(Ob)leśny wojownik (tytuł roboczy) #2


 Uprzedzam: z całą pewnością pojawią się wulgaryzmy, a może i jakieś inne „-yzmy”.

 

 Poprzednia część: http://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/pokaz_tekst.php?id_txt=1394

 

 – Pójdziem zara na zaplecze, panie Marku – zapewniła słodkim głosem. – Pomóżcie jeno, prosim, choćby podźwignąć Jędrzeja. Toć ni mogę go tu ostawić, coby ojciec nie zoczyli. Już downo go wpuszczać zabronili, baty na mój grzbiet spadno, jak jako burdę zaś wywoło.

 – Nazbyt żeś łaskawo la tygo śmiecia – warknął wyraźnie niezadowolony Marek. – Przeca jemu nic już skóry nie ocali. Som dyboł mu nawarzył wielki kocioł smoły we piekle. Im prędzyj w nim wyląduje, tym lepij la wsi cołkij.

 „Jakiż kocioł musi tedy czekać na ciebie?”, miała ochotę zapytać, lecz w porę ugryzła się w język. Kowal raczej nie był typem wiejskiego żartownisia i podobne dowcipy zupełnie go nie bawiły. Pomimo nietęgiej miny, spełnił jednak prośbę Irenki, bez zbędnych ceregieli wywlekając cielsko na wpół przytomnego Jędrzeja spod stołu i z mizernym skutkiem starając się nadać mu postawę pionową. Córka gospodarzy pomagała jak tylko mogła, lecz jej drobna postać nie zdołałaby unieść nawet cienia któregokolwiek z tych dwóch postawnych mężczyzn. Na szczęście w pewnej chwili Jędrzej zaczął wreszcie wykazywać drobne oznaki życia. Dla przyśpieszenia efektu, Marek od razu przyłożył mu w twarz swoją potężną łapą.

 – Ruszże to tłuste dupsko! – ponaglił go, popychając równocześnie w stronę drzwi wyjściowych. – Starczy wylygiwanio się na cudzyj podłodze.

 – Otfjerdol się – mruknął na to Jędrzej. Zazwyczaj jego poczucie humoru i riposty bywały znacznie bardziej wyszukane, lecz po pijanemu jego umysł sporo tracił na ostrości. Irenka mimowolnie wstrzymała oddech, ujrzawszy wyraz twarzy Marka. Zaczęła się już obawiać, że jej nadzieje na uniknięcie jakiejś kolejnej pijackiej burdy będą musiały pozostać płonne, gdy niespodziewanie potężne drewniane drzwi otworzyły się ze złowieszczym skrzypnięciem, odsłaniając stojącą w nich wysoką, mroczną postać w czarnym jak noc płaszczu. Twarz nieznajomego przysłaniał kaptur, upodabniając go do bohatera żywcem wyjętego z jakiegoś kiepskiego horroru. Głowy strategicznie rozstawionych przy stolikach pijaczków, dotąd z zapamiętaniem wpatrujących się w stojące przed nimi trunki, nie licząc krótkich spojrzeń rzucanych na kościsty tyłek Irenki, nagle jak na komendę odwróciły się w stronę przybysza.

 „Jeszcze tygo jeno brakowało”, pomyślała zrezygnowana Irenka. „Wlezie mi tu taki i zara zapaskudzi podłogę temi swojemi zabłoconemi buciorami, abo i czem gorszem”. Otwierała już pełne zepsutych zębów usta, by grzecznie, acz stanowczo wyprosić dziwacznego gościa, lecz on ją uprzedził.

 – Gdzież znajdę właściciela tegoż zacnego przybytku? – zapytał nienaturalnie niskim basem, doskonale jednak współgrającym z jego mroczną aurą.

 – Ktoście zacz? – odparła butnie dziewczyna, biorąc się pod boki. Równocześnie odebrała część podparcia przytrzymującemu się jej wątłych ramion Jędrzejowi, który chwilę później, przez nikogo już nie ratowany, wylądował jak długi u stóp przybysza.

 – Nie spodziewał żem się aż tak serdecznego przyjęcia. – Tym razem w głosie gościa dało się słyszeć lekkie rozbawienie. – Nawet memu ojcu aż tak nisko się nigdy nie kłaniano. – Poczynił kilka niespiesznych kroków naprzód, przekroczył leżącego Jędrzeja i wstąpił w lepiej oświetloną część gospody. – Jakub Wojnicz – przedstawił się, teatralnym gestem zdejmując z głowy kaptur. – Potrzeba mi jeno nieco ciepłej strawy i noclegu na dzisiejszą noc. Da się zrobić?

 – No bez jaj. – To były jedyne słowa, jakie zdumionym szeptem wydobyły się wówczas z ust oszołomionej Irenki. Dziewczyna co prawda żyła dotąd prostym życiem, w którym nie było miejsca na podobne głupstwa, lecz w tamtej chwili spadło na nią przedziwne objawienie – z jakiegoś powodu była pewna, że oto właśnie zakochała się od pierwszego wejrzenia. No dobra, „zakochanie” to być może zbyt duże słowo, ale Jakub był po prostu kurewsko przystojny. A „kurewsko” w mniemaniu Irenki znaczyło mniej więcej tyle, że każda kurwa dałaby mu dupy bez pytania o zapłatę, a gdyby on sam postanowił zostać kurwą, zapewne już w pierwszym miesiącu dorobiłby się niezłego bogactwa. Sama Irenka najchętniej od razu poszłaby z nim na zaplecze, choćby miało się zaraz okazać, że nie ma grosza przy duszy i ani krzty rozumu w głowie – a zatem to już musiało być coś poważnego.

 – Rzekłeś pan „Wojnicz”? – Jędrzej wyrósł obok nich jak z podziemi, jakby nagle cudownie otrzeźwiony. – Z „tych” Wojniczów?

 Przystojna, otoczona długimi, jasnymi włosami twarz Jakuba rozkwitła teraz czymś w rodzaju źle skrywanej dumy i wyniosłości.

 – Owszem, z tych właśnie – przyznał, jeszcze wyżej unosząc podbródek. – Mój szanowny ojciec przez lata był wójtem tej zapyziałej dziury, dlatego pozwoliłem sobie mieć nadzieję, że zostanę tu dobrze ugoszczony, przez wzgląd na pamięć po nim.

 – Wójtem? – Jędrzej uniósł brwi w szczerym zdumieniu. – Stary Lucek Wojnicz? Przeca on był tu grabarzem, a do tygo jeszcze opijusem i awanturnikiem. Ludziska po wsi zawsze godali, że jak ino jako urodziwszo dziewka próg ostateczny przestąpiła, to już się Lucek zjawioł, pierwej od księdza nawet, z propozycjo, że ciało do pogrzybu za pół ceny przygotuje. A tak po prowdzie, to som się radowoł, że choć noc jedno z jako pikno panno spędzić mu przydzie. Jak interes się dostoł w łapy jego trzem synom, to syćko trochę przycichło, ale nie na długo. Co by nie godać, dobrzy z nich syćkich grabarze, a i żubrówkę zawsze pyszno sami pędzili. Toście, panie, nie som jednym z Luckowych synów?

 – Mój ojciec zwał się Jerzy Wojnicz i był tu wójtem. – Dumę w głosie Jakuba zastąpiła teraz złość. – Chybaście się trochę zagalopowali z tym zboczonym grabarzem…

 – Od razu zboczonym… – Jędrzej wzruszył obojętnie ramionami. – Kożdy chłop mo swoje gusta… Lucek w jednym i do wójta był podobny – obaj umieli wyruchać człeka tak, że tyn nawet nie zauważył.

 – Zamknijże wreście ten przeżarty żubrówko ryj. – Marek trzepnął Jędrzeja w głowę tak mocno, że tamten lekko się zatoczył. – Zara cię stąd wywlykę, cobyś do reszty otrzeźwioł.

 Wszyscy najwyraźniej spodziewali się, że mało elegancka uwaga dotycząca jego ojca jeszcze bardziej zdenerwuje Jakuba, on jednakże zupełnie niespodziewanie szeroko się uśmiechnął.

 – Co do tego ruchania – rzekł po krótkiej chwili – chyba macie dużo racji, panie…

 – Jędrzeju… – zdążył jedynie podpowiedzieć Wiśniewski, zanim kowal znów wszedł mu w słowo.

 – Nie radzę słuchać tych jygo mądrości, mości panie – odezwał się. – Wódka mu już nieźle we łbie namąciła, skoro pomylił waszygo ojca ze starym Lucjanem Wilczkiem. – Obrzucił Jędrzeja pełnym pogardy spojrzeniem, zanim ponownie zwrócił się ku Wojniczowi: – To wyście młodszy syn naszygo wójta, hę? Dawnoście chyba stąd wybyli, to i mało kto wos pamieto.

 – To prawda – potwierdził jasnowłosy młodzieniec. – Był żem jeszcze chłopcem, jak mię ojciec razem z bratem na nauki posłali. Było to chyba ze…

 – Dziesińć czy dwanoście roków tymu? – podsunął Marek.

 – Chyba prawie trzynaście. – Przez twarz Jakuba Wojnicza przemknął niepewny uśmiech, zupełnie jakby sam właśnie uświadomił sobie, jak wiele czasu spędził daleko od rodzinnych stron. A może po prostu usiłował raz jeszcze wszystko obliczyć i nie bardzo dawał sobie z tym radę, wszak rachunki nigdy nie były jego mocną stroną.

 – Wasz brat wrócił już downo tymu – przypomniał tymczasem Marek. – Gdzie wyście byli tak długo?

 Bezpośrednie pytanie kowala nie spodobało się Jakubowi, szczególnie że raczej nie miał ochoty na nie odpowiadać. Miast tego zaczął ukradkiem rozglądać się po wciąż zerkających na niego z zaciekawieniem gościach. Natychmiast uświadomił sobie, że tak naprawdę nikogo tu nie zna. Nawet jeśli mgliście kojarzył niektóre twarze, z całą pewnością nie byłby w stanie nazwać ich po imieniu, a co dopiero powiedzieć o nich coś więcej. Nie miał pojęcia, czego mógłby się po nich spodziewać, to miejsce było dla niego taką samą tajemnicą jak wszystkie inne. Wcale nie czuł się tu jak w domu, przeciwnie – był zagubioną owcą, która przypadkiem znalazła się w samym środku wilczej watahy, chociaż sam nigdy by tego nie przyznał.

 – Czyli że nie załotwicie mi, panie, tyj żubrówki? – Niespodziewane pytanie Jędrzeja, któremu najwyraźniej ten chwilowy przebłysk trzeźwego myślenia minął równie nagle, jak się pojawił, wyrwało Jakuba z zamyślenia i wprawiło w jeszcze większą konsternację. – Toć wasz ojciec i brat polowali na żubry, nie?

 – Nie, kurwa, nie załatwię. – Jakub ze śmiechem pokręcił głową. Założenie, że żubr do żubrówki ma się podobnie jak wiśnie do wiśniówki, już samo w sobie było prześmiewczo absurdalne, a w ustach człowieka ewidentnie obeznanego w temacie trunków jeszcze zyskiwało na śmieszności. – Mogę ci za to załatwić trochę świeżego powietrza, zupełnie darmo, drogi Jędrzeju.

 – Zbytek łaski z waszyj strony, dobry panie. – Jędrzej posłał mu szeroki uśmiech, a chwilę później zachwiał się, próbując zrobić krok w jego stronę. Zanim ktokolwiek, włączając w to samego Jakuba, zdążył zareagować, cała zawartość żołądka Jędrzeja niespodziewanie wylądowała na czarnym płaszczu przybysza. Zbudziło to z transu nawet Irenkę, która dotąd jedynie wpatrywała się w młodego Wojnicza maślanymi oczami. Oboje jak na komendę wyrzucili z siebie siarczyste przekleństwo, chociaż każde z nich miało ku temu inny powód. Jakubowi szkoda było prawie nowego płaszcza, a Irenka oczami wyobraźni widziała już samą siebie, szorującą zapaskudzoną podłogę, a potem starającą się sprać ohydne plamy z odzienia gościa. Kowal natomiast, podobnie jak kilku innych, siedzących najbliżej miejsca akcji, parsknął głupawym śmiechem.

 Malujące się na twarzy Jakuba obrzydzenie mówiło więcej niż tysiąc słów. Być może ktoś inny obróciłby całą sytuację w żart, ewentualnie porządnie się wkurzył i obił Jędrzejowi mordę. A może i jedno, i drugie. Natomiast pierwszym odruchem Jakuba było zrzucenie zabrudzonego płaszcza na podłogę tak gwałtownie i energicznie, jakby nagle zaczął go parzyć. Prędko pojął własną głupotę, gdy część gości nagle poderwała się z miejsc, a Marek i Irenka automatycznie cofnęli się o krok. Całemu temu zamieszaniu mógł co prawda być winien jego elegancki i zdecydowanie kosztowny strój, lecz zapewne znacznie większe wrażenie zrobiło jedno długie ostrze, przypięte do pasa, oraz kilka sąsiadujących z nim mniejszych noży. Niespodziewaną chwilę ciszy przerwał nagle kowal:

 – Jeśli kiedyś bydziecie sobie tygo życzyli, panie Wojnicz, chętnie wykuję la wos kilka podobnych zabawek. Jestżem w tem cołkim niezły.

 – Dziękuję, będę o tym pamiętał, panie…

 – Marek Konieczny, kowal. – Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie. – A to je Irenka Jończykówna, córka właścicieli tygo przybytku. – Marek wskazał skinieniem głowy na dziewczynę, która pod wpływem spojrzenia Jakuba oblała się rumieńcem od stóp do głów i spuściła pokornie wzrok.

 – Właściwie noszę je tylko do krojenia steków i czyszczenia sobie paznokci – wyjaśnił pozornie lekkim tonem Jakub, nieznacznie wzruszając ramionami.

 – Chętnie poczęstuję wos ciepłem posiłkiem, panie – odezwała się wreszcie Irenka. – Musicie być głodni po podróży. A potym przygotuję izbę, jeśli nadal chcycie się tu zatrzymać…

 – Dziękuję, panienko. – Jakub uraczył ją uroczym uśmiechem. – Nie chciałbym kłopotać mego brata o tak późnej porze, toć chętnie z waszej gościny skorzystam. Tylko… wspomogę wpierw Jędrzeja w drodze ku wyjściu.

 – Zaprawdę bardzoście łaskawi, panie Jakubie. – Nieśmiało odwzajemniła uśmiech. – Może jo zajmę się w tem czasie waszem płaszczem… za pozwoleniem, rzecz jasno.

 Jakub raz jeszcze złożył serdeczne podziękowania, po czym stanowczo złapał Jędrzeja za ramię i bez pytania pociągnął ku drzwiom. Wiśniewski nie miał najmniejszych wątpliwości, co się święci, szczególne gdy niedługo potem z impetem wylądował twarzą w wielkiej kałuży błota przed gospodą.

 – Bądź łaskaw tu na mnie zaczekać. – Usłyszał nad sobą spokojny głos Jakuba Wojnicza. – Chyba mamy do pogadania.

 „I już? Tylko tyle?”, przemknęło Jędrzejowi przez myśl, gdy ciężkie, drewniane drzwi gospody ze skrzypnięciem zamknęły się za Jakubem. Przez chwilę czuł się nawet rozczarowany – młody Wojnicz wszak już na pierwszy rzut oka wydawał się raczej człowiekiem czynu, a nie słowa. Zawiedziony Jędrzej powoli podniósł się do pozycji klęczącej i rękawami własnej, mocno już sfatygowanej koszuli zaczął ocierać brud z twarzy. Część błota dość blisko zaprzyjaźniła się z jego przydługim zarostem, więc i tak wyglądał dostatecznie niechlujnie i żałośnie, aby móc się tym w ogóle nie przejąć. Nikt wszakże nie będzie go już dziś oglądał, a na wstyd przyjdzie pora jutro około południa.

 

 Ciąg dalszy: http://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/pokaz_tekst.php?id_txt=1510

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~alfonsyna
Kategoria: inne
Opis: Druga część epizodu 1.
Dodano: 2019-12-21 22:16:09
Komentarze.
*Canulas 3 m.
No i jestem. Wszystko gra i buczy. Nowy bohater - pikny, jak ta lala - ale nad wszystkim panujesz. Akcenty rozłożone, płynnie przeskakujesz, to na Irenkę, to na Kowala, to na młodego Jakuba Wędrow... nie, Pilipiuka nie mieszajmy.
Chyba najsilniejszym punktem tekstu jest brak słabych punktów oraz język.
Odpowiedz
~alfonsyna 3 m.
Pilipiuka nie czytałam, więc Jakuba Wędrowycza tylko znam ze słyszenia, także ewentualne podobieństwa mogłyby nastąpić jedynie przypadkowo. Trochę też te stylizacje językowe są strzałem w kolano, bo bardzo mocno się trzeba potem pilnować, żeby to utrzymać w szachu. Ale nikt nie mówił, że ma być łatwo.
Dziękuję za poświęcenie chwili na wizytę i komentarz, bardzo jestem rada.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin