TW#22 - Kompilacja drogowa


 Postać: Znam go z przyszłości

 Zdarzenie: Nieczytelne pismo

 

 

 

 

 

 

 

 

  W duchu osobistego szczęścia wbił się w starego dęba rosnącego przy jezdni. Drzewo zatrzeszczało złowrogo i zrzuciło liście na rozkraczony radiowóz. Will wyczołgał się z auta, zlizując z podniebienia krew. Pluł co chwilę, wycierając rękawem munduru usta. Rozbił się pięćdziesiąt metrów od miejsca, do którego zmierzał. Tyle dobrego, pomyślał. Kuśtykając podszedł do grupki policjantów stojących za czterema radiowozami. Wszyscy w doskonałych humorach. Cztery rozjechane jak naleśniki trupy leżały obok, nie pochłaniając jednak większej uwagi żadnego z nich. W powietrzu czuć było smród dymu zmieszany z posmakiem korniszonów.

 — Willson, baranie nie skradaj się. Mamy ogórki i herbatę — krzyknął jeden z policjantów.

 — Rozjebałem radiowóz. Trudno nie skradać się po czymś takim.

 Policjanci spojrzeli po sobie. Uśmiechy nie schodziły z twarzy, a wręcz promieniały jeszcze bardziej.

 — Walić tego rzęcha. U nas też ciekawie. Mamy cztery trupy, a Samuel przywiózł korniszonki i ciepłą herbatkę malinową. Albo truskawkową, jak wolisz — Brandon zaprosił Willa gestem do rozkładanego stolika, na którym stały cztery słoiki ogórków i dwa termosy z herbatą.

 Gorący napar na samą myśl rozgrzał myśli i wnętrze Willsona. Siedmiocentymetrowe zakola nie pomagały w termoizolacji, tym bardziej że nienawidził chodzić z jakimkolwiek nakryciem na głowę. Zima nie zaskoczyła śniegiem, jedynie siarczystym mrozem i wiatrem ciskającym odłamkami szronu z gałęzi. W czwórkę stali na kompletnym odludziu otoczeni gołymi nieużytkami i resztkami lasu w postaci ostrych wystających z ziemi badyli. Wiatr nasilił się.

 — Mróz trzyma jak nigdy. A tej rodzince wszystko jedno. — Samuel spojrzał na blade twarze czwórki nieszczęśliwców, poprawiając roztarganą przez wiatr blond grzywę.

 — A w ogóle wiadomo, co się stało?

 — Wilson, wiadomo, co się stało. Pierdolnął ich samochód. To się stało — ryknął Brandon. Z czerwonymi jak dwa odblaski uszami spojrzał niechętnie w stronę reszty, wyraźnie zawiedziony brakiem wsparcia.

 — Takiej klasyki nie spodziewałem się. A ten facet w radiowozie?

 — Szedł drogą, to go zgarnęliśmy. Pieprzył farmazony, że to i tamto. Dziwak, pewnie mieszka w jakieś lisiej norze na tym pustkowiu.

 Will spojrzał na mężczyznę. Nie wyglądał na kompletnego dziwaka. Był równo ogolony i miał gęstą czarną czuprynę. Przyglądali się sobie dłuższą chwilę. ‘’Love Is In The Air’’? Nie do końca. Facet świdrował swoimi piwnymi oczami każdy skrawek munduru Willa z bezemocjonalnym wyrazem twarzy.

 — Te trupy nie wyglądają jak rodzina — przerwał milczenie, odwracając się z powrotem w stronę ciał.

 — Czepiasz się. Dla mnie wyglądają jak rodzina. Leżą w równiutkim rzędzie, młodzi i nieco starsi. Nie szukaj dziury całym, Will, nie o to chodzi w tej robocie. Trzeba ci więcej korniszonów i truskawkowej herbatki.

 — Wolę malinową, a korniszony to zielony rzyg. — Nalał do plastikowego kubka trochę herbaty i wziął łyk. Czując jak ciepły napar rozgrzewa przełyk i żołądek na chwilę zapomniał, że sterczy na mrozie pośród pustkowia.

 Skromna biesiada na stojąco trwała kolejne pół godziny. Wiatr zawiewał coraz mocniej, palącym bólem omiatając nieosłonięte twarze i dłonie policjantów. Kiedy herbata się skończyła, zostało tylko stanie na mrozie i przyglądanie się czterem trupom. Dwie kobiety i dwóch facetów. Wszyscy ubrani jakby wrócili z plażowej imprezy. Zaschnięta na nieosłoniętych ciałach krew stworzyła interesujące (według Samulela) wzory. Aż szkoda je niszczyć.

 — Zostawmy ich tu.

 — Wiesz co Samuel, teraz gadasz, jak trzeba. Pierwszy raz od pierdolonej dekady, kiedy widywaliśmy się na patrolach non stop, mówisz coś do rzeczy, sensownie, jak człowiek — Brandon poklepał kompana po ramieniu. Te cztery klepnięcia, rytmiczne i męskie w swojej mocy były równoznaczne z orderem.

 — Ej, wiecie co?

 — Nie spindol tego Samuel. Przemyśl, zanim coś palniesz.

 — Gdzie Rick?

 — Rick? — zdziwił się Brandon, delikatnie zaciskając dłonie.

 — Rick Bendon — wtrącił Will. — Kurna, posterunkowy Rick.

 — Nie wiem. Nie raczył o sobie wspomnieć, pewnie poszedł na spacerek. Lubił paradować na mrozie.

 — Tak samo, jak wasz zatrzymany. — Will wskazał na pusty radiowóz, w którym siedział rzekomy wariat.

 — Pierdoli Willson — rzucił szybko Brandon. Zdążył jeszcze obrócić się o sto osiemdziesiąt stopni i wrócić do poprzedniej pozycji, zanim wypalił ze szczęśliwą nowiną. — Tam jest nasza zguba.

 Wszyscy skierowali wzrok w stronę, którą wskazywał pokrzywiony palec Brandona.

 — To nie Rick.

 — Samuel, idioto. Miałeś swoje… dwie minuty. Teraz się zamknij.

  Facet z radiowozu stał jakieś sto metrów od nich, nieruchomo jak posąg. W podartej kufajce i gumiakach obserwował policjantów, ledwo utrzymując się na nogach.

 — Nawalony?

 — Nie, pewnie zaraz nam zejdzie od tego zimna. Już jak go zatrzymaliśmy nie wyglądał na okaz zdrowia. Tym lepiej panowie. Pięć trupów a tu jeszcze się styczeń nie skończył. Chociaż po namyśle… Willson!

 — No.

 — Bierz radiole i rozjedź dziada. Dla zasady. Tak mi coś w nosie zatrzeszczało, jakby kurwa, jakiś znak. Sukinsyn szybko nie zdechnie, a widział za dużo.

 — Dobra, który wziąć?

 — A który chcesz, tylko dobrze dziada rozwalcuj. Ma srać flakami, zrozumiano?

  Willson pokiwał głową. Wsiadł do auta i przekręcił kluczyk. Rozklekotany diesel zawył, kiedy Will dodał gazu. Nabrał odpowiednie prędkości i w ostatniej chwili, sztuką kaskaderskich wyczynów w filmach ominął mężczyznę, wpadając w poślizg. Radiowóz przekoziołkował i stroczył się do rowu. Kurwa mać. Tylko tyle i aż tyle. Usłyszał każdą literę, każdą literę, odpowiednio zaakcentowaną. Głos Brandona był jak ryk pilarki. Po wyczołganiu się z radiowozu był przekonany, że ma złamaną lewą rękę. Ból był potworny, przeszywał każdy centymetr ciała. Przed oczami zamajaczyła mu już znajoma sylwetka.

 — Co kurwa wyrabiasz, chłopaku?

 —... ja… wykonuję rozkazy — jęknął, wypluwając skruszoną na amen szóstkę.

 — Zobacz sobie to. — Mężczyzna wyjął z kieszeni sierp. Czysty i lśniący. Nówka sztuka. — Wiesz, co to jest?

 — Sierp.

 — No. Sierp.

 — Chcesz mi poderżnąć gardło? Śmiało, chyba już mnie nic nie zaskoczy.

 — Przyszłość na pewno cię nie zaskoczy. Ale ja mogę ci zaoferować lepsze dni, godziny, minuty.

 — Kredyt hipoteczny? Pierdol się, mam już po kokardę waszych ofert. — Spróbował wstać, ale ciężki wojskowy but miażdżący powoli jego prawdą miał inne plany.

 — Obiektywna prawda jest taka, że jesteś w dupie. Twoi kumple zaraz zdechną w potwornej agonii, a ty dołączysz do nich.

 — Na to są paragrafy.

 — Na zawody w czołganiu się do celu bez rąk i nóg też?

 Nie odpowiedział. Ból nasilił się, przysłaniając resztę świata. Mężczyzna pochylił się nad Willsonem. Z tej perspektywy jego oczy były bardziej zgniłozielone niż czystko piwne.

 — Brandon ma przejebane. Zrobią z niego manekina w firmowym lumpeksie. Reszta trafi pod piłę. To jak, zawody czy ugoda?

 — A ty niby skąd to wszystko wiesz? Miałeś romans z wróżką zębuszką?

 — Widziałem trochę więcej niż czas na to pozwala, znam ich… z przyszłości. Brandona najlepiej, choć tylko jako trupa.

 Wyciągnął z drugiej kieszeni kawałek zabrudzonej kartki. Zabazgraną tuzinem nieczytelnych zdań.

 — Co to jest?

 — Osobisty wyrok na całą waszą zgraję. To jak?

 

 ******

 

  Sierp był potwornie ostry, na pewno. Nie wiedział, ile czasu zajęła dziadowi poczwórna amputacja. Kiedy się ocknął, facet stał nad nim i palił Marlboro. W oddali trupów przybyło, czyli wariat nie żartował. Kurwa, mógł go rozjechać, albo potrącić chociaż.

 — Ehh, chłopaku. Dziwny jesteś. Idealnie pasujesz do tego świata.

 — A ty nie?

 — To nie jest mój świat. Jestem tu tylko przejazdem.

 Mężczyzna włożył w kieszeń munduru Willa zabazgraną kartkę.

 — Wasi specjaliści odczytają wszystko, co do joty.

 — Zostawisz mnie tu? Zamarznę jak nic albo pożrą mnie wygłodniałe lisy.

 — Cóż… lepiej one i niż ja. Ale ma dla ciebie dobrą wiadomość. Ciebie też znam z przyszłości.

 — Info z pierwszej ręki jak uroczo. A co z trupami, z resztą?

 — A bo ja wiem. Nie kazałem im żreć zatrutych korniszonów. A ta czwórka co ich tu znaleźliście. Eee tam. Wrąbali się pod ciężarówkę, idioci skończeni.

 Willson syknął z bólu.

 — Boli, co nie? W ogóle to jestem Howard.

 — W dupie to mam, czaisz? Chociaż jak tak to przemyśleć to znać imię faceta, który ci obciął nogi i ręce… bosko!

 — Ironia. Wszędzie ironia. Jak chciałem ratować swojego kumpla, co sobie tętnicę udową przeciął, też ironizował. W końcu wrzuciłem jego truchło do pobliskiej rzeki. Nie lubię ironii, a on nie mógł się zamknąć. — Zaciągnął się trzy razy pod rząd.

 — Piękna historia. Daleko stąd do Everly?

 — Do tej wiochy? Jakieś cztery mile na północ, ale tą drogą nie dojedziesz. Mija to zadupie szerokim łukiem. Musisz się wrócić do Walley City. Ale ty mi zakopałeś wątek. Chcesz wiedzieć, co cię czeka w przyszłości?

 — Śmierć?

 — Tak, skąd wiedziałeś?

 — Nie wiem, strzelałem.

 — Umrzesz, ale raczej nie tutaj. Chyba że coś spieprzysz i stworzysz nową linę czasową, to już nie mój problem.

 — Wiesz co, Howard? Bierz radiolę i spadaj stąd. Poczekam tu na jakichś przejezdnych. Może trafią na mnie, zanim zamarznę.

 — Dobra. Ale pamiętaj, nie gra więcej w totka.

 — Dlaczego?

 — Kurwa. Nie pytaj dlaczego. Po prostu.

 Usłyszał jęk radiowozu. Odjechał do Walley City. Pewnie zgłodniał, a obok komendy sprzedają świetną chińszczyznę. Zauważył, że na rozdartej w paru miejscach kufajce nosił ślady resztek chińszczyzny. W oddali zimowe słońce chyliło się ku zachodowi. Wieczór, cztery wygłodniałe lisy na horyzoncie. Najpierw trupy, potem on.

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: trening-wyobrazni
Opis:
Dodano: 2019-12-21 14:34:41
Komentarze.
Witamy nowy tekst!
Odpowiedz
~marok 2 m.

Odpowiedz
+fanthomas 2 m.

Odpowiedz
+berkas 2 m.

"Gorący napar na samą myśl rozgrzał myśli i wnętrze Willsona" coś z szykiem zdania -na samą myśl o gorącym naparze- i myśl, myśli.

Już pierwsze zdanie mnie rozbawiło , trochę dziwnie, ale spoko się czytało.
Odpowiedz
*Ritha 2 m.
Marok, a czemu masz taki odstęp na górze?
Odpowiedz
*Ritha 2 m.
" — Willson, baranie nie skradaj się. Mamy ogórki i herbatę — krzyknął jeden z policjantów.
— Rozjebałem radiowóz. Trudno nie skradać się po czymś takim"

" — Bierz radiole i rozjedź dziada. Dla zasady. Tak mi coś w nosie zatrzeszczało, jakby kurwa, jakiś znak. Sukinsyn szybko nie zdechnie, a widział za dużo.
— Dobra, który wziąć?
— A który chcesz, tylko dobrze dziada rozwalcuj. Ma srać flakami, zrozumiano?" "— Bierz radiole i rozjedź dziada" DDD


Odpowiedz
*Ritha 2 m.
" Willson pokiwał głową. Wsiadł do auta i przekręcił kluczyk. Rozklekotany diesel zawył, kiedy Will dodał gazu. Nabrał odpowiednie prędkości i w ostatniej chwili, sztuką kaskaderskich wyczynów w filmach ominął mężczyznę, wpadając w poślizg. Radiowóz przekoziołkował i stroczył się do rowu. Kurwa mać. Tylko tyle i aż tyle. Usłyszał każdą literę, każdą literę, odpowiednio zaakcentowaną. Głos Brandona był jak ryk pilarki. Po wyczołganiu się z radiowozu był przekonany, że ma złamaną lewą rękę. Ból był potworny, przeszywał każdy centymetr ciała. Przed oczami zamajaczyła mu już znajoma sylwetka" - dobry akapit, kurde, rozbudził mnie ten tekst
"i stroczył się do rowu" - stoczył*

Kurwa mać. Marokok. Wyrobiłeś się, kiedy, jak?! Dialogi super, żywe, zabawne, samo się czyta. W ostatnim akapicie tych dialogów jakby ciut za dużo, jakoś brakuje kilku zdań opisu, ale może jestem zmęczona, późno już. Końcówka boska, całośc na flow, czyli o nei był wybryk jednorazowy, piszesz już po prostu lepiej Fajno.
Pozdro!


Odpowiedz
*Ritha 2 m.
Jesteś żywym, chodzącym przykładem na to, że ćwiczenie czyni mistrza.
Odpowiedz
~marok 2 m.
No, nie wiem. Zmieniłem podejście i jeszcze inne rzeczy. Ale jak to tak, to nie umiem odpowiedzieć, ale wolę nie zapeszać tylko iść w dobrym kierunku. No w tym ostatnim to może trochę zabrakło jakiegoś opisu. W ogóle, że zabrakło, kiedyś to bym nawet nie pomyślał że mi opisu zabraknie w tekście. No ale cieszę się, że jednak wyszło git
Odpowiedz
*Canulas 2 m.
" Uśmiechy nie schodziły z twarzy, a wręcz promieniały jeszcze bardziej." - ciekawe,, niby ok, ale twarzy to zarówno i mnoga i pojedyncza. Moze gęb. Jałop, mord, facjat? Tu już będzie wiadomix, że mnoga.

" Gorący napar na samą myśl rozgrzał myśli i wnętrze Willsona. Siedmiocentymetrowe zakola nie pomagały w termoizolacji, tym bardziej że nienawidził chodzić z jakimkolwiek nakryciem na głowę." - może: nakryciem głowy

" — Takiej klasyki nie spodziewałem się. A ten facet w radiowozie? " - może coś z szykiem zmienić?

" — Dobra. Ale pamiętaj, nie gra więcej w totka. " - nie graj?


Marok, znów bardzo dobrze. Cieszy mnie Twój rozwój, jakby to był mój. Walczysz, nie poddajesz sie, starasz, idziesz pod prąd i masz efekty. Musze za Twój rozwój jednąć z Tobą kolejkę czwartego.

Pozdrox

Odpowiedz
~pkropka 2 m.
Dobry tekst, sam się czyta
Końcówka miodzio. Zostawiasz kilka pytań bez odpowiedzi, ale trudno, czasem musi być i tak.
Tylko kurcze, korniszony i herbata truskawkowa? Fuj.
Odpowiedz
~marok 2 m.
To jest taki mój przepis na afrodyzjak. Dobrze wykręca, polecam
Odpowiedz
~marok 2 m.
Can - ostatnio mi prądy sprzyjały to miałem lżej, ale czasem jak coś jej najdzie to potrafią dowalić. Broni nie składam
Odpowiedz
~Agnieszka 2 m.
Ok, przeczytałam. Podobało mnie sie. Choć na końcu poczułam jęk zawodu czytając "Odjechał do Walley City. " - a nie mógłby do np. Radomia, czy, bo ja wiem, Koszyc?
No, nic Poza tym jest ok.
Pozdrawiam
Odpowiedz
~Adelajda 2 m.
Wyrabiasz sobie styl i markę Fajnie, luźno napisane opko. Czyta się.
Odpowiedz
*Ritha 2 m.
"W ogóle, że zabrakło, kiedyś to bym nawet nie pomyślał że mi opisu zabraknie w tekście" - haha, no widzisz
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin