i zielone czapki i to jest twoja…

 — Tak, tak wiem. Tylko ci w zielonym.

 — Wspaniale. Graj tak jakby to była twoja rola życia, bo jest, poniekąd.

 Mężczyzna rozłączył się i westchnął. To nie był sen, na pewno nie. Czasami wątpił w to. Wrażenie, że wszystko, co robi jest surrealistyczną karuzelą nieporozumień, przeważało nad racjonalnymi argumentami. Nawet nad tym jednym, że przecież umierał.

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: inne
Opis: tekst nie jest na konkurs świąteczny. To tylko taka inspiracja
Dodano: 2019-12-06 14:40:39
Komentarze.
~JamCi 2 m.
Przyjdę. Obiecuję.
Odpowiedz
*Ritha 2 m.
Ja też przybędę, tylko ogarnę kilka spraw.
Marok, obadaj maila
Odpowiedz
~marok 2 m.
Oki, nie ma pośpiechu.
Odpowiedz
~marok 2 m.
Maila ogarnąłem
Odpowiedz
~marok 2 m.
Oki, nie ma pośpiechu.
Odpowiedz
*Canulas 2 m.
Marok, jestem po pierwszych iętnastu zdaniach i wygląda na to, że albo jest na Ciebie moda, albo to znalazłeś i masz. Klimat czuć, tarantinowskość czuć. Bracio Coenowość - czuć. Idę dalej.
Odpowiedz
*Canulas 2 m.
Np to: "Toyson Brand — zaćpany detektyw z depresją, wieczną anginą i multum innych choróbsk, który rozwiążę każdą sprawę w trymiga, czyli osiemdziesiąt siedem minut. To była jego rola życia, opus magnum docenione przez wytrawnych koneserów megahitów spod deski klozetowej. " - wow

"Ale zdołał wykonać jedne telefon. Odebrał Falin." jeden


Noo, szkic bohaterów super. Nazy również. Wszystko w klimacie Silent Hill.
Dziwne, niepokojące, choć gdzieś tam, w środkowej części o dwa, trzy dialogi "nadgadane".

Myślę, że to już ten moment. Ten etap. Jesteś już na to gotowy: https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4855652/blasfemia
Odpowiedz
~marok 2 m.
No czuję trochę dreszcz. Tytuł wymowny a i opis też taki barwny bym powiedział. Zachęca, jak dziwnie by to nie zabrzmiało
Odpowiedz
~JamCi 2 m.
Tak jakby w ogóle nie istnieli. - wcześniej było -ły a tu -li
zatrząsało - zatrzęsło
Wigilią jest dzisiaj - Wigilia
jedne telefon - jeden

Powiem Ci, że zaczynałam czytać tak normalnie, a potem nagle mnie wciągnęło jak wir. Troche sie po drodze wynurzyłam, ale wciągnęło znowu. Nie wiem co mam o tym myśleć. Hmmm... To chyba dobrze. :-)



Odpowiedz
~marok 2 m.
taka mała huśtawka. No jestem też zmieszany. Ale raczej, chyba dobrze. No to cieszę się się

Odpowiedz
*Ritha 2 m.
"ostre jak żyletki płatki śniegu bombardujące domy, szpitale, ośrodki opiekuńczo – wychowawcze" - opiekuńczo-wychowawcze

"Prawdziwa atmosfera świąt. Puste ulice, zamarznięte w ciemnych zaułkach ciała, nikłe światła świec w oknach domów. Od trzech dni nie było prądu" - inspirujące to "Od trzech dni nie było prądu". Proste, ale hm, zatrzymało mnie. Może przez podwaliny klimatu od samego początku.

"Chudy facet, około czterdziestki w orzechowym płaszczu przełknął nerwowo ślinę" - tak, właśnie tak, po prostu, żadne alabastrowe Zdzisławy i róg Pokrętnej, Koziej i Bladożółtej, gdzie facet z trzema rekami i dwoma nosami, bratanek Pankracewiczównej z Rysomłotów rozpoczyna swój dzień. Nie, po prostu – chudy facet, około czterdziestki w orzechowym płaszczu przełknął nerwowo ślinę. Wystarczająco.

"— Za zimno i za cicho — stwierdził, zatrzymując ruchem dłoni pasażera, który już chwytał za klamkę" - zaczynasz kadrowac i zbliżac kamere, Can to robi przez całe Pięćset mil pustynnej żeglugi

zw, kwadrans


Odpowiedz
*Ritha 2 m.
"Toyson Brand — zaćpany detektyw z depresją" - krótsza kreska, ale nie za krótka, półpauza zamiast pauzy
"zaćpany detektyw z depresją, wieczną anginą i multum innych choróbsk, który rozwiążę każdą sprawę w trymiga" - rozwiąże*

"Zawsze przed oczami miał kamerę, zawsze musiał wyglądać idealnie, jak wyluzowany naćpany geniusz, który bada kolejną zagadkę. To jego chwila, ona trwała wiecznie. Zza przyciemnianych okularów z grubymi oprawkami zaśnieżona ulica i chodnik wyglądały surrealistycznie. Plastikowy rekwizyt budujący jeszcze bardziej jego ego, Falin znalazł w kieszeni płaszcza. Posępna mina nie zdradzała wszystkich jego intencji. Był wielowymiarowy jak lekki irokez wyżelowany na wszystkie kierunki świata" - dobreee

" — Tyyylko… minutę. — odpowiedział" - bez kropki, na miłość boską!

" — Jestem obiektywny, widzę i opisuję. Mam ci powiedzieć prawdę? Jesteś chory, cholernie i niezaprzeczalnie. Gdzie teraz widzisz kamerę? W kominie któregoś z domów? A może, kiedy wyjdę, zobaczysz ją wystającą z mojej dupy? — Wysokie czoło Derrego pokryły wąwozy zmarszczek, którymi spływały krople potu, skutek ekspresyjnego wymachiwania rękami. Jak gdyby były zaklęte i chciały uwolnić się od swojego właściciela.
— Masz mnie. Ty i twój kogut na tej prawie łysej glacy — poczerwieniał bardziej ze wstydu niż ze złości" - dialogi bardziej mięsiste, a i wtrącenia podialogowe nie od czapy, idzie to wszystko w dobrym kierunku, szlifujesz styl

Linia fabularna nadal mglista, ale noo, idzie ku lepszemu. Szlify ida w dobrą stronę, Marokok
Odpowiedz
*Ritha 2 m.
Czemu nie na konkurs świąteczny? pasuje, wrzuć
Odpowiedz
~marok 2 m.
'— Tyyylko… minutę. — odpowiedział" - bez kropki, na miłość boską!' - mam nadzieję że nie zepsułem ci tym reszty dnia )

No jeszcze nie wiem jak z tym konkursem. Mam inny prawie napisany tekst i zobaczę jak skończę czy tamten dam na konkurs czy ten. Przemyślę to.

'Zdzisławy i róg Pokrętnej, Koziej i Bladożółtej, gdzie facet z trzema rekami i dwoma nosami, bratanek Pankracewiczównej z Rysomłotów rozpoczyna swój dzień. ' - w tym zdaniu się fabuła sypie Ograniczę dziwność na rzecz lepszego pokazania bohaterów. Dzięki.
Odpowiedz
*Ritha 2 m.
"'— Tyyylko… minutę. — odpowiedział" - bez kropki, na miłość boską!' - mam nadzieję że nie zepsułem ci tym reszty dnia )" - no mało brakowało!

D
Odpowiedz
^krajew34 2 m.
Witamy pracę, bardzo prosiłbym o dodanie w tytule odpowiedniej adnotacji #konkursświąteczny. Dziękujemy za uczestnictwo.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin