Druga strona lustra fenickiego - cz. 1


 Usiadła na krześle. Jest niewygodne, plastikowe - z wyprofilowanymi półdupkami i zaokrąglonym oparciem pod łopatki. Ugina się na wszystkie strony, aluminiowe nogi lekko rozchodzą się pod naciskiem ciężaru. Wszystkie te niedoskonałości inwigilowane są przez ogromne lustro, rozciągnięte na szerokości całej ściany. Trudno ukryć się przed wszystkowidzącą taflą. Myśli, słowa i czyny nie umkną wnikliwemu spojrzeniu, ukrytemu za odbiciem pomieszczenia. Zwierciadło, co wszystko zgadło. Złodzieje i oszuści na równi z duchami umieszczani w odbiciu potępienia, naznaczeni swoją podobizną, zbłąkani w próżnym świecie Zwierciadła Lao.

 Drży na całym ciele. Trudno określić – z emocji czy chłodu panującego w pomieszczeniu. Układa płasko dłonie na stojącym przed nią stole. To niesamowite, stół jest drewniany i nijak nie pasuje do sztucznego krzesła. Natura i plastik, bezguście. To nic, że zniszczony blat, pełen pęknięć - drażni delikatną skórę dłoni. Chropawa faktura zdaje się wytchnieniem dla zmęczonego dotyku. Pęknięcia oraz sęki w drewnie są jak blizny i rany na żywym ciele. Zapewne bolą. Ścięte drzewo żyje jako drewno, które nigdy nie przestaje pracować. Kurczy się i rozciąga, wygina, ciemnieje, tylko nie rośnie.

 Każdy jest skalany moralnością pełną szram i blizn. Moralność z defektem, ułomna, patologiczna, chora, skradziona, zamordowana, zgwałcona. Wszyscy zaszczuci niczym dzikie zwierzęta, poruszają się uliczkami z zatęchłym zapachem brudu, śmieci, wymiocin, uryny, śmierci płodów i nadziei na ucieczkę w beznamiętną, narkotyczną wizję. Dalej od ugrzecznionej cywilizacyjnej papki, kopiowanej, przerzucanej, przenoszonej niczym syfilis z penisów do pochew, z pochew na penisy. Dalej od materialnej przepychanki intratnych stanowisk brokerów, menedżerów, merczendajzerów, selerów, ajti, czif ekoutantów, inszurans ejdżentów. Dalej od politycznego szaleństwa, obłąkańczego tańca zamiany stołków co dekadę, pyskówki i porachunków gwałcących kraj na oczach sąsiadów, zadowolonych widokiem rozkraczonej kurwy. Dalej, dalej, dalej, z wizgiem hamującej lokomotywy parowej w głowie, bez świadomości szumu rozsądku, utajonego głęboko w zakamarkach małżowin usznych. Zbyt daleko od chłodnej kalkulacji wyższości inteligencji nad chamskim pieniactwem. Dalej…

 Ile jeszcze przestępstw należy popełnić, aby nakarmić i uśpić potwora szalejącego w każdej istocie ludzkiej? Ile krwi trzeba przelać, aby bestia zaspokoiła nieustające pragnienie? Całe pokolenia będą ginęły w morderczym galopie sługusów agresywnego kapitalizmu i żaden nie dojrzy własnej hańby.

 Myśli - szybsze od francuskich myśliwców, odbijają się echem od czterech pustych ścian i lustra. To czyściec zbłąkanego sumienia, na skraju samounicestwienia. Za chwilę nie będzie już czego żałować, brzemienna bańka pęknie, uwalniając gorycz nagiego rozczarowania. Miało być lepiej? Nikt nie daje gwarancji na przeterminowany towar czy powodzenie terapii u psychoterapeuty. Czy kostka mydła warta jest zachodu?

 

 *

 

 Weszła do sklepu. Nie, to chyba był mały market, kiedyś nazywany drogerią. Mnóstwo kolorowych półek, przepełnionych pachnącymi dobrodziejstwami dla pielęgnacji ciała. Wcześniej nie widziała naraz tylu pachnących rzeczy w pięknych opakowaniach. Słoiczki, tubki, dozowniki, pudełka, butelki – wszystko w różnokolorowych opakowaniach, dużych i małych - i jakich tylko dusza zapragnie.

 Chodziła między półkami i dotykała opakowań, bojąc się wziąć je w dłoń, zważyć ciężar, odurzyć zmysły zapachem i kolorem. Onieśmielone ruchy w zwolnionym tempie przesuwały ją w głąb pomieszczenia. Przechodziła obok kilkudziesięciu rodzajów szamponów, mnóstwa kartoników z farbami i odżywkami do włosów, kremów do twarzy, toników, mleczek, żeli pod prysznic, soli i płynów do kąpieli, kolorowych gąbek, różnego rodzaju środków czystości, sprzętów gospodarstwa domowego, spinek do włosów, zabawek, bielizny, torebek - i któż to wie ilu jeszcze różnych rzeczy. Oddychała głęboko, zamykając oczy odgadywała zapachy. Wielu nie znała w ogóle, ale były tak przyjemne, że chętnie wrzuciłaby je do koszyka, aby w domu tylko czasami je powąchać.

 Zapachniało lawendą. To zapach, który przypominał jej o pokoju babci. Szafa z pięknymi sukniami, spódnicami i bluzkami na drewnianych wieszakach - pełna była lnianych woreczków z wysuszoną lawendą. W jej domu nie używano cuchnącej naftaliny - tylko ziołowe dary z przydomowego ogródka. Każdy karton z pamiątkami, skrawkami materiałów, i wstążek, zaopatrzony był w wiązkę ziela. Na blacie toaletki stały krem i woda lawendowa, szczotka z naturalnym włosiem, pudernica, mnóstwo kolorowych wstążek, szpilek i spinek. Była tam również piękna, srebrna brosza – splot trzech węży wokół ogromnego rubinu. W kryształowym wazonie stał fioletowy bukiet kwiatów lawendy.

 Ruszyła dalej wśród półek zapachów. Chemia gospodarcza nie dawała wytchnienia zmysłom. Ciężko myśleć przy fetorze wybielaczy, rozpuszczalników, zmywaczy, proszków szorujących, past, terpentyny, lizolu. Nie lubiła sprzątać, nie znosiła mycia okien i toalety, od zaglądania w trudno dostępne kąty dostawała traumatycznego wstrętu na długie miesiące. Wszystko to przypominało jej o nim. Nie chciała go pamiętać od chwili, gdy jego prochy wsypano do urny. Kazała umieścić i zamurować je w zagłębieniu ściany krypty, bez oznaczenia czyje prochy zostały tam ukryte.

 

 *

 Wtedy, gdy czekała w poczekalni, licząc smugi po krwi, rozmazywane mopem salowej, tańczącej wśród spazmów, bólu, strachu i gorączki, zbierało się jej na mdłości. Jednak nie od widoku czy zapachu krwi, ale z obawy, że tym razem również uda się lekarzom go uratować. Nie chciała tego. W myślach słała błagania o śmierć do wszystkich bogów i diabłów. Robiła to nieustannie przez kilka godzin, pełnych jego bólu, charczenia, dławienia. Dzisiaj, kiedy wraca pamięcią do tamtych chwil, nadzieją napawa ją świadomość, że bardzo się męczył, nim umarł naprawdę. Śmierć jest dobra dla umierającego, tym razem przyniosła ulgę komuś innemu. On chciał żyć, to Epikur był w błędzie. Śmierć zabrała mu całe dobrodziejstwo przyszłości. Dla kogo ostateczny kres jest bez znaczenia?

 Jego konanie trwało całymi latami. Ryba psuje się od głowy i z nim było dokładnie tak samo. Któregoś dnia podszedł do niej i zaczął mówić o niespełnionym marzeniu, jej przeznaczeniu, znaczącej roli, jaką ma odegrać w jego życiu. Ubierał ją w piękne sukienki, lubił, gdy się przebierała. Matka nie widziała w tym nic złego. Może nie chciała, może udawała?

 To nieprawda, że dzieci kochają swoich rodziców mimo wszystko…

 Kiedyś dopadła go trąba powietrzna. Z cichym wizgiem, prawie bezgłośnym, zaskoczyła go tuż przed burzą, na środku pola. Był ciepły wrzesień, czas orki i siewu. Traktor odmówił posłuszeństwa, zawarczał, zacharczał i nie chciał ruszyć dalej. Konia batem by pogonił, teraz nawet drąg metalowy nie pomoże. Widziała z okna na poddaszu, jak wierzgający żywioł tańczył na polach, kojarząc w pary powietrze z ziemią. Niebezpieczne tango zbliżało się do pojazdu. Wzniesienie zasłoniło jej widok tragedii. Miała nadzieję, że więcej go nie ujrzy. Stała jeszcze w oknie, kiedy usłyszała jego głos dochodzący z dołu. Twierdził, że miał wiele szczęścia. Traktor przewrócił się tuż za jego plecami, kiedy właśnie go obchodził. Wściekła się wtedy na niego po raz pierwszy. Cała bezsilność i zawód z niespełnionego życzenia trwała tygodniami. W szkole nauczycielka zauważyła, że coś z nią jest nie tak. Zapytała po lekcji, co się dzieje. Klasa przepełniona pustymi ławkami i krzesłami, z licznymi kwiatami doniczkowymi na parapetach okiennych oraz twarzami sławnych pisarzy na ściennych obrazach, wydawała jej się miejscem bezpiecznym i jak nigdy – bliskim. Wierzyła, że wszyscy mędrcy wysłuchają jej opowieści. Nauczycielka uśmiechała się dobrotliwie zza swoich wielkich okularów, emanowała ciepłem i zaufaniem. Opowiedziała jej o swoim bólu, poniżeniu, zagubieniu. Najpierw nieśmiało i niechętnie, potem opór pękł i lawiną potoczyły się łzy. Rysy twarzy nauczycielki zrobiły się ostre i surowe, nabrała powietrza w płuca, wyprostowała się i kazała wracać do domu. Na odchodnym poradziła iść do księdza.

 Kościół pochłonął ją chłodną ciemnością, ciszą i pustką. Ksiądz był służbistą, gotowym wysłuchać wszystkich i zadać im pokutę. W konfesjonale, cuchnącym moczem kotów i lizolem, usłyszała, że złego słowa na rodzica mówić nie wolno, bo to grzech. Miała w sobie poszukać pokus, którymi raczyła niewinnego ojca i swoją wybujałą wyobraźnię. Gwałt za gwałtem wraz z pokutą piętnował jej psychikę. Dusiła się smrodem kocich odchodów, lizolem wyżerającym strukturę komórek nerwowych, kadzidłami zapychającymi płuca, dymem ze świec doprowadzającym do łez, zatęchłymi lochami kościoła z gnijącymi jeszcze za życia trupami. Rozkładali się od wnętrza, od momentu odwrócenia oblicza od człowieczeństwa. Bóg nie jest niemiłosierny, tylko oni pochodzą jakby z diabelskich otchłani obojętności, potępienia, zachłanności, hipokryzji, zakłamania. Dość już tego, dość…

 Świat uznał jej winę i jedyne, co pozostało, to pogodzenie się z tym faktem.

 

 *

 

 Zaczęła rozglądać się wokół. Ściany wszelkich odcieni szarości zdawały się takie zimne. Wiedziała, że są świadkami wielu negatywnych emocji i czynów. Oczami wyobraźni składała ciemniejsze plamy w wydarzenia. Bark, kolano, dłoń, głowa… Musiało boleć. Przesłuchanie. Na co może liczyć? Jaka część jej ciała odciśnie piętno na szarości ściany? Plecy? Wypadłyby na wysokości śladu po kolanie, tak nisko. Podłoga pełna jest brudnych plam od błota. Ktoś się pośliznął, ktoś upadł, kogoś ciągnięto. Historie ścienne zdają się komiksowo zazębiać ze śladami na podłodze. W rogu pokoju dłuży się plama od ściany na wysokości męskich bioder, aż po plamę kałuży na podłodze. Nie czuć uryny, ale ślad po niej został. Ktoś tu za długo gościł. Poniżenie i upadek moralny spotykane w każdym miejscu ubliżającym człowieczeństwu.

 Wszystkie istoty ludzkie rodzą się wolne i równe w godności i prawach. Są one obdarzone rozumem i sumieniem oraz powinny postępować w stosunku do siebie wzajemnie w duchu braterstwa.

 Słowa, słowa, słowa… Czyny przeczą Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Widział ktoś braterstwo chociażby w centrum, podczas godzin szczytu, w komunikacji miejskiej? Mijający się na ulicy kierowcy samochodowi – czy środkowy palec i pukanie się wymownie w czoło to wyrażanie ducha braterstwa? Oprawcy wojenni również mają w wielkim, ciemnym poważaniu prawa swoich jeńców. Ktoś bawi się słowami, aby inny ktoś bawił się torturami.

 Wydawało jej się, że zobaczyła cień przebiegający przez lustro. Niemożliwe, pewno złudzenie. Po chwili ktoś otworzył drzwi, jedyne w pomieszczeniu. Wszedł wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w ciemnym mundurze. Był w średnim wieku. Lata ćwiczeń i pełnej gotowości na służbie, wymusiły u niego wyprostowaną postawę, stanowcze spojrzenie i sprężysty chód. Starał się zachowywać spokojnie, ale ona nie dała się zwieść. To przesłuchanie.

 

 cdn.

 

 Link do cz.2 https://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/pokaz_tekst.php?id_txt=2173

 

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~alka666
Kategoria: obyczajowe
Opis: Opowiadanie
Dodano: 2020-02-27 12:19:09
Komentarze.
*Canulas 1 m.
Wrócę z właściwym komentarzem, ale pozamiatane. Zwłaszcza początek. Widać pioruny wśród liter.
Lubię tak.
Odpowiedz
~alka666 1 m.
Canulas Jutro zamieszczę drugą i ostatnią część. Nie za długie są moje opowiadania.
Lepiej komentować całość.
Odpowiedz
*Canulas 1 m.
alka666, przeczytałem całość, ale skończyła mi się już przerwa w pracy na normalny komentarz, tak więc jeszcze wpadnę
Odpowiedz
~alka666 1 m.
Canulas Dzięki, ale wstrzymaj się do jutra. Po drugiej części w komentarzach uchylę rąbka tajemnicy o tym opowiadaniu.
Odpowiedz
*Canulas 1 m.
alka666, nie no, na razie nie miałem zamiaru w żaden sposób pokuszać się interpretacji. Po prostu lubię taki rodzaj pędu w zapisie. Mało-oddechowy dla odbiorcy, ale robi robotę. Zwłaszcza - jak pierwszy fragment - do tego w czasie teraźniejszym.

Coś mi się tylko nie zgrywa pierwsze zdanie z całą resztą. To" Usiadła na krześle"- jest niewygodne.
Nie wiem czy nie pokusiłbym się na start z poziomu już dokonanej czynności: Siedzi na krześle.

Pod rozwagę pozostawiam.
Dobry pęd.

Odpowiedz
~alka666 1 m.
Canulas Wiele czasu zżymałam się z pierwszym zdaniem. Nawet z korektorką siedziałyśmy i kilka razy próbowałyśmy coś z tym zrobić. Ale zależało mi na wykonywanej czynności właśnie teraz, w ruchu, więc zostawiłyśmy i tak poszło do druku zbioru opowiadań.
Odpowiedz
*Canulas 1 m.
alka666, ja tylko daję pod rozwagę. Nic nie narzucam. Ot, dla mnie gryzące, ale to moje demony, nie Twoje. Ewentualnie olałbym podmiot i może zaczął od antropomorfizacji krzesła. No ale takie tam pierdzielenie czepialskiego dziada
Swoją drogą ja to nawet po wydrukowaniu zmieniam czasem. Nie bardzo mi po drodze upiększać już słowo wydane, ale to robię. W każdym razie rozumiem niechęć do tego.
Odpowiedz
~alka666 1 m.
Canulas Spoko, jest dobrze. I zgadzam się, że tam zgrzyta.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin