Mur Zdrajca Ludzkości – Rozdział 1


 Mur na granicy dwóch światów. Przyszłość.

  Przemierzałem ogromny mur w poprzek, a stukot mych kroków nikł w bitewnym zgiełku. Dookoła panował smród spalonego prochu oraz metaliczny posmak krwi, wszystko to mieszało się z wrzaskami walczących i umierających istot. Uderzeniem miecza zabiłem nadbiegającego rycerza Inkwizycji, barwiąc kamienie szkarłatem. Szukałem sprawcy tego wszystkiego, ale bez skutku.

  Pokonałem schody prowadzące na jedną z wież. Niezmiernie ryzykowałem ostrzałem z naszych armat, czy katapult sojuszników, jednak on musiał tu być. Mimowolnie spojrzałem na obydwie strony muru. Nasi wspinający się po wysokiej przeszkodzie, używając magicznych drabin, a naprzeciwko, niczym w zwartej ścianie stali ludzie, próbujący ich odeprzeć. Cała masa istot stawiające swe życia na szali w imię wyznawanych ideałów.

  Rzuciłem okiem na artylerię, zasypującą wrogów gradem pocisków. Mieli niezwykłe trudne zadanie ostrzeliwać nieprzyjacielskie posiłki, tłumnie zmierzające do nas. W jaki sposób on zgromadził takie zasoby? Czyżby ostatecznie przekonał Radę? A może się jej pozbył? Pozostawiłem sprawę nadzoru dział wspaniałej blondynce w ubraniu męskiego szlachcica z rapierem przy pasie. Tak jak nie cierpiałem czerwonej barwy, tak tu sprowadzała spokój.

  Szukałem dalej, kierując kroki na zniszczoną przez wielgachne trolle bramę. Sam nadal nie wiem, jak to pacyfistyczne plemię, zupełnie inne od stereotypów współpracuje z nami. Nieważne, dzięki ci Bogini! Jednostki niedźwiedzi, lwów i ciężkozbrojnych nosorożców powoli przebijały się przez zastępy wrogów z bronią drzewcową. Falanga była dla nich dobrym wyborem, ale na nic to przeciwko moim żołnierzom. Wśród sojuszników przewijała się ognistowłosa postać, strzelającą z łuku do dowódców, stojąc na plecach trolla Olafa. Idealnie współgrała z jednostkami uderzeniowymi, a skórzane lekkie ubranie pozwalało na szybki manewr pomocy, tam, gdzie było najgoręcej. Wzmocniony magiczny miecz w jej potężnej ręce powodował niezwykłe spustoszenie. O nią również się nie martwiłem.

  Niemalże tuż obok wieży zabrzmiała salwa z broni palnej, zamieniona na pojedyncze częste wystrzały. To jednostka srebrnowłosej siała popłoch wśród wroga, używając do tego oręża Profesora. Karabiny, a raczej automaty, jak to nazywał je ich stwórca, raziły wroga celnie na dużej odległości. Wymagały jednak ogromnej cierpliwości i niezachwianego ducha, kto zdrowy na umyśle ciągle stały na tej samej pozycji? Dodatkowo mieli przy sobie tylko bagnety, które nijak miały się do dwuręcznych toporów, czy też włóczni. Później nie będzie tak kolorowo... Muru bronią zróżnicowane jednostki, używające wszelakich broni. Inaczej było na równinach, gdzie głównym uzbrojeniem jest karabin. Pomyślimy później. Usłyszałem okrzyki bólu i dźwięk krojonego mięsa. To srebrnowłosa miażdżyła swym ulubionym, długim narzędziem zniszczenia, z dwoma grotami po obu stronach. Tutaj również wszystko szło, tak jak trzeba.

  Nagle wytrenowane zmysły poinformowały mnie o zagrożeniu. W porę rzuciłem się na bok, prawie spadając z wieży, podczas gdy w miejscu, gdzie przed chwilą stałem powstała dziura, jeszcze skwiercząca kwasem.

 — Dante!!! — krzyknąłem, ściskając w dłoniach miecz, wpatrując się w jeźdźca na podobnym do smoka stworze. Wiwerny, bezmózgie krewniaczki szlachetnej rasy, jeśli oswoisz je i zapewnisz jedzenie, będą na każdego rozkazy. Widać nawet Inferno potrafił wykorzystać nieludzi.

 — Witaj Shadow, stary przyjacielu. Jak ci się podoba ta symfonia dźwięków, ten koncert dusz, do którego doprowadziłem, skazując cię jednocześnie na miano zdrajcy ludzkości? Czyż nie ma lepszej muzyki, od tego?! — Rozłożył ręce, wskazując na bitwę, płonący kawałek teren, zapełniony walczącymi, umierającymi i rannymi, otoczonymi gruzami i nietkniętymi kawałkami muru. — A to dopiero początek...

 — Jesteś szalony, Inferno. Od zawsze to wiedziałem.

 Jego postać odziana w szkarłatny płaszcz wielkiego Inkwizytora działała mi na nerwy. Ile ludzi i bestioludzi zabiłem przez niego, do ilu intryg doprowadził... Ale dziś się to kończy. Skoncentrowałem energię w nogach, gotowy zabić go jednym, celnym uderzeniem. Pistolet na nic by się zdał, pewnie miał ochronę przeciwko pociskom.

 — Nie tak szybko, kolego. Znam cię na wylot, Shadow. — Pokręcił palcem. Jego „rumak” głośno syczał, spoglądając na mnie zgniłymi ślepiami. — Jesteś bardziej niebezpieczny od ukrytej żmii, lecz i ty dziś polegniesz. — Otworzył dłoń, ukazując czarny, niczym smoła kamień. — Żegnaj więc, stary przyjacielu, stań się pożywką dla wrót!

 Ohydny kawałek skały rozpadł się, a okolice zaczął pochłaniać cień. Nikli żołnierze Inkwizycji, jednostki muru, walczący bestioludzie oraz moje kochane żony. Z nienawiścią spoglądałem, jak ludzki potwór oddala się poza zasięg nowej broni. I ja poczułem, że staje się nicością... Pora na mnie Bogini.

 

 Wioska Konfederacji, teraźniejszość.

  Obudziłem się, czując dwa ciężary na swych ramionach. Otworzyłem oczy, spoglądając na przyciemniony sufit. Od kiedy Profesor odkrył metodę wypalania cegieł i zaprawy, mogliśmy szybciej oraz trwalej budować. Ogień skwierczał w kominku, oświetlając śpiącą sylwetkę Kordelii. Przez jakiś czas, cicho łkała w swoim łóżku, nie wiedząc, co ma dalej robić. Była otoczona przez wrogów, na ich terenie, zupełnie zdana na łaskę bestii. Dodatkowo propaganda o zjadających i gwałcących ludzi bestioczłekach, skutecznie zatruwała umysł. Sam tego doświadczyłem i długo zajęło mi poznanie prawdy. Umysł zamknięty w szklanym słoju wybranych informacji, nieświadomy świata, który go otacza.

  Chciałem jej jakoś pomóc, nawet puścić do domu, ale Silva powiedział mi, że to doprowadzi do jej ogromnych krzywd i śmierci. Zapewne nafaszerowaliby ją narkotykami, potem wrzucili do jakiegoś burdelu, zarabiając na biednej lalce. W końcu zawsze się znajdzie ktoś z apetytem na szlachciankę, płacąc za to sporą ilość złota. Rada i Inkwizycja nie lubiła ludzi świadomie myślących, tych, którzy wymknęli się spod ich kontroli. Kordelia była im wierna, ale tym razem nie uniknęłaby podejrzeń. Z ciężkim sercem poprosiłem Freje, by miała ją w opiece. Ostatnio uratowaliśmy ją, gdy z jej żył leciała krew. Kto, by pomyślał, że spróbuje samobójstwa nożem do mięsa? Widać, nawet pakt pan-sługa ma swoje ograniczenia. A ja głupi myślałem, że po naszych przygodach w Lazurowym Grodzie wszystko ulegnie zmianie. Psychika to o wiele bardziej skomplikowana rzecz, niż można się spodziewać. Szczególnie dla prostego wojaka takiego jak ja.

  Razem ze srebrnowłosą wprowadziliśmy liczne poprawki do czaru, byśmy mogli w spokoju spędzić noc, nie martwiąc się o blondynkę. Zwiększyliśmy również odległość, jaką może przebyć beze mnie, skoro jest kij, musi być też marchewka. Spojrzałem w dół, patrząc na dwie piękności, leżące obok mnie. Ciepło ich nagich ciał sprawiało mi przyjemność i jednocześnie przypominało, że wreszcie nie żyje dla siebie. Miłe uczucie mieć rodzinę.

  Używając zaklęcia, przeniosłem się poza łóżko tak, by nie obudzić śpiących dziewczyn. Magia bywała bardzo użyteczna. Rozciągnąłem się i podszedłem do ogniska. Z uśmiechem stwierdziłem, że również nie posiadam ubrania na sobie, stąd lekko dokuczliwe zimno. Brakowało mi tylko przemiany w zwierzę, bym stał się prawdziwym bestioczlekiem. Wyciągnąłem ze skrzyni potrzebną odzież ze skóry i wyszedłem.

  Wioska powoli budziła się do życia, wracając do codziennej rutyny. Człowiek, który by tu przybył, nie odróżniłby jej od tej ludzkiej. Domy z kamienia i cegły, wysokie ochronne ogrodzenie, na którym patrolowali uzbrojeni strażnicy. Brama na rzece oraz młyn. Brukowane ścieżki, konie ciągnące powozy z ciężkim ładunkiem, tylko mieszkańcy odstawali od wszystkiego. Trochę obawiałem się, wprowadzania nowej technologii. Były to bezpodstawne obawy. Dzięki lwu Aresowi i jego żonie wilczycy Almie panował spokój oraz porządek. Sam nadal nie wiem, w jaki sposób ta dwójka stała się małżeństwem, ale jedno wiem, wioska tylko na tym zyskała. W oddali słychać było wystrzały, lecz nikt nie biegł na pomoc, tylko strażnicy spoglądali czujnie w tamtym kierunku. Ares zadbał, by pomimo przyzwyczajenia się do tego, nie porzucili ostrożności. Profesor uczył kolejnych rekrutów, jak używać karabinu, broni ludzi znacznie bardziej udoskonalonej, jednak wciąż niedoskonałej w swej budowie. Wypoczęty, choć nie głodny, ruszyłem w tamtym kierunku, może już naprawił pistolet, który dwa dni temu zepsułem?

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ^krajew34
Kategoria: fantastyka
Liczba wejść: 6
Opis: Tom I :
https://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/pokaz_tekst.php?id_txt=1895
Następny:
https://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/pokaz_tekst.php?id_txt=1975
Dodano: 2020-02-11 09:49:53
Komentarze.

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin