FULL METAL JACEK


 Pewnego dnia, na moim osiedlu, pojawił się on - metal Jacek. Skurwiel jakich mało. Trzeba przyznać, posłuch i szacunek umie zdobywać. Wszyscy z osiedla dostali w mordę po równo. Pierwsi oberwali z bloku przy Chrobrego 4. Zapytali grzecznie Jacka, gdy ten przenosił swoje rzeczy z auta do mieszkania, czy ma jakiś problem. Odparł, że nie ma. Chłopaki tylko chcieli pomóc w aklimatyzacji, pokazać które płyty chodnikowe są poluzowane, żeby się nie przewrócił. Jednak Jacka nie interesowały zagadnienia sztuki brukarskiej.

  Wspominałem, że Jacek gra na perkusji? Wieść niesie, że do walenia po garach, używa dwóch tysiącletnich dębów. Gdy wymierzył cios szczęce Łysego - ponoć za nic - to Łysy opuszczając szpital, udał się od razu na pocztę zapłacić wszystkie zaległe alimenty. Jebnięcie było tak mocne, że do tej pory horyzont dla Łysego pozostaje w pionie. Reszta chłopaków szybko zaczęła zazdrościć Łysemu, tak szybko zakończonej przygody.

  Nikt nie wyszedł bez uszczerbku na zdrowiu z Bitwy pod Ławeczką. Niczym bracia krwi, każdy trafił na hospitalizację. Wracając do krwi, to Dzidziuś musiał jej przyjąć sporo, ponieważ mnóstwo zostawił na trylince pod klonem. Jacek musiał długo i mocno tłuc po głowach, bardzo niehonorowe, bo od tamtej pory wszyscy się uspokoili. Widząc Jacka kiwają głową na przywitanie, rzucają uśmiechy. Kurwa, nawet pracę znaleźli.

  Pewnego dnia, ekipa z piątki, spostrzegła, że Jacek wynajął garaż w pobliżu. Podjęli akcje obserwacyjne, mające na celu wybadać częstotliwość korzystania przez wroga ze swej meliny. Opowieści mówią o dwóch wariantach. Bitwa rozgorzała albo w piątek wieczorem, tudzież w sobotę nad ranem. Grupa inwigilacyjna badając okolice, nowego rewiru Jacka, przez okrągły tydzień - od wtorku do czwartku - wydedukowała, że metal Jacek musi przesiadywać wieczorami w garażu, w każdy piątek.

  Postanowili, że poczekają jeszcze tydzień i spuszczą wpierdol Jackowi, gdy ten będzie dłubał przy swoim aucie. Na akcję pod arsenałem poszło ośmiu bohaterów. Podczas narady zatwierdzili, że przed operacją, udadzą się na targ i kupią takie same bluzy z żołnierzami wyklętymi, ale koniec końców stanęło na nadruku z bractwem wilków. Samiec alfa watahy, Sznycel, jako fan szlachetnej sztuki fechtunku, zaopatrzył się w kastet - który wykonał z przeciętego na pół zaworu kurkowego.

  Wiedzieli, że metal Jacek, wychodzi do garażu po dwudziestej pierwszej. Jak długo spędzał tam czas? Nie wiadomo, na pewno długo. Skąd wiadomo, że długo? Z relacji świadków, którzy twierdzili, że z garażu Jacka dobiegają jakieś zgrzyty do rana. Ustaliliśmy jednogłośnie - Jacek to jebany pedał.

  Po dwudziestej pierwszej rój ruszył w bój, znaczy się wataha - taka z kłami i żądzą krwi, jak te w Bieszczadach. Parę tygodni wcześniej, wytłukliśmy resztkę latarń w okolicy garażów, więc drużyna mogła przemknąć niezauważona przez wroga. Złowieszcza cisza panowała przy garażach, każdy z wojowników wiedział, że wkrótce zostanie przerwana.

  Niezłomni dotarli na miejsce. Mrok przecinały pojedyncze smugi światła, wydostające się z bunkru Jacka przez nieliczne szczeliny. Nagle coś pierdolnęło, nie wystraszyło to chłopaków, co to to nie, tylko stali się bardziej czujni. Najmłodszy z watahy, Wołek, zaczął pękać i gadać, że to Jacek dębami napierdala. Sznycel wymierzając lepę na ryj Wołkowi, szybko stłumił ognisko strachu i zwątpienia. Mówił, że to takie pieprzenie, że nikt nie jest w stanie podnieść całego drzewa, co dopiero dwóch. Morale kipiało, adrenalina wrzała, pięści się zaciskały, ostatnia pojarka zgaszona splunięciem. Rozpoczął się atak.

  Ekipa szturmowa, w sile Miętusa, Kani, Wołka i Kuku runęła na drzwi Jacka. Wpadli impetem mordami w metalowe drzwi, które otwierały się tylko na zewnątrz. Gdy pierwsza szarża wstawała obolała z ziemi, człon wsparcia wykonywał mocno obraźliwe okrzyki pod adresem Jacka i jego społecznie niepokojących preferencji. Rzucali oskarżenia, iż rozwiązłość Jacka jest niezgodna z arystotelesowską koncepcją dualności etyki przyjętej przez Kościół. Która wywarła przecież ogromny wpływ, na kształtowanie się podwalin pod zachodnioeuropejskie rozumowanie rzeczywistości i żaden chuj w dupie tego nie zmieni.

  Brak reakcji, ze strony metala Jacka, zbił mężów z tropu. Sznycel nakazywał z tyłu, by szturmowcy przypuszczali atak do skutku. Kopali więc w garaż, jednak bez efektu. Gdyby chłopaki skupili się trochę bardziej, mogliby usłyszeć dźwięk rozwijanych łańcuchów i tłuczonych butelek. Nagle mocne i głośne uderzenie od wewnątrz, odrzuciło kopaczy na kilka metrów od wejścia. Wrota Seszeronu zaczęły się rozwierać.

  Jakie było zdziwienie, gdy ekipa nie zobaczyła za plecami Jacka samochodu. Lecz stojących po jego lewicy, ha tfu i prawicy rosłych, wściekłych skurwysynów. Metal Jacek nie trzymał w garażu auta, nie był nawet mechanikiem. Lokal wynajął razem ze swoimi kolegami na próby kapeli. Akurat w tamten piątek przeprowadzali jam session i do metala przyszło kilku znajomych więcej. Przed bohaterami stał nie jeden, nie dwóch, a dziesięciu wrednych satanistów. Satanistów, którym właśnie przerwano otwieranie piwa. Następny gorszy od poprzedniego, a poprzedni gorszy od następnego.

  Sznycel, któremu skończyły się zawiasy cztery lata temu, nie spękał. Nałożył kastet wyszedł przed szereg, podniósł gardę i zaczął wyprowadzać ciosy w przestrzeń oddzielającą ich od przeciwnika. Znał kilka ruchów, które potrafiły rozmiękczyć niejednego. Ale nie Jacka i jego popleczników. Wiecie jak szybki potrafi być gitarzysta z kapeli metalowej? Jak błyskawica. Solówki wykonywane latami naprawdę robią cuda na refleks. Gdy Sznycel lądował na ziemi, kończąc swój popisowy kopniak z pół obrotu, został złapany za nogę przez jednego z kumpli Jacka i wciągnięty do garażu. Wpierdol trwał ułamek sekundy. Chłopaki pierwszy raz w życiu widzieli, co potrafią zrobić wprawnie użyte glany.

  Co pozostało reszcie grupy? Odpowiedź była prosta, ale nie pocieszająca. Spróbować otłuc Jacka, jego kumpli i uratować Sznycla. Nie zhańbią się ucieczką! Nie bez przyczyny nosili opaski na ramieniu z napisem „Poland, frisst i flight!” Podwinęli rękawy. Ruszyli w bój na pięści i kopniaki. Jednak koledzy Jacka, chyba nic nie wiedzieli o honorowej walce knykciami. Mówiłem wam, jak wygląda "argument majstra"? To ogromny pustak, obwiązany grubym krowim łańcuchem. Posiadali cztery takie argumenty, pozostali dzierżyli po gołym, grubym, twardym, błyszczącym łańcuchu. Kompan Jacka, wywijał pustakiem nad głową niczym lassem, wprawnie i z lekkością. Płynność i kunszt kierowania bryłą spotkał się z ręką i szczęką Gabona.

 Podobno świst przelatującego pustaka, połączony z szczękiem łańcucha i okraszony pękaniem ludzkich kości jest przerażający. Kość, która wyskoczyła spod skóry na ręce Gabona, omal nie wykuła mu oka. Pozostałe trzy argumenty nie wirowały nad głowami, nie było tyle miejsca. Napieprzali nimi po chłopakach, jak cepami po zbożu. Osamotnionej szóstce junaków tej nocy nie objawiła się Matka Boska. Nie nastąpił żaden cud nad Wisłą. Do dzieciątek zawitał sam Herod i ponownie nie zamierzał pierdolić się w tańcu. Powiadano, że smród pozostawiony przez napastników utrzymywał się przez cały weekend, między garażami. Tylko kto tutaj był napastnikiem?

  Chłopaki wylądowali w szpitalu, odleżeli i wykuśtykali swoje. Dla jednych czas wlókł się nie miłosiernie, dla drugich była to kwestia wybudzenia z krótkiej śpiączki, ubrania dresów i powrotu do domu. Oklep i leczenie zmieniło resztę ekipy. Przestali przesiadywać na ławkach wokół bloków, żadnych bójek. Zmiana całkowita, ze sportu tylko jogging albo nordic walking. Rozmowy w stylu "czuję że żyję, wszystko zależy od nastawienia, chcieć to móc". Zostałem sam.

  Czekam na Jacka. Nie zostawię sprawy samej sobie. Ten ciul jest tutaj obcy. Pomszczę kumpli, jeszcze wrócą stare, dobre czasy. Pokażę, że nie jestem cieniasem. Akurat musiałem wtedy pomagać w domu, nie mogłem się urwać bezkarnie by pomóc w przeprowadzeniu oczyszczenia. Koniec z trzymaniem rąk w kieszeniach. Otłukę metala Jacka. Za moment powinien wyjść do pracy. Nie wywinie się od odpowiedzialności. Może Jacek ma przewagę we wzroście, może jest cięższy o dobre siedemdziesiąt kilo, ale mam plan. Miesiąc czekałem na przesyłkę z Chin, która powinna przechylić szalę zwycięstwa. Wczoraj przyszła. Mega silna maść z tygrysa. Przed wyjściem zużyłem całą. Grzeje i piecze mnie wszędzie jak cholera. Tak pewnie ma być, chcesz być tygrysem, to się nim posmaruj. Oczy mnie trochę pieką i łzawią, twarz trochę goreje – jeśli tygrysy, tak czują się na co dzień, to nie dziwi mnie fakt, czemu są takie wkurwione.

  Idzie chujek. Sto dwadzieścia kilo grzechu, dwa metry dziesięć centymetrów piekła. Plan mam taki. Wyjdę mu na przeciw, walnę barkiem – to na początek. Potem zagaję krótko jak chodzi i zajebię gnoja. Jestem predatorem, łowcą, gepardem, zdobywcą nastawionym na sukces. Tam idzie słaba, nieświadoma antylopa. Ruszam.

 

  – Panie Jacku! Takich jak pan, złotem obsypać to za mało. Nie wiem, jak z mężem mamy się odwdzięczyć.

 – Nic nie szkodzi, pani Justyno...

 – Jak to nic nie szkodzi. Gdyby nie pan, Bartuś, leżałby na tym chodniku do wieczora. Aniołowie musieli pana sprowadzić na nasze osiedle!

  Gapiłem się w szpitalne okno, starając nie słuchać rozmowy Jacka z matką. Wstyd zżerał mnie od środka. Sprawa przegrana, nie ma sensu dalej walczyć. Jacek wygrał.

 – Niebiosa sprawiły, że przechodził pan tamtędy, panie Jacku. Co temu łobuzowi do głowy strzeliło, to ja nie wiem. Ostatnio zachowywał się trochę dziwnie. Zaczął opuszczać szkołę. Z kim się zadaje, nie wiemy. Na osiedlu od dawna spokój. Nawet te bandziory, co pan ich widział, tacy odmienieni. Nic tylko brać z nich przykład. Tylko ten mój Bartek, jakby go diabeł opętał.

 – Droga sąsiadko. Fakt, chłopak miał szczęście, że go spotkałem - tutaj spojrzał na mnie i puścił oko, poczułem żar na twarzy. - Przewrócił się na chodniku i stracił przytomność. Szybko zabrałem, Bartka do szpitala.

 – I dobrze, że z panem. To od razu przyjęli. Normalnie, zanim karetka by przyjechała, a potem to by się jeszcze na korytarzu wyleżał umierający, to pewnie byłoby po moim Bartusiu – matka zaczęła histeryzować – Proszę, tylko tak mogę się odwdzięczyć – widziałem kopertę wyciąganą w kierunku metala Jacka. Metal wyciągnął rękę z kieszeni, zamiast sięgnąć po pieniądze, położył dłoń na ramieniu matki.

 – Niech to pani schowa - szczena mi opadła, matka się popłakała - Jeśli już, to prosiłbym o załatwienie tego dżemiku różanego.

 – Anioł, anioł! - matka utuliła Jacka.

 

  Wstałem z ławki i ruszyłem w stronę metala Jacka. Głowę skryłem pod kapturem, nie chcąc spudłować gibałem się środkiem chodnika. Maść z tygrysa zaczęła działać. Gorąc palił moją skórę, poty zaczęły mnie oblewać. Pomyślałem, że transformacja w tygrysa dobiega końca i metal Jacek ma przejebane. Podniosłem wzrok, dzieliło nas dobre dwadzieścia metrów. Ściągnąłem kaptur z głowy, za gorąco w głowę. Wzrok zaczął trochę falować, pewnie źrenice zmieniają się w tygrysie. Poczułem zwierzęcą siłę, jestem predatorem. Nie będę bawił się w głupie walenie z barku i gadki. Przyjebię mu od razu w ryj. Pięć metrów. Kutas musi się mnie mocno bać, po gębie widać, że przerażony. Ktoś się mnie boi! Wziąłem zamach i wyprowadziłem cios w nos metala Jacka. Musiałem się potknąć, wymierzony cios trafił w biodro. Ja poleciałem na ziemię i koniec.

 

 – Ludzkim językiem, niech mi pan powie. Co Bartusiowi dolega?

 – Cóż mogę powiedzieć – Jacek spojrzał na mnie. Kurwa teraz się wyda, że chciałem go pobić – Pani syn, doznał lekkiego udaru, połączonego z podtruciem toksynami...

 – Narkotyki, wiedziałam! – matka zgromiła mnie wzrokiem.

 Jacek spojrzał w sufit, wymyślając pewnie jak bardziej mnie upokorzyć.

 – Ależ skąd. Mamy początek czerwca, a temperatury już biją rekordy. Chłopak długo siedział w czarnej bluzie, bez okrycia głowy na słońcu. Do tego doszła reakcja alergiczna. Z badań wynika, że wysmarował się maścią wygrzewającą. Maść jeszcze bardziej podniosła, w tak upalny dzień, temperaturę organizmu Bartka. Musiał sporo wetrzeć. Na całym ciele widać plamy. Stanowią one o uczuleniu Bartka, na któryś ze składników. Nie wiemy jeszcze na który, ale próbki są już w laboratorium. Wyjdzie z tego, jednak chcemy zostawić go na parę dni pod obserwacją.

 – Dziękuję, dziękuję raz jeszcze. Dobrze słyszeć, że to nie przez narkotyki. Muszę wracać do pracy. Błagam, niech się pan zaopiekuję tym nicponiem – matka uścisnęła raz jeszcze Jacka, podeszła do łózka i ucałowała mnie w czoło.

 – Daję słowo, że wyjdzie stąd jako inny człowiek – uśmiechając się do matki odprowadził ją do drzwi. Zaszczebiotała wesoło, na jego słowa. Pomachała zza szyby i wyszła.

 Doktor Jacek odprowadził matulę wzrokiem. Chyba nie jest takim dupkiem, za jakiego go miałem. Mógł mnie podkablować, jednak tego nie zrobił, jeszcze życie uratował. Nawet pieniędzy nie wziął od matki. Metal Jacek to jednak spoko gość. W dodatku gra na gitarze i leczy ludzi, chyba się dogadamy.

  Doktor poczekał, aż drzwi same się zamkną. Następnie odwrócił się moją stronę i podszedł do łóżka. Podciągnął pod tyłek, oszczędne szpitalne krzesło i usiadł blisko głowy. Pochylił tułów, oparł na łokciach. Nos i usta schował w dłoniach splecionych jak do modlitwy. Przez chwilę mierzył mnie wzrokiem. Wyprostował plecy i rzucił mi ciepły uśmiech. Sięgnął ręką do kieszeni za pazuchą i wyciągnął małą książkę.

 – Twoja mam poprosiła mnie, bym zmienił cię na lepsze. Tak też zrobimy. Chcesz być lepszym człowiekiem, Bartku?

 Ogłupiały ze szczęścia, z powodu jak potoczyły się sprawy przytaknąłem głową.

 – Cieszy mnie chęć współpracy. Przyjdę pod koniec mojego dyżuru i coś na to zaradzimy. Jeśli jesteś ciekawy co to będzie, tutaj masz książeczkę, wszystko wytłumaczy. Tylko nikomu nie pokazuj. Poklepał mnie po głowie, książkę wsunął pod koc i wyszedł. Byłem tak zmęczony, że krótko po wyjściu Jacka zasnąłem. Obudził mnie dźwięk otwieranych drzwi. Do sali wszedł Jacek.

 – Jak się czujemy kolego?

 – Już lepiej, dziękuję – odparłem zaspany.

 – Świetnie, w takim razie zrobimy z ciebie przykładnego obywatela. Zaczniemy już teraz – mówiąc to zamknął drzwi na klucz i zaczął zasłaniać okna.

 – Co dokładnie będziemy robić?

 – Nie czytałeś książki?

 – Szybko zasnąłem, nie zdążyłem.

 – Nie szkodzi, może to i lepiej – Jacek usiadł na moim łóżku, z małej walizeczki zaczął wyciągać jakieś pręciki i młoteczki. Pomyślałem, że może to trochę potrwać, więc sięgnąłem po książkę. Podniosłem tomik do oczu i przeczytałem tytuł: "Nowoczesna lobotomia XXI wieku".

 "Nowoczesna" i "dwudziesty pierwszy wiek", tyle zrozumiałem z okładki. Ale, co ja muszę się znać – wystarczy, że Jacek wie.

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Ogonisko
Kategoria: inne
Liczba wejść: 7
Opis:
Dodano: 2020-02-08 19:57:25
Komentarze.
~jotka 8 d.
O, i tu Bordo mógłby się dużo nauczyć.
Podobało mi się. O wiele lepsze, moim zdaniem, od tych o wampirach /potworach.
Fajnie przeczytać coś lekkiego na wieczór.
Odpowiedz
~Ogonisko 7 d.
jotka a jednak
Odpowiedz
*Canulas 6 d.
" Jebnięcie było tak mocne, że do tej pory horyzont dla Łysego pozostaje w pionie. "- haha, już dochodzi do sytuacji, że zostawiam se Twoje teksty na deser. Już siadam z pewnym pułapem oczekiwań, ale wystarczy kilka zdań i wiadomo, że ten pułap z lekkością przeskakujesz.

"Rzucali oskarżenia, iż rozwiązłość Jacka jest niezgodna z arystotelesowską koncepcją dualności etyki przyjętej przez Kościół. Która wywarła przecież ogromny wpływ, na kształtowanie się podwalin pod zachodnioeuropejskie rozumowanie rzeczywistości i żaden chuj w dupie tego nie zmieni." - ah, jakież złoto

Kurde, czułem, że się skońćzy jakimś suspensem, myślałem jednak, że mr Jacek każe się jednak homontkiem i będzie Bartkowi borował dupsko czy cuś. W każdym razie bardzo dobry (kolejny) tekst, choć nie będzie mym ulubionym, jeśli idzie o pisanie Twe.

Odpowiedz
~Ogonisko 4 d.
Canulas Miodnie, że tekst podpał i sprostał Chyba potrzebowałem takiego tesktu, gdzie mogę sobie powrzucać trochę inwektyw.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin