TW 3 (23) Kto sprawia, że pada śnieg? #3


 Przypomnienie:

 Postać: Hodowca koszmarów

 Zdarzenie: Cały czas pada śnieg

 

 W poprzednim odcinku: http://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/pokaz_tekst.php?id_txt=1712

 

 ***

 

 Otworzył oczy, zdumiony otaczającym go przyjemnym ciepłem. Rozejrzał się półprzytomnie, nie potrafił jednak określić, gdzie właściwie jest, a panujący we wnętrzu półmrok wcale mu tego nie ułatwiał. Leżał na jakimś posłaniu, względnie wygodnym, okryty po samą szyję zwierzęcymi futrami. W palenisku płonął ogień, a nad nim zawieszony był garnek, którego zawartość cicho bulgotała, rozsiewając wokół osobliwy, lecz przyjemny zapach. Młody człowiek spróbował unieść się do pozycji siedzącej, kończyny jednak wyraźnie podjęły bunt przed okazaniem posłuszeństwa wobec woli.

 – Wreszcie się zbudziłeś. – Męski głos dotarł do niego z bliska, wciąż jednak trudno było dostrzec jego właściciela, póki ten niespodziewanie nie wyłonił się z najciemniejszego kąta izby.

 – Kim, kurwa, jesteś? – Jego własny, ochrypły i słaby głos przeraził go teraz bardziej niż ten, którym przemówił nieznajomy.

 – Nie denerwuj się. – Lekko przygarbiony, niepozorny człowieczek posłał mu dobrotliwy uśmiech. – Omal nie zamarzłeś tam na kość! Cóż to za pomysły wychodzić na to pustkowie w taką pogodę! Masz szczęście, że cię znalazłem, śliczny chłopcze, bo pewnie nic by już z ciebie nie zostało!

 – Zadałem ci cholerne pytanie! – Nie dawał za wygraną, choć nawet jego krzyk nie miał w tej chwili choćby ułamka dawnej siły, nie mówiąc już o odrętwiałym ciele.

 – Gdybym chciał twojej krzywdy, nie czyniłbym sobie trudu przynoszenia cię do mojego domu, nie uważasz? – Mężczyzna podszedł już na tyle blisko, że z łatwością można było ujrzeć jego twarz. – Nie obawiaj się – poprosił, odczytując myśli młodzieńca ze spojrzenia, którym ten go obdarzył. – Te znaki… – Dotknął palcami swego czoła i policzka, dokładnie pokrytych wypukłymi śladami o rozmaitych kształtach i wielkości. Uwadze patrzącego nie uszło, że skóra dłoni wyglądała podobnie. – …są moją ochroną.

 Powoli przeszedł parę kroków, by spocząć na krześle za niewielkim stołem, ciągle śledzony przez czujne spojrzenie przybysza.

 – Przypuszczam, że pochodzisz z Greyfahlen, mam rację? – odezwał się ponownie po krótkiej chwili. – Żyjecie tam sobie spokojnie za wielkim Murem, który odgradza was od magii i nocnych strachów. Ja muszę korzystać z innych sposobów. Ale cóż to? Nagle odjęło ci mowę? – Schowany pod ciepłymi futrami mężczyzna wciąż się nie odzywał, więc gospodarz postanowił przełamać kolejne lody. – Może jesteś głodny albo spragniony? Obiecuję, że nie będę próbował cię otruć.

 – Obejdzie się. – Nie podłapał żartu, ciągle zachowując podejrzliwą powagę. – Jak mnie znalazłeś?

 – Zrobiły to moje psy, gdy wracaliśmy z podróży na południe. Zdaje się, że po prostu zwęszyły krew.

 Krew – to słowo podziałało jak cios prosto w twarz. Młody mężczyzna dopiero teraz wyjął ręce spod okrycia i zaczął z uwagą oglądać własne dłonie. Były jasne i czyste, jakby nic niezwykłego nie miało miejsca. Uniósł się nieco i zaczął poszukiwać czegoś wzrokiem.

 – Gdzie moja lutnia? – spytał wreszcie podniesionym głosem. – Co zrobiłeś z moją lutnią?

 – Spokojnie, leży pod ścianą. – Gospodarz przeszedł na drugą stronę pomieszczenia i chwilę później wręczył gościowi instrument. – Dlaczego jest dla ciebie taka ważna?

 – Po prostu… – zająknął się, z trudem przełknął ślinę i objął lutnię ramionami, jakby tulił niespokojne dziecko. – Nie wiem, co się stało… ale jestem pewien, że uczyniłem jakąś potworność…

 – Nie pamiętasz, co cię spotkało? – Nieznajomy uniósłby w zdumieniu brwi, gdyby wciąż je miał. Skóra jego twarzy i głowy była całkowicie pozbawiona włosów. – Właściwie nie takie historie już słyszałem, więc nie powinienem się dziwić. A co z twoim imieniem, chłopcze? Pamiętasz chociaż, jak cię zwą?

 Młodzieniec dość długo milczał. Na jego twarzy malowała się wyraźna dezorientacja, a dłonie badały lutnię, jakby w nadziei, że może być pomocna w przypomnieniu sobie czegokolwiek.

 – Caleb – wyznał wreszcie, dając za wygraną. – To chyba jedyne, co potrafię o sobie powiedzieć.

 – Od imienia zwykle wszystko się zaczyna, zatem to dobry początek. – Mężczyzna ponownie zasiadł na krześle. – Teraz chyba moja kolej, co? – Uśmiechnął się krzywo nim wyznał: – Dobrze więc, jeśli nadal chcesz wiedzieć, już dawno temu zapomniałem moje imię, więc nazwałem sam siebie Łapaczem Snów. Od biedy można by mnie określić mianem szamana, ale param się tylko najmniej skomplikowaną magią. Odpędzam uroki i ratuję ludzi przed koszmarami, bardzo dosłownie. Miałeś kiedyś naprawdę straszny koszmar, śliczny chłopcze?

 – Nie miewam snów – odparł Caleb, oblizując spękane wargi. Próbował jakoś skojarzyć, czy kiedykolwiek słyszał o swoim gospodarzu, jego miano nic mu jednak nie mówiło. Może było to winą jego poplątanej pamięci, a może to samozwańczy szaman coś o sobie przemilczał.

 – Bzdura! – obruszył się Łapacz Snów. – Każdy czasem śni. Większość snów jest dobra, daje ukojenie i pomaga poradzić sobie z trudami codzienności. Ale bywają i takie, które przynoszą wyłącznie ból i chorobę. Właśnie takich się pozbywam.

 – Jak to czynisz?

 – Może nawet ci pokażę, gdy już trochę wrócisz do sił. Zresztą, koszmary nie kryją się wyłącznie w snach, a ja mam swoje sposoby na wszystkie ich odmiany.

 – Ludzie przychodzą tu do ciebie? – Caleb nie wydawał się przekonany. – Na takie pustkowie?

 – Najczęściej to ja wychodzę do ludzi – odparł gospodarz, rozkładając ręce. Na wewnętrznej stronie dłoni widniały pojedyncze symbole. Zdawały się wypalone w skórze, a Caleb rozpoznał w nich bardzo stare, prawie już zapomniane runy. Ta na prawicy oznaczała „dzień”, a druga „noc”. – Choć przyznam, że w pewnych kręgach sława już mnie wyprzedza.

 Łapacz Snów pozwolił sobie na uśmiech, którego jego rozmówca jednak nie odwzajemnił. Uznał najwyraźniej, że woli nie znać rzeczonych kręgów, bo nawet nie próbował o nie pytać. Zamiast tego poruszył nieco bardziej przyziemny temat.

 – Masz tu gdzieś wychodek? – Ostrożnie odłożył lutnię i zaczął wygrzebywać się spod ciepłych futer. – Najwyższa pora powrócić między żywych.

 – Zaprowadzę cię – zaoferował chętnie szaman, podnosząc się z krzesła. – Nabrałeś już zdrowych kolorów, ale pewnie nadal jesteś osłabiony.

 Caleb bez protestów pozwolił okryć się jednym z futer, wziąć pod ramię i poprowadzić do oddalonego nieco od domostwa wychodka. Chciał wykorzystać tę okazję, by nieco wybadać teren, ale wszechobecny śnieg był dlań co prawda znajomym, ale nazbyt powszechnym widokiem, by dać cokolwiek po sobie poznać. Niebo zaczęło już ciemnieć, co wskazywało na nadchodzący zmierzch. Szaman zabrał ze sobą niewielką świeczkę, którą wręczył swojemu gościowi pod drzwiami do wychodka. Calebowi cały czas coś nie pasowało w tym na pozór przyjaznym człowieku, który z niewątpliwym poświęceniem musiał zanieść go do swojego domostwa z bogowie tylko wiedzą jak daleka. Gdy lepiej mu się przyjrzał doszedł do wniosku, że Łapacz Snów musi być znacznie młodszy niż na to wygląda, a w dobrotliwym spojrzeniu czai się jakiś bliżej nieokreślony mrok. A może było to tylko odbicie jego własnej niepewności?

 Do domu wrócili niedługo później i obaj zasiedli przy stole. Dopiero wówczas Caleb zaczął uważniej przyglądać się otoczeniu. Dostrzegł, że wszystkie okna przysłonięte są płachtami szaroburego materiału, podobnie było z czymś, co stało na stole między siedzącymi.

 – Przypuszczam, że wiesz, co to. – Łapacz Snów niespodziewanie zdjął materiał, by odkryć średniej wielkości kulisty przedmiot, mieniący się odbitym światłem ognia. Ręka Caleba automatycznie powędrowała ku piersi. Od razu wyczuł pod koszulą znajomy kształt. – Tak myślałem. – Szaman pokiwał głową z uśmiechem. – Zdajesz sobie sprawę, co nosisz na szyi? Skąd w ogóle to masz?

 – Znalazłem – wyznał szczerze Caleb. – Myślałem, że przyniesie mi szczęście.

 Łapacz Snów roześmiał się serdecznie, Calebowi nie było jednak do śmiechu.

 – Kamienie księżycowe nie są po to, by przynosić szczęście – stwierdził wreszcie gospodarz, kładąc dłoń na kuli, którą miał przed sobą. – Mój na przykład pomaga mi lepiej widzieć, szczególnie na dalekie odległości.

 Caleb dość prędko odkrył, że kamień szamana nie jest tak gładki jak jego własny. Ten miał bowiem po bokach wypukłości, odpowiadające wyrytym na dłoniach Łapacza Snów runom. To wystarczyło, by nabrał jeszcze większych podejrzeń.

 – Masz zdolności jasnowidzenia? – zapytał wreszcie.

 – Widzę jedynie odbicia – odrzekł Łapacz Snów, drapiąc się po brodzie. – Odbicia tego, co dręczy ludzkiego ducha. Czasem to coś, co człowiek sam chce mi pokazać, a czasem coś, z czego dotąd nie zdawał sobie sprawy. Wbrew pozorom to trudne i łatwo o fatalną pomyłkę przy odczytywaniu znaków.

 – To znaczy, że… – Caleb odchrząknął i złożył dłonie. – Może mógłbyś mi pomóc, no wiesz… przypomnieć sobie?

 – Może wcale nie jest ci potrzebna moja pomoc. Powinieneś pozwolić, by wszystko wróciło samo, w odpowiednim momencie. Wówczas to będzie mniej… bolesne.

 – Jeżeli uczyniłem coś naprawdę złego, muszę o tym wiedzieć. Ty również możesz być w niebezpieczeństwie, pozwalając mi tu być.

 – Mam się zatem obawiać ciebie, śliczny chłopcze? – W głosie Łapacza Snów dało się słyszeć powątpiewanie. – A może tych, którym się naraziłeś?

 – Co właściwie sobie pomyślałeś, gdy mnie znalazłeś? – Caleb pochylił się i zajrzał rozmówcy prosto w oczy. – Musiałeś najwyraźniej uznać, że jestem coś wart, powiedz mi więc czego chcesz ode mnie? I gdzie właściwie są te psy, o których wspomniałeś? – Mimowolnie przeniósł spojrzenie na wiszący nad ogniem garnek, a Łapacz Snów ponownie się roześmiał. „Zabawny z ciebie człowieczek, nie ma co”, pomyślał z kpiną Caleb, nim usłyszał odpowiedź:

 – Są w piwnicy, chłopcze. Ktoś musi strzec moich koszmarów.

 Zimny dreszcz nagle przebiegł Calebowi wzdłuż kręgosłupa. To wszystko zaczynało już przypominać absurdalny sen, w dodatku coraz mniej przyjemny. „Przecież ja nigdy nie śnię”, upomniał sam siebie, niewiele mu to jednak pomogło.

 – Hodowca Koszmarów – odezwał się tymczasem szaman, poważniejąc. – Większość ludzi właśnie tak woli mnie nazywać. Domyślasz się, dlaczego?

 – Nie. – Caleb z trudem przełknął ślinę. Co prawda nigdy dotąd nie słyszał o Łapaczu Snów, ale o Hodowcy Koszmarów owszem. – Mam już tego dość. Mdli mnie od słuchania twoich pierdolonych kłamstw. Żywisz się strachem, ale u mnie go nie znajdziesz. Nie lękam się prawdy, choćby miała mnie zabić.

 – Chcę ci tylko pomóc, drogi chłopcze. – Naznaczona bliznami dłoń przesunęła się po stojącej przed nim kuli, która zaraz pociemniała. – Mój kamień w istocie może sprawić, że wszystko sobie przypomnisz, a gdy to już nastąpi, ja będę mógł uwolnić cię od cierpienia. Zabiorę ten koszmar z twojego życia, niezależnie od tego, jak bardzo jest przerażający.

 – Jeszcze przed chwilą twierdziłeś, że powinienem z tym zaczekać – przypomniał już nieco spokojniej Caleb. – Jak długo chciałeś to ciągnąć?

 – Liczyłem na łagodniejsze rozwiązanie sprawy – przyznał Łapacz Snów, poprawiając się na krześle. – Dobrze, gdy ludzie z własnej woli ofiarowują mi swoje koszmary, bo rozstają się z nimi spokojnie i chętnie, a nawet z ulgą. Wówczas wszystko przychodzi bardziej naturalnie, a koszmar jest łatwiejszy do opanowania. Ty masz w sobie wiele gniewu, jesteś nieobliczalny, a w dodatku utraciłeś ważne wspomnienia. To może bardzo skomplikować cały proces.

 – Więc po prostu postaraj się bardziej. Chyba potrafisz?

 Łapacz Snów odchylił się nieco, jakby w odpowiedzi na przygważdżające spojrzenie Caleba. Niespodziewanie to gość zaczynał przejmować kontrolę nad tą rozmową, a gospodarz sam siebie zapędził w kozi róg.

 – Chcę jedynie twoich koszmarów, chłopcze – odezwał się wreszcie szaman. – To chyba niewielka cena za ocalenie życia?

 – Skąd pewność, że jestem ci za to wdzięczny? – Głos miał teraz lodowaty, zupełnie pozbawiony emocji. – Powiedz mi tylko, co właściwie czynisz z tymi wszystkimi koszmarami? Kolekcjonujesz je?

 – Wszystko na tym świecie istnieje po coś. – Łapacz Snów najwyraźniej poczuł się pewniej, bo znów błysnął zębami w uśmiechu. – Uwierz mi, na ten towar również jest wielu chętnych i to gotowych zapłacić każdą cenę. Co dla jednego goryczą, dla drugiego słodyczą.

 – Niepotrzebnie pytałem. – Caleb skrzywił się lekko. – Cóż, nie planuję tu z tobą zostać na zawsze, więc załatwmy to szybko.

 – Szkoda – skomentował Łapacz Snów, wzruszając ramionami. – Mam wrażenie, że moglibyśmy się nawet polubić. Jesteś pewien, że chcesz spróbować?

 – Co mam zrobić? – Caleb zignorował jego uwagi i zaczął podwijać rękawy koszuli, w którą był odziany, bo nagle zrobiło mu się dziwnie gorąco.

 – Po prostu połóż rękę obok mojej – poinstruował go szaman, którego dłoń cały czas spoczywała na kuli z księżycowego kamienia. – I spróbuj mi zaufać, bez tego daleko nie zajdziemy.

 Młodzieniec wahał się przez chwilę, ale w końcu uczynił to, o co poprosił go szaman. Kula pod jego palcami była ciepła i gładka, a światło, które nagle rozjaśniło ją od środka, ukazało podłużne, wyglądające na dość świeże zadrapania w okolicy nadgarstka Caleba. Obaj mężczyźni spojrzeli na nie z równym zaskoczeniem, lecz żaden się nie odezwał. Łapacz Snów ułożył dłonie po dwóch stronach kuli, zakrywając runy. Potem lekko pochylił głowę i zacisnął powieki.

 – Zamknij oczy, chłopcze i powiedz mi, co jest ostatnią rzeczą, jaką pamiętasz sprzed ucieczki – poprosił łagodnie, a Caleb wolno wypuścił powietrze z płuc, próbując znaleźć w pamięci jakikolwiek punkt zaczepienia.

 – Śnieg – szepnął po kilku uderzeniach serca. – Kto sprawia, że pada śnieg?

 

 I dalej: http://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/pokaz_tekst.php?id_txt=1855

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~alfonsyna
Kategoria: trening-wyobrazni
Opis: Naprawdę bardzo chcę już to skończyć, ale jakoś tak się dalej rozrasta... :P
Dodano: 2020-01-21 22:56:20
Komentarze.
Witamy kolejną część tekstu!
Odpowiedz
~alfonsyna 2 m.
Witam
Odpowiedz
~pkropka 2 m.
Wyciągnęłam się, wyciągnęłam wszystkie części za jednym zamachem.
Masz leciutkie pióro. Czyta się gładko i przyjemnie, będę czekać na kolejną część.
P.s. Cieszę się, że się rozrasta
Odpowiedz
~alfonsyna 2 m.
Ło matko, tyle na jeden raz to niezłe wyzwanie jednak, cieszę się, że podołałaś. Znaczy, że nie przynudzam jakoś mocno.
Bardzo dziękuję za miłe słowa, chciałabym jednakowoż w miarę to szybko już skończyć, bo wisi nade mną jak topór katowski, a mnie ciągnie też do innych rzeczy. W każdym razie próbuję dalej ogarniać, oby jakoś poszło. Raz jeszcze dziękuję!
Odpowiedz
~entropia 2 m.
Przeczytałam i ja, i zastanawiałam się, co Ci napisać, więc tak: na krótkie opowiadanie dla mnie za mało się dzieje, to takie kluczenie w tajemnicach bohaterów (bardzo ciekawych), z retrospekcją co się stało i domyślam się że te wspomnienie będzie kluczowe, będzie zawierało większy ruch. Podoba mi się pomysł, piszesz bardzo ciekawie, niespiesznie, taki sposób i rozmach nadaje się do pisania powieści i to tutaj na plus, tylko wprowadzić zwroty akcji. W ogóle nie lubię się wypowiadać o częściach, tylko przeczytać całość i wtedy móc spojrzeć na części. Opko na pewno wzbudza ciekawość. Może akurat i pora już senna mnie dopada i mniejsze skupienie po lekturze innych tekstów, ale wyrażenie takie że można by trochę podkręcić, lub jeżeli masz większy pomysł, idź swoim torem nie skracaj na siłę, kto wie może wyjdzie z tego jakaś magiczna saga
Odpowiedz
~alfonsyna 2 m.
Powiem Ci, że słusznie prawisz i masz nosa, albowiem to nie do końca jest całkiem odrębna historia. Wykorzystałam sobie bohaterów i uniwersum, które już gdzieś dawno temu było tworzone z myślą o dłuższej, a nawet bardzo długiej formie powieściowej. De facto od opka w tej konwencji zaczynałam na opowi już ponad cztery lata temu i cały czas w tym jestem, więc może stąd wzięła się taka forma teraz - bo ja już w jakimś stopniu mam tych bohaterów i ten świat zaplanowany na całe ich życia praktycznie. Chciałam to skrócić właśnie po to, żeby nie było takich przestojów, ale potem uznałam, że jednak przyda się to wszystko, żeby całość była bardziej spójna. Nie wiem czy słusznie, to już nie mnie oceniać, ale zdaję sobie sprawę, że odbiór może być różny. I dziękuję za szczerą opinię, w sumie tak na przyszłość jeszcze sobie tę całą koncepcję przemyślę, bo i tak jestem na etapie nieustannego układania, poprawiania, zmieniania całej tej opowieści, więc może i saga wyjdzie... kiedyś. Naprawdę ogromnie dziękuję za poświęcony czas i komentarz, bo to mi bardzo pomoże. Pozdrowienia!
Odpowiedz
*Ritha 2 m.
Helloł. Masz sporo „się” w całym tekście, w sensie – są takie miejsca, gdzie jest nagromadzone, np.:
„– Mężczyzna zbliżył się już na tyle, że z łatwością można było przyjrzeć się jego twarzy. – Nie obawiaj się – poprosi” – 3x

„– Gdybym chciał cię w jakikolwiek sposób skrzywdzić nie czyniłbym sobie trudu przynoszenia cię do mojego domu, nie uważasz?” – tu z kolei 2 x „cię”, ot, takie duperelki, czepialska ja, mam schiza czasem :/
„Żyjecie tam sobie spokojnie za wielkim Murem, który odgradza was od magii i nocnych strachów” – jakby żywcem zdarte z serii „Mur” Krajewa, mata podobny tok myślenia znaczy

Hm, chcesz kończyć, a ja się wkręcam, masz jakąś taką narrację, że człowiek ma ochotę zaparzyć sobie herbatę albo zrobić coś do jedzenia i z takim ekwipunkiem wrócić i czytać, czytać. To bardzo dobry (moim zdaniem) symptom. Staranność zapisu nie podlega wątpliwości. Mogłabym czytać jakąś Twoją dłuższą serię, na pewno bym się wciągnęła. Do zestawu podeszłaś sumiennie, no i masz coś czego zawsze zazdroszczę – pomysłowość w tworzeniu fabuły (to chyba cecha ludzi lubiących fantastykę, bo w przypadku nas „realistów” co nie napiszesz, to sztampa jedynie bronię się doborem słów, ale pomysły Ci u mnie kuleją, oj kuleją). A Ty to masz, Łapacz Snów, cudo. I jeszcze co ciekawe – uwielbiam pęd w opowiadaniach, uwielbiam jak pędzą, a ja pędzę razem z nimi, a u Ciebie jest slow story, a mimo to absolutnie mi to nie przeszkadza. No cóż. Śledzę dalej zatem!
Odpowiedz
~alfonsyna 2 m.
Kurde, widzę to teraz, jak mi wypisałaś, że faktycznie jakoś tak tam gęsto z tymi "się" chociażby, więc muszę pomyśleć, jak to obejść, postaram się w każdym razie, bo mi często umykają takie właśnie duperelki w tzw. ferworze walki. XDD Może powinnam wpaść do Krajewa i obadać tenże "Mur", tylko mi ciągle czasu na wszystko brakuje.
"masz jakąś taką narrację, że człowiek ma ochotę zaparzyć sobie herbatę albo zrobić coś do jedzenia i z takim ekwipunkiem wrócić i czytać" - a wiesz, że w sumie nie Ty pierwsza mi to mówisz/piszesz, więc możliwe, że coś jest w tym i to miłe dla mnie, odbieram jako komplement, podoba mi się taki pomysł. Ja chyba głównie dlatego wołałam fantastykę od obyczaju zawsze - bo jednak w fantastyce zawsze znajdzie się coś, co wykracza poza realny świat, od którego nieraz zwyczajnie chcę się oderwać, czytając. Zresztą, czasem pomysł niby-sztampowy może wybronić się wykonaniem czy jakimś innym walorem, więc nie ma co narzekać.
Ja całą tą moją opowieść, którą już kiedyś tam zaczęłam swoją przygodę na opowi, a która rozgrywała się w tymże uniwersum, pisałam właśnie w podobny sposób - slow story ze zwrotami akcji i rozbudowanymi bohaterami (ponoć nie jestem taka najgorsza w zwroty akcji i w bohaterów, wg słów Jareda), więc to chyba w tym przypadku tak pozostanie już. Wiem, że nie każdemu to może odpowiadać, bo to specyficzny rodzaj pisania, ale jakoś mimo wszystko to mi tu pasuje. Gdyby szanowny pan Jared wedle swej obietnicy pomógł mi z poprawą tamtej starej serii, to być może nawet bym do niej wróciła, ale mam teraz dobrą wymówkę, więc to wszystko sobie leży odłożone na zaś.
Bardzo Ci dziękuję za śledzenie, wszystkie uwagi i podzielenie się odczuciami! To bardzo pomocne dla mnie na przyszłość. Serdeczne pozdrowienia!
Odpowiedz
*Ritha 2 m.
Noo, mi też brakuje czasu, a chciałabym Krajewa serię i Elorence, ni mogie zdążyć.
Haha, taa, na szanownego pana Jareda zwal, masz rację, dobra wymówka nie jest zła
Pozdrawiam również, Alf
Odpowiedz
~alfonsyna 2 m.
Co się odwlecze, to nie uciecze podobno, więc może zdążę i ja jeszcze coś nadrobić.
Ale dobrze mieć na kogo zwalić, się Jared przydał chociaż raz. XDD
Wykarczowałam właśnie chyba z 90% "się" - faktycznie było ich od groma, teraz powinno być lepiej. Dzięki jeszcze raz.
Odpowiedz
*Canulas 2 m.
" – Są w piwnicy, chłopcze. Ktoś musi strzec moich koszmarów." - chyba clue tekstu i zarazem moment, kiedy nabiera on cech horroru.
Kurde, z całą pewnością najlepsza część, ale w ogóle jak trzeba umieć ściągać lejce fantazji, żeby tak drobiazgowo wylać fundamenty pod tekst. Dopiero tutaj zaistniał zestaw, co pokazuje, że całość była dobrze zaplanowana.

Anto II będzie około-horrorystyczne, ale Twoje bardziej mi na anto III pasuje, gdzie już dominującymi gatunkami będą sci/fi i szeroko pojęta fantastyka. Tylko pytanie czy seria się niebotycznie nie rozrośnie.

Najbardziej klimatyczna część.
Odpowiedz
~alfonsyna 2 m.
Tak, ja zwykle planuję, a potem do tych planów wiele wpada spontanicznie, więc sama do końca nigdy nie wiem czy aby na pewno wyjdzie to sensownie. Tak czy owak, seria raczej nie rozrośnie się niebotycznie, bo chociaż traktuję to jako element znacznie obszerniejszej całości, to również poniekąd jest to odrębny byt, który został już odpowiednio zaplanowany i aby zamknąć go w sensowną całość potrzebuję jeszcze poruszyć tak ze dwie istotne kwestie, może z tego być około trzech kolejnych części zatem.
Nie wiem czy się to nada pod anto, to już Wy jak zespół TW będziecie mogli to stwierdzić i wówczas pomyślimy. Mi się aktualnie coraz lepiej to pisze, co już jest dla mnie sukcesem po latach posuchy. Dziękuję za wizytę, komentarz i uznanie, spróbuję nie przegiąć z tą długością.
Odpowiedz
*Canulas 2 m.
Jakościowo mini seria jak najbardziej pasuje do anto, a i jakością również. Pozostaje kwestia objętości. Moja Pustynna Jenga miała ok 9 stron. Myśleń, że 13,noo może 15 to max
Odpowiedz
~alfonsyna 2 m.
Oj, to mogę się nie zmieścić... Najwyżej można zrobić jakąś amputację, może pacjent przeżyje. No nic, się okaże.
Odpowiedz
!Szudracz 1 m.
Koszmarzysta intrygująco spokojny. W piwnicy musi być spora dawka atrakcji.
Odpowiedz
~alfonsyna 1 m.
Szudracz, no spokojnie jak na wojnie, jak to mówią. Dziękuję za miłą wizytę!
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin