(Ob)leśny wojownik (tytuł roboczy) #3


 Tak, wulgaryzmy znowu będą.

 

 Część poprzednia: http://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/pokaz_tekst.php?id_txt=1452

 

 Gdzieś w oddali, ponad sięgającymi smoliście czarnego nieba górami, przetoczył się cichy pomruk grzmotu. „Doskonale”, ucieszył się w duchu Jędrzej. Porządny deszcz przydałby się i jemu, i całej wiosce. „Niech obmyje was z grzechów”, jakby powiedział ten ich nawiedzony proboszcz. Jędrzej uśmiechnął się do własnych myśli, a niedługo potem śmiał się już w głos, choć właściwie sam nie wiedział z czego. Uniósł głowę ku niebu, gdy mrok przecięły dwie świetliste błyskawice, a śmiech zamarł mu na ustach. Zamrugał kilkukrotnie, jakby nie był pewien, czy oczy go nie oszukują.

 – Ktoś ty? – Sam nie wiedział, dlaczego właściwie odważył się zadać to pytanie. Głos miał przepity i ochrypły, a minę mocno kontrowersyjną – trudno byłoby odgadnąć, jakie emocje ją wywołały. – Jedyn z nos naprowdę dziś przesadził z wódą…

 Jędrzej energicznie zdzielił samego siebie po twarzy rękami, jakby próbował wybić sobie z głowy wchłonięte procenty i doznać otrzeźwienia w trybie natychmiastowym. Nie pomogło, wciąż widział to, co widział – świetlistą postać, kształtem i wzrostem podobną człowiekowi, lecz pozbawioną jakichkolwiek rysów twarzy. „To koniec”, przeszło mu przez myśl. „Już po mnie”. Przez chwilę miał zamiar zacząć bezmyślnie klepać zdrowaśki, ale szybko dotarło do niego, że na to już raczej za późno. Ostatecznie uznał, że lepiej się najpierw upewnić i ustalić pewne drobne szczegóły.

 – Czego tak nade mno styrczysz? – zapytał ze złością. – Róbże swoje, abo pomóż mi wstać!

 Stojąca nad nim postać bez słowa wyciągnęła ku niemu swoją bladą dłoń. Tego się nie spodziewał.

 – Co bydzie z moim synem? – niespodziewanie zmienił front. – Nie może przeca ostać som, toż to dzieciak jeno… Ni mo nikogo prócz mnie…

 – Dopiero teraz sobie o nim przypomniałeś? – Głos zabrzmiał łagodnie i melodyjnie, ale Jędrzej odniósł wrażenie, jakby wwiercał się w jego mózg z siłą grzmotu. – Twój syn mądrzejszy jest od ciebie, Jędrzeju, da sobie radę. Zresztą, będziesz przecież mógł zabrać go ze sobą.

 – Zabrać ze sobo? – Jędrzej zgłupiał do reszty, o ile w ogóle było to jeszcze możliwe. – Dokąd zabrać? Mówiłżem, to dziecko jyszcze, żywot cołki przed nim… Jam zasłużył, jam jeno prochem i pyłem, mnij znaczę niźli to błoto, w którem wpadł. Ale syn mój… mój Jasiek… on za grzechy moje już zapłacił…

 – To twój Jasiek ku tobie mię zwrócił. Odkąd tylko mówić się nauczył, codziennie za duszę twoją nędzną pacierze ku niebiosom posyłał. Na każde bluźnierstwo twoje, sto słów jego pobożnych przypaść musiało, by ciężar twej winy choć trochę mniejszym się wydał. Pora już, byś sam siebie odkupić spróbował, nim zastanie cię dzień ostateczny, unurzanego w błocie grzechów twoich.

 – W ogóle tygo nie łapię. – Jędrzej chwycił się za głowę, którą zaczynał mu już rozsadzać coraz potężniejszy ból. – Obiecuję, że już pić nie bydę… to znaczy, mnij pić bydę, jeno mówże jaśnij, o co ci się w ogóle rozchodzi…

 – Toż powiem tak, byś pojąć wreszcie raczył, kogoś tu przed sobą w ogóle obaczył. Umysł twój wnet ostrości swej zwykłej nabierze, teraz zaś jedynie cię proszę, byś nadzieję pokładał w wierze. Mroki potworne wspięły się ku niebiosom, gdy jeden z naszych w doliny ziemskie został strącon. Potrzeba nam męża o sercu otwartym, by zgubę naszą czem prędzej odzyskał, nim duch anielski przemienić zdąży się w kryształ…

 – Toż mówić miołżeś jak człek normalny, a nic tylko zagadki słyszę. Jużci wolołbym cholerno ciszę! – Zdumiony Jędrzej zorientował się, że mimowolnie sam również zaczął mówić do rymu, choć już od bardzo wielu lat nawet tego nie próbował. Szkoda, że jego Jasiek go teraz nie słyszał! W dodatku mógłby przysiąc, że chociaż rozmawiająca z nim istota miała dziwnie zamazaną i niewyraźną twarz, to właśnie przewróciła oczami w zniecierpliwieniu.

 – Nie bluźnijże, chłopie, toć mówię, co trzeba: jeden z aniołów spierdolił nam z Nieba. Duszę swą czystą wcielił w ciało człowieka i teraz ciągle przed nami ucieka. Ojciec nasz Niebieski już wkurwion okrutnie, że się ktoś odważył postąpić tak butnie. Aniołka trza znaleźć – ot cała mecyja! My zaś, bracia jego, jeno w tej sprawie strzępić możem ryja. Nie dla nas ganianie po ziemskim padole, wszak tu smród i ciemnota, że o-ja-pierdolę. Potrzeba nam pomocy i tu twoja rola. Odnaleźć nam go musisz, taka Boża wola.

 Jędrzej pobladł nagle i wzrok wbił w ziemię. Wreszcie odetchnął i spytał:

 – Po czem jo poznom takiygo anioła? Czy różni się od człeka, jak osioł od woła? Jakże wybawić wos mógłbym od tygo kłopotu, czem anioła przekonać do grzecznygo powrotu?

 – Znajdź go jeno i sprowadź, gdzie tobie wskażemy. Resztą zadania już sami się zajmiemy. Poznać go możesz po jego uroku, po dobru, mądrości, po błysku w oku. Ale najprędzej, w tajemnicy powiem, po bliznach na plecach i zamęcie w głowie. Lubią anioły porządek wszędzie, toć każdy bałagan brzydził go będzie. Ziemskie radości ciekawić go mogą, podążać może rozpusty drogą. Choć dobry, łatwo sobie wrogów zjednuje, lęk bowiem i zazdrość lud względem niego czuje. Miej zatem, Jędrzeju, serce i oczy otwarte, postaw choć raz w życiu na właściwą kartę. Jest kilka dni drogi stąd wieś, co Szkarady się zowie. Zwyczajną była, póki cud się nie wydarzył ku jej ozdobie. Ksiądz stamtąd stygmatami Chrystusa naznaczon, ludzie doń przychodzą, bo uzdrawiać zaczął. Zwabi to też anielskiego ducha, z ciekawości sprawdzić zechce, czy to nie podpucha. Idź i ty, Jędrzeju, zabierz syna z sobą, może ręce kapłańskie i jemu pomogą. Bądź wszakże ostrożnym, jedna ma przestroga: nie każda moc, zaprawdę, pochodzi od Boga.

 Jędrzejowi wtem zakręciło się w głowie. Otrzeźwiał już, niestety, a jaśniejąca światłem postać wciąż nad nim stała. Tyle pytań jeszcze pozostawało niezadanych, lecz on nie potrafił się nijak wysłowić. Łzy mu nagle w oczach wezbrały, jak w ciemnych chmurach deszcz, zapragnął wrócić do domu i syna swego, Jaśka, mocno przytulić do piersi. Tak po prostu, za to tylko, że istnieje. Czyż każdy rodzic nie miewa od czasu do czasu podobnie niedorzecznych pomysłów?

 – Zrozumiałeś, co rzekłem? – Zadudnił nad nim głos, gdy Wiśniewski wstydliwie zakrył twarz dłońmi. Przytaknął nieśmiało ruchem głowy. Nad górami ponownie przetoczył się niski, złowrogo brzmiący grzmot. Jakby to miało być dla niego jakieś ostrzeżenie, że jeśli nie zechce podążyć za głosem objawienia, które nań spłynęło, sam Bóg ześle z nieboskłonu błyskawicę, by strącić niewiernego wprost w otchłanie piekielne.

 – Słyszysz, co do ciebie, kurwa, mówię?! – Kolejne pytanie przebiło się przez mur zobojętnienia, jaki przesłonił umysł nadal bezmyślnie siedzącego w błocie Jędrzeja Wiśniewskiego. Zaraz potem czyjeś ręce mocno pochwyciły go za ramiona i zaczęły nim bezpardonowo potrząsać. Dopiero po kilku podobnych wstrząsach i próbach nawoływania go po imieniu, Jędrzej wreszcie powrócił do rzeczywistości, ze zdumieniem spostrzegając, że nie ma już przed sobą tamtej dziwnej, świetlistej istoty, a wyraźnie wkurzonego Jakuba Wojnicza we własnej osobie.

 – Co się stało? – odezwał się nieco bełkotliwym głosem Jędrzej, rzucając kilka niepewnych spojrzeń ku niebu.

 – Ty mnie, kurwa, pytasz, co się stało?! – Wojnicz poderwał się na równe nogi, pospiesznie otrzepując spodnie z niewidzialnego brudu, który mógł na nich zostać po tym, jak młody mężczyzna przykucnął na ziemi obok Jędrzeja. – Najebałżeś się dziś chyba bardziej niż zwykle, bo wpadłżeś w jakiś pierdolony trans czy coś podobnego. Jak wylazłem z gospody, toś leżał w tym jebanym błocku, trzęsąc się jak osika i bełkocąc coś do siebie pod nosem. Nawet nie wiesz, ile mi zajęło doprowadzenie cię do stanu przytomności!

 – Raczyj nie byłżeś la mię nadto delikatny – mruknął Jędrzej, podnosząc się wreszcie na nogi, choć w nader niezdarny sposób.

 – Zamierzasz mi to jeszcze mieć za złe? – Oburzenie Jakuba było już niemal namacalne. – A może to był twój normalny stan, może przerwałżem ci jakiś przyjemny sen o chędożeniu tuzina chętnych dziewek. W takim razie bądź łaskaw przyjąć moje najszczersze przeprosiny!

 – Nigdy wcześnij nic podobnygo mię nie spotkało, jeśli tak bardzo chcycie wiedzieć, panie Jakubie. I owszym, nie miołbym nic przeciwko chędożeniu tuzina chętnych dziewek, choćby we śnie, ale tym razym również nic takiygo ni miało miyjsca. Nie bełkotołżem som do siebie, jo po prostu…

 – Cóż takiego? – Jakub skrzyżował ręce na piersi i zmierzył Jędrzeja krytycznym spojrzeniem, gdyż ten wyraźnie się wahał. Wiedział, że nie powinien już nic mówić, a jednak w końcu się odezwał:

 – Rozmowiołżem z aniołem.

 – Ach tak? – O dziwo, Jakub w ogóle nie sprawiał wrażenia zaskoczonego, a na jego twarzy nie drgnął nawet jeden mięsień. – To rzeczywiście wszystko tłumaczy. Anioły umieją zawrócić człowiekowi w głowie znacznie bardziej, aniżeli piękne dziewczyny.

 – Nabijocie się ze mnie. – Jędrzej bardziej stwierdził niż zapytał.

 – Nie – zaprzeczył Jakub, nadal śmiertelnie poważny. – Wierzę ci. To znaczy wierzę, że ty w to wierzysz, toć nie zamierzam się z tobą spierać. Jutro, jak już wytrzeźwiejesz, wszystkie anioły odejdą w niepamięć. A teraz wracaj już lepiej do swojej chałupy.

 – Rzekliście wcześniej, że mamy do pogadanio. Myślołżem, że chcecie mi nakłaść po mordzie…

 – Początkowo miałem taki zamiar. Wszak dzięki tobie musiałem zdjąć płaszcz i pokazać całej gospodzie, że nie jestem zwykłym wiejskim przybłędą. Teraz każdy z nich dziwacznie na mnie spogląda i zapewne kombinuje, jakby tu można było mnie okraść, nie narażając się przy okazji na zarobienie dziury po ostrzu w bebechach. I jeszcze ten cały gospodarz – niby taki miły i usłużny, a chciwość i pazerność wręcz wylewa mu się z tych rozbieganych ślepi. A ta jego córeczka ciągle patrzy na mnie, jakby chciała mnie pożreć żywcem. W sumie nic dziwnego, wygląda na nieźle zagłodzoną. Jak ci się wydaje, jak mam tam teraz zostać na noc?

 – Irenka to dobro dziewucha. – Jędrzej odczuł nagłą potrzebę wstawienia się za nią. – Po prostu kiepsko w życiu trafiła, nie wińcie jej za to. I przepraszom za tyn płoszcz… naprowdę żem tygo nie chcioł…

 – No, ja myślę. – Jakub wreszcie się uśmiechnął. – To… jak mówiłeś, że cię zwą…?

 – Imię już, panie, znocie, na nazwisko mom Wiśniewski.

 Jakub podszedł do niego, by mogli sobie uścisnąć dłonie.

 – A więc to jednak ty. – Uśmiech Jakuba stał się jeszcze szerszy.

 – Jednak jo? – Jędrzej zmarszczył brwi. – Co mocie na myśli?

 – Skojarzyłeś mi się z kimś, gdy usłyszałem twoje imię. Wiśniewski, syn rzeźnika, czyż nie?

 Jędrzej niepewnie skinął głową, a Jakub zaczął mówić dalej:

 – Lata temu, mój starszy brat kochał się potajemnie w jednej ślicznej dziewce, Helena Matecka się zwała. Miała ponoć najurokliwsze błękitne oczęta, jakie widział świat. Brat mój wszystko by oddał za te oczy, lecz one się wtenczas już oglądały za innym. Za biednym romantykiem, co przynosił jej pod próg bukiety ze stokrotek i niezapominajek, i pisywał dla niej wiersze. Za synem rzeźnika, czyli za tobą. I to ciebie w końcu poślubiła, prawda? A ja pomyślałem wtedy, że nigdy chyba kobiet pojąć nie zdołam. Mój brat nieźle się zeźlił, może nawet wybiłby ci w końcu kilka zębów, ale niedługo potem ojciec posłali nas obu na nauki… a wyście tu zostali. Młoda, szczęśliwa para. Długo jeszcze przyszło mi wysłuchiwać próżnych braciszkowych żali, toć i o was pamięć we mnie ostała. Teraz dziwi mnie wszakże, że żony swej cudnej w chałupie nie pilnujesz, ino w gospodzie smutki zapijasz. Cóż to stało się z miłością waszą?

 – Umarła – odparł krótko Jędrzej, zadziwiając samego siebie ogromem goryczy, jaką zdołał zawrzeć w tym jednym słowie. – Jakże myślicie, Jakubie, jakąż mom wymówkę na to, co robię? Moja Helena… To, coście rzekli o jej oczach… toć słowami zwykłemi nie szłoby ich opisać… Byliśmy zaiste szczęśliwi przez niecały rok… Jak… na świot wydawała naszygo pierworodnygo, cosik pojszło nie tak, jako miało… Syn mój przyduszon był i… cóż, rzekłbym, że nigdy nie przydzie mu już zgrzyszyć światłym umysłem… A Helena mię wtenczas ostawiła samygo… Nas ostawiła samych i samiśmy som od tamtyj pory. Tyleż miłość nasza wartała, Jakubie. Toć cało mojo wymówka, choć wim przeca, że nie daje mi żodnygo rozgrzyszenio…

 Obaj milczeli przez chwilę i Jędrzej zaczynał się już zastanawiać, po co właściwie o tym wszystkim mówił. Ogarnął go jakiś przedziwny wstyd, gdy przypomniał sobie swoją piękną żonę. W duchu podziękował dobremu Bogu, że Helena nie może go teraz zobaczyć. A jeśli jednak może? Podobna myśl była dla niego niemal nie do zniesienia. Wtem Jakub Wojnicz wyrzekł słowa, których Jędrzej Wiśniewski nigdy by się po nim nie spodziewał:

 – W takim razie… przyznać muszę, że twoja wymówka może i nie powinna służyć za rozgrzeszenie, ale na pewno jest bardziej przekonująca od mojej własnej.

 – Toć kożdy czasym grzyszyć może… Nie mnie ważyć ciężor cudzych win, skoro własnych podźwignąć ni mogę.

 – Wiesz co? Jak żem był w drodze, tom posłyszał, że we wsi jednej, Szkarady zwanej, ksiądz uzdrawiać począł i cuda czynić wszelakie. Sam w takich rzeczach wiary nie pokładam, ale może warto byłoby chociaż spróbować… z twoim synem?

 – Z moim synem… Tak, być może… Dziękuję, żeście raczyli wspomnieć mi o tem. Toż to prowdziwe… objawienie.

 W odpowiedzi Jakub Wojnicz jedynie skinął głową. Pożegnali się niedługo potem, choć Jędrzej, otrzeźwiony już i jakby nagle jakoś nienaturalnie uspokojony, miał szczerą ochotę ciągnąć dalej tę niespodziewanie interesującą rozmowę. „Przydzie jeszcze ku tymu czas”, obiecał sobie, odchodząc wolno ku swojej starej, sypiącej się chałupinie.

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~alfonsyna
Kategoria: inne
Opis: Ostatni fragment epizodu 1.
Dodano: 2019-12-27 21:02:55
Komentarze.
*Canulas 3 m.
" – Nie bluźnijże, chłopie, toć mówię, co trzeba: jeden z aniołów spierdolił nam z Nieba. Duszę swą czystą wcielił w ciało człowieka i teraz ciągle przed nami ucieka. Ojciec nasz Niebieski już wkurwion okrutnie, że się ktoś odważył postąpić tak butnie. Aniołka trza znaleźć – ot cała mecyja! My zaś, bracia jego, jeno w tej sprawie strzępić możem ryja. Nie dla nas ganianie po ziemskim padole, wszak tu smród i ciemnota, że o-ja-pierdolę. Potrzeba nam pomocy i tu twoja rola. Odnaleźć nam go musisz, taka Boża wola. " - dobra gierka słowna.

Na poczatku znów musiałem się odnaleźć w tym - dość trudnym - zapisie, ale opłacało się, bo oddajesz go dość drobiazgowo i smiennie, przez co wyrabia się do postaci jakiś stosunek, a to na początku najważniejsze. Można kogoś lubić, można nie, ale najlepiej żeby w ogóle coś. No i mnie tego ludka, Jędrzeja, szkoda. Świetny język.
Czekam na c.d.

Odpowiedz
~alfonsyna 3 m.
Dzięki za dzielną walkę, wiem, że bywa ciężko.
Cieszę się, jeżeli bohaterowie ogólnie wychodzą "jacyś", bo najgorzej, gdy są żadni, bo wtedy nie idzie ich nawet odróżnić. I fajnie, jak wzbudzają jakieś odczucia, mnie chyba też Jędrzeja trochę szkoda, ale ten trudny los musiał na kogoś paść.
Jeszcze raz dzięki i pozdrawiam.
Odpowiedz
Fajne te wplotki a la poezja. Podobało się
Odpowiedz
~alfonsyna 3 m.
A dziękuję, cieszę się.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin