Pięćset mil do domu — część XVIII


 Link do części XVII: https://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/pokaz_tekst.php?id_txt=2271

 

 XII

 Zmarli czasu nie liczą, więc musiał przegrać. Spytał małą, czy idzie. Po czwartym razie odpowiedziała, że tak. Ruszyli więc dalej, ale po trzech minutach tej się znowu ubzdurało kaprysić.

 Zatrzymał się i odwrócił. Nie miał sił.

 — A teraz obraziłem cię czym? Ciszą?

 Wyglądała na zdezorientowaną. Zrobiła krok, odbiła od czegoś niewidzialnego (choć z dźwięku przypominającego plastikową szybę) i popatrzyła przestraszonym wzrokiem.

 Ruszył w jej stronę, wystawiając dłoń. Nic nie poczuł. Ośmielona tym faktem, spróbowała raz jeszcze i… wyszło na to, że nawet zjawa może nabić sobie guza.

 — Jakiś limit tu masz?

 Tym razem ona wystawiła przed siebie ręce. Zrobiła krok. Dostrzegł, jak jej palce falują, rozpłaszczając się na czymś niewidocznym. Poprosił, by spróbowała to obejść, jednak kilka brzdęknięć później zrozumieli, że to nie będzie takie proste.

 — No to chyba tyle — rzucił Polip, zderzając się z błagalnym spojrzeniem jej zapłakanych oczu. Pokręciła głową, aż guz na szyi znacznie się uwidocznił. Ruszył przed siebie, robiąc kilka testowych kroków, oczekując pisku i odgłosu uderzania drobnych piąstek o niematerialną barierę. Nic takiego jednak nie nastąpiło.

 Wtedy się odwrócił jeszcze raz.

 I wybuchło mu serce.

 

 XIII

 Za każdym razem, kiedy byli zmuszeni dokonać wyboru dalszej drogi, Ukrop miał pewność, że wybierają złą. Pytał więc szefa panicznie, czy ten jest pewny. Herszt jednak nie odpowiadał, tylko przystawał, chwilę myślał, a następnie popychał dziecko przed sobą. Słowem – szefował, biorąc wydostanie się z tego pierdzielnika na swoje barki.

 A teraz, stojąc przy krętych, kamiennych schodach wiodących w górę, Ukrop chciał go za to szefowanie wyściskać. Skoczyć na plecy i dać najprawdziwszego, pedalskiego całusa w nieogolony policzek. Miast tego, ogłosił tylko, że dziś wieczorem wszystko na jego koszt. Żarcie, dupy, maryśka. Po prostu wszystko.

 Słoneczne promienie odbijały się refleksami od skał, potęgując ułudę bezpieczeństwa i niosąc jasność w strumieniu wirującego kurzu, jaki tu spływał. Oddychało się lżej. Niemal czuć było wiatr.

 — Jak tam z wodzem, Ukrop?

 Mężczyzna dopiero teraz przypomniał sobie o dwustufuntowym ciele, które mu leży u stóp. Szturchnął je butem, na modłę królowej nauk medycznych. W myśl, że jeśli tylko usłyszy jęk, pacjent żyje. Po drugim szturchnięciu usłyszał.

 — Ma się nad wyraz dobrze, mój kawalerze. Chwilowo śpi, ale oczami wyobraźni już widzę, jak rączo hasa przez pola. Jak śpiewa indiańskie pieśni. Jak…

 Merlin uniósł rewolwer. Nim wystrzelił, dziewczynka przytknęła obie rączki do uszu. Jakby wiedziała. Jakby wszystko zostało ustalone. Kula wystrzelona z tak bliska cisnęła mężczyzną o ścianę. Ten odbił się od niej i przysiadł na jedno z kolan. Następnie zaczął wydawać z siebie odgłosy, jakby się zapowietrzył. Merlin nie słyszał wyraźnie, bo wystrzał spotęgowany akustyką pomieszczenia oblał mu gwizdem bębenki. Teoretycznie, jeśli chciał załatwić sprawę do końca, powinien wystrzelić jeszcze raz, jednak wtedy naprawdę mogli ogłuchnąć. Kiwnął zatem na małą, a gdy ta ruszyła na powierzchnię, niknąc mu z oczu, dokończył sprawę nożem.

 Ukrop był żywotny, a Merlin nie chciał go dziabać jak kotleta, więc przysiadł na nim, wykręcił jedną z rąk, a drugą, wolną, rozpiął kamizelkę z koźlej skóry, która mogła amortyzować uderzenia. Jeżeli czegoś tu nie chciał, to bałaganu. Docisnął więc leżącego, napierając na niego swoim ciałem i metodycznie zwiększając nacisk, wprowadził nóż w środek klatki piersiowej, drugą ręką zasłaniając mu usta. W ostatniej fazie, kiedy Ukrop odpłynął, Czarodziej wstał, wyprostował przekrzywione ostrze i docisnął je obcasem buta po rękojeść. W pomieszczeniu rozległ się chrzęst, gdy nóż na dobre zagnieździł się mostku, aż po wyrostek mieczykowaty leżącego.

 Kiedy upewnił się, że Ukrop nie ma już prądu, zagwizdał, bez skrępowania wkładając do ust zakrwawione palce. Jak na zawołanie Selu wróciła ze schodów i podeszła, nic sobie nie robiąc z zasztyletowanego mężczyzny, którego ciemna krew tworzyła ciągle powiększającą się kałużę. Również nie napawało jej odrazą ujęcie zakrwawionej dłoni Czarodzieja.

 — Przyjmują? — spytał.

 — Tak — odparła, wpatrując się w czerń tunelowej groty. — Przyjmują.

 Świst w uszach spowodował, że Merlin nie był do końca pewien. Przykląkł więc przy małej, tak by ich twarze znajdowały się na jednej wysokości. Nim jednak ponowił pytanie, ta położyła mu dłonie na barkach, pokazując, że jest gotowa do wyjścia.

 — Nic z tego — rzucił, ledwie słysząc swój umęczony głos. — Ważysz tyle, jakby ci wyprawili urodziny u Wendy's, a potem jeszcze kazali wszystko zjeść. Idź przodem, a ja wytacham Saracena. Tylko się nie oddalaj!

 Uśmiechnęła się, całując go w policzek, czym spuentowała, nie tak znowu odległe, zamierzenia Ukropa. Następnie ruszyła do wyjścia. Merlin uznał, że za kilka ładnych lat będzie z niej naprawdę zdrowa dupa. Piękne, orzechowego koloru oczy i mały zadziorny nos, jeśli tylko nie spotkają się z pięścią jakiegoś przydrożnego zakapiora, pozwolą jej płacić uśmiechem za benzynę w połowie przydrożnych stacji tego hrabstwa. Jej przybarwiona (lecz nie przebarwiona) słońcem skóra będzie obiektem westchnień niejednego lokalnego zatraceńca. Oczywiście, jeśli do tego czasu, jakiś buc nie nauczy jej zabawy ze strzykawką. Jeśli zdoła dorosnąć bez pojebanych przygód, niejedna kula zostanie wystrzelona w jej intencji. Niejeden nóż sięgnie żeber.

 Myśląc o tym absolucie piękna, w jaki może się przepoczwarzyć jej dziecięce ciało, schylił się po kompana. Świat ożył, gdy nagle odetkało mu uszy. Dziwne uczucie. Jakby wynurzyć się z wody. Chwilę pokontemplował, a potem dźwignął nieprzytomnego Indianina, szarpiąc w kierunku wyjścia.

 Kiedy już wchodził na pierwszy z kamiennych schodów, spojrzał ostatni raz na przyszpilonego do ziemi, nieżyjącego mężczyznę. Następnie postawił cały swój upór przeciwko panującej grawitacji i zaczął wyciągać przyjaciela na świat. Gdyby opóźnił wymarsz o dwie minuty, zostałby naocznym świadkiem zmartwychwstania.

 

 Link do części XIX: https://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/pokaz_tekst.php?id_txt=2364

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: inne
Opis:
Dodano: 2020-03-09 00:07:14
Komentarze.
~JamCi 28 d.
Lind do części - link
Jakiś limit tu masz? - niby proste, a perełka, super.
Wtedy się odwrócił jeszcze raz. I wybuchło mu serce. - to też.
Pytał więc szefa panicznie, czy ten jest pewny - hmmm... kulawo, "w panice"?
hasa przez pola - po polach?
Jej przybarwiona (lecz nie przebarwiona) - rozumiem zamysł, ale nie wiem... zgrzyta niepotrzebnie.
Noooo dzieje się. Trochę tu leci skrótem, niektórych rzeczy trzeba się domyślać, ale w sumie to lubię, pasuje mi. Chyba że (cholera) znowu jedną ominęłam.


Odpowiedz
*Canulas 28 d.
JamCi
Aaaa, Lind już reperuję. Dalej sięprzyjrzę w domu, bo chcę poprawiać od razu w obu wersjach. Tutaj i na kompie. Z tymże jak patrzę na przedstawione przez Ciebie watpliwości, to tym razem nie wiem czy zmienię. Przyjrze się temu: "panicznie", ale chwilowo nie wiem.
Dzienkson.
Odpowiedz
~JamCi 28 d.
Jeszcze jedna uwaga bardziej ogólna: w ostatnich dwóch częściach jest galopujacy surrealizm i dobrze, podoba mi się, ale brak mi w opisie jakichs elementów realności w z otoczenia tak, zeby mieć o co zaczepić te surrealistyczne. Ale to taka bardzo subiektywna uwaga. Jak sobie próbuję wyobrazić, umiescić się w przestrzeni, to ciężko się o coś zaczepić.
Odpowiedz
*Canulas 28 d.
JamCi nie żebym się wybielał (tak), alw w oryginalnym pliku trzy ostatnie części to tak naprawdę jedna.
Może temu.
Odpowiedz
~JamCi 28 d.
Canulas No może w innych jest, te dwie odrealnione na maksa w cudowny sposób, ale wołają o kawałki realności dla balansu i zakorzenienia. Dla mnie. Bo może innym korzonki niepotrzebne.
Odpowiedz
*Canulas 28 d.
JamCi każde słowo watpliwości naprawdę serio biorę pod rozwagę. Fakt, że tutaj się nie co rozrealnia jednak myślę, że naprawdę (choć mogę się mylić) może to być uwidocznione nieszczęsną podziałką. No nic.
Odpowiedz
~Pasja 28 d.
Dobrze sobie przypomnieć ten bieg po pustyni. Ta walka z siłami nadprzyrodzonymi.
Uśmiechnęła się, całując go w policzek, czym spuentowała, nie tak znowu odległe, zamierzenia Ukropa. Następnie ruszyła do wyjścia... urocza Thelma.
Pozdrawiam
Odpowiedz
*Canulas 28 d.
Pasja o kurdex. Helloł. Że tak se pozwolę offtopowo. Pamiętaj o zlocie.
Odpowiedz
~Pasja 26 d.
Canulas jak dożyję to przyjadę z wirusem😀i zalejemy go!



Odpowiedz
~alfonsyna 28 d.
"Spytał małą, czy idzie?" - a to chyba miało być zdanie oznajmujące, więc kropka zamiast pytajnika;
"to nie będzie znowu takie proste" - to "znowu" zdaje mi się tam zbędne;
"by ich twarze znajdywały się" - wydaje mi się, że "znajdowały się", bo znajdywanie mi się bardziej łączy z szukaniem, więc nie pasuje znaczeniowo;
To wybuchające serce świetne. A ta akcja z Ukropem - dla mnie niespodziewana, ale bardzo zacnie przeprowadzona. Się rozkręca coraz mocniej, bardzo dobrze.
Odpowiedz
*Canulas 28 d.
alfonsyna wszystkie trzy wątpliwości zasadne. Od razu reperuję.
Ukłonias.
Odpowiedz
~marok 27 d.
No i nadrobione. Czytało się bardzo dobrze. Na telefonie nie lubię Ale zrobiłem wyjątek. Dobre tempo wstawiania. Dobrze wyważone
Odpowiedz
*Ritha 27 d.
"Lind do części XVII" - Link*

"Niemal czuć było wiatr.
— Jak tam z wodzem, Ukrop?
Mężczyzna dopiero teraz przypomniał sobie o niemal dwustufuntowym ciele" - 2 x niemal

"— Ma się nad wyraz dobrze, mój kawalerze. Chwilowo śpi, ale oczami wyobraźni już widzę, jak rączo hasa przez pola. Jak śpiewa indiańskie pieśni. Jak…" xd xd


Ukrop to taki Mekesh. Wypełniacz. I tak, że tu tyle przeżył

Świetna końcówka. Kurde. Coraz mniej pamiętam. To dobrze, bo może niedługo będzie o WIWACIKU! Panu Skorpionu!
Odpowiedz
*Canulas 26 d.
Ritha - aaaa, ostatnie do poprawy. Jakoś te poprawianie coś mnie denerwuje, choć dużo nie ma.
Odpowiedz
*Ritha 26 d.
Can, ja też nie lubię poprawiać Ale trzeba!
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin