TW 3 (23) Kto sprawia, że pada śnieg? #4


 Przypominam:

 Postać: Hodowca koszmarów

 Zdarzenie: Cały czas pada śnieg

 

 W poprzednim odcinku: http://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/pokaz_tekst.php?id_txt=1769

 

 ***

 

 Śnieg padał cały czas, zapełniając sobą każdą szczelinę. Oglądanie szybujących płatków hipnotyzowało i przynosiło dziwne ukojenie, choć gdzieś tam w środku Caleb czuł, że cały dygocze. Obraz rozmazywał mu się przed oczami, rozcieńczony wzbierającymi łzami, które próbował okiełznać energicznym mruganiem. Nie przynosiło to większych efektów, dlatego wciąż wpatrywał się w biało-szary krajobraz za oknem – świat bez konturów, bez kolorów, bez życia, bez nadziei.

 Z oszronionej szyby patrzyło na niego odbicie jakiegoś obcego człowieka o bladej skórze i pustym spojrzeniu. Spróbował skupić na nim wzrok i niespodziewanie dojrzał po prawej stronie dziwny cień – niby bezkształtny, lecz w pewnej chwili wychynęło z niego coś na podobieństwo szponiastej dłoni, która spoczęła na jego ramieniu. Wzdrygnął się gwałtownie i odwrócił, lecz w komnacie nie było nikogo poza nim. Uznawszy cień za zwykłe przywidzenie, odsunął się od okna i podszedł do łoża. Powoli wydobył spod niego drewnianą skrzynkę, której zawartość, nieduży, lekko zakrzywiony nóż w ozdobnej pochwie, przytroczył sobie do pasa.

 Odłożywszy skrzynkę na miejsce, przez chwilę jakby się nad czymś zastanawiał, aż w końcu postanowił zmienić koszulę na czarną i bardziej dopasowaną, dołączając do niej również ciemną, skórzaną kamizelkę. Jedyny jaśniejszy akcent, wisior ze lśniącym kamieniem księżycowym, całkowicie zniknął pod odzieniem, Caleb bez przerwy czuł jednak jego dotyk – bywało, że miał wrażenie, jakby palił go żywym ogniem, a w innych momentach przemieniał się w sopel lodu. Ciemne ubranie stanowiło teraz doskonały kontrast z jasnymi włosami, cerą i oczami, a gdy przelotnie spojrzał na swe odbicie w zwierciadle, wydało mu się, że ma wyostrzone rysy. „Jak wilk”, podpowiedział obco brzmiący głos w głowie. Caleb sięgnął po rękawice, ale niemal od razu zmienił zdanie i zrezygnował.

 Opuszczając komnatę sam sobie wydawał się innym człowiekiem niż wówczas, gdy do niej wchodził, wcale nie tak dawno temu. Posturę miał dumnie wyprostowaną, a nogi same niosły go w obranym kierunku, jakby to ktoś inny przejął ster. Kłaniał się uprzejmie z rzadka mijanym ludziom i pozdrawiał strażników. Niektórzy składali mu już gratulacje, które przyjmował z nieszczerym uśmiechem, tłumacząc krótko, że niczego jeszcze nie ogłoszono oficjalnie. Gdy dotarł wreszcie do kwatery zajmowanej dotąd przez Darca, coś w nim zaprotestowało, jakaś lodowata obręcz ścisnęła mu wnętrzności, nie zatrzymał się jednak. Pchnął drzwi bez zastanowienia, nie pukając, podobnie jak wtargnął niedawno do tamtego zapuszczonego sanktuarium.

 – Skończyliście już? – Dwóch strażników, którym jego ojciec zlecił dyskretne uprzątnięcie komnaty, przerwało teraz pracę, zwracając ku niemu spojrzenia i instynktownie spinając się w sobie. Na pierwszy rzut oka widać było, że praktycznie wywiązali się już z zadania, i to bardzo sumiennie. Odzienie, księgi i różne drobne przedmioty codziennego użytku znalazły się najprawdopodobniej w równo ułożonych przy łożu workach, obok nich stał średniej wielkości kufer, w którym zapewne schowano broń i kosztowności, choć tych ostatnich Darc raczej nie posiadał zbyt wiele.

 – Gdzie lutnia? – odezwał się ponownie Caleb, gdy jeden ze strażników odpowiedział twierdząco na jego poprzednie pytanie. Dwaj mężczyźni wymienili niepewne spojrzenia.

 – W jednym z worków, panie – odrzekł w końcu ten, który odpowiedział również poprzednim razem. – Jeszcze jej nie zniszczyliśmy.

 – Doskonale. – Caleb nieznacznie się uśmiechnął, próbując ukryć zalewające go uczucie ulgi. – Pozwólcie zatem, że ja ją wezmę.

 – Panie… – Strażnik zawahał się. – Lord Greywood rozkazał pozbyć się wszystkiego, zwłaszcza lutni. Nie możemy jej nikomu oddać.

 – Ja też jestem waszym lordem i rozkazuję, byście mi ją przekazali. – Lodowato spokojny i zdecydowany głos nie pozostawiał miejsca na dyskusję. – Mój ojciec o niczym się nie dowie, bądźcie spokojni. Jestem dyskretniejszy niż wyglądam. Zatem… który to worek?

 Trzymał ją pod pachą, gdy wracał. Paskudny, śmierdzący worek wyrzucił za pierwszym lepszym zakrętem. Mało go obchodziło, że każdy może teraz zobaczyć lutnię, od tej chwili uważał ją za swoją własność. Żwawe kroki zaprowadziły go pod kolejne drzwi, tym razem jednak zmuszony był zapukać, choć stały przed nim otworem.

  – Moja pani? – Głos wślizgnął się do środka jako pierwszy, nim jego właściciel zdecydował się przekroczyć próg. – Jesteś tu?

  – To ty, Cal? – Odpowiedź dziewczyny nadeszła niemal natychmiast. – Czemu nie wejdziesz?

  – Nie chcę ci przeszkadzać – odparł, będąc już jednak w komnacie i przezornie zamykając za sobą drzwi na skobel. Starał się robić to jak najciszej, by Ennith niczego nie usłyszała.

  – Gdybyś nie chciał przeszkadzać, w ogóle byś nie przychodził. – Wyszła mu naprzeciw z nieodłącznym uśmiechem. Suknię ukryła pod nieco przybrudzonym fartuchem, a na dłoniach miała resztki plastycznej gliny. Ciemne włosy upięła na karku, odsłaniając smukłe ramiona i szyję. – Jak mnie znalazłeś?

  – Zawsze tu przychodzisz, gdy chcesz odpocząć. – Podszedł bliżej, odwzajemniając uśmiech. – Pewnie zdążyłaś już wyrzeźbić coś wyjątkowego.

  – Szczerze mówiąc, nie za dobrze mi dziś idzie. – Wzruszyła lekko ramionami. – Jakoś nie mogę się skupić.

 – Być może za dużo myślisz. – Caleb spojrzał dziewczynie w oczy, poważniejąc. – Przyszedłem ci tylko powiedzieć, że już po wszystkim. Oficjalnie zostanę mianowany dopiero na wieczornej uroczystości, ale pokonałem z sukcesem wszystkie wyzwania. Teraz mogę równie oficjalnie poprosić o twoją rękę, uznałem jednak, że wpierw uczynię to na osobności, jeśli pozwolisz.

  Ostrożnie odłożył lutnię, opierając ją o ścianę i podszedł bliżej do dziewczyny.

  – Nawet nie próbuj! – ostrzegła go ze śmiechem, robiąc krok w tył. – Na taką okazję kobieta powinna być odziana w swoją najlepszą suknię i biżuterię, a ja? Spójrz tylko jak wyglądam w tym brudnym fartuchu!

  – Wyglądasz jak przyszła żona lorda, Ennith – uspokoił ją łagodnie. – Zawsze tak wyglądałaś. Ale widzisz… ja nigdy tak naprawdę nie chciałem być lordem. Zbyt wiele jest rzeczy, na które nie mamy wpływu.

  – Będziesz wspaniałym lordem. – Ennith nieco nerwowym gestem wytarła dłonie w fartuch. – Nawet jeśli teraz chcesz stąd wyjechać, pewnego dnia zrozumiesz, że to tutaj jest twoje miejsce.

  – Nie boisz się więc, że nie wrócę z podróży?

  – Będę się starać, byś zawsze chciał do mnie wracać. – Ennith na moment spuściła wzrok, jakby zawstydzona, a potem przeniosła go na leżący na podłodze instrument. – Po co przyniosłeś lutnię? Planujesz mi zaśpiewać jakąś balladę?

  – Raczej nie mam do tego talentu. – Pokręcił lekko głową. – Darc kilkukrotnie starał się mnie czegoś nauczyć, ale jego wysiłki spełzły na niczym. Znam co prawda na pamięć słowa jednej pieśni, „Wilk pośród owiec”, ale nigdy w życiu nie chciałabyś usłyszeć jej w moim wykonaniu.

  – Może zatem poprosisz Darca, by zagrał podczas naszych zaręczyn? – Ennith ponownie się rozpromieniła. – Jestem pewna, że wszyscy byliby zachwyceni.

  – Nie sądzę, by Darc jeszcze kiedykolwiek miał szansę zagrać na tej czy innej lutni. – Z twarzy Caleba zniknął już ostatni cień uśmiechu, choć w oczach nadal tliły się dziwne błyski. – O ile mi wiadomo, martwi nie grywają na lutniach.

  – Martwi? – powtórzyła niepewnie, spinając się w sobie. – O czym ty mówisz?

  – On nie żyje – uściślił Caleb całkowicie beznamiętnym głosem. – Nie musisz dłużej udawać, że o tym nie wiesz.

  – Próbujesz sobie ze mnie zakpić? – Ennith w jednej chwili zrobiła się bledsza niż wciąż padający za oknami śnieg. – Widziałam się z nim dziś rano, był cały i zdrowy. Nie rozumiem, czemu mają służyć tak niestosowne żarty…

  – Ennith, znamy się prawie całe życie – przypomniał jej, krzyżując ręce na piersi. – Naprawdę uważasz, że mógłbym stroić sobie żarty ze śmierci przyjaciela? Nigdy w życiu nie byłem bardziej poważny.

  – Ale… – Dziewczyna zająknęła się, a w oczach wyraźnie wezbrały jej łzy, w których szczerość Caleb nie potrafił jednak uwierzyć. – Jak to się stało? Nie umiem sobie nawet wyobrazić…

  – Dopadła go śmiertelna choroba, którą mój drogi ojciec raczył łaskawie określić mianem dobrowolnego poświęcenia – wyjaśnił z lodowatym spokojem Caleb. – Głównym objawem jest ostrze w sercu, a przyczyną była najprawdopodobniej zazdrość. Twoja zazdrość, Ennith.

  – Cal, na wszystkich bogów, dlaczego uważasz, że mam z tym cokolwiek wspólnego? – Dziewczyna znów się cofnęła, jakby instynktownie próbowała uciec, choć nie miała dokąd.

  – Czyżbyś nie wiedziała, co naprawdę łączyło mnie i Darca? – Caleb nieśpiesznie podążył za nią. – Czy mój ojciec nie usłyszał o tym od ciebie?

  Łzy popłynęły po policzkach Ennith, gdy przecząco kręciła głową.

  – Przysięgam, że nie chciałam jego krzywdy… – szepnęła, opierając się o ścianę. – Ani twojej. Uwierz mi.

  – Całe życie słyszę tylko kłamstwa. – Caleb nagle znalazł się tuż przy dziewczynie, odcinając jej ostatnią drogę ucieczki. – Sądziłem, że mogę ufać ludziom, którzy mnie otaczają, ale tak naprawdę wszyscy byli oszustami. – Ennith wzdrygnęła się, gdy dotknął jej włosów i wilgotnego policzka. – Wszyscy oprócz niego. – Dłoń Caleba przesunęła się delikatną pieszczotą wzdłuż szyi dziewczyny. Wyczuł w niej drżenie, gdy usiłowała stłumić szloch.

  – Naprawdę w to wierzysz? – odezwała się niespodziewanie. – Wierzysz, że to było prawdziwe? Byłeś tylko jego drogą do lepszego świata, porzuciłby cię przy pierwszej lepszej okazji, gdy dostałby już to, czego chciał.

  Caleb z uśmiechem pokręcił głową.

  – W ogóle go nie znałaś – stwierdził jedynie. – I nie znasz mnie.

  – Kochałam cię przez całe życie – wybuchnęła nagle. – Chciałam tylko, byś chociaż spróbował to dostrzec i odwzajemnić. Byś to na mnie spojrzał tak jak na niego…

  – Ennith… – Zamknął oczy i pochylił głowę, aż ich czoła niemal się zetknęły. – Wszystko przepadło. Oboje przegraliśmy.

  Była wyraźnie zaskoczona, gdy jego palce zaczęły się zaciskać. Oboje wydawali się jednakowo zszokowani obrotem spraw, kiedy wolną ręką sięgnął po nóż. Caleb nie poczuł nawet bólu, który zadawały paznokcie Ennith, znacząc jego ręce krwawymi bruzdami. Część niego chciała jej przebaczyć, a potem samemu błagać o wybaczenie, ale przegrała z mrokiem, który zatruł jego umysł.

  – Uwolnię cię od tego kłamliwego języka – syknął, gdy rozpaczliwie miotała się, by zaczerpnąć powietrza. – Oboje zasługiwaliśmy na coś lepszego.

  Nie słuchał jej bulgoczących, jękliwych pisków, skupiając się na próbach unieruchomienia szamoczącego się ciała, przy jednoczesnym umiejętnym przytrzymywaniu języka w palcach jednej ręki, by druga mogła swobodnie posługiwać się ostrym narzędziem.

  – Uwierz mi, mnie boli bardziej – wyszeptał, jakby w parodii przeprosin i niezdarnego samousprawiedliwienia. Ennith jednak, gdyby tylko była w stanie skupić się na czymkolwiek prócz własnego cierpienia, mogłaby dostrzec spływające mu po policzkach łzy, z których sam nie zdawał sobie nawet sprawy. W istocie on także cierpiał – ból był rozdzierający, jakby miast języka dawnej przyjaciółki kroił na kawałki swoje własne, ledwie bijące serce.

 Wszystko to ustało dopiero w chwili, w której Ennith ostatecznie się poddała, osuwając się w ramiona Caleba, jakby szukała w nim swego ostatniego oparcia. Wziął ją wówczas na ręce, zaniósł w głąb pracowni i ostrożnie ułożył na krześle, na którym zapewne siedziała, nim do niej przyszedł. Na stole znalazł to, nad czym pracowała, odkrywając, że i w tym przypadku go okłamała. Twierdziła, że nie szło jej dziś dobrze, a tymczasem zdołała wyrzeźbić niebywale wręcz realistyczny łeb wilka. Jego spojrzenie zdawało się teraz śledzić Caleba, gdy postanowił umyć ręce w misie z wodą, z której wcześniej skorzystała Ennith. Przemył w niej również nóż i na powrót przytroczył do pasa. Krew wymieszała się z gliną, barwiąc wodę na ciemnobrunatny odcień. Caleb pochylił się, by wytrzeć dłonie w fartuch dziewczyny, a zaraz potem delikatnie ucałował ją w czoło. Rozejrzał się jeszcze po pomieszczeniu i znalazłszy jasnoniebieską chustę zakrył nią wilczy łeb. Dopiero wówczas, zabrawszy po drodze lutnię i ustroiwszy twarz w kolejny sztuczny uśmiech, opuścił pomieszczenie. To wciąż nie był koniec jego wędrówki.

 Właściwie nie miał w głowie już żadnych myśli. Nie zastanawiał się, że ktoś mimo wszystko mógł usłyszeć przytłumione krzyki Ennith, choć jej pracownia mieściła się na szarym końcu najdłuższego korytarza. Może ktoś jej właśnie szukał i za chwilę znajdzie, po czym podniesie raban, psując mu szyki, nim zdąży doprowadzić swoje wszystkie zamiary do końca. Nie obchodziło go, jak prędko odkryją prawdę i zdemaskują ciemność, która była mu teraz jedynym przewodnikiem. Nie śpieszył się, na wszystko był odpowiedni czas.

  – Czy mój ojciec jest w swoich komnatach? – zwrócił się do jednego ze strażników, gdy dotarł na miejsce. Mężczyzna był tak wysoki, że Caleb musiał nieco zadrzeć głowę, by spojrzeć mu w twarz.

  – Nie, panie – odparł. – Udał się do Świętych Ogrodów na modlitwę. Rozkazał, by pod żadnym pozorem mu nie przeszkadzano.

  – Wybornie. – Caleb zbył odpowiedź lekkim uśmiechem. – Z pewnością nie będzie miał nic przeciwko, bym do niego dołączył. Pozwolicie, że pożyczę tylko jakiś jego płaszcz? Przeklęty śnieg chce nas chyba tu pogrzebać na dobre.

  Strażnicy skinęli jedynie głowami, wpuszczając młodego lorda do komnat ojca. Zdążyli się już nauczyć, że cokolwiek by nie zrobili, dziedzic i tak postawi na swoim, w najlepszym razie zwyczajnie czyniąc z nich głupców. Choć w ostatnim czasie wyraźnie spoważniał i wydoroślał, nadal nie było warto wdawać się z nim w dyskurs.

  Caleb wybrał najcieplejszy płaszcz, jaki udało mu się znaleźć, długi i podszyty grubym futrem. Wiedział, że po wszystkim nie będzie już czasu, by choćby zastanowić się nad zmianą odzienia. Na dziedzińcu przywitał go mroźny wiatr, rzucając w oczy lodowatą, śnieżną kaskadę. Otulił się szczelniej nieco za dużym płaszczem i skręcił w kierunku Świętych Ogrodów. Rzadko odwiedzał to miejsce, a już na pewno nie przyszedłby tu w taką śnieżycę, gdyby nie zmusiły go okoliczności. Nigdy nie był bogobojny, nie wierzył w świętość tej skostniałej ziemi i nie pokładał zaufania w modlitwach. Bogowie zapewne mieli go gdzieś, tak jak i całą rzeszę swych wiernych wyznawców.

  Wysokie, poskręcane drzewa, całe pokryte śniegiem i lodem, osłoniły go przynajmniej od wiatru, gdy wstąpił na brukowaną ścieżkę ku zadaszonemu, otoczonemu kamiennymi kolumnami placowi, gdzie mieszkańcy Greyfahlen zwykli składać ofiary wszystkim bogom tego świata. Trzynaście średniej wielkości posągów najróżniejszych i najprzedziwniejszych bóstw stało tam w milczącym szeregu. Każdemu z nich można było zapalić świecę lub ofiarować dowolny dar, również z własnego ciała czy krwi. Wszyscy podobno byli sobie równi, lecz Caleb czasem miał wrażenie, że gdy decydował się choćby podejść bliżej do któregoś z nich, reszta rzucała ku niemu nienawistne spojrzenia.

  – Spodziewałem się ciebie. – Lord Greywood nawet nie odwrócił się w jego stronę. Stał w odległości kilku kroków od posągów, być może modląc się do sobie tylko wiadomego bóstwa, a być może po prostu napawając się ciszą.

  – Nie uważasz, że to wszystko głupota? – Caleb niespiesznie podszedł bliżej i przystanął po prawicy ojca, obaj jednak nie zaszczycili się choćby jednym spojrzeniem. – Naprawdę warto było stawiać im wszystkim posągi i udawać, że są dla nas ważni, zamiast po prostu przyznać, jak bardzo nam wstyd, że nie jesteśmy warci nawet tego, by mieć własnego boga?

  – Zawsze patrzyłeś na to zbyt krótkowzrocznie, s… – Lord zawiesił głos i odchrząknął, jakby zamierzał powiedzieć coś jeszcze, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie. Caleb uśmiechnął się półgębkiem. Przypuszczał, że ojciec chciał dodać „synu”, ale jakoś nie przeszło mu to przez gardło, co zresztą wcale nie było dziwne, biorąc pod uwagę jego niedawne wyznanie.

  – Wiesz, zapytałem kiedyś Darca… to znaczy strażnika Marca Dornhilla o to samo – odparł, ignorując niedopowiedzenie rozmówcy. – Odpowiedział, że to bez znaczenia, bo tak naprawdę to nie my wybieramy sobie bogów, tylko oni nas.

  – Wciąż nie rozumiem, jak mogłem nie zauważyć, że ten człowiek tak dalece namieszał ci w głowie. – Starszy mężczyzna wzruszył lekko ramionami. – Powinienem był ukrócić to już dawno temu.

  – Nie zauważałeś niczego, co wiązało się ze mną – przypomniał spokojnie Caleb. – Mnie też właściwie nie zauważałeś i teraz widzę, że to było dobre dla nas obu. On był tylko zwyczajnym strażnikiem, a jednak przewyższał mądrością zarówno ciebie, jak i wielu innych znanych mi lordów. Ja również zdążyłem już zmądrzeć na tyle, by nie pozwolić się więcej okłamywać. Jesteś mi winny prawdę, chociaż ten jeden raz.

  – Po co to tu przyniosłeś? – Lord Greywood rzucił krótkie spojrzenie na trzymaną przez Caleba lutnię. – Kazałem strażnikom ją zniszczyć.

  – Nie możesz zawsze niszczyć wszystkiego, co stanie ci na drodze. Nie jesteś bogiem.

  – Ty też nie. – Starszy mężczyzna wreszcie zwrócił się w stronę młodszego i spojrzał mu w oczy. – Dałem ci wszystko, co mogłem i potrafiłem. Beze mnie znaczyłbyś mniej niż te cholerne płatki śniegu. – Rozłożył ręce, wskazując nieustającą białą zawieruchę. – Potrzebowałem w zamian tylko godnego dziedzica, a ty nawet z tego nie umiałeś się wywiązać. Widać niektórzy po prostu rodzą się zwycięzcami, a inni wręcz przeciwnie.

  Caleb wolno ułożył lutnię u swoich stóp i powędrował wzrokiem ku jednemu z posągów. Steig Niezwyciężony w towarzystwie swojej żony Anthris – najważniejsi bogowie Antharry, zwanej Świetlistym Grodem. On zasłynął tym, że nigdy nie został pokonany w pojedynku – urodzony zwycięzca, wojownik idealny. Ją czczono jako patronkę spraw beznadziejnych, z których na pierwszy rzut oka nie było widać wyjścia. „Dlaczego nie mielibyście wybrać mnie?”, zapytał ich w myślach, nie otrzymał jednak żadnej odpowiedzi.

  – Kto naprawdę jest moim ojcem? – Wreszcie zdecydował się zadać jedyne pytanie, które miało w tej chwili sens.

  – On… – Lord zawahał się przez krótką chwilę. – Jest bardzo daleko stąd, nie ma sensu, byś próbował go szukać. Dlaczego po prostu nie zapomnimy o tym, co było?

  Caleb roześmiał się mimowolnie, choć w głębi serca czuł się teraz najsmutniejszym człowiekiem świata.

  – Nie możesz mi dać nawet tej jednej prostej odpowiedzi? – Głośno wypuścił powietrze z płuc, spinając się w sobie. – Chcę poznać swoje korzenie, żeby wreszcie zrozumieć, kim jestem i dlaczego aż tak mnie nienawidzisz.

  – Twoje korzenie są tutaj, tylko tutaj – stwierdził twardo lord Greywood, dając do zrozumienia, że dalsza dyskusja nie ma sensu. – Tu się urodziłeś i tutaj umrzesz. Nie dopuszczę, by było inaczej, biorę na świadków wszystkich obecnych tu bogów.

  – Zostałem już ambasadorem, nie zatrzymasz mnie.

  – Nie zostałeś oficjalnie mianowany, wszystko można jeszcze odwrócić. Wkrótce poślubisz naszą uroczą Ennith i będziecie żyli długo i szczęśliwie po wewnętrznej stronie Wielkiego Muru. I nigdy więcej nie będziemy już o tym rozmawiać.

  Lord Greywood, pewny swojego zwycięstwa, odwrócił się z zamiarem odejścia. Zatrzymał go głos Caleba do wtóru z ręką, zaciskającą się ciasno wokół jego ramienia.

  – Nie. – Młodzieniec pociągnął człowieka, którego całe życie zwał ojcem ku sobie, jakby chciał go zwyczajnie przytulić. Wkrótce miało się jednak okazać, że to już ostatni raz, gdy mogli spojrzeć sobie nawzajem w oczy. – Nigdy nie zamierzałeś dać mi prawa wyboru, więc przyznałem je sobie sam.

  Wystarczyły dwa szybkie ruchy, by stanowczość w spojrzeniu lorda ustąpiła miejsca zmieszanemu z bólem zdumieniu.

  – To święta ziemia… – odezwał się jeszcze półszeptem, wsparty na ramieniu, które zadało mu cios. – Głupcze…

 Zaległą nagle ciszę przerwał w końcu łoskot upadającego ciała, a biały dywan śniegu splamiła świeża krew. Caleb obserwował gasnące w oczach ojca życie z nienaturalnym wręcz spokojem. Dopiero gdy miał pewność, że już po wszystkim, z całkowitą obojętnością zdecydował się i tym razem wyciąć kłamcy język, jednak zamiast porzucić go na zmarnowanie, wolnym krokiem ruszył w stronę milczących bogów. Podszedł do Steiga Niezwyciężonego, lekko skłonił przed nim głowę i ułożył dar u jego stóp.

  Teraz pozostała mu już tylko ucieczka.

 

 Ciąg dalszy: http://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/pokaz_tekst.php?id_txt=2207

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~alfonsyna
Kategoria: trening-wyobrazni
Opis: Także tego, jakby coś gdzieś zgrzytało, proszę dawać znać, poprawki robiłam na autopilocie, więc całkiem bezrefleksyjnie... ;)
Dodano: 2020-01-31 23:02:41
Komentarze.
*Canulas 2 m.
Będzie na raty. Pierwsza transzą to:
"Powoli wydobył spod niego drewnianą skrzynkę, której zawartość, nieduży, lekko zakrzywiony nóż w ozdobnej pochwie, przytroczył sobie następnie do pasa. - wywaliłbym" "nastepnie" - zaburza harmonię odbiorczą.
Odpowiedz
*Canulas 2 m.
" – Nie chcę ci przeszkadzać – odparł, będąc już jednak w komnacie i przezornie zamykając za sobą drzwi na skobel. Starał się robić to jak najciszej, by Ennith nie niczego nie usłyszała." pod koniec za dużo "nie".

"– Dopadła go śmiertelna choroba, którą mój drogi ojciec raczył łaskawie określić mianem dobrowolnego poświęcenia – wyjaśnił z lodowatym spokojem Caleb." - a to z kolei świetne. Lubię taką grę słów.

"Sądziłem, że mogę ufać ludziom, którzy mnie otaczają, ale tak naprawdę wszyscy mnie oszukiwali. – Ennith" - tu masz 2x mnie, a zaraz potem kolejne 2x mnie. To sporo mnie, nawet jak dla mnie.




Odpowiedz
*Canulas 2 m.
"Ennith jednak, gdyby tylko była w stanie skupić się na czymkolwiek prócz własnego cierpienia, mogłaby dostrzec spływające mu po policzkach łzy, z których on sam nie zdawał sobie nawet sprawy. W istocie on także cierpiał – ból" - blisko siebie "on". Może jakiś synonim albo imię?


"– Wiesz, zapytałem kiedyś Darca… to znaczy strażnika Marca Dornhilla o to samo – odparł, ignorując niedopowiedzenie rozmówcy. – Odpowiedział, że to bez znaczenia, bo tak naprawdę to nie my wybieramy sobie bogów, tylko oni nas." - to zajebiste.

W ogóle wow. To się nazywa pełnokrwista historia. Do antologii bez dwóch zdań.
Wkręcałem się systematycznie. Wpierw tyle o ile, by od trojki być już w pełni zaangażowanym. Rozpisać lody tak, by one kogoś obchodziły, to największa sztuka, a cała reszta pisania rośnie obok tego.
Absolutnie Ci się to udało.

Odpowiedz
~alfonsyna 2 m.
Tak właśnie myślałam, że jakieś dziwy w zdaniach będą, a najlepsze, że ja to dopiero widzę, jak mi ktoś tu wytknie, więc tym bardziej doceniam. Siądę wieczorem do kompa to sobie to wszystko poprawię wedle zaleceń.
No właśnie coś mi się wydaje, a wręcz mam już pewność, że będzie przeginka z długością, bo jednak pewnych rzeczy pominąć nie mogę.
Ale radam, że się wkręciłeś, bo faktycznie na tym mi zależy, żeby czytelnika jednak historia obeszła, w mniejszym czy większym stopniu. Wtedy to ma sens.
Podsumowując, dzięki za czynny udział w tym moim pisaniu.
Odpowiedz
*Canulas 2 m.
No tak, widzisz, bo Ty będziesz losy kontynuować. Ja mówię, że na tej wysokości - ten koniec, który końcem jako takim pewnie nie jest - pasuje do anto. Jako takie urwanie in medias res. No ale jeśli się grubo rozrośnie, to będzie na anto za duże.
Zauważ, że kwestia długości już pozostała jako ostateczne kryterium, bo jakość jest niepodważalna.
Odpowiedz
~alfonsyna 2 m.
Zrobimy zapewne tak, że ja sobie skończę wg swojego planu (zanim mi on uleci z głowy), a potem rozważymy czy coś ciachnąć czy odpuścić temat. Zresztą, ja tego nawet nie zaczynałam z nastawieniem pod anto, co ma być, to będzie.
Odpowiedz
*Canulas 2 m.
Tak, tak, pewnie. Spokojnie. Teoretycznie lecimy teraz pod anto dwa z horrorami i okołohorrorami, ale też zbieramy od razu pod trzecie sci-fi/ fantastyka, baśń i pochodne. Sądzę, że może być deficyt w tych gatunkach, więc i szanse, że się prześlizgną dłuższe. Fajnie, że znów piszesz. Pierwsze fale po długim maraźmie przynoszą sporo radości.
Odpowiedz
~alfonsyna 2 m.
Otóż to, teraz przynajmniej jakoś mi to idzie swobodnie, bez napinki, bez przymusu, oby tak dalej.
Odpowiedz
Witamy kolejną część tekstu!
Odpowiedz
~alfonsyna 2 m.
Witam
Odpowiedz
~entropia 2 m.
Zostawiłam sobie do poduszki
Odpowiedz
~entropia 2 m.
Z przyjemnością Nie szukałam usterek, zresztą już jestem padnięta. Rozkręca się, dwa zabójstwa, bohater obrał cel, oczyszcza, mści się, po cichu dyskretnie, tym samym rani i sam siebie. Bardzo podoba mi się jego postać, jest nasączona bólem, zranieniem przez bliskich", kłamstwa, zazdrość, nienawiść, sam nie wie kim jest... Pozostaje mu odkryć prawdę o sobie i jego korzeniach, pali za sobą mosty.
Odpowiedz
~alfonsyna 2 m.
Dzięki za wytrwałe śledzenie całości, w istocie bohater z samego założenia nie miał być w żaden sposób oczywisty, ani z gruntu zły, ani dobry. Zresztą, nie do końca sam ma wpływ na swoje życie, co też w jakiś sposób go definiuje. Jeszcze raz dziękuję, miło, że wpadłaś.
Odpowiedz
~pkropka 2 m.
Świetna część z idealnym zakończeniem.
Pięknie nasyciłaś całość nieuchronną katastrofą. Bohater szamoce się, walczy, ale raczej nic go już nie uratuje. Bardzo podoba mi się taki klimat.
Z cierpliwością będę czekać na kolejną część
Odpowiedz
~alfonsyna 2 m.
Prawda, można by rzec, że klamka zapadła, choć tak na dobrą sprawę mam zamiar mu jeszcze "dowalić", katastrof nigdy dość. XD
Dzięki za śledzenie i pozytywną opinię, bardzo się cieszę, że przypadło do gustu!
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
"– Dopadła go śmiertelna choroba, którą mój drogi ojciec raczył łaskawie określić mianem dobrowolnego poświęcenia – wyjaśnił z lodowatym spokojem Caleb. – Głównym objawem jest ostrze w sercu, a przyczyną była najprawdopodobniej zazdrość. Twoja zazdrość, Ennith" - to fajne
"– To święta ziemia… – odezwał się jeszcze półszeptem, wspierając się na ramieniu, które zadało mu cios" - 2x się

Nie widzę błędów, ale trochem zmęczona, więc coś mogło umknąć. Kurde, Alf. Świetna część. Świetne, pełnokrwiste opowiadanie. Uciął kobicie język, no wiecie co! Trzymasz to wszystko w ryzach spójnego klimatu, nie no, jest git, wybacz chaotyczny komentarz, ogólnie rzec chciałam, że jest bardzo git. Bardzo.

Odpowiedz
~alfonsyna 1 m.
Ritha poprawię, zawsze coś do poprawienia jeszcze jest, więc pewnie na sam koniec i tak się przyda to przejrzeć (o ile mnie lenistwo nie dopadnie). Bardzo dziękuję, jak git to się cieszę, szczególnie, że przy moich zapędach to muszę się jednak co nieco pilnować, żeby nie zaburzyć całości i trzymało się to kupy. Dziękuję za dzielne śledzenie!
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin