TW#23 - Koktajl rzeczywistości


 

  Postać: położna-kanibal

  Zdarzenie: sztorm stulecia

 

  Dwa czerwone balony przeleciały jej przed oczami jak kamienie. Różnica była jednak znacząca. Kiedy była celem kamieni, te zwykle nie pudłowały i wracała do domu z zakrwawioną głową, obitymi rękami i nogami. Sine plamy zdobiły całe ciało, więc dzwoniła do swojego agenta od rekrutacji dziwadeł cyrkowych. Przez dwa dni grała jako klaun w klatce w otoczeniu rozentuzjazmowanego tłumu gapiów. Cztery zielone banknoty wsuwała do kieszeni spodni z uśmiechem, zawsze. Coś więcej. Białe ściany i sufit w pustym korytarzu. Cisza, pusto, ona sama i lewitujące dwa czerwone baloniki jak wierni towarzysze życia. Nikt nie posądziłby blondynkę siedem na dziesięć o skłonności kanibalistyczne. Na papierze była położną, w życiu drętwą zdzirą, w głowie bałaganiarą co szukała tej jednej zabawki dającej szczęście do końca świata. Zimne siedzisko kleiło się do tyłka, ohydnie przypominając mokre noce, gdy sen zlewał się z rzeczywistością za bardzo dla niej. Obdrapane drewniane oparcie wbijało kolejne malutkie drzazgi w przedramię, kiedy niespokojnie nim poruszała, oczekując na coś, co nie miało przyjść nigdy. Obiad. Było po szóstej wieczorem, na zewnątrz szara, ponura ulewa tańczyła z wiatrem i wyła przez uchylone na końcu korytarza okno. Zimne światło żarówek raziło i mdliło. Naprzeciwko białe drzwi z nalepką hamburgera na środku kusiły zapachem wydobywającym się z wnętrza. Zaciągnęła się jak najmocniej. Eksplozja warzywna, czyli prosty krok do darmowego czyszczenia jelit.

 — Dzień dobry — usłyszała z lewej strony. Jakaś brunetka. Chuda i brzydka.

 — Do bufetu?

 Dziewczyna udała, że nie słyszy pytania. Poprawiła czarną kitkę i wyciągnęła z torebki lusterko.

 — W bufetach jedzą zwierzęce ścierwa albo zagubione sarny z lasu — odpowiedziała po dłuższej chwili.

 — A ludzie? — Elzee zacisnęła dłonie.

 — Ludzie? Gdzie ty tu widzisz ludzi?

 — Choćby ja.

 Brunetka spojrzała na Elzee. Zielone oczy wybuchły śmiechem jeszcze wcześniej niż wszystko inne.

 — Nie, ty jesteś… czymś innym. Wracałam z Beef&Bon. Drogi bar, ale mają LUDZKIE jedzenie. Tam tylko spotyka się prawdziwych ludzi.

 — Dlaczego więc przyszłaś do szpitala.

 — To szpital?— rozejrzała się po sterylnie białym korytarzu. Zmrużyła oczy natrafiając na blask lampy. — Zbliża się sztorm. Pogodynka na TV Global krzyczała w kamerę coś o burzy stulecia i katastrofie ekologicznej. W barze mają telewizję, a ja znudziłam się już tamtejszym towarzystwem. Przyszłam tutaj.

 — Do szpitala?

 — Tak. I za tymi balonami. Spodobałyby się mojej siostrze — Chudy, śmierdzący sosem czosnkowym palec zawisł w powietrzu przed oczami Elzee.

 — Nie wiem, skąd się tu wzięły, ale myślałam, że tylko ja je widzę.

 Brunetka zdziwiła się i dała to po sobie poznać. Mina jakby patrzyła na idiotkę, wgniotła Elzee w mokre od potu siedzisko i ścianę za nią jednocześnie.

 — Nie, ja też je widzę bardzo wyraźnie. W ogóle ty co tu robisz?

 — Pracuję. Jestem…

 — Sprzątaczką. No to typowe dla was. Opierdalanie się w robocie, choć muszę przyznać, że korytarz wypucowałaś pierwszorzędnie. Masz chłopaka?

 — Nie i nie jestem sprzątaczką?

 — Tylko kim? Miss Ekwadoru?

 Padł strzał, a potem jeszcze jeden i kolejny. W sumie sześć i trzy uderzenia o blat metalowego stolika. Potem były krzyki kobiet i dzieci. Nie krzyczeli mężczyźni. Drzwi otworzyły się z hukiem, uderzając o ścianę. Wybiegła z nich kobieta, cała we krwi. Zasłaniała rękami twarz, z której zwisała skóra.

 — Kanibaleeeee!!! — krzyczała, jakby obdzierali ją ze skóry, a przecież to już miała za sobą. Biegnąc w stronę schodów zaczęła klnąc, prawie alfabetycznie. Raz spieprzyła kolejność. Elzee uśmiechnęła się szeroko. Umiała szczerzyć zęby jak nikt inny. Robota klauna w klatce przynosiła wymierne efekty. Brunetka obok milczała, kuląc się na siedzisku. Blada twarz skierowana była na grupkę harcujących wśród zwłok trzech kucharek dzieci. Brzdące biegały radośnie wśród kałuż krwi i zupy jarzynowej przeskakując nad trupami. Do Sali wbiegły wejściem dla personelu. Jeden z bachorów — wysoki jak na gnojka chłopak trzymał w dłoni glocka. Zaśliniony i szczęśliwy spoglądał na swoich rówieśników. W magazynku miał jeszcze pare niespodzianek. Wycelował i pyk, pyk, pyk. Trafił raz. Ruchome cele były jego zmorą, ale zdołał sprzątnąć jakiegoś blondyna próbującego dobiec do jednej z kucharek. Widać, że był głodny. Reszta już ochoczo pałaszowała swój obiadek.

 — One zabiły kucharki — wycedziła przerażona Brunetka.

 — Jak masz na imię? — spytała Elzee.

 — Wilti.

 — Co kurwa?

 — Wiltina, no. Ale mów mi Wilti.

 — Dobra, Wilti. Rozbieraj się.

 Spojrzały na siebie w bezruchu.

 — Dlaczego?

 — Jesteś chuda, brzydka i cholera wie co jeszcze. Masz syfa?

 — Nie, o co ci chodzi?

 — Myślałam, że mam kolejną paranoję, że to tylko zły sen, ale cholera jasna to nie jest sen. Mamy atak kanibali na rejonie, nie widzisz? — Wstała i wytarła pośladki. — Nie zjedzą cię, jeśli zobaczą, że jesteś chudym kościotrupem z krzywym ryjem.

 — A co z tobą?

 — Ze mną nic. Jestem kanibalem, ale staram się rzucić to cholerstwo. Bez skutku.

 — Zjesz mnie?

 — Nie. One też nie.

 Jakieś trzy minuty zajęło jej rozebranie się do naga. Trzęsawica rąk nie pomagała w odpinaniu guzików. Zakryła piersi dłońmi.

 — A teraz biegnij.

 — Dlaczego? Przecież miałam być bezpieczna.

 Elzee wyjęła z kieszeni kitla scyzoryk.

 — Zjeść, nie zjem cię, ale za tą pieprzoną sprzątaczkę ci nie daruję, suko. Jestem położną!

 Wybrała rozsądną drogę. Zbiegała schodami z szybkością kwalifikacji olimpijskiej. Elzee nie miała kondycji, a kolana praktycznie odmawiały posłuszeństwa. Ból torpedował co chwila, nie dając ani wytchnienia, ani trzeźwej oceny sytuacji. Dwa razy nabiła się na zakończenia barierek. Będą siniole, pomyślała, mijając cudem trzeci. Wilti utrzymywała równe tempo aż do chwili, gdy poczuła ukłucie w szyję. Obraz zaczął tracić wyrazistość, stając się rozmazana plamą. Zaliczyła pocałunek z wymytymi na błysk płytkami po jeszcze paru krokach. Leżała na korytarzu parterowym, niedaleko głównego wejścia. Tam również było pusto. Na zewnątrz szalała potężna nawałnica. Przez otwarte drzwi woda wlewała się do środka. Elzee dobiegła do brunetki zdyszana jak po maratonie.

 — Trzeba było zamówić jeszcze jednego burgera — wysapała, wyjmując scyzoryk z szyi Wilti.

 — Głupio gadasz, jeszcze gorzej myślisz — wycedziła przez zęby, próbując za wszelką cenę utrzymać świadomość.

 — Wygrałam. Położne już tak mają.

 — Że ciskają scyzorykiem w inne kobiety?

 — To mój pierwszy raz. Oby nie ostatni.

 — Coś pusto w tym szpitalu. Jak w twojej głowie. Tylko kanibale i ofiary.

 Elzee poczuła lekki dreszcz na plecach. Przykucnęła nad brunetką, która już była martwa. Nadal się uśmiechała. Bez sensu. Z góry dobiegały głosy dzieci. Zechcą blondynkę sześć na dziesięć?

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: trening-wyobrazni
Opis:
Dodano: 2020-01-12 18:12:55
Komentarze.
Witamy nowy tekst!
Odpowiedz
~pkropka 1 m.
Hejo marok
"Cztery zielone banknoty wsuwała do kieszeni spodni z uśmiechem, zawsze" - spodnie miały uśmiech?
"Nikt nie posądziłby blondynkę" - blondynki?
"W barze mają telewizję, a ja znudziła się już tamtejszym towarzystwem." - znudziłam
" krzyczała, jakby obdzierali ją ze skóry, a przecież to już miała za sobą." - dobre
"Zaliczyła pocałunek z wypastowanymi płytkami " - cudo, choć mam wątpliwości co do pastowania płytek. Nie znam się, ale ja swoich nie pastuję.

Poza drobnicą jest dobrze, wyrobiłeś sobie już markę.
Odpowiedz
~marok 1 m.
W sumie pastowane płytki byłyby lodowiskiem prawie, no może jednak to zmienię
Drobina standardowo, a trochę mało czasu miałem żeby napisać, bo mnie pomysł późno naszedł
Odpowiedz
~JamCi 1 m.
Nikt nie posądziłby blondynkę siedem na dziesięć o skłonności - blondynki
gdy sen zlewał się z rzeczywistością za bardzo dla niej - zmieniłabym szyk
Zielone oczy wybuchły - wybuchnęły
ja znudziła się już tamtejszym towarzystwem - znudziłam
W ogóle ty co tu robisz? - co ty tu robisz
Biegnąc w stronę schodów zaczęła klnąc - kląć
Troszkę na bakier z przecinkami chwilami (albo mi się zdaje, tak może być.
Język przecudny. Plastyczny, ciekawy. Jedno, co mi przeszkadzało, to pomieszanie postaci, nie wiadomo było praktycznie do końca kto jest kim, czyje to słowa, czyje myśli.
Już zaczynałam myśleć, że coś na siłę w jakimś miejscu, ale zakonczenie wymazało to skutecznie.




Odpowiedz
*Canulas 1 m.
"W barze mają telewizję, a ja znudziła się już tamtejszym towarzystwem." - znudziłam

" — Tak. I za tymi balonami. Spodobałyby się mojej siostrze — Chudy, śmierdzący sosem czosnkowym palec zawisł w powietrzu przed oczami Elzee." - kropka podialogowa uciekła.

Takie se.

Druga część już ciekawie dziwna, ale pcozątek bez szału.
Przedziwaczone chyba. choć miejscami kojarzy się z "30 dni Mroku".

Możesz obadać tekst pod kątem nagromadzenia słó: była/było/był. Ostatnio, odkąd Akwamen zwrócił mi na to uwagę, mam lekką schizę.

Odpowiedz
~marok 1 m.
Ta schizma zaczyna Ci się udzielać mocno bo już któryś raz chyba mi o tym piszesz. A co do tekstu, to napisałem, mi się nawet podobał, ale na szybko pisany bo kiedy miał być czas na to to nie było.
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
"Nikt nie posądziłby blondynkę siedem na dziesięć o skłonności kanibalistyczne. Na papierze była położną, w życiu drętwą zdzirą, w głowie bałaganiarą"
" — To szpital?— rozejrzała" - brakuje spacji
"Zmrużyła oczy[,] natrafiając na blask lampy" (przecinków brakuje więcej w tekście, tutaj masz dwa czasowniki, jeden w formie imiesłowa, tworzą zdanie złożone, przecinkiem musisz wyodrębnić z niego zdania pojedyncze, Marokok, czas abyś zaczął na to zwracać uwagę)
"W barze mają telewizję, a ja znudziła się już tamtejszym towarzystwem" - znudziłam* (pokazała Ci to pkropka, pokazała JamCi, pokazał Can, błąd dalej jest, edycja to dwie sekundy, nagana)
Hmmmm, dziwne Dziwnie porąbane. Deczko zbyt dziwne
Odpowiedz
~marok 1 m.
Mało zwracałem na to uwagę, już pisałem, że na szybko i dlatego wyszło kiepsko, a zaległości nie chcę sobie robić. No cóż, tym razem już zacząłem pisać Tw więc nie oddam na ostatnią chwilę, chyba. Nie wiem czy aż tak dziwne, hmmm, mi sie wydawało właśnie że nie jest dziwne. Znaczy, na pewno pisałem dziwniejsze, ale może ja już tak mam że tyle tego napisałem że nie wiem co tak naprawdę jest dziwne.
No nie poprawiłem błędu. ale proszę, bez nagany, bo już dostałem ich sporo ( nie mówię o t3). Na usprawiedliwienie dodam, że to dlatego iż poszedłem czytać
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
Heh, dobrze, dobrze. To z troski syćko. Gdzie te czasy, gdy miałeś 6 zaległych zestawów... Zazdroszczę bycia na bieżąco Nie no, nie jest źle, pozamiatałes kilka razy, teraz jest po prostu ok
Odpowiedz
~marok 1 m.
Ja wiem, wiem, tak sobie żartuję, ale wiadomo, są już pewne rzeczy, trzeba zwracać uwagę, bo się zrobi śmiesznie ale w wersji żałosnej
Odpowiedz
~Agnieszka 1 m.
Hej

" Dwa czerwone balony przeleciały jej przed oczami jak kamienie. " - tu mnie troche poraziło to porównanie... to one miały napęd? te balony? )
Ale to drobiazg Który jak widzę, był ci potrzebny do pociągnięcia dalszej opowieści...

"Chudy, śmierdzący sosem czosnkowym palec zawisł w powietrzu przed oczami Elzee." - jfajne masz te zdania, oddziałujace nie tylko na wzrok, ale węch... WIdzę to i czuję. Dobre

Fajny, pomysłowy i niepokojący tekst.
Pozdrawiam


Odpowiedz
~marok 1 m.
Balony co nie mówić odegrały istotna rolę wraz ze swoim magicznym napędem, prawdopodobnie atomowym
Ale nawet na to uwagi nie zwróciłem. Jakby było to normalne, hmmm. No za szybko, za szybko to było
Odpowiedz
*Canulas 1 m.
Zaczyna mnie się udzielać - fakt. Wczoraj kończyłem czytać Edwarda Lee i pod koniec z racji nagromadzeń było/był jak i miliona dookreśleń, chuj mnie strzelał. Naprawdę, zwrócił mi Akwamen uwagę i jakbym nagle spierdolił ze słoika z głupotą. Objawienie. Tak więc się dzielę. Skorzystasz lub nie.
Odpowiedz
~Adelajda 1 m.
Początek mi się spodobał, nawet bardzo i te dwa, tajemnicze baloniki, myślałam, że na nich skupisz uwagę czytelnika, a jednak nie. Reszta dziwna, nieco odjechana, może to przez tych kanibali. Ale całość jest strawna i są fajne momenty.
Pozdrowki.
Odpowiedz
~marok 1 m.
Miałem coś z tyłu głowy, żeby te baloniki pociągnąć, ale zrezygnowałem szybko. Kanibale z racji zestawu dałem, choć pewnie mogłem subtelnie to zaakcentować, zamiast od razu jakieś masakry w bufecie Dziwność z Maroka czasami nie wychodzi
Odpowiedz
~Adelajda 1 m.
O jeżu marok ja sobie muszę w kalendarzu datę zapisać, boś mi na komenta odpowiedział Nie no, żartuję. Szkoda, że tego motywu z balonikami nie spróbowałeś. Myślę, że dziwność jest fajna, tylko ciężko wpleść w opowiadanie kanibali żeby nie wyszło komicznie, tak myślę.
Odpowiedz
~Adelajda 1 m.
odpowiedziałeś*
Odpowiedz
~marok 1 m.
W sumie nie chciałem żeby było jakoś poważnie, bardziej luźnie, bo nie miałem pomysłu na poważną historię z dreszczykiem


Odpowiedz
+fanthomas 1 m.
Pierwsza część lepsza od drugiej, ale druga też niczego sobie
Odpowiedz
+fanthomas 1 m.
Dialogi ci wyszły
Odpowiedz
+fanthomas 1 m.
Marok nie martw się nie jest dziwnie. Tak 4/10 w skali dziwnosci
Odpowiedz
~marok 1 m.
Ekspert się zna, więc wierzę ci na słowo. Istnieją legendy że niejaki fantomarok dobił do 10, ale nigdy nie pokazał tego tekstu
Odpowiedz
+fanthomas 1 m.
Niestety na razie na wstecznym jadę w tematyce bizarro choć kto wie jaki co będzie jutro
Odpowiedz
~marok 1 m.
walcz
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin