Cmyk cz. 4


 Link do części 2 i 3: http://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/pokaz_tekst.php?id_txt=1692

 

 Jazda jedynie na światłach postojowych wymagała skupienia, zwłaszcza po zmierzchu. Noc otaczała ich od dwóch miesięcy jak na jakimś pieprzonym biegunie. Była paradoksalnie bezpieczniejsza, sporo osłaniała samą sobą. Dla mniejszej widoczności nie włączali innego oświetlenia. Pomimo tego jechali szybko. Puste drogi, wszyscy gnieździli się w mieście. Max emanował niesubordynacją już od kołyski i nie miał najmniejszej ochoty ingerować w swój naturalny sposób bycia, a tym samym czemukolwiek i komukolwiek się podporządkować. Miał natomiast zamiar jechać jak najdalej na południe. Uciec przed każdą formą okupacji i nadchodzącą zimą, która w tej sytuacji znacznie utrudniłaby sprawy. Pedał gazu naciskał, gdy się wściekał, a wściekał się za każdym razem, gdy o tym pomyślał. Cassie na siedzeniu pasażera przygryzała wargi ze zdenerwowania, Karl drzemał z tyłu, obok niego Alice, milcząca i obserwująca. Beretta w schowku, trzy naboje. Zapewne jeden z poprzednich posiadaczy wozu miał ją w wewnętrznej kieszeni kurtki. Nikomu nie przyszło do głowy przeszukać trupów. Max zawsze musiał myśleć sam. Męczące, lecz opłacalne.

 — Kochasz mnie? — zapytała, a on poczuł, jakby ktoś wkręcił mu głowę w imadło. Spodziewał się każdego innego pytania, od „dokąd jedziemy?”, przez „na jak długo starczy paliwa?”, po standardowe „co zrobimy jutro?”, ale nie tego.

 — Znasz odpowiedź, to raz. Rozczulony jestem mniej skupiony, to dwa.

 I wtedy uderzyła fala. Zimna, twarda ściana wody. W głowie, w sercu, w całym ciele. Wizja – że coś jej się stanie, że ktoś ją wydrze spod jego ochronnego pancerza, że ją straci – przerażała. Tak cholernie nie lubił tego uczucia. Nikt nie lubi, ale on czuł to mocniej. Gdzieś tam głęboko w środku zawsze był wrażliwym chłopcem i stąd ten bunkier. Stąd cała determinacja, wściekłość, stanowczość. Mógł usiąść na pierwszym lepszym kamieniu i rozsypać się na milion mniejszych albo pozostać takim, jak teraz. To nie romantyczna wycieczka. Nie migotały świece, nie pachniało winem. Pachniało krwią i chemią z niedomytych rąk Alice. Pachniało brakiem porządnej kąpieli czterech osób siedzących w jednym samochodzie. A przede wszystkim pachniało strachem. Mokrymi dłońmi, potem, ciągłą adrenaliną, zbyt częstymi łzami Cassie.

 — Chcę to usłyszeć — szepnęła.

 — A ja chcę, żebyś zaczęła wyciągać wnioski. Czyny zawsze mówią więcej niż słowa. — Oderwał na moment wzrok od drogi, dostrzegając w półmroku jej źrenice. Wycelował w nie wyzywające spojrzenie, mocniejsze, niż planował. — Oceń moje czyny, wyciągnij z nich wnioski i sama sobie odpowiedz.

 Kilka minut ciszy. Max skupił się na jeździe, dziewczyna spoglądała przez boczną szybę w czerń.

 — Wystarczyło powiedzieć „tak” — burknęła, nie wytrzymując rodzących się w głowie refleksji. — Nie zajęłoby ci to wiele czasu, a mi byłoby miło. Czemu taki jesteś?

 — Może po prostu zabolało, że wątpisz.

 

 Od dwóch godzin jechali przez puste pole. Wokół same trawy, żadnych dogodnych miejsc na postój.

 — O czym marzysz, Max?

 — ‎O mapie.

 — ‎To nie jest zabawne. Musisz o czymś marzyć... Pomyśl. Każdy o czymś marzy.

 — ‎Gdybyśmy mogli podróżować za dnia, łatwiej byłoby ocenić kierunek. Marzę o mapie.

 

 O piątej nad ranem na horyzoncie zamigotało coś na kształt lasu. Skręcił w pierwszą boczną ścieżkę – drzewa liściaste, dość gęsto, idealnie. Zgasił silnik, wyszedł z wozu, rzucając okiem na okolicę. Pustka, dzicz. Pomyślał, że mogliby pospać tu kilka godzin, Karl będzie czuwał, a potem, koło południa, ruszą dalej. Teraz gdy mieli broń, ryzyko traciło status szaleństwa. Nie minął po drodze żadnego samochodu, żadnego pieszego. Kompletne wyludnienie.

 

 Jedli pasztet i konserwy. Same, bo chleba nikt już nie piekł. Max patrzył na dodge’a zaparkowanego na rozmokłej ściółce, myśląc o nim w kategoriach przekleństwa. Czuł, że samochód go rozleniwia, że przez niego traci czujność i cierpliwość. A może to pistolet w schowku był przekleństwem? Może on dawał ułudę bezpieczeństwa, przez co czekanie kilkanaście godzin, aż zapadnie zmierzch wydało mu się stratą czasu? Pokusa była zbyt duża. Postanowił, że ruszą dalej w południe.

 

 Nim nastało południe, zbudziło go uderzenie w głowę. Puszka z gulaszem, jak się później okazało, potrafi nabić guza na pół czoła i pomalować okolice oczu paletą barw w mrocznych odcieniach. Cios był wymierzony w skroń, jednak oprawca trafił ciut za wysoko. Max nie stracił przytomności, przebłyskiem defensywy uniósł rękę na wysokość głowy, tym samym kolejne uderzenie zatrzymało się na przedramieniu. Kilka sekund, moment zwrotny, jej konsternacja, jego szał. Wypadł z samochodu, próbując rzucić Alice na ziemię, jednak była silna. Cholernie, nienaturalnie jak na posturę szczupłej kobiety, silna. Kilka jardów dalej Karl sikał odwrócony tyłem, lecz zauważając zaistniałą sytuację, dopiął w pośpiechu spodnie i z powiększającą się na nich plamą moczu, wpadł pomiędzy najlepszego przyjaciela a swoją dziewczynę, próbując ich rozdzielić. Nie rozumiał, nie chciał zrozumieć, jego umysł instynktownie odrzucił zrozumienie. W krótkim ułamku sekundy, kiedy złapał Maxa za ramię, Alice wymknęła się z jego drugiej ręki i z energią człowieka uciekającego przed stadem wściekłych wilków, wskoczyła do samochodu. Przeczołgała się przez siedzenie kierowcy, zahaczając o schowek i z dzikością w spojrzeniu, wyszła od strony pasażera. Karl i Max przestali się szamotać. Zastygli zmrożeni klarownością sytuacji, jaka w tym momencie zarysowała się przed ich oczami. Stojąca nieopodal Cassie była tylko otoczką własnych, ogromnych, przerażonych oczu. Alice sporo zyskała w ostatnich kilku sekundach. Trzy dziewięciomilimetrowe naboje załadowane w pięknej, lśniącej beretcie, a co za tym szło – pewność siebie, satysfakcję i władzę.

 Wystarczająco wiele.

 

 Ten dzień także zapowiadał się szary i wilgotny. Lekka mżawka i chmury skrywały słońce niczym zakładnika. Karl wiedział, że musi coś powiedzieć, że właśnie on powinien zareagować. Był z Alice pięć lat. To wystarczająco długo, by poczuć współodpowiedzialność. Kobieta jeszcze nic nie zrobiła, krążąc na granicy, po przekroczeniu której nie będzie już wytłumaczenia. Powinien mówić, lecz wciąż trwała cisza. Cassie miała dość. W tej chwili z jej oczu płynęły łzy i jedynie strach stanowił ostatnią blokadę przed momentem, w którym wszystkie emocje uderzą jednocześnie. Walczyła wewnętrznie, zdezorientowana i aż za dobrze przekonana o swojej bezradności. Max zrobił krok naprzód, Alice uśmiechnęła się chytrze.

 — Chodź! — zachęciła.

 Szedł.

 — Chodź, chodź, kochaneczku. — Wycelowała broń prosto w Cassie. — Podejdź bliżej. Z tej perspektywy będziesz miał lepszy widok.

 Max nadal szedł, był już bardzo blisko. Na tyle blisko, że Karl zrozumiał. Zaraz potem cichy, metaliczny brzdęk sprawił, że zrozumiała także Cassie. Zanim zdążyli ułożyć sobie zdobytą wiedzę w głowie, Alice opadła na ziemię, wbijając nieobecne spojrzenie prawego oka w korony drzew, a Max wycierał scyzoryk w spodnie. Podniósł leżący obok pistolet i odwrócił się powoli, doskonale zdając sobie sprawę, że najtrudniejsza część dopiero przed nim. Wszystko wokół gęstniało, mżawka przeradzała się w deszcz.

 — Wiedziałeś, że nie jest naładowany... — Lodowaty głos Karla nie pozwolił, by atmosfera rozluźniła się choćby na ułamek sekundy. — Wiedziałeś, skurwielu, że broń jest pusta!

 Miał ochotę rozwalić Maxowi łeb o pierwszy lepszy przydrożny kamień, wydłubać mu ślepia jego własnym, pieprzonym nożykiem, a potem wyciągnąć naboje z jego kieszeni i władować mu wszystkie trzy kule prosto w mózg. Miał cholerną ochotę, ale nie mógł. Wiedział, że nie było innego wyjścia i właśnie ta wiedza bolała najbardziej.

 

 Nim minęło dziesięć minut, siedzieli już w wozie i gnali przed siebie. Karl dławił się łzami i wódką pitą z jednej jedynej butelki, zachomikowanej do dezynfekcji lub w razie wyjątkowej potrzeby. Max uznał, że ta jest dostatecznie wyjątkowa. Dziewczyna milczała, nie wiedząc, co w zasadzie mogłaby powiedzieć. On wciskał gaz do oporu, dotąd, aż noga zaczynała boleć. Zdecydował się przerwać ciszę, dopiero gdy ich towarzysz zasnął.

 — Cassie...

 — Tak?

 — Cholernie cię kocham. I cholernie marzę o mapie.

 

 Link do części 5: http://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/pokaz_tekst.php?id_txt=1835

 

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Ritha
Kategoria: fantastyka
Liczba wejść: 3
Opis:
Dodano: 2020-01-22 21:00:42
Komentarze.
~JamCi 25 d.
Nadal to samo: chcę to na papierze. Szybko. Pachnące drukarnią, z gładką okładką i wszystkim co trzeba.
Odpowiedz
*Ritha 25 d.


Odpowiedz
*Ritha 25 d.
To moje opus magnum, miss JamCinska, Max jest mi bliski
Odpowiedz
~marok 24 d.
Coraz lepiej. Maxa już polubiłem, a fajnie tak, że lubię potem chwila wątpliwości, a na końcu, no jednak go bardzo lubię, wszystko gra. Śledzę niestrudzenie, dobrze że szybko wpadło
Odpowiedz
~alfonsyna 24 d.
Wszystko przemyślane, wszystko dopracowane, widać to po doborze słów i w ogóle po całości bardzo mocno. Bohaterowie przemyślani, w sumie dobrze zgrani psychologicznie, widać to najlepiej po Maxie - bo jego czyny i zachowanie są ze sobą kompatybilne, nic nie zgrzyta, nie sypie się. I w momencie, w którym teoretycznie można by go było znielubić za to, co zrobił, jest wręcz przeciwnie - jakoś tak się czuje, że postąpił słusznie, nie traci się do niego zaufania. To dobry znak, takie postacie najbardziej zapadają w pamięć - wielowymiarowe i nie zawsze "czyste" moralnie, ale też nie bez przyczyny, z wyraźnymi związkami przyczynowo-skutkowymi. Dobrze się to czyta dzięki temu dopracowaniu właśnie, człowiek się może odprężyć i dać ponieść z prądem.
Odpowiedz
*Ritha 23 d.
Dziękuję Wam pięknie, Marok, Alf, cieszę się, że Max przypada do gustu ("bo jego czyny i zachowanie są ze sobą kompatybilne" ), i całe opowiadanie też, jakby coś nie grało trukajcie. (uwaga SPOILER) Pamiętam, że w tej części Felicjanna miała zarzut, że za mało bólu po stracie Alice (ze strony Karla bodajże), ale w końcu zostawiłam jak jest.
Pozdrawiam
Odpowiedz
~Adelajda 23 d.

Odpowiedz
*Ritha 22 d.

Odpowiedz
*Canulas 19 d.

Helloł
Lecim.

" Jazda jedynie na światłach postojowych wymagała sporego skupienia, zwłaszcza po zmierzchu. " - wywaliłbym sporego – rozwadnia, ale to, wiadomo, Twój wybór. No ale dwa zdania dalej masz "sporo", więc, no. Wywaliłbym.

"Była paradoksalnie bezpieczniejsza, sporo osłaniała samą sobą. Nie włączali innego oświetlenia, by być mniej widoczni. Pomimo tego jechali szybko. Puste drogi, wszyscy gnieździli się w mieście. Byli tam, gdzie musieli, robili to, co im kazano. " - wiem, mam schizę, ale dwa razy byli i raz być. Sporo.

"Uciec przed każdą formą okupacji i nadchodzącą zimą, która w tej sytuacji znacznie utrudniłaby sprawy. " - fajne.

"Pedał gazu naciskał samoistnie, gdy się wściekał, a wściekał się za każdym razem, gdy o tym pomyślał." - samostnie, to chyba coś, dziejące się samemu czy cuś. Może mimochodem.
https://sjp.pwn.pl/slowniki/samoistnie.html

"Beretta w schowku, trzy naboje. " - jak ktoś nie zahamuje na przeciwku, może wyjść potworek, że same naboje w schowku. Może: Beretta i trzy naboje w schowku.

"Jeden z poprzednich posiadaczy wozu miał ją w wewnętrznej kieszeni kurtki." - mocno dygresyjne, już oscylujące wokół wiedzy zarezerwowanej dla narratora wszechwiedzącego, a jednak przecież z perspektywy maxa jakby. Skąd wiesz (jako on), że wóz miał poprzednich właścicieli (liczba mnoga). Może na modłę przystępniejszego domniemania: Widocznie poprzedni właściciel... Widocznie spełni rolę niepewności.

"Tak cholernie nie lubił być przerażony. Nikt nie lubi, ale on czuł to mocniej. Gdzieś tam głęboko w środku zawsze był wrażliwym chłopcem i stąd ten bunkier. Stąd cała determinacja, wściekłość, stanowczość. Mógł usiąść na pierwszym lepszym kamieniu i rozsypać się na milion mniejszych albo pozostać takim, jakim był obecnie. " - zajebiste wstawki z bunkrem, rozsypaniem się, a dalej jeszcze (tu nie wyjąłem) z czynami, które móią więcej, ale... znó moja najnowsza fobia. 2x był/ 1x być


Surowość w dialogu świetna. Marzę o mapie.

"Pomyślał, że mogliby przespać się kilka godzin, Karl będzie czuwał, a potem, koło południa, ruszą dalej." - może wyeliminować "się" zapisem: "Pomyślał, że mogliby pospać tu kilka godzin, Karl będzie czuwał, a potem, koło południa, ruszą dalej.

Poza tym masz blisiko siebie "południa", choć różne znaczeniowo, ale zauważalne.

"Stojąca nieopodal Cassie była tylko otoczką własnych, ogromnych, przerażonych oczu. " - to mnie się zawsze widziało.

" Nim minęło dziesięć minut, siedzieli już w wozie i gnali przed siebie. Karl dławił się łzami i wódką pitą z jednej jedynej butelki, zachomikowanej do dezynfekcji lub w razie wyjątkowej potrzeby. Max uznał, że ta jest dostatecznie wyjątkowa. " - wykurwiste.
No i urwane magicznie.
Część na równi z pierwszą. Mega.

Odpowiedz
*Ritha 19 d.
Dziękuję pięknie, pochylę się, najwcześniej jutro i jeszcze dokomciam, dużo dobrych sugestii.
Odpowiedz
*Ritha 18 d.
Mistrzuuuuu...! Nareperowałam Wywaliłam sporego, samoistnie i różne inne duperelasy, był, być, bybybybyby, południe i w zasadzie wszystko poza: Beretta w schowku, trzy naboje. Jak ktoś nie wyhamuje na przecinku to jego problemos, signore. Po to tyn przecinek tam jest, żeby dać po hamulcu, oooo Dziękuję Ci pięknie jeszcze raz. Kłaniam się w pas!
Odpowiedz
*Canulas 18 d.
okejox, fajno, że to idzie. Jak już dofrunie, trza słać

Odpowiedz
*Ritha 18 d.
Ofkors
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin