TW #3 Wadliwa partia


 Postać: Dentysta bez studiów, ale z powołaniem

 Zdarzenie: Nocna warta

 Efekt: WOLNE LOSY. RÓB CO CHCESZ!!!!! Możesz wybrać jedno z całej listy. Wybrałam zatem: 32. Główny bohater jest niewidomy.

 

 

 

 CZŁOWIEK BEZ IMIENIA

 

 Wiesz, jak pachnie piekło?

 Deszczem, który nigdy nie spadł.

 *

 Odkąd sięgam pamięcią, matka próbowała „pokazać mi świat”. Taki, jakim sama chciała go widzieć – nieprawdziwy. Używała słów, których nie pojmowałem, choć dla niej były oczywiste. Wiem, że miała dobre intencje, może przez jakiś czas żyła nadzieją, nie winię jej za to. W końcu się jednak poddała, któregoś dnia stwierdziła nawet, że jestem prawdziwym szczęściarzem, bo nigdy nie zobaczę tego, co ona musi oglądać codziennie. Nie zobaczę, jak wali się niebo.

 Nie zrozum mnie źle, nie chodzi o to, że jest mi wszystko jedno. Jak jednak mogę opłakiwać coś, czego nie potrafię sobie nawet wyobrazić? Niebo to abstrakcja, nie mogę sprawdzić, czy istnieje naprawdę. Muszę wierzyć w słowa tych, którzy twierdzą, że je widzieli i pamiętają czasy, gdy jeszcze było błękitne. Dla mnie to nic nie znaczy, nie umiem wskazać różnicy między dawnym błękitem, a obecną szarością. To tylko słowa, które wtłoczono mi do głowy, bym mógł udawać, że pojmuję skalę zachodzących zmian. Niebo to pusta przestrzeń, podobnie jak ja obojętna na kolor, który przybiera. Dla mnie liczy się ziemia, to jej mogę dotknąć, nad nią się pochylić i po niej zapłakać. Kiedyś, gdy już wyschnie na wiór i wiatr zacznie rozwiewać jej smutne popioły, uczynię to – zapłaczę, by mogła nasycić pragnienie moimi łzami. Ostatni raz.

 Ten dzień jeszcze nie nadszedł, choć jestem pewien, że nie tylko ja go wyczekuję. Żyjemy tu jak na szpilkach, jakbyśmy wszyscy czekali na ostateczny koniec naszej warty. Mnie się czasem wydaje, że ona będzie trwała wiecznie, nie zakończy jej nawet śmierć, bo my już nie możemy umrzeć. Być może umarliśmy dawno temu, a może nigdy się nie narodziliśmy, przez cały czas tkwimy gdzieś na granicy piekła, niepewni, kiedy powinniśmy ją wreszcie przekroczyć.

 Nie, wcale nie próbuję wieszczyć żadnej apokalipsy, te czasy już minęły. Wszystko płynie zwyczajnym rytmem, większość ludzi ma normalną pracę, mieszkanie i rodzinę. Każdy ma coś do stracenia i powód, by tego bronić. Jednak odkąd wprowadzono Godzinę Wilka, miasto właściwie nigdy nie śpi, więc najbardziej opłacalne jest teraz życie w większych społecznościach – w nawyk weszło już urządzanie nocnych wart, które mają pomagać w obronie skromnych dobytków przed tymi, którzy zdecydowali się na mniej uczciwe życie. Po zmroku każdy przygotowuje się do Godziny Wilka na swój sposób – niektórzy sprawdzają sprzęt i szykują się do wyprawy, inni kontrolują zamki w drzwiach.

 Początkowo nie miałem pojęcia, skąd wzięło się określenie Godzina Wilka. Wyjaśnił mi to dopiero Nox, mój najbliższy, a może i jedyny przyjaciel, prawdziwy maniak książkowy. Tak naprawdę składają się na nią dwie godziny – to czas między trzecią a piątą nad ranem, kiedy to, według jakichś bardzo dawnych wierzeń, życie i śmierć toczą ze sobą najbardziej zaciętą walkę. Wielu wówczas umiera, ale i wielu się rodzi, śpiących dręczą najstraszliwsze koszmary, a czuwających najgorsze lęki. Właśnie w tym czasie w naszym mieście gasną wszystkie latarnie – podobno w ramach oszczędności, ale tak naprawdę to idealna okazja, by ciemność przykryła występki, których legalnie i świadomie dopuszczają się ludzie. Popełnione w tym czasie przestępstwa nie są ścigane, ani nawet zgłaszane. Wszyscy przyzwyczailiśmy się, że to już element codzienności – jeśli nie potrafisz odpowiednio zadbać o siebie i swój dobytek to znaczy, że nie jesteś go wart.

 Mieszkamy z Noxem w starym, odrapanym mieszkaniu i jesteśmy wdzięczni losowi, że mamy chociaż tyle. Takich jak my, wadliwej partii, nikt nie chce i nie potrzebuje. Przecież ślepy i głuchy nie nadają się na nocną wartę, a już tym bardziej do wyściubiania nosa poza dom w Godzinie Wilka. Każdy, kogo spotkaliśmy z miejsca uznawał nas za niepotrzebny balast, musieliśmy więc nauczyć się samowystarczalności. Być może właśnie dlatego byliśmy tacy uparci i zaczęliśmy zarywać noce. Sami, tylko we dwóch. Nox był moimi oczami, a ja jego uszami. Uczyliśmy się miasta na pamięć, aż do skutku. Niejeden raz omal przez to nie zginęliśmy, ale bywało, że znajdowaliśmy zapomniane dawno zakamarki i prawdziwe skarby, dzięki którym przez chwilę stać nas było na coś więcej niż tylko wegetację. Jeśli myślisz sobie teraz, że tracąc któryś ze zmysłów człowiek zyskuje jakiś rodzaj supermocy i pozostałe automatycznie się wyostrzają, jesteś w błędzie. Nic nie dzieje się samo, wszystkiego trzeba się uczyć. Ja liczę kroki, badam dłońmi budynki, drzewa i znaki charakterystyczne. Próbuję zapamiętać odgłosy i zapachy. Bywa ciężko, ale nie podejmując ryzyka równie dobrze mógłbym po prostu położyć się i umrzeć. To właśnie ryzyko nadało mojemu życiu sens. Podarowało mi też ją.

 

 

 DZIEWCZYNA BEZ GŁOSU

 

 Pierwszy raz spotkałem ją w deszczu. Tak właściwie to była tylko mżawka, prawie niewyczuwalna, bardziej mglista niż deszczowa. Ktoś mi kiedyś powiedział, że mgła jest wtedy, kiedy wszystko wokół staje się białą plamą, cokolwiek to znaczy. Dla mnie mgła jest po prostu zapachem i dotykiem wilgoci w powietrzu. Nie widzę bieli ani czerni, nie widzę światła ani ciemności, nie widzę nic. Nie pytaj mnie, co znaczy „nic”, nie wyjaśnię ci tego, podobnie jak ty nie zdołasz wyjaśnić mi, jak wyglądają kolory. Nie istnieje w tym względzie płaszczyzna, na której moglibyśmy się zrozumieć.

 Lubię deszcz, swoim miarowym stukaniem często pomaga mi w orientacji, ale wówczas padała jedynie mało przydatna mżawka. Osiadła na jej skórze i włosach niczym poranna rosa na kwiatach. Dlatego tak ją później nazwałem – Rosa. Nie protestowała, a ja do dziś nie znam jej prawdziwego imienia. Nox też nigdy nie zdradził, jak nazywa się naprawdę, a moim własnym imieniem po raz ostatni zwróciła się do mnie matka… wiele lat temu. Jakie to zresztą może mieć znaczenie w świecie, w którym nikt już imion nie zapamiętuje?

 Rosa przed kimś wówczas uciekała, pędziła jak szalona, słyszałem jej stopy miarowo uderzające o bruk. Odruchowo się odsunąłem, chcąc zejść jej z drogi, ale ona, nawet nie zwalniając, chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za sobą. Prawie straciłem równowagę, ale w oszołomieniu pognałem za nią bez słowa. Nie mogła wiedzieć, że jestem niekompletny, tak jak ja jeszcze nie wiedziałem, czego brakuje jej. Odkryliśmy to dopiero, gdy próbowaliśmy się porozumieć. Rosa znalazła nam kryjówkę w jakimś ciasnym miejscu, a ja bez wstępów wyznałem, że unikam patrzenia jej w twarz tylko dlatego, że i tak nic nie mogę zobaczyć. W odpowiedzi ścisnęła mnie za rękę z siłą, o którą nie podejrzewałbym jej drobnej dłoni. Potem położyła sobie moje palce na ustach i pokręciła przecząco głową. Minęło nieco czasu nim zrozumiałem, co miała na myśli. W tej samej chwili mój zegarek oznajmił mechanicznym głosem, że Godzina Wilka rozpocznie się za dziewięć minut i pięćdziesiąt dziewięć sekund.

 Dopiero po kilku dniach spisała na pomiętej kartce historię, którą przeczytał mi Nox. Bliscy Rosy prawdopodobnie przypłacili życiem jakiś nieopatrznie zaciągnięty dług, a ona i jej brat, będąc jeszcze dziećmi, stali się mimowolnymi świadkami potworności, która na zawsze wryła się w ich pamięć. Brat nakazał wówczas Rosie bezwzględne milczenie, a ona, być może pod wpływem skrajnego przerażenia i traumy, tak bardzo się tym przejęła, że nie zdołała odezwać się już nigdy więcej. Nox, samozwańczy lekarz wszystkich możliwych specjalności, zaczytujący się w niezliczonych poradnikach choćby częściowo powiązanych z medycyną, starał się oczywiście dokonać natychmiastowej diagnozy problemu i wziął sobie za punkt honoru znalezienie rozwiązania. Póki co nie idzie mu najlepiej, ale przynajmniej się nie poddaje.

 Nie wiem, dlaczego Rosa wybrała akurat mnie, może łatwiej było jej zaufać komuś, kto nie mógł zobaczyć jej łez. Cóż, faktycznie ich nie widziałem, ale za to doskonale słyszałem, nie zadawałem jednak żadnych pytań. Pozwoliłem, by sama do mnie przychodziła i pomagałem jej wymyślać sposoby, w jakie moglibyśmy porozmawiać. Frustrowała się czasem, gdy nie rozumiałem, co chce mi powiedzieć, a ja uświadomiłem sobie kiedyś, że to właśnie przy niej i dzięki niej zacząłem się uśmiechać. Uczyliśmy się siebie nawzajem bardzo długo i z ogromnym trudem, ale teraz znam już każdy jej gest i ruch. Mogę z pamięci opisać dokładny kształt blizny, którą nosi na lewym policzku, a jej dłonie rozpoznałbym zawsze i wszędzie. Mamy własny kod, całą listę nieprzypadkowych sposobów, w jakie Rosa ściska mnie za rękę i znaków, jakie rysuje palcami na mojej skórze. Niektórych nauczył się nawet Nox i czasem stosujemy je zamiast słów, gdy wychodzimy w Godzinę Wilka.

 Wiesz, Nox tak naprawdę nie jest całkiem głuchy, jeszcze nie, choć wiem, że coraz bardziej martwi się, że to może go spotkać. Boi się ciszy, która czeka gdzieś w cieniu lub za rogiem, by ostatecznie go dopaść i już nigdy nie wypuścić. Wiem z jego opowieści, że urodził się w pełni zdrowy, utrata słuchu w jednym uchu dopadła go nagle i odebrała część świata. Zaczął miewać też okazjonalne zawroty głowy. Gdy powiedziano mu, że nic nie można na to poradzić, sam zaczął szukać pomocy w książkach, na których punkcie zawsze miał bzika. Do dziś zresztą pracował w księgarni, choć nikt już do takich miejsc nie zagląda, nawet złodzieje.

 Ilekroć wychodziliśmy w miasto, Nox szukał głównie książek, ja natomiast – płyt. Kiedyś znalazłem porzucony odtwarzacz i odtąd co wieczór słuchałem muzyki. Nie znałem nazw zespołów ani tytułów piosenek, ale zapamiętywałem melodie. Mieliśmy z Rosą swoje ulubione, do których tańczyliśmy, a raczej bujaliśmy się w rytm, ciasno przytuleni, niezależnie od tego, czy muzyka była bardziej czy mniej dynamiczna. Nox zwykle uciekał wtedy do swoich książek – być może dlatego, że chciał dać nam nieco prywatności, a może po prostu nie chciał przywiązywać się do muzyki, bo była niejako symbolem tego, co bał się utracić. Naszą wspólną rozrywką była za to telewizja – Nox lubił śledzić nowinki z wielkiego świata, bo chyba miał jeszcze nadzieję, że jednak zdoła kiedyś stać się jego częścią, a ja i Rosa po prostu słuchaliśmy z ciekawości, zwykle mocno przytuleni. Ten lepszy świat fascynował mnie znacznie bardziej niż byłem gotów przyznać nawet sam przed sobą.

 Doskonale wiedziałem, że cała ta nasza tak zwana oszczędność, wszystkie te Godziny Wilka i wszechobecny chaos są po to, by gdzieś daleko inni mogli zbudować sobie lepsze życie, podobno z korzyścią dla wszystkich. Nigdy jednak nie byłem przekonany, że tacy jak my, wybrakowani i niepotrzebni, też znajdą w nim miejsce dla siebie. Supernowoczesny Ośrodek Naukowo-Medyczny zaczynano budować chyba jeszcze zanim przyszedłem na świat, ale wówczas była to tylko mrzonka i mało kto pokładał w tym projekcie większą wiarę, póki nie znalazł się prawdziwy geniusz, który naprawdę tchnął życie w to miejsce. Geniuszem okazał się Hugo Trapp, cudowne dziecko swego pokolenia i zapewne wielu innych pokoleń przed i po nim. Mawiano, że to właśnie on stworzył słynne już Dusze, choć oficjalna wersja stanowiła o współodpowiedzialności wszystkich pracowników Ośrodka za wszystko, co tam powstało. Jakby nie było, to Trapp był dyrektorem, dzielił władzę jedynie z żoną, Salomeą Heitz i przyjacielem, Ezrą Ganzbergiem. Podczas gdy Trapp głównie chował się przed światem w swoim gabinecie, to właśnie Heitz i Ganzberg wychodzili przed szereg i spowiadali się mediom ze wszystkiego, w co, słusznie lub nie, próbowano ich wrobić.

 Nox twierdził, że doktor Heitz to „niezła szprycha”, choć dla mnie było to określenie zupełnie odrealnione. Wszelkie pojęcia związane z czysto fizycznymi i wizualnymi aspektami urody były mi obce, dobrze znałem za to jej głos, zawsze tak samo ciepły, spokojny i rzeczowy, niezależnie od tego, o czym mówiła. Słyszałem w nim szczerość, więc jej wierzyłem, czasem nawet wyobrażałem sobie, że moja Rosa mogłaby przemawiać do mnie podobnym głosem. Ganzberg wydawał mi się nieco mniej przekonujący, choć było w nim bardzo dużo pewności siebie, czuło się, że żadnego słowa nigdy nie wypowiedział przypadkiem. Zdaniem Noxa z całą pewnością miał romans z doktor Heitz, bo „kto na jego miejscu by nie skorzystał z takiej okazji” i nawet ja bym to przyznał, gdybym widział jak na siebie patrzą. Mało mnie to obchodziło, ale Nox lubił upierać się przy swoich teoriach, więc zwykle tylko bezrefleksyjnie przytakiwałem.

 Wierzyłem za to bez zastrzeżeń, że doktor Ganzberg miał heterochromię (zapamiętałem to słowo, bo miało bardzo melodyjne brzmienie) – innymi słowy, różnobarwność tęczówek. Jedno oko miał piwne, a drugie błękitne – obecnie przy możliwościach dostępnych w Ośrodku takie rzeczy można by poprawić od ręki, ale on podobno sobie tego nie życzył. Może chciał uchodzić za niedoskonałego, by być bliżej tak zwanych zwykłych ludzi, ale mnie takie tłumaczenie nie przekonywało. Bo niby co za różnica, jakiego koloru miał oczy? Ważne, że mógł widzieć i już w tym był lepszy ode mnie. Nie zazdrościłem mu, bardziej domyślałem się, niż wiedziałem, że to właśnie na jego barkach spoczywał największy ciężar, on brał na siebie odpowiedzialność i na niego spadały pierwsze ciosy. A gdzieś tam zaczynali się już budzić samozwańczy buntownicy i rewolucjoniści, czekający tylko na jakikolwiek błąd, by podnieść krzyk.

 I oto nadszedł ten dzień.

 Choć Ezra Ganzberg tłumił złość, gdy o tym mówił i starał się być spokojny, obiecując nagrodę dla każdego, kto pomoże w wyjaśnieniu sprawy, ja słyszałem w jego głosie wyłącznie wściekłość. Chyba właśnie wtedy pojąłem, że to nie jest świat dla szczęśliwych ludzi, nigdy nie był i nigdy nie będzie. Już wtedy powinienem był przewidzieć, jak to się skończy, ale wówczas żyłem nadzieją. I byłem głupcem.

 Nie minęło kilka dni od momentu, w którym oficjalnie przyznano, że z Ośrodka zginęła bliżej nieokreślona liczbą „wadliwa partia” Dusz i żywego srebra, które miały zostać zniszczone. Wedle słów Ganzberga w niepowołanych rękach mogły być bardzo niebezpieczne, wszelkie próby użycia ich bez fachowego nadzoru groziły śmiercią lub trwałym kalectwem – jednak w uszach wielu zwykłych ludzi brzmiało to mniej więcej tak: „są warte fortunę”. I tak to się zaczęło.

 – Wiem, gdzie one są. – Konspiracyjny szept Noxa wyrwał mnie któregoś razu z zamyślenia.

 – Co?

 – Ty też głuchniesz czy jak? – obruszył się mój jedyny przyjaciel. – Wiem, gdzie są, dziś po nie pójdziemy.

 – Skąd możesz to wiedzieć?

 – Słyszałem to i owo.

 – Słyszałeś to i owo? – Mimowolnie się roześmiałem. – Człowieku, jesteś na wpół głuchy, zapomniałeś?

 – Wystarczy, że słyszę to, co warto usłyszeć.

 – Kto ci znowu naopowiadał bzdur?

 – Czy kiedykolwiek cię okłamałem, przyjacielu? – W jego głosie usłyszałem coś w rodzaju wyrzutu i mimowolnie zrobiło mi się głupio. – Chyba chcesz lepszego życia dla siebie i Rosy? Jak długo możemy gnić w tej ruderze? Jeśli Ganzberg i Trapp nie rzucą groszem, bez problemu znajdą się inni kupcy. Wystarczy, że zdobędziemy towar.

 – W porządku, więc skąd niby chcesz go wziąć?

 – Od Dentysty.

 Wówczas naprawdę zacząłem się śmiać. Trwało to dłuższą chwilę, a Nox cierpliwie czekał aż się uspokoję. W międzyczasie poczułem, że zjawiła się przy mnie Rosa, przygarnąłem ją więc do siebie. Jeśli chodzi o Dentystę, wystarczy rzec, że był po prostu jakimś podrzędnym świrem, który mieszkał w ruinach starego hotelu. Parał się drobnymi kradzieżami i rękodziełem, a jeśli ktoś zalazł mu za skórę, najchętniej na przeprosiny żądał… zębów. Okradał z nich nawet trupy, nie tylko ludzi, ale i zwierząt, żeby tworzyć sobie sztuczne szczęki, które podobno potrafił godzinami przymierzać przed lustrem. Cóż, dyplomu raczej nie posiadał, ale powołanie z całą pewnością.

 – Skończyłeś już? – odezwał się Nox, gdy nieco się uspokoiłem.

 – Skąd Dentysta miałby mieć Dusze i żywe srebro, których szuka całe miasto? – zapytałem z autentycznym zaciekawieniem. – To zwykły świr, który lubi wybijać ludziom zęby. Gdyby nawet znalazł taki skarb prędzej wrzuciłby go w kanał, nie mając pojęcia, ile jest wart.

 – Właściwie masz rację, dlatego chyba nie będzie trudno mu tego odebrać.

 – Mam rozumieć, że masz jakieś zbędne zęby? Może któryś zaczął cię boleć i planujesz się go pozbyć? – Czułem, jak Rosa coraz mocniej ściska moją dłoń. – Bo ja do swoich jestem dość mocno przywiązany.

 – Posłuchaj, to świr, ale nie jest głupi. Wczoraj byłem w tym jego hotelu. Domyślam się, gdzie może je trzymać i że będzie chciał je sprzedać. To może być nasza jedyna szansa. Wiesz, że i tak tam pójdę, od ciebie zależy, czy mi pomożesz.

 Nie czekał już na odpowiedź, słyszałem, że odchodzi, zostawiając mi czas do namysłu. Rosa była przeciwna, czułem to odkąd się zjawiła. Nie chciała, byśmy niepotrzebnie ryzykowali dla jakiejś zupełnie niejasnej i niepotwierdzonej informacji. Przypuszczała, że Noxowi uda się mnie przekonać, postanowiła więc wyciągnąć ostateczny i najważniejszy argument, z którym dotąd zwlekała. Ułożyła sobie moją dłoń na brzuchu i przykryła swoimi, wyraźnie drżącymi. Zrozumiałem. I to więcej, niż mogła przypuszczać.

 

 

 POTWÓR BEZ ZĘBÓW

 

 Nie chciałem i nie umiałem już zostawić jej samej choćby na chwilę. Byłem jednocześnie przerażony i w jakiś sposób… dumny. Nie do końca potrafiłem to wszystko pojąć, ale ostatecznie, mimo sprzeciwów Rosy, ustaliliśmy, że pójdziemy do hotelu dziś w nocy, tuż przed Godziną Wilka. Jeśli dopisze nam szczęście może odnajdziemy to, po co przyszliśmy, zanim Dentysta się zorientuje. Jeśli nie… cóż, musieliśmy być gotowi na wszystko. Przez cały czas martwiłem się o Rosę, więc nie puszczałem jej ręki. Jednym uchem słuchałem, jak Nox ostrzega przed pustym szybem po windzie, gruzem na podłodze, uszkodzonymi schodami czy basenem bez wody, ale jakoś nie mogłem się skupić. Teraz wiem, że powinienem był być ostrożniejszy i że ten jeden raz zaufałem za bardzo. Rosa dawała mi znaki niemal bezustannie, a ja postanowiłem je ignorować.

 Nie pytaj mnie, co tak naprawdę planował Nox. Nie pytaj, czy go rozumiem, ale nie mam wątpliwości, że kiedy niespodziewanie skończyłem sam na dnie tego pustego szybu, to właśnie jego ręka się do tego przyczyniła. Nie wiem, jak długo leżałem nieprzytomny, ale do świadomości przywołał mnie krzyk – natychmiast zrodziło się we mnie przekonanie, że to głos Rosy, choć ona była przecież niema. A jednak krzyczała, długo i przeraźliwie, gdzieś na granicy przytomności, a może tylko w mojej głowie. Próbowałem wstać, ale lewa noga natychmiast eksplodowała bólem. Było mi wszystko jedno, chciałem czym prędzej znaleźć Rosę i przeprosić, że jej nie posłuchałem. Musiałem mieć pewność, że jest dla nas jeszcze nadzieja. Musiałem…

 Nie potrafiłbym określić, jak długo tam błądziłem, w niemal całkowitej ciszy. W pewnym momencie podłoże zrobiło się dziwnie lepkie, doczołgałem się do czegoś, co uznałem za nogę od stołu i spróbowałem wstać. Na blacie znalazłem jakieś dziwne dłuto i młotek, a obok nich… cóż, wyglądało na to, że to tu Dentysta tworzył te swoje sztuczne szczęki, bo jedną z nich z obrzydzeniem zrzuciłem na podłogę. Chwilę później sam także upadłem, potknąwszy się o coś dużego, leżącego obok.

 Tak dobrze znałem jej dłonie, że rozpoznałbym je wszędzie. Zbyt dobrze. Podobnie jak policzki i czoło, teraz zimne i wilgotne, jak w dniu, w którym pierwszy raz się spotkaliśmy. Nie, to nie jej skóra była wilgotna, tylko moje usta, gdy ją całowałem – słone od łez. Oto nadszedł ten dzień, w którym umarła moja ziemia, a ja żegnałem ją szlochem.

 Dopiero po chwili odkryłem, że jedna z tych doskonale znanych mi dłoni mocno zaciskała się na jakimś niedużym, gładkim pudełku. Choć wyczułem na nim wypukłe oznaczenia i tak nic mi one nie mówiły. Po kilku próbach zdołałem je otworzyć, by odkryć, że w środku kryją się dwa niewielkie, podłużne przedmioty. Po dokładniejszym zbadaniu rozpoznałem w nich zabezpieczone strzykawki. Nie miałem pojęcia, czy cokolwiek było w środku, nie mogłem tego sprawdzić, ale serce automatycznie podeszło mi do gardła. Zrozumiałem, że przecież po to tu przyszedłem, a te dwie strzykawki prawdopodobnie mogłyby zapewnić mnie i Rosie nowy dom i nowe, lepsze życie. Gdyby tylko Rosa miała jeszcze szansę…

 Przez chwilę rozważałem, czy nie powinienem odszukać Noxa i spróbować odkryć, co naprawdę się wydarzyło. A potem, sam nie wiedząc czemu, wyjąłem ostrożnie jedną ze strzykawek. Gdybym chociaż wiedział, jak to działa, gdybym miał choć strzęp nadziei, że mogę ją uratować… Gdybym mógł ocalić nas, nic innego nie miałoby znaczenia.

 Zostałem sam w miejscu, z którego nie znałem wyjścia. Sam z myślą, że wszystko zniszczyłem i nikt nigdy po mnie nie przyjdzie. Z myślą, że wraz z nocą skończy się moja ostatnia warta, tak czy inaczej.

 Może tak będzie lepiej? Może…?

 

 ***

 

 – Doktorze Ganzberg? – odezwała się samotna głowa w drzwiach gabinetu. – Właśnie ich przywieźli.

 – Ilu? – Ganzberg odchylił się lekko na krześle.

 – Troje… jak sądzę.

 – Sądzisz czy wiesz?

 – Mamy się nimi zająć?

 – Byłbym wdzięczny. – Twarz wykrzywił mu kwaśny uśmiech. – A co z Dentystą?

 – Chyba go jeszcze nie znaleźli. Ferguson twierdzi…

 – Nieważne. – Ezra Ganzberg wzruszył ramionami. – Sam pomówię z Fergusonem. Bądź łaskaw zająć się swoją robotą i niczego nie spierdolić, LaRocca. Proszę.

 – Może powinienem powiadomić dyrektora Trappa?

 – Nie ma potrzeby go niepokoić, póki nie dowiemy się czegoś naprawdę przydatnego. Na tłuste okazy potrzeba porządnej przynęty. Idź już, za chwilę do was dołączę.

 – Ma się rozumieć, szefie.

 LaRocca był prawdopodobnie jedyną osobą na świecie, która potrafiła potknąć się o próg zamykając drzwi. Właściwie potrafił potknąć się nawet o własne nogi, ale od dawna nikogo to już nie dziwiło.

 Ezra Ganzberg z uśmiechem pokręcił głową. Czuł się już tym wszystkim zmęczony, a z każdą kolejną chwilą coraz trudniej było mu to ukryć. Powoli wysunął szufladę z biurka i sięgnął po leżącą w środku zabezpieczoną strzykawkę. Przez kilka długich chwil obracał ją w palcach, wpatrując się w lśniący wewnątrz płyn, nim ostatecznie odłożył z powrotem na miejsce. Opuścił podwinięte rękawy koszuli i z cichym westchnieniem wstał z krzesła.

 *

 Wiesz, jak smakuje raj?

 Jak czekolada, której nigdy nie pozwolono ci skosztować w dzieciństwie.

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~alfonsyna
Kategoria: trening-wyobrazni
Opis: Ewidentnie nie wiedziałam, co zrobić z tym dentystą, więc wyszło jak wyszło. Wahałam się, czy to w ogóle wrzucić, no ale przynajmniej będę mieć z głowy. XD
Dodano: 2020-02-23 18:03:25
Komentarze.
^Halmar 1 m.
Witamy nowy tekst!
Odpowiedz
~alfonsyna 1 m.
Nowy tekst wita!
Odpowiedz
Otóż to! Witamy nowy tekst!
Odpowiedz
~alfonsyna 1 m.

Odpowiedz
^Halmar 1 m.
alfonsyna
Odpowiedz
~pkropka 1 m.
Hejo
"Po zmroki każdy przygotowuje się do Godziny Wilka na swój sposób" - po zmroku
Wyszło zajebiście. Nie ma co narzekać
Podziwiam lekkość z jaką tworzysz świat. Nie mam najmniejszego problemu wczuć się w rzeczywistość, zupełnie jakbym znała ja od zawsze (mówiąc ogółem, nie tylko tu)
Odpowiedz
~alfonsyna 1 m.
pkropka dziękuję, bardzo się cieszę, że jakoś to jednak wyszło. Z mojej perspektywy zawsze to będzie kulawe, bo wiem, z czego musiałam zrezygnować, co zmienić, co ograniczyć itp., no ale czasem tak trzeba i zaiste nie ma co narzekać.
Poprawię zaraz literówkę, jeszcze raz dziękuję!
Odpowiedz
~Adelajda 1 m.
"Po zmroki każdy przygotowuje się do Godziny Wilka na swój sposób – niektórzy sprawdzają sprzęt i szykują się do wyprawy, inni kontrolują zamki w drzwiach." - zmroku

Podobają mi się te bezpośrednie zwroty do czytelnika "nie pytaj mnie". Widać, że w opowiadanie włożone jest dużo pracy. Obawiałam się trochę, że długość mnie zje, jednak czytało się naprawdę przyjemnie.
Odpowiedz
~alfonsyna 1 m.
Adelajda już poprawiam literówkę, przegapiłam ją.
Jakbym ogarnęła to wcześniej to pewnie podzieliłabym sobie na dwie części, żeby było przyjemniejsze objętościowo, no ale na ostatni dzień już się tak zrobić niestety nie dało. Niemniej cieszę się, że ta długość jednak nie zabija i da się to przeżyć.
Ogromnie dziękuję!
Odpowiedz
~jotka 1 m.
Czytanie Twoich tekstów ro niebywały luz. Dlaczego? Bo nie potykam się o ogonki i błędy a to połowa sukcesu. Obie klamerki (z początku i z końca - super). Najpierw przeleciałam wzrokiem i myślę sobie ojej, jakie długie!
Ale wciągnęło mnie. Do tego pierwszoosobowa narracja, która według mnie jest trudna, a Tobie wyszło bardziej dobrze.


Odpowiedz
~alfonsyna 1 m.
jotka rozumiem, co masz na myśli, bo jednak jestem zdania, że choćby to minimum poprawności musi być, żeby czytelnik nie musiał w tekście grzęznąć, a mógł bardziej skupić się na treści i tego się trzymam.
Prawda, że długie, ale jak na moje tendencje rozwlekające, to i tak mocno tu przyhamowałam. Szczerze mówiąc, kiedyś nie byłam fanką narracji pierwszoosobowej nawet od strony czytelnika, potem jakoś tak popróbowałam z tym, no i teraz czasem stosuję, tu mi tak z automatu pasowała do pomysłu.
Dzięki wielkie za wizytę i miłe słowa! Pozdrawiam.
Odpowiedz
~DarkStone 1 m.
To jest fragment po prostu boski:

"Być może umarliśmy dawno temu, a może nigdy się nie narodziliśmy, przez cały czas tkwimy gdzieś na granicy piekła, niepewni, kiedy powinniśmy ją wreszcie przekroczyć."
Super też fragmenty kursywą na początku i na końcu. W ogóle super opowiadanie, z łatwością pozwalające przesiąknąć klimatem. Klimat jak u Tima Lebbona - z powodzeniem nakarmiłaś mrok w mojej duszy.



Odpowiedz
~alfonsyna 1 m.
DarkStone, nie czytałam Lebbona, więc do tego się nie odniosę, ale cieszę się, że przypadło do gustu! Bardzo dziękuję za odwiedziny i miłe słowa w komentarzu, jestem i tak zadowolona, że z tekstem się wyrobiłam w czasie. Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam!
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
Wiesz, jak pachnie piekło?
Deszczem, który nigdy nie spadł - umiesz uwieść
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
Każdy ma coś do stracenia i powód, by tego bronić. - to
I końcowy cytat. Przede wszystkim konstrukcja pod kątem doboru postaci - w Bastionie Kinga głuchoniemy spotyka analfabetę, z tym, że tam to jest nawet zabawne Przerazajace takie kalectwa, aż mnie otrzepuje i to porusza na pewno. Minusem jest to samo co u Maroka - duzo na raz, 22 tys. znaków (on ma tyle samo), jest to jednak sporo i trudno utrzymać pełne skupienie (zwłaszcza czytając z zamiarem pozostawienia opinii). Poza tym bardzo pracochłonne opowiadania i ta Twoja narracja, mimo że spokojna - bardzo lubię.
Odpowiedz
~alfonsyna 1 m.
Ritha, ten początek, w sensie z tym piekłem, to miał tak gdzieś z pięć różnych wersji, także no. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że jest w ciul tego na jedno posiedzenie. W normalnych warunkach bym to podzieliła, ale że został mi jeden dzień to już nie chciałam cudów wyczyniać i kombinacji, a wiadomo, że jakbym jeszcze mogła się rozwinąć, to na 22 tys. znaków też by się pewnie nie skończyło, więc no... to już moja przypadłość od zawsze i na zawsze. Dzięki, że się jednak przebijasz przez to z dobrą nowiną i że plusy znajdujesz. Dziękuję!
Odpowiedz
~entropia 1 m.
Podoba mi się początek i domknięcie tekstu na końcu. Alfonsyna zbudowałaś tutaj okrutny świat, niesprawiedliwy i przerażający, a w tym świecie ludzie z brakami łączą się ze sobą, pomagają sobie nawzajem, by przetrwać. Podoba mi się jak akcentujesz, że wraz z kalectwem nie posiada się za to jakiegoś super dodatkowego zmysłu. Żeby przetrwać, dostosować, trzeba się uczyć, wysilać sto razy bardziej zdrowy zmysł, nie jest to coś co przychodzi samo, wymaga potężnej pracy. I ta nadzieja, że może być jakieś lekarstwo, próba sięgnięcia po nie kończy się klęską. Tyle stracili, tyle mogli zyskać, ale czy istniała nadzieja na powrót do zdrowia utraconych zmysłów? Bardzo nie lubię pewnych pseudo lekarzy całej tej pobocznej magicznej medycyny, która według mnie żeruje na ludziach, którzy chwycą się wszystko byle spróbować. Tak trudno pogodzić się z losem, z czymś czego się nie ma, innością, a tym samym wykluczeniem że świata normalnego. Hmm a może czasem warto się jest pogodzić, znam chłopaka który w wypadku samochodowym został sparaliżowany, w szpitalu poznał dziewczynę wolontariatkę i wzięli ślub... Wracając do tekstu porusza, bardzo!
Odpowiedz
~alfonsyna 1 m.
entropia dziękuję, jeśli wywołało emocje to znaczy, że zadanie spełnione. Masz słuszność, że takie rzeczy nie są łatwe, nie jest łatwo żyć ze świadomością, że straciło się coś, czego się już nie odzyska. Wiele też zależy od podejścia i jeśli wszystko dzieje się po coś, to jak sama dałaś przykład tego chłopaka po wypadku - nawet z największego nieszczęścia można czasem wyciągnąć coś dobrego. W każdym razie - życie potrafi zaskoczyć.
Dziękuję za emocjonalno-refleksyjny komentarz i dużo miłych słów! Pozdrawiam!
Odpowiedz
*Canulas 1 m.
Oklamrowanie cytatami boskie. Przy czym pierwszy - lepszy.
Znów napisałas tekst, który nie pozostawia obojętnym. Dobry technicznie. Dobrze skomponowany. Wiarygodny.
Kolejnym z długiej listy plusów jest umiejetne utrzymanie w tajemnicy zwrotu akcji. Największym jednak jest co innego.

Więc:

Chyba rozgryzłem Twój fenomen, co do tworzenia postaci, które angażują czytelnika. Mianowicie, chodzi o cykliczne, ale niezbyt nachalne, przypominanie o dramacie.
Nie wywalasz wszystkiego od progu. Nie popmpujesz tragizmu, ale zaznaczasz. Kropka drąży skałę. Kap-kap. Mija ileś zdań, wracasz do tego znów. Od strony danego zmysłu, czy refleksji, ale ciągle wokół tego krążysz i utrwalasz pewne przekonania.
Bardzo dobrze tworzysz bohaterów. Są wiarygodni.
Również masz spojne uniwersa. Takie leciutko odrealnione w bajkowy sposób. Staranny język. Wszystko jest.


" – Właściwie masz rację, dlatego chyba nie będzie trudno mu ich odebrać." - jeśli tam szło o dusze, to chyba je?
Odpowiedz
~alfonsyna 1 m.
Canulas też mi się pierwszy bardziej widzi, choć w sumie z pięć razy zmieniany był.
Dobrze, że rozgryzłeś, bo chyba nawet ja jeszcze nie rozgryzłam do końca, może nie robię tego świadomie, ale możesz mieć rację. Zresztą, wiadomo, że człowiek nie powinien od razu wystrzelać się z wszystkich naboi, więc raczej nie zmienię tej metody, skoro się sprawdza.
Muszę sprawdzić, czy faktycznie nie zmienić tego "ich" na "je".
Ogółem cieszę się, że się w ogóle wyrobiłam z tym i nie wyszło jakoś strasznie. Dziękuję, kłaniam się, bardzo miło mi czytać taką opinię.
Odpowiedz
~JamCi 1 m.
Nie będe wyliczać, tego, co mi się podobało, b musiałabym połowę tekstu. Rewelacja, bardzo bliski mi sposób myślenia.
Odpowiedz
~alfonsyna 1 m.
JamCi dziękuję, bardzo mi miło to czytać, cieszę się, że Ci się podobało.
Odpowiedz
+berkas 1 m.
Ło paaanie, ale mi się dobrze płynęło przez tę historię.
Odpowiedz
~alfonsyna 1 m.
berkas dzięki, cieszy mnie to niezmiernie!
Odpowiedz
~Pasja 3 d.
Cóż nie będę się powtarzać. Emocjonalne i niedopowiedziane do końca. Bo nie wolno jest ufać tak do końca.

Pozdrawiam
Odpowiedz
~alfonsyna 3 d.
Pasja dziękuję również tutaj za obecność. I tak sobie pomyślałam, że może rozwinę jeszcze, bo coś mi przyszło do głowy... Więc, jak tylko ogarnę jeden inny tekst wezmę się do tego na próbę - zobaczymy, co będzie.
Odpowiedz
~Pasja 1 d.
alfonsyna i dobrze, ze rozwiniesz, bo temat jest bardzo szeroki i niedokończony. Pozdrawiam
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin