Cmyk cz. 2 i 3


 Link do części 1: http://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/pokaz_tekst.php?id_txt=1648

 

 Pokora zwykła być cnotą niedocenianą – myślał. W całej swej waleczności starał się pamiętać, żeby nie umniejszać jej wartości. Uznanie własnych ograniczeń wpływało zbawiennie na trzeźwy osąd sytuacji. Na przeliczenie szans. Na podjęcie rozważnych kroków. Najbardziej martwił się porą roku. Jesień dojrzewała z każdym kolejnym wschodem słońca, serwując szarość, chłód, wilgoć, a także coraz dłuższe i ciemniejsze noce.

  

 Supermarket przy wschodniej obwodnicy. Wokół pustka, krzaki, równina. Trzy opuszczone domy na krzyż. I krzyż. W zasadzie kapliczka. Figurka osobnika uznanego przez kler za świętego, kilka sztucznych kwiatów wokół, wypalona świeca. Plastikowe roślinki utrzymały się wyjątkowo dobrze. Nadal były kolorowe, nadal wyglądały, jakby kwitły. Sztuczne rzeczy są pozbawione tej pięknej i kruchej naturalności, zyskując tym samym na wytrzymałości. Coś kosztem czegoś innego. W dzieciństwie jego matka zwykła mawiać: „Albo rybki, albo akwarium”. Już wtedy tłumaczył, że rybki bez akwarium zdechną, a pusty baniak mu niepotrzebny. Polemizowała, że tak tylko się mówi i żeby nie analizował tego dosłownie. Jedenastoletni Max oświadczył wówczas, że to powiedzenie jest wyjątkowo głupie i nielogiczne. A teraz surowa prawdziwość tamtej sentencji nagle stała się jasna. Zawsze coś za coś. Sztuczne, kolorowe kwiaty pod posążkiem świętej postaci, a za nimi wysuszona łąka i jedyne co pozostało po tych prawdziwych, to podejrzenie, że tam były. Cassie wciąż miała w sobie tę naturalność, on natomiast stawał się plastikowy. Być może się uzupełniali. Być może nie miało to już znaczenia.

  

 Jedynym powodem, dla którego pomyślał właśnie o tym sklepie, była lokalizacja. Miejscówka raczej dla zmotoryzowanych, przejezdnych, niż dla spacerowiczów. Kompletne zadupie. Drzwi otwarte na oścież. Zdjął pusty plecak i już miał poinstruować dziewczynę, co ma zapakować do swojego, jednak zatrzymał się, nim zdążył wydobyć słowo. Gestem uniesionej dłoni zastopował Cassie, która już, już, właśnie w tej chwili chciała o coś zapytać. Zgasił latarkę, wsłuchując się w przestrzeń przed sobą. Dominującym dźwiękiem był szum wiatru za plecami. Max zrobił kilka ostrożnych kroków w ciemność. Przeklął w duchu, że nie zaczął właśnie w ten sposób, zamiast omiatać regały wiązką mrugającego światła. Baterie – przyszło mu do głowy. Oprócz jedzenia muszą znaleźć baterie. Z każdym kolejnym krokiem to, co zdążyło go zaniepokoić już w drzwiach, stawało się wyraźniejsze. Muzyczka. Cicha, brzęcząca, wesoła melodia. Piosenka jak z radia nastawionego na komercyjną stację puszczana w godzinach pracy dla umilenia dnia wszystkim słuchaczom. Im dalej w głąb podążał chłopak, tym Cassie czuła się coraz bardziej nieswojo. Uczucie uzależnienia od jego bliskości wręcz przerażało. Nie potrafiła już sama funkcjonować, podejmować decyzji, okiełznać najdrobniejszych lęków. Uderzyła ją myśl, że gdyby stało mu się coś złego, ona zostałaby sama, w drzwiach ciemnego budynku, gdzieś daleko od starej drukarni – jedynego miejsca, w którym potrafiła jeszcze czuć się dobrze. Być może odczuwała tam względny komfort tylko dzięki obecności Maxa. Nieprzyjazne scenariusze zaciskały się w jej głowie niczym podczaszkowa klamra. Odszukała wśród pokręconych myśli te najrozsądniejsze, powtarzane przez niego cyklicznie – że bezczynność jest wrogiem usypiającym wewnętrznych żołnierzy, jest jak pavulon i tachykardia w jednym. I że czasami najdrobniejsze działanie wystarczy, żeby otworzyć nowe drzwi, w realnych sytuacjach lub jedynie w głowie, a często to drugie jest nawet cenniejsze. Mówił też, żeby zawsze go słuchała, bo wie, co robi. Tym razem jedno wykluczało drugie. Weszła w ciemność, kurczowo ściskając plecak w jednej ręce i wyłączoną latarkę w drugiej.

  

 Max obszedł w tym czasie sporą część wielkopowierzchniowego sklepu, cały czas podążając za muzyczką. Wiatr na zewnątrz wydawał się teraz odległy, a dźwięki wnętrza dużo wyraźniejsze. Zanim oczy przywykły do mroku, słuch stał się dominującym zmysłem. Coś kosztem czegoś – pomyślał znowu. Poza bzyczeniem radia wyłapał też jednostajny, powtarzający się zgrzyt. Nie kroki, nie szuranie, czy jęki. Zgrzyt. Metaliczny, tępy, jednostajny. Jak nienaoliwiona huśtawka. Przy kolejnej alejce skręcił w lewo, ostrożnie stawiając każdy krok. Nim zdążył ponownie zmienić kierunek, ciszę wokół przerwał dźwięk puszki uderzającej o posadzkę, a tuż po tym przeraźliwy krzyk Cassie. Chłopak odruchowo włączył latarkę i przez połowicznie splądrowane półki zobaczył, jak spanikowana dziewczyna odgania się od czegoś, strącając przy okazji resztki asortymentu na podłogę. Dostrzegł źródło paniki. Odetchnął.

  

 Jedli ryby w pomidorach, siedząc na zimnych płytkach o wyjątkowo brzydkim, popielatym odcieniu. Max zaopatrzył ich nawet w sztućce, a dokładnie łyżki, gdyż wydawały mu się bardziej uniwersalne. Nosił je zawsze, w ilości sztuk dwie, na dnie plecaka. Cassie pociągała nosem, przełykając z obrzydzeniem każdy kolejny kęs. Zmusił ją, żeby zjadła. Były dobre, z długą datą przydatności, wcale nie zepsute. Interesowało go, żeby nie czuła głodu, bo kiedy już zapakują plecaki do pełna, czeka ich spacer powrotny.

 — Przestań płakać — rzucił sucho, wymieniając baterie w latarce i pałaszując ostatnie kawałki ryby. — Nie masz powodu.

 — On tam... wisi — szepnęła, akcentując każde słowo i zerkając w stronę drugiego końca sklepu. — Zaplątałam się w jego nogi...

 Trup mężczyzny bujał się nieznacznie ruchem wahadłowym, powieszony na pasku podczepionym do jednej z rur konstrukcji sufitu. Skrzypienie było wręcz uspokajające. Na półce obok niego radio cichutko zawodziło głosem Alannah Myles o chłopcu z aksamitnym uśmiechem.

 — Ten akurat nie jest już groźny. — Max wytarł twarz w rękaw i z ulgą odpalił papierosa. Wyciągnął go przed kwadransem z kieszeni nieobecnego duchem pana. — Bardziej mnie martwi, kto go tak urządził. — Zaciągnął się głęboko, przymrużając z zadowoleniem oczy.

 Cassie odsunęła od siebie niedokończone ryby.

 — Nie zrobił sobie tego… sam? — zapytała, nie kryjąc zdziwienia. — Wygląda jak samobójca.

 — A widzisz gdzieś krzesło? Drabinę? Cokolwiek?

 Spojrzeli w stronę nieszczęśnika. On też patrzył, a przynajmniej jego nieobecne, martwe oczy nadal spoglądały w kierunku, w którym akurat obróciła się głowa. Regały były rozstawione na tyle szeroko, że nie zdołałby skorzystać z nich, planując podróż bez powrotu.

 — Ktoś go powiesił — stwierdził chłopak.

 — Ale czemu… — Cassie skrupulatnie przyglądała się swoim dłoniom, próbując wyartykułować wątpliwości.

 — A czy musiał być jakiś powód? — Max dogasił papierosa, zasuwając plecak pełen konserw. — Czas na nas.

 

 _________

 

 Ulewa dopadła ich milę przed drukarnią. Normalnie byłby zły, jednak już jakiś czas temu postanowił nie wyprowadzać się z równowagi błahostkami. Zmokli, cóż... zdarza się. Cassie milcząc, ukrywała zmęczenie. Plan zawierał całodniowe odsypianie i opuszczenie Cmyka tuż po zmroku. Punkt pierwszy i ostatni – niedopracowana strategia – grunt to oddalić się od tej parszywej metropolii, resztę wymyślą po drodze.

 W bramie zaniepokoiły go dwie rzeczy. M w napisie C.M.Y.K. urwało się całkiem, wpadając do ziemistej mazi. Max przystanął w pół kroku, zupełnie nie wiedząc skąd ten przebłysk nostalgii nad nic nieznaczącą literką, która zamiast dyndać, grożąc uderzeniem w głowę, wykąpała się w błocie. Bardziej niepokojące było jednak drugie spostrzeżenie. Ogromny, bordowy dodge stojący na podwórzu. Dziewczyna zamarła, chwytając Maxa za rękę. Schyłek nocy, krajobraz tonący w strugach deszczu, jej mokra, zmarznięta dłoń, samochód, którym przyjechał ktoś obcy, gula w gardle i obawa, że tym razem stary scyzoryk nie wystarczy. Podeszli powoli – w środku pusto, jedynie muzyczka. Już drugi raz pieprzone radio z beztroską melodyjką. Max poczuł napływającą wściekłość, uderzała w głowę i mięśnie, pulsowała w żyłach. Najlepszy dowód, że sytuacja zaczynała go przerastać. Nie odwrócili się na piętach, nie zawrócili, nie uciekli. Nie mieli dokąd. Nie mogli zostawić przyjaciół.

 

 Na parterze zastali to, co zawsze, czyli nic. Nieład, wybite okna, wiatr hulający po kątach, gruz i stosy papierów, z których nie sposób było już odczytać ani słowa. Schody, piętro, metalowe drzwi, rzut okiem – wyglądały na nienaruszone. Uznał, że to dobry znak. Zapukał – rytm ten, co zawsze – pytanie o hasło z wewnątrz.

 — Klasówka, zaliczona. Cyan magenta, yellow, key, zmień, do kurwy nędzy, to pierdolone hasło.

 — Max! Chwała Bogu! — Zasuwa zaskrzypiała, drzwi otworzyły się z impetem.

 — Co tu tak śmierdzi? — zapytał, nie ruszając się z miejsca.

 Karl wyglądał źle. Strach i dezorientacja. Plamy krwi na koszulce, rozbiegane oczy, blada cera.

 — Co śmierdzi, pytam?! — Max wyminął przyjaciela, rozglądając się po pomieszczeniu. Kominek z maszyn drukarskich, sterty gazet i książek, puste puszki, kartony pod oknem, kilka szmat. — Jakby chemią. Jakby detergentem. Jakby… nimi. — Przemaszerował do kolejnych drzwi, uchylił, zajrzał, wszedł. Zamknął oczy na parę długich sekund, przykładając pięść do czoła w zamyśleniu.

 — Wymknęła mi się, nie zdążyłem — szepnął za jego plecami kompan — rzuciła się na nich na dole. Z pustymi rękami. Wydrapała lewe oko pierwszemu, drugi stanął jak wryty, widziałem, pobiegłem za nią. Zaatakowała też jego, w szale rozdrapała pół twarzy, pazurami, gołymi rękami, Alice, rozumiesz? Moja Alice...

 — Twoja Alice przedawkowała pisakowe dziecię, stary. Albo jej odbiło.

 Kobieta siedziała trzy jardy od nich. Odwrócona tyłem patrzyła w pustą ścianę, lekko się bujając. W kącie pomieszczenia kończyny dwóch zakrwawionych mężczyzn wystawały spod stosu papierów i szmat – niezbyt udanej kryjówki.

 — Słyszy? Reaguje? — zapytał Max, przyglądając się dziewczynie, jakby był botanikiem, a ona nieznanym gatunkiem rośliny. Podszedł blisko, kucnął, zlustrował jej twarz pozbawioną mimiki i wyrazu.

 — Cześć — szepnął. — To ja, Max. Pamiętasz mnie?

 Alice wolno przekręciła głowę w jego stronę. Ręce miała bordowe aż do łokci, dokładnie w kolorze dodge’a stojącego na podwórzu przed drukarnią.

 — Pamiętam — wysyczała. — Nie rób ze mnie wariatki.

 — Okej... Jak masz na imię?

 — Alice. Niepasujący element.

 — Przestań. To był żart.

 — Cmyk. Cassie, Max, Karl. Brakuje igrek, to jak znak, Alice nie pasuje. Alice dała się złapać, wstrzyknąć jakieś gówno i zachorować. Narobiła kłopotów. Alice jest słabym elementem. Do eliminacji. Przez Alice siedzicie tutaj dwa tygodnie. Widziałam ich w tej szparze, przez którą obserwujesz okolicę, kiedy nie możesz zasnąć. Szli tutaj. Mówiłeś o determinacji. I o lewym oku. Chciałam się zrekompensować, pomóc. Zdobyłam pojazd. Teraz nie będziesz wściekły.

 — Nie byłem na ciebie wściekły.

 — Byłeś! — wrzasnęła, podrywając się na równe nogi. Max również wstał, powoli, spokojnie, pewnie. Ich oczy spotkały się na jednej wysokości. Zlustrował je uważnie, nie komentując jednak swoich obserwacji.

 — Zjedz coś, dobrze? Cassie ma w plecaku to i owo.

 Alice wciąż patrzyła tym dziwnym wzrokiem. Wytrzymał spojrzenie, starając się nie prowokować własnym, zarazem zmuszając się do postawy pełnej troski i spokoju, nawet do lekkiego uśmiechu.

 — Prześpij się. Wieczorem pojedziemy daleko stąd.

 Kolejny niemrawy uśmiech. Odpowiedziała podobnym, zawahała się na moment, po czym wyszła. Karl stojący w drzwiach wyglądał, jakby przed chwilą wpadł do basenu. Spocony, zestresowany, przygnieciony ciężarem atmosfery. Max spojrzał na przyjaciela, nie mogąc opędzić się od jednej jedynej myśli. Trudnej, niewygodnej, nachalnej wątpliwości, czy tamten mu wybaczy, jeśli nie będzie innego wyjścia.

 — Kluczyki masz?

 — Na parapecie.

 — Wspaniale, kurwa. Może wieszaczek koło drzwi zrobisz?

 — O co ci chodzi? — Karl wyglądał, jakby przeżył dwieście lat. Max czuł się podobnie.

 — Nie umiesz upilnować niczego, więc na twoim miejscu trzymałbym takie rzeczy przy sobie.

 — Dzięki niej, dzięki temu, że jej… nie upilnowałem, mamy samochód.

 — Ależ tak, przyjacielu. Zbawienne ułatwienie. Jak długo zdołamy być niewidzialni w wielkiej, czerwonej furze? Dzień? Dwa? A potem?

 — Sam zapytałeś o kluczyki! Samego cię kusi!

 — Kusi mnie. Owszem. I to jest właśnie najgorsze.

 

 

 Link do części 4: http://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/pokaz_tekst.php?id_txt=1772

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Ritha
Kategoria: fantastyka
Liczba wejść: 2
Opis:
Dodano: 2020-01-12 19:21:48
Komentarze.
~marok 1 m.
Uuuu, ale mi się podobało. A z tym wisielcem to sobie wyobraziłem wszystko, nawet ten dźwięk, brrrr. Super końcówka. Żałuję, że dopiero teraz, ale lepiej późno niż wcale, a pewnie wcześniej bym nawet pewnych rzeczy nie docenił, tak myślę. Fajna wymówka
Na kolejną część czekam baardzo, oby była niedługo
Odpowiedz
*Canulas 1 m.
"Jedynym powodem, dla którego pomyślał właśnie o tym sklepie, było jego odosobnienie." - ale że jego czy sklepu? W każdym razie anąsuję ćwierć-obawę.

Ogólnie, no... się płynie. Ciężko się coś przyczepić, nawet, jeśli chciałoby się pomóc. Nic nowego.


"Uderzyła ją myśl, że gdyby stało mu się coś złego, ona zostałaby tam sama, w drzwiach ciemnego budynku, gdzieś daleko od starej drukarni – jedynego miejsca, w którym potrafiła jeszcze czuć się dobrze. Być może odczuwała tam względny komfort tylko dzięki obecności Maxa." - tu możnaby może pierwsze "tam" wyeliminować. Pod rozwagę.

No i tyle co mogłem znaleźć. Mało pamiętam, w zasadzie najważniejsze zwroty akcji, więc wszystko, co pomiędzy, chłonę z wypiekiem na japie.
Pod wydanie trza szykować już.
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
Marok, no pewno, że lepiej późno niż wcale. Heh, no wymówek to Cię chyba fanthomas uczy
Si, kolejna niedługo.

Can, sklepu, ok, przyjrzę się temu zdaniu w szerszym kontekście. Uuu, jedno "tam" do kasacji, już reperuję. Can, fabularnie się przypatrz jak tak będziesz radośnie hasał, bo mi się wydaje, że są momentami głupoty straszne, np. pojawia się heliokopter - nie wiadomo skąd, po co, na co... W sensie - jak coś Ci się wyda durne/dziwne - komunikuj
Dziękuję za wizytę
Odpowiedz
*Canulas 1 m.
To może gdzieś dalej, bo chwilowo jest ok
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
Si
Odpowiedz
~Adelajda 1 m.
Tak, pamiętam, byłam.
Odpowiedz
*Ritha 1 m.

Odpowiedz
~alfonsyna 1 m.
Nadal nie wiem wtf, ale w pozytywnym sensie. Bardzo wyraziste są te sceny, a już zwłaszcza pod koniec... Jest flow, nie ma się do czego przyczepić, no to będziemy płynąć dalej.
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
I tu również dziękuję Fajnie, że zanurkowałaś w Cmyka
Odpowiedz
~JamCi 25 d.
No to wiem. Wiedziałam już na początku tej części. Ja chcę to dostać do ręki, na papierze, mieć to całe i móc sobie czytać. Powiedz mi tylko jedno: kiedy?
Odpowiedz
*Ritha 25 d.
Kiedy? Doba jest za krótka, priorytety wciąż błędne...
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin