Pięćset mil do domu — część IX


 — To tylko taka przejażdżka, prawda?

 

 I

 — Czy już rozumiesz, że to nie ty jesteś tym strasznym wilkiem? — zapytał Merlin, na co Wiwat z ociąganiem kiwnął głową. Następnie spróbował wstać, ale bucior herszta go powstrzymał.

 — Ki kutas jeszcze chcesz? Zabieraj szkitę!

 — Za chwilę. Wpierw mi powiedz, co zamierzasz z tym zrobić?

 — Z czym? Z tym, żeś mi wyjebał z partyzanta? Nic. Przecież ci nie zasalutuję, do kurwy nędzy.

 — Więc powrócimy do poprzedniego układu? Tego, w którym ja mówię, co trzeba robić, a ty to robisz, tak?

 Motocyklista przeturlał się na brzuch, aby nie było widać, jak bardzo jest teraz wściekły. Przymknął oczy, zatapiając się w myślach.

 Indianiec gdzieś przepadł, a Polip to rura bez kremu i na sto procent się do akcji nie włączy. Gdyby tylko Ukrop pokazał, że kuma bazę, można by tę sprawę tu rozwiązać. Tak raz, a w mordę mać dobrze.

 Merlin nie był cieniasem, to na pewno. Miał jednak już swoje lata i na dwa nagie ostrza by najprawdopodobniej nie wyrobił. Pewnie by ich pochlastał, ale w końcu by go jakoś okiełznali. A jakby już wylał z siebie zgniłą krew, można by ujebać i tę cipę – Polipa, a kasą się podzielić pół na pół.

 Chryste. Przecież to ponad siedemset tysięcy dolców na łeb. Kwota, która z powodzeniem pozwoliłaby rzucić te kowbojskie zabawy w pizdu i się stąd wynieść, a następnie przycumować gdzieś, gdzie jest rzec jasna ciepło, ale nie tak przekurewsko gorąco i spróbować życia jeszcze raz. Zrobić długie wakacje. Takie z cyckami, dobrą trawą i setką browarów wokół. A jak już się dusza wyszumi, to jeszcze gdzieś dalej przeskoczyć. Może do Vegas? Życie przecież trzeba brać za pysk, nie? Inaczej, po wała żyć?

 Z rozmyśleń wyrwał go głos.

 — Więc jak? Wracamy do tego, co przed?

 Wiwat zacisnął zęby, jednak po sekundzie zdobył się na uśmiech.

 — Co tam mamy nie wracać. Było, minęło, nie?

 — Oto prawdziwy duch sportu — odparł Merlin, wyciągając rękę na znak tego, że burza jest już za nimi. — Było, minęło. Mi pasi.

 Zakapior podciągnął się na niej, lecz kiedy wstawał, przeleciało mu przez głowę coś szalonego. Coś, czego z najzwyklejszego strachu nie spróbował, choć myśl o tym, jak niewiele brakowało, spowodowała, że aż się cały wzdrygnął. Na zakrwawione i usmolone piachem czoło wystąpiły wielgachne krople potu.

 — Dobra, szefie. Co dalej?

 — Zatankujemy motory. Następnie zejdziemy w cholerny cień i pomyślimy. Opracujemy na szybko jakiś plan.

 Wiwat splunął krwią.

 — Zawsze mam swoje zdanie. Sam dobrze wiesz. Taki żem się uchował i za to mnie przecież kochata. Nie zamierzam ci się wpierniczać do rządzenia, ale po mojemu, na szybko, to my powinniśmy stąd wypieprzać. Znaczy, zatankować, jak najbardziej, ale potem dali jazda w dal. Niebo niby błękitne, a jednak, jakby wisiały nad nami burzowe chmury. Zostawać tutaj to błąd.

 Ukrop przytaknął.

 — Również tak myślę, wodzu. Popatrz sam. Miał to być gruby numer i każdy wiedział, co za echo przyniesie. Nikt jednak nie wspominał o stacji pełnej trupów ani o dziesięciostopowej, niewrażliwej na ołów, maszkarze. Nikt nic nie mówił o gadającym łbie ni ośmiolatku, który tak zauroczy Indianina, że ten da nogę. Do tego oberwał B.J. To się zaczyna wymykać spod kontroli

 — Przyjąłem do wiadomości, moje panie. Polip?

 Wysoki blondyn o twarzy czternastolatka i odstających, niczym nietoperze skrzydła, uszach wstał. Widać było, że niepewnie czuje się na pierwszym planie i najchętniej by się zgodził z większością. Branie udziału w dyskusji na temat tego "co dalej" nie bardzo mu pasowało.

 — Henry, sam dobrze wiesz, że nie zawsze się z Wiwatem dogaduję. Już nawet nie chodzi o przemoc, w której on się tak lubuje, a którą ja tylko stosuję z konieczności. Po prostu... — Na chwilę zamilkł, aby móc zebrać myśli. Niepotrzebnie. Wiwat już był cały purpurowy. — Kurde, jak to powiedzieć? Gdybyśmy byli radiowymi falami, a nie ludźmi, to pewnie byśmy byli skrajnie od siebie odlegli. I to krańcowo. Chodzi o to, że...

 — No w pizdę! Jakimi, kurwa, falami? Merlin, co ta pudernica odpierdala? Nie bardzo kminię, ale na oko, gnojek mnie ostro znieważa. I co to jest za słownictwo? Lubuję? Skrajnie? Krańcowo? Co to ma być? Bazar dla zbyt kumatych prostytutek, które wystają przy drogach z ksiunszkami w ręku? Po pelikana braliśmy tego przychlasta? Bo co? Bo umie odpalić motor? I kurwa, co to za gadka o bezsensownej przemocy? Bez tej przemocy byśmy byli w ciemnej, murzyńskiej dupie. Co mam wyczyniać z typem, który nie ma chęci się wyspowiadać? Pogłaskać go, kurwa, piórkiem? Pobić poduszką? Jak ta ciota jest za dobra, by się z nami łajdaczyć, niech się ubierze w mundur skauta i idzie opierdalać ciasteczka emerytom albo sprzedaje lemoniadę przy trasie. Z tych syfów, co ma na mordzie, będzie wytwarzał z dwa galony w godzinę. A każdy wie, z czego takie syfy się biorą. Z nieruchania.

 — Teraz już wiem, skąd się wzięła twoja ksywa — odparł Polip. — Pewnie matka tak wiwatowała, zostawiając cię w okienku dobrej nadziei, dając dyla z pierwszym lepszym kierowcą, który nie miał błota na mokasynach. Zresztą, nie ma co się kobicinie dziwić. Taki okaz. To już lepiej mieć bachora z trzecią nogą.

 Wiwat parsknął.

 — I mówi to koleś, co jak się robi gorąco, zaraz wskakuje szefuńciowi na plecy. Cholerny tchórz i dupoliz.

 — Bluzgi od kogoś, kto ma intelekt kartofla, mają znaczenie jak przepocone slipy. Nawet nie usłyszałeś przygłupie, co chcę powiedzieć.

 — Wiesz, czym się różnimy, Polip?

 — Mózgiem? Zakresem wiedzy? Zapachem?

 — Nie. Tym, że ja po dymaniu nie muszę wysrywać kondonów.

 — Czyli czarnuchy muszą cię walić bez. Zresztą, nieważne. Drugi raz aids nie złapiesz.

 — A ty...

 Rozległ się huk, kończąc spory i powodując, że cała trójka przywarowała z nosami przy samej glebie. Było to cholernie ryzykowne, ale Merlin tylko takie rozwiązanie teraz widział. Chyba obaj chcieli coś powiedzieć, ale wystarczyło, że zerknęli na jego twarz i zamilkli. Zupełnie jak kochający się bracia.

 Czarodziej zaczął mówić:

 — Wiwat. To twoje drugie ostrzeżenie. Po trzecim, posiłkując się językiem bejsbolisty, zostaniesz wyautowany w pizdu. Jeżeli chcesz zobaczyć czy mówię serio, rozewrzyj ryj. Odpowiadając jednak na twe pytanie i zamykając temat tu i teraz: Polip jest w tym z nami, bo zna się na maszynach lepiej niż ty czy ja. Ty kombinujesz przy ludziach, on przy sprzęcie. Dla obu jest miejsce i czas. Polip. Teraz ty. Fakt, że znasz takie pojebane słowa, jak "wywnioskować" czy "insynuuję" nie upoważnia cię, byś rozpisywał prostą myśl na cały, cholerny, kajet. Jak będziemy gadali z obsługą banku, to się przydasz, ale we własnym gronie proste myśli wygłaszaj przy pomocy prostych słów.

 — Ok. Zrozu...

 — Nie koniec, kurwa! Żadnych: Ok, zrozumiałem. Czy, w porządku. Żadnych: Dobra, szefuńciu, kojarzę. Ani: Wporzo, wodzu. Przechodzimy na awaryjny tryb.

 — To jak mam się niby, kurwa, do ciebie zwracać? Proszę pana?

 Kolejny wystrzał. Tuż obok głowy Wiwata.

 — Kurwa żesz mać, Merlin! Odjebało ci?! Mogę cię wołać nawet królem Szkocji, tylko przestań do chuja pana we mnie strzelać!

 — Żadnych więcej opóźnień, mili państwo. Żadnych cholernych kłótni, rodem z college'u dla zblazowanych synalków filmowych gwiazd. Jeżeli jeszcze tego nie kojarzycie, w tej chwili ściga nas około sześćset osób. I to tylko jeśli idzie o Mongolsów. Nie liczę samotnych wilków z maczetami lub wolnych strzelców od Olivera, czy Mc Danny'ego. Każdy pojebaniec, który ma przy swoim siodle CB radio, wypala sobie oczy w pieprzonym słońcu, by nas zobaczyć. Spala ostatnią kroplę ropy, by na nas wpaść.

 — Zara — zreflektował się Ukrop. — Ale ja się przecież nie kłóciłem.

 — Świetnie. Więc wygrałeś bilet, by przynieść nam jakiś browar.

 — Browar?

 — Tak. Może być Budvar, ale nie pogardzimy Faxem albo Millerem. Nie, chłopaki? Sobie zresztą też skołuj czteropak.

 Ukrop wstał i zniknął we wnętrzu stacji. Chwilę trwało, zanim przywykły do słonecznego dnia wzrok zdołał się zbratać z półmrokiem. Nie było go jednak nie dłużej niż trzysta sekund.

 Kiedy wyszedł, przywódca wraz z Wiwatem kończyli tankować maszyny i wyglądało na to, że szykują się do wyjazdu. Polip zaś, klęcząc przy Jimmym, pakował sobie za pazuchę plik banknotów grubości stojącej sztorcem paczki fajek z tej odległości wyglądający na setki.

 Stanął więc Ukrop z tymi wszystkimi wystającymi mu z kieszeni butelkami, oniemiały z zaskoczenia i zdziwiony, że z całą tą sprzeczką tak szybko doszli do ładu.

 — Pompuj się pod sam korek i dawaj w siodło! Wynosimy się stąd!

 Nim wykonał polecenie szefa, rzucił okiem na kumpla. Ten jednak odwrócił wzrok, jakby go coś cholernie zawstydziło.

 — A Polip? — spytał.

 — Zostaje z Jimmym. Pompuj się! Nie będę mówił dwa razy.

 Nie sprzeciwiając się, Ukrop postawił czarnego Kawasaki ZZR 600 pod dystrybutor i z pietyzmem godnym nadopiekuńczej matki odprowadzającej jedynaka do szkoły odkręcił korek wlewu. Tymczasem Polip wciągnął B.J'a do sieni i wrócił po swą Yamahę, którą z kolei przykrył szarym brezentem. Wszystko bez choćby sylaby.

 — Czyli co? Jedziemy tylko we trzech?

 — A czy coś ci nie pasi?

 — Tylko pytam.

 — Spytasz po drodze! Wskakuj!

 Więc Ukrop, pomimo tego, że czuł się zdezorientowany i obolały, wskoczył na motor. Merlin odpalił swój.

 — Mogę chociaż zapytać, gdzie lecimy? W sensie, czy już do domu?

 Przywódca nie odpowiedział, tylko przykręcił do oporu manetkę z gazem i odfrunął, rażony wyjątkowo silnym kopem. Wiwat także odpalił swoje cudo.

 — Eeee... bracie — zawołał Ukrop, próbując przekrzyczeć wygłodniały świeżej ropy silnik. — Co tu się stało?

 Tamten przytłumił obroty i podjechał. Następnie bez żadnej żenady skłamał swojemu jedynemu przyjacielowi prosto w twarz.

 — Nie mam pojęcia, o czym mówisz kochanie. Po prostu już na nas czas.

 Ukrop chciał się dowiedzieć, co tutaj zaszło? Do czego doszło, kiedy on przeszukiwał ten zasyfiały sklepik? Wiwat jednak wyprzedził jego myśli, kręcąc głową. Wydawał się przy tym blady i umęczony. Zupełnie jak stary ciuch zbyt wiele razy przemielony przez pralkę.

 — To powiedz przynajmniej gdzie?

 — Za indiańcem.

 — A Polip? Dlaczego nie... — rozpoczął, ale na próżno, bo jego ziomek już ruszył. Nie pozostało mu zatem nic innego, jak zrobić to samo. Chwilę później znowu byli na trasie. Znów w drodze lub, jak to mawiał Jimmy przed niefortunnym epizodem z lecącym młotkiem, znów byli w grze. Dosłownie niczym cztery asy ukryte w szulerskiej talii. Tylko że ich była szóstka, a nie czwórka. Przynajmniej na samym początku.

 Więc idąc dalej tym tokiem rozumowania, wychodziło na to, że przynajmniej dwa asy były fałszywe. Pytanie tylko które?

 Merlin gnał, ile fabryka dała, wiedząc, że ci dwaj popaprańcy wyrzygają własne płuca i zedrą nogi, by tylko dotrzymać mu kroku. Wiwat, bo za nic w świecie nie chciałby przechodzić ostatniej rozmowy jeszcze raz. A Ukrop, bo pewnie by się zesrał ze strachu, gdyby musiał radzić sobie sam. Pędził przeto bez reszty, wyciągając ze swej maszyny tyle mocy, ile tylko mogła wygenerować, a nasycona życiodajną energią, mogła naprawdę dużo. Zbyt dużo, by z takiego daru nie skorzystać.

 Nie pomylił się. Dwaj straceńcy wypruwali sobie żyły, by dotrzymać mu kroku. Gnając na złamanie karku i biorąc każdy z napotkanych zakrętów tak szybko, jak tylko się da. Tak, że gdyby tylko nadstawili uszu, mogliby pochwycić płytki dech śmierci, która im siadła na karki i tylko czeka, aby mieć nowy żer.

 Nic to. Żaden z trójki nie pomyślał, by zwolnić.

 Ukrop, bo pomimo etykiety drogowego gangstera naprawdę nie chciał być sam. A Wiwat z powodów, o których nie zamierzał opowiadać. Wiedział tylko, że jakkolwiek by się sprawy nie potoczyły, po tym, co dzisiaj zaszło, nie ma szans, by obaj wrócili do domu. Jeden kutas, jak ta sprawa się skończy. Przeżyć ją może tylko Merlin lub on.

 Więc gnali w trójkę, jadąc tropem indiańca, który po mniej więcej dwudziestu minutach drogi zmusił ich do odbicia na przełaj. Wtedy dopiero zwolnili, a raczej, zwolnił Merlin, pozwalając im się ze sobą zrównać. Dalej pojechali już wolniej i obok siebie, tworząc podwaliny pod nieistniejącą do tej pory drogę, przez środek prerii. Po jakimś czasie horyzont obsiały góry, za którymi skryło się małe słońce. Stało się ciemniej i chłodniej zaś spod kamieni zaczęło wyłazić to, co w dzień zazwyczaj spoczywa, by w nocy wyleźć na żer. Preriowe jamy obrodziły gęstym półkolem obserwujących ich oczu. Raz czy dwa, do uszu doleciał syk.

 Godzinę później droga zrobiła się na tyle kamienista, że musieli zredukować do trzydziestu. Od zachodu uderzył zimny wiatr, bez problemu obchodzący nieszczelności przepoconych kurtek. Góry zaś wydawały się większe i postrzępione oraz czarniejsze od ropy, którą piły ich mechaniczne konie. Niestabilność terenu zwyciężyła i w końcu zsiedli, dalej idąc już pieszo. Maszerując, nie mogli zrozumieć, jak nieporadny Saracen na swoim rzęchu uzyskał nad nimi taką wielką przewagę i czemu jego ślad nie został dawno wchłonięty. Nocne godziny wlokły się dużo wolniej niż te dzienne i ciepłe. Wzgórza rosły, przesłaniając ogromem każdy kawałek nieba, który nie znajdywał się w prostej linii nad nimi. W końcu zabrały i to.

 Przystanęli na skraju, prowadzącej nie wiadomo jak głęboko jamy. Tu, pijąc gorący browar i paląc pety, czekali, aż oczy przywykną do ciemności na tyle, by nie potłuc sobie głów o ściany.

 Nie wiedzieć czemu tranzystorowe, z reguły martwe radyjko Ukropa nagle ożyło, dzieląc się z nimi ochrypłym głosem Nica Cave'a z utworu City of Refuge. I mimo że działało nie dłużej niż pół minuty, słowa "You better run" wypluło z siebie dobre piętnaście razy.

 Właściciel radyjka splunął.

 — I tera co?

 — Co ma być? — odparł półszeptem Merlin. — Czekamy na ostrość i jazda.

 Wystarczyło jedno spojrzenie, by zrozumieli, że czas targów się skończył. Mimo tego Ukrop jeszcze spróbował.

 — Merlin, z całym szacunkiem, ale jesteśmy jak te myszy w terrarium. Może się jednak chwilę zastanowimy.

 Herszt obrzucił go wzrokiem, po którym Ukrop poczuł się niczym emerytowana cichodajka w swym ostatnim, heroinowym tangu. Kruche kości. Obwisła, plamiasta skóra. Strużki ropy cieknące z napuchłej twarzy. Najlepsze w tym wszystkim było jednak to, że Wiwat ciągle milczał, choć zazwyczaj tylko czekał na jakąś drakę. Teraz nic. Cholerna amba fatima.

 — Widzę, że nic nie wskóram, choć tak naprawdę nie mamy nawet pewności, że to ślad Saracena. Ale ok. Wiem, kiedy gadka nic nie da.

 Przywódca nie odpowiedział. Spoglądał jedynie w dal, jakby w środku czaiło się coś, co tylko on mógł dostrzec. Coś hipnotycznego i – sądząc po wyrazie jego twarzy – fascynującego. Ukrop myślał, że szef będzie tak stał, dopóki szlug nie przypali mu gęby. Ten jednak w końcu się ocknął. Nakazał ruszać i Ukrop mimowolnie pomyślał o swojej śmierci. O tym, jak będzie wyglądać i jakie ostatnie słowa zdoła rzec.

 Z reguły takie myśli były mu obce, ale teraz, tak się po prostu złożyło. Splunął więc w dal i, by dodać sobie otuchy, potarł dłonie. Następnie zaczerpnął powietrza, jakby miał lada moment zanurkować.

 Jebać to – powiedział do siebie w myślach. – Jak mawiał, ktoś tam i kiedyś. Co napisano, to będzie. Złotem się, drogi gościu, nie wykupisz.

 Weszli i szli obok siebie, a kiedy tunel się zwęził, gęsiego. Przez całą drogę Merlin nie powiedział, co słyszy.

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: inne
Liczba wejść: 5
Opis:
Dodano: 2020-02-11 00:01:24
Komentarze.
*Ritha 5 d.
"Indianiec gdzieś przepadł, a Polip to rura bez kremu i na sto procent się do akcji nie włączy. Gdyby tylko Ukrop pokazał, że kuma bazę, można by tę sprawę tu rozwiązać. Tak raz, a w mordę mać dobrze.
Merlin nie był cieniasem, to na pewno. Miał jednak już swoje lata i na dwa nagie ostrza by najprawdopodobniej nie wyrobił. Pewnie by ich pochlastał, ale w końcu by go jakoś okiełznali. A jakby już wylał z siebie zgniłą krew, można by ujebać i tę cipę – Polipa, a kasą się podzielić pół na pół" - obadaj sobie tutaj pod kątem "by", masz 5 razy (+ był po drodze, ale to już mniejsza z tym, "by" za dużo). Wybacz, że nie proponuję alternatywy, ale to już za grube grzebanie (albo po prostu nie mam aż tyle prądu)

Nie rozumiem czegoś fabularnie (nie traktuj tego jak zarzut, a po prostu głośnie wyrażenie myśli). Piszesz tak:
"A jakby już wylał z siebie zgniłą krew, można by ujebać i tę cipę – Polipa, a kasą się podzielić pół na pół", wcześniej też jest na jego temat: "Indianiec gdzieś przepadł, a Polip to rura bez kremu i na sto procent się do akcji nie włączy". A, o ile mnie pamięć nie myli, <SPOILER> to w kolejnych częściach okaże się, że Polip ma całkiem spore mentalne jaja. Być może ten kozak z niego dopiero wyjdzie, a być może inaczej planowałeś postać, niż sama Cię "poprowadziła" w trakcie i nastąpił moment zwrotny w charakterze. Trochę tak grzebię pod dziwnym kątem, ale próbuję spojrzeć na to opo też całościowo, z lotu ptaka.

"Miał to być gruby numer i każdy wiedział, co za echo przyniesie. Nikt jednak nie wspominał o stacji pełnej trupów ani o dziesięciostopowej, niewrażliwej na ołów, maszkarze" - fajne
Świetny dialog (sprzeczka) Wiwata z Polipem

"Fakt, że znasz takie pojebane słowa, jak "wywnioskować" czy "insynuuję" nie upoważnia cię, byś rozpisywał prostą myśl na cały, cholerny, kajet. Jak będziemy gadali z obsługą banku, to się przydasz, ale we własnym gronie proste myśli wygłaszaj przy pomocy prostych słów"

"Polip zaś, klęcząc przy Jimmym, pakował sobie za pazuchę plik banknotów grubości stojącej sztorcem paczki fajek z tej odległości wyglądający na setki.
Stanął więc Ukrop z tymi wszystkimi wystającymi mu z kieszeni butelkami, oniemiały z zaskoczenia i zdziwiony, że z całą tą sprzeczką tak szybko doszli do ładu" - trochę masz tutaj dookreśleń: tej/tymi/tą/tak, może ten fragment: "Stanął więc Ukrop z tymi wszystkimi wystającymi mu z kieszeni butelkami" zamienić na: "Stanął więc Ukrop z wystającymi z kieszeni butelkami" (luźna sugestia)

zw
Odpowiedz
*Ritha 5 d.
" — Nie mam pojęcia, o czym mówisz[,] kochanie. Po prostu już na nas czas"

"Wiwat jednak wyprzedził jego myśli, kręcąc głową. Wydawał się przy tym blady i umęczony. Zupełnie jak stary ciuch zbyt wiele razy przemielony przez pralkę" - fajne porównanie
"Tak, że gdyby tylko nadstawili uszu, mogliby pochwycić płytki dech śmierci, która im siadła na karki i tylko czeka, aby mieć nowy żer" - cały czas jest bardzo plastycznie, człowiek czytając, ma ochotę odruchowo nadstawić ucho

"Więc gnali w trójkę, jadąc tropem indiańca, który po mniej więcej dwudziestu minutach drogi zmusił ich do odbicia na przełaj. Wtedy dopiero zwolnili, a raczej, zwolnił Merlin, pozwalając im się ze sobą zrównać. Dalej pojechali już wolniej i obok siebie, tworząc podwaliny pod nieistniejącą do tej pory drogę, przez środek prerii. Po jakimś czasie horyzont obsiały góry, za którymi skryło się małe słońce. Stało się ciemniej i chłodniej zaś spod kamieni zaczęło wyłazić to, co w dzień zazwyczaj spoczywa, by w nocy wyleźć na żer. Preriowe jamy obrodziły gęstym półkolem obserwujących ich oczu. Raz czy dwa, do uszu doleciał syk (...itd...) W końcu zabrały i to" - tutaj też obrazowo, cudny klimat

Do końca już jest ten klimat. Chyba wchodzimy w te później pisane części, co nie? Super
Odpowiedz
*Ritha 5 d.
A, no i link do ósemeczki na górze
Odpowiedz
*Canulas 5 d.
Ritha, ło kurde blaszka. Obadam na konsumpcyjnej przerwie 😳😳😳
Odpowiedz
*Ritha 5 d.
O-kurka! Obadaj sobie wieczorem 🙂🙃
Odpowiedz
*Canulas 5 d.
Ok, więc. Z tym "by/był" widziałem, jak wstawiałem. I tak dużo wyciąłem. Tutaj po prostu idzie w trybie przypuszczającym i można jedynie ciąć, ale że wyciąłem dużo z tej części, to reszta raczej zostanie. Nie umiem tu poogarniać. Za duże szambisko.

Tak, Polip miał paść, stąd jeszcze tu kreowany na podpiździa. Odpalił się sam w części... (za dwie, trzy) w słowach. — Ni chuja. Zdechnę po moim trupie - czy cuś.

Ta część jest średnia oraz długa, niestety. Jedna z dwóch takich kasztańskich. Wstawię następną, jeszcze dłuższą i podobnie kasztańską, a potem będzie już z górki.
Przyjdzie nowe.

Resztę obadam i nareperuję.

Dziękować, miss Ritha.
Odpowiedz
*Ritha 5 d.
Wcale nie jest kasztańska 🧐
Odpowiedz
*Canulas 5 d.
Ritha, wiem, co wiem.

Odpowiedz
~alfonsyna 5 d.
Takie tam drobiazgi:
"Drugi raz aids nie złapiesz" - czy aby AIDS nie powinno być tak o, wielkimi literami?
"Ukrop postawił czarnego Kawasaki ZZR 600 pod dystrybutor" - tak sobie myślę, że dla poprawniejszej poprawności powinno być albo "podstawił [...] pod dystrybutor" albo "postawił [...] pod dystrybutorem";
"o czym mówisz(,) kochanie"
"Ukrop chciał się dowiedzieć, co tutaj zaszło?" - a to nie miało być zdanie oznajmujące? w sensie, że kropka powinna być na końcu;
"który nie znajdywał się" - znajdował się, bo "znajdywać" to by raczej było od "znaleźć", więc do kontekstu nie pasuje;
Zwykle narzekałam, że krótkie, a tu długość dla mnie w sam raz, cały czas dynamiczne, nie nudzi, szybko się czyta, w dalszym ciągu świetne dialogi, klimat bardzo gęsty w sensie pozytywnym i napięcie ciągle czuć. Końcówka bardzo obiecująca, mnie to już zresztą ciarki przeszły na samą myśl o jakimś łażeniu po jamach i tunelach. Z tego nigdy nic dobrego nie wynika, a ja to już ich nawet zdążyłam wszystkich polubić, zadzierzgnąć więź jakąś. No cóż.
Odpowiedz
*Canulas 5 d.
alfonsyna, nooo, za Tobą chyba jedna z dwóch najsłabszych - według mnie - części. Druga niebawem, a potem chyba z górki.
Wszystko nareperuję tradycyjnie. Jeno chyba jutro albo w nocy. Pozostając w narzeczu Kononowicza: się kłaniam, się. 🙃
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin