Zrywki 4


 Przyjdzie mama do Wojtusia i obetnie mu siusiora. Wiem, że się to nie rymuje, tego typu twórczość ma w założeniu budzić grozę, a nie silić się na familiarność tym infantylnym zdrabnianiem, zdrabniusianiem. Wojtuś za głupie pierdolenie, zachowywanie się jak buc i jak ostatnie chamidło, zostanie postawiony pod ścianą i utnie mu się siusiora.

 W obręb kary wchodzi głupie gadanie, udawanie równego chłopa, łażenie jak beczka na dwóch łapach, twierdzenie że jest się w porządku, zwracanie uwagi w sprawach błahych, ignorancja w sprawach ważnych i słuchanie radia.

 Za uporczywe przesiadywanie w szumie trzasku i zakłóceniach, zwanym "słuchaniem lokalnego radia" Wojtuś otrzymuje czapę w trybie zaocznym, do wykonania jak się zachce. I to ty, Marvin, będziesz katem.

 Ale miała przyjść mama!

 

 Folie bąbelkowe dzielą się na te grube i te cienkie. Ostatnio przywieźli bombę do chłopaka i wiedział od razu, że coś jest nie tak, bo nawet pudełko było owinięte folią, a środek ciężkości był dokładnie pośrodku sześcianu. Chłopak wrzucił paczkę do starego pieca i to uratowało mu życie, bo jak pierdolnęło, to tylko drzwiczki wyleciały. Piec popękał oczywiście, ale nic takiego się nie stało. Chłopak żyje i ma się dobrze, jego imieniem nazywają ulice – wprawdzie nazwiskiem już nie, ale równie istotne osoby użyczają tej części: Tuwim, nie, czekaj, Brzechwa, Matejko, Chryzostom Pasek, Nepomucen i inni. A bombę wysłali z firmy obok, nawet stempel nakleili, firmowy. I to im się do dupy dobierze we właściwym momencie.

 Smartfon ma też dostać, służbowy. Używany, ale nie jakoś bardzo.

 

 Angelika to było niezłe imię jak dla takiej obciągary jak jej córka, a takiej starej, suchej kniapie trzeba było dać Elżbieta. Elżbieta trzymałaby ręce na podołku i narzekała na wszystko i wszystkich, a Angelika ssałaby fiuty pod Excessem, miejscową dyskoteką. Bo gdyby było inaczej, odwrotnie zupełnie, ta małolata musiałaby się nieźle niezwykle nakrzywić, żeby osiągnąć taki poziom, ta dziecięca jeszcze buzia nie jest gotowa jeszcze na takie zmarszczki, bruzdy że batalion rolników z kopaczkami byś schował, bez szans.

 A stara pewnie już się swoje naciągła i teraz żałuje, że nie kasowała po marce za numer, po dwóch denominacjach, z uwzględnieniem inflacji stać by ją było na skrobankę i nie musiałaby jeździć do szkoły ilekroć młoda coś odpierdoli.

 

 Kaloryfer ma grzać, z niego nikt nie strzela, nie musi być precyzyjny, nie musi być z diabelskiej stali czy chociaż porządnych materiałów – ma być trwały i działać, tak myślano od wieków z wyłączeniem okresu misternie zdobionej monarchii – i dopiero teraz znowu jest istotne jak kaloryfer wygląda. Przerwa na PRL była odświeżeniem dla wszystkich, zwłaszcza dla tych, którzy w ramach wzornictwa przemysłowego zatrudniali trio składające się ze ślepego dziadka z jakimś pojęciem jak wszystko działa, studenta z zerową wiedzą i chęciami jak stąd do Krakowa i jakiegoś partyjnego pedała, czyjegoś syna czy pociotka.

 Do krzeseł ich nie dopuszczali. Studentów znaczy. Za to skupowano masowo gazety za granicą i robiono na modłę nową, własną, ludową. Do domów i mieszkań, ku chwale ojczyzny albo coś i chuj.

 

 Kwestią jest produkcja jedzenia pokrytego trudnozmywalnym olejem z zapachem pieczeni czy prażynki, zapachem frytek czy sosu boloneze, żeby kupujący ten syf idioci mieli od razu upierdolone z tego paluchy, a co za tym idzie: kanapy, telefony, piloty od telewizora, ciuchy, meble i sprzęty agiede. Prześledz to ze mną: taki figurant wkłada łapę w paczkę czipsa, wyciąga go i wkłada sobie do buzi. Wyciąga następnego i wkłada sobie do buzi. Za trzecim czipsem jest… ale nie uprzedzajmy. Tą samą łapą, patrz, sięga po… po co sięga? No, na przykład po pilota. Przełącza program, odkłada pilota, sięga po czipsa. I do buzi. I następny, z każdym następnym bardziej łaknie, pożąda, chce. Dzwoni telefon, co robi? Obciera, powiedzmy, w koszulkę. Nosi sobie Amerykanin-brudas koszulkę po domu, jest sobota wieczorem, ma koszulkę. Wyciera palce, oblizuje je i sięga po telefon. Chwilę gada, odkłada telefon, nasz produkt już jest na jego kanapie, na telefonie, koszulce, pilocie i, co najważniejsze, w jego głowie. Sięgnie po coś innego, na przykład wsadzi żonie palec w dupę – wyjdzie na dokładnie to samo. Potem wsadzi jej język do dupy, nie pytaj mnie po co, a potem pocałuje ją w usta i transfer zakończony. Rano obudzą się cali pachnący tym syfem. W niedzielę pójdą do kościoła, a po kościele będą wpierdalać czipsy. Potem w poniedziałek pójdą do marketu i kupią ich tyle, ile tylko będzie się dało. Ile uniosą. A my im wtedy…

 Damy gratis sos. Pachnący tak samo jak oni, czyli właściwie.

 I oni ten sos, razem z czipsami zabiorą na barbekju do Jonesów, Smithów i tych, no, Lopezów na końcu ulicy. Rodriguezów, Brownów, Littlów, nawet Bryantów.

 Tydzień później całe ulice będą żreć czipsy, zapijać sosem i śmierdzieć naszym trudnozmywalnym syfem. I wtedy na to wszystko wejdziemy my i wyssamy wszystko, co jest w nich do wyssania: płyn mózgowy, płyn rdzeniowy i sok jelitowy – wszystkiego będzie w nadmiarze, że nikogo nie braknie.

 Ich też nie braknie. Co z tego, że zniknie pięciu Alvarezów, Whitów czy Greenów? Co z tego, że cztery czy pięć rodzin z jednej dzielnicy zniknie? Przecież od zawsze byli cisi, powiedzą apatycznie pozostali, zasyfieni aż miło. Też cisi. Spędzający tygodnie przed telewizorem.

 Taka akcja musi się udać, jedyne co jest potrzebne, to dobry zapach. I z tym będzie można ruszać.

 

 

 

 

 

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Okropny
Kategoria: inne
Opis: Różne historie
Dodano: 2020-03-08 00:01:21
Komentarze.
~alka666 27 d.
Na myśl przychodzi mi wierszyk dla dzieci "O Juleczku, co miał zwyczaj ssać palec"

Odpowiedz
~Okropny 27 d.
alka666 nie jestem w tym gatunku obeznany
Odpowiedz
~alka666 27 d.
Okropny To makabryczny wierszyk. Do Julka przyszedł krawiec i obciął paluszki.
Odpowiedz
~Okropny 27 d.
alka666 trochę mi przykro z powodu dzieciństwa innych ludzi
Odpowiedz
~alka666 27 d.
Okropny
Opowiedz o tym.
Odpowiedz
~Okropny 27 d.
alka666 jakoś tego nie czuję teraz, sorewicz
Odpowiedz
~alka666 27 d.
Okropny
Spoko. W takim razie - olewicz
Odpowiedz
*Canulas 26 d.
"Przyjdzie mama do Wojtusia i obetnie mu siusiora. Wiem, że się to nie rymuje, tego typu twórczość ma w założeniu budzić grozę, a nie silić się na familiarność tym infantylnym zdrabnianiem, zdrabniusianiem." - jebaniec. Zaczyna się pączkowo. Lecem dali.


O czupsach też piękne. W ogóle całe zacne. Dobrze napisane... coś.
Ale kurde. Ja se to wyobrażam, że Ty stoisz w jakiejś kolejce. Np. po drugą parę skarpetek se stoisz w jakimś Rizerwed i kobita Ci coś tam gada, Ty obserwujesz i nagle chuj, już słyszysz tylko szum, dlatego, że chloniesz obserwacyjnie otoczenie. Musi tak być. Chciałbym by tak było.

Odpowiedz
~Okropny 26 d.
Canulas poniekąd, być może, tak to wygląda. Nie całkiem tak, nie dokładnie, ale no, podobnie. Se stoję gdzieś, se myślę, i tak ten świat w strzępach do mnie dociera, tak sympatycznie lub mniej, jak występ mariaczich po drugiej stronie ulicy
Odpowiedz
*Canulas 26 d.
Okropny, wyobraź se teraz (bo zakładam, że z racji zapierdolu i gonitwy w życiu, sporo ucieka), że wymyślają machinę, którą podpinasz pod łeb i jak chcesz to wciskasz przycisk i zaczyna precyzyjnie szczytywać Twe obserwacje. Mógłbyś rozjebać.
Odpowiedz
~Okropny 26 d.
Canulasie, taka maszyna by pierdolła w kwadrans, jakby tak jej dać pozczytywać same te rzeczy, które na bieżąco mi umykają i o których faken zapominam


Odpowiedz
*Canulas 26 d.
Okropny, nooo, pewnie tak. Pierwsze modele zapewne by zdychały. No ale jeden, drugi i kto wie.
Odpowiedz
~Okropny 26 d.
Canulas cukrujesz mi teraz
Odpowiedz
*Canulas 26 d.
Okropny, eee, bardziej oddaję się zadumie. Raczej naprawdę sądzę tak jak piszę, czy piszę tak, jak sądzę. Ty naprawdę mi się kojarzysz z takim obserwatorem, non stop (albo bardzo często) coś analizującym z otoczenia i mielącym to łbem lub rozwijającym. Tak mi się kojarzysz, a jeśli to el kąplemęt, to okej.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin