Wilk (długie)


 Wilk patrzył na siedzącą naprzeciw niego Wiewiórkę. Miała piegi, nieco za bardzo umalowane usta i zdecydowanie zbyt mocno podkreślone oczy. Ale poza tym... była czarująca.

 Czemu takie ładne dziewczyny chcą zostać prostytutkami, podczas gdy prawdziwe kurwy nigdy nie przestąpią progu tego miejsca?, pomyślał. To jest cholernie nie fair dla świata.

 – Kiedy mogę zaczynać? – spytała, uśmiechając się uroczo i przekrzywiając głowę.

 Jak licealistka, która chce wyjść na imprezę i prosi ojca o pozwolenie. Udał, że się zastanawia, ale podjął już decyzję.

 – Może od czwartku? – zaproponował. – Przyjdziesz na piątą i zostaniesz… Do pierwszej? Może być? – wyciągnął rękę. – Możesz też przyjść na trzecią i zostać do jedenastej, ale wtedy raczej trafisz na największy, popołudniowy syf: piekarze, kierowcy, spoceni licealiści, robotnicy z pobliskich fabryk… W tym ci z przetwórstwa rybnego – skrzywił się. Wyciągnął papierosa, odpalił. Poczęstował ją, ale pokręciła głową, potrząsając rudą czupryną.

 – Okej – powiedziała ochoczo i z uśmiechem, wzruszając piegowatymi ramionami. – Nie przeszkadza mi to, mogą być stolarze i piekarze, i monterzy ogrodzeń. I przetwórcy ryb.

 Uśmiechała się tak, że Wilk pożałował, że w ogóle wpuścił ją do biura. Gdyby taka dziewczyna zechciała iść na studia i zostać... na przykład: bibliotekarką – za sam ten uśmiech wpłaciłby czesne. Miała potencjał zupełnie inny, dużo większy, niż ssanie przepoconych fiutów w kanciapie niewiele większej niż prysznic w jego domku dla gości. Ale skoro przeszła przez próg sama, to to wszystko – spojrzał na kamerę i jedną z jego dziewczyn z rannej zmiany, której głowa ruszała się powolnym rytmem – to była jej decyzja.

 – Dobrze, w takim razie stawka podstawowa dla mnie wynosi osiem dych od łebka, cokolwiek robisz – zmrużył oczy, podając jej specjalnie zawyżoną stawkę. – Po odjęciu mojej stawki, powinnaś z jednej nocki spokojnie wyciągnąć pięć, siedem stów. Nawet kafla.

 Dziewczyna wyglądała, jakby rozbiła sejf i w środku, zamiast oszczędności życia swojej babci, znalazła tonę diamentów. No, może nie tonę – wór. Spory, wnioskował po jej rozszerzonych źrenicach. Albo po prostu uwielbiała się ruchać i hajs był tylko dodatkiem.

 – A z popołudniowej?

 Wilk pokazał jej na palcach plus-minus z przewidywanej stawki popołudniowej. Dziewczyna chciała zaczynać od zaraz, ale uzgodnili, że przyjdzie następnego dnia, czyli od środy, na popołudnie, to jest od czternastej do dwudziestej drugiej i zobaczy, jak jej się spodoba. Podpisała wszystko, co jej podsunął, włącznie ze zgodą na nagrywanie i wykorzystywanie wizerunku za dodatkowe honorarium w wysokości sześciu procent od ceny produkcji nakładu brutto. Czysty interes, myślał Wilk, obserwując, jak składała podpis ładnymi, okrągłymi literkami. Aż szkoda.

 Normalnie, szkoda jej.

 

 *

 

 Wilk patrzył zafascynowany, jak kolejny palant w ogrodniczkach, jełop z pobliskiej fabryki okien czy tam zakładu wulkanizacyjnego, wchodzi do pomieszczenia, na które składa się maluteńka łazienka z kibelkiem i prysznicem, stolika nocnego z dwiema szufladami, lampy i dużego łóżka. Wiewiórka miała już tego popołudnia czterech klientów, a jej mina nie zdradzała żadnych objawów zmęczenia czy znużenia. Przeciwnie, wyglądała na zafascynowaną każdym kolejnym wieśniakiem, który wpadł na szybkie opróżnienie jajek i wymacanie młodego ciała.

 Nieprawdopodobne, myślał. Maszynka do zarabiania pieniędzy. Szkoda jej, powtórzył sobie już nie wiedzieć który raz.

 Do dwudziestej w czwartek miał z niej już dość szmalu, żeby zwrócić Sowom całość długu. Żadna z jego dotychczasowych dziewczyn: Osa, Sarna czy choćby egzotyczna Paw, nie generowały takich zysków. Sowy zapewne dowiedzieli się już o tym i tego się właśnie obawiał.

 Nie wiedział, jak zapobiec ich chciwości. Gdyby Krokodyl żył… Ale nie żył. Została po nim tylko stara półciężarówka, bez silnika i kół. Wilk trzymał ją w garażu przez sentyment.

 Podczas, gdy on łamał głowę nad problemem braci Sów, Wiewiórka rytmicznie podskakiwała na jakimś facecie we flanelowej koszuli, zarabiając kolejne grosiki. Grosik do grosika, zwykł powtarzać, to ci Krowa nasika.

 Sowy to tylko początek problemu, pomyślał. Albo koniec, zależy jak na to patrzeć. Początek…

 Westchnął, spojrzał na Wiewiórkę i westchnął jeszcze raz. No, szkoda jej.

 

 *

 

 Zjawili się punktualnie, w piątek o szesnastej. Nie za wcześnie, nie za późno. Dostatecznie wcześnie, żeby zgarnąć utarg z całego tygodnia i jeszcze zdążyć zerżnąć wciąż świeże dziewczyny przed wieczornym tłokiem.

 – Jak się masz, Wilk? – spytał większy z braci, Puchacz. – Jak biznes?

 Wilk rozłożył ręce z uśmiechem.

 – Po staremu. Mam dla was propozycję biznesową.

 Ketupa, drugi z braci, jak zwykle udawał niezainteresowanego. Wilk jednak wiedział, że słucha z najwyższą uwagą. Znał ich nie od wczoraj.

 – Jaką? – Puchacz wyciągnął rękę i Wilk położył na niej gruby plik banknotów, spięty gumką do włosów z kokardką.

 – Spłacę wam mój dług w całości, dzisiaj, teraz. Zostanie połowa stawki… ile się należy za ochronę.

 Ketupa odwrócił się, zmrużył oczy. Puchacz liczył banknoty. Zawsze się zgadzało, ale Puchacz zawsze liczył. Nikt nie może sobie pozwolić na błąd, pomyślał.

 – Wilk, czy my się mamy obrazić? Przecież wiesz, że obowiązuje nas wspólna, ta – strzelił palcami – kooperatywa finansowa, oparta na wieloletniej przyjaźni, wzajemnym szacunku i wspólnocie interesów. Dawno, dawno temu to ty potrzebowałeś kasy, więc ci ją pożyczyliśmy. Na procent. A potem potrzebowałeś ochrony, bo doskwierał ci gang, tego, no…

 – Banda Wróbla – podsunął Puchacz.

 Wilk wiedział, że to właśnie ten Sowa ciągnął za spust erkaemu, z którego seria poszatkowała Wróbla i całą jego rodzinę na krew i piórka. Niedzielny obiad, pukanie do drzwi z jednej strony, serie z maszynówki z drugiej. Przeżyła tylko jedna siostra Wróbla, ale nie szczęśliwie – podobno trafiła do jednego z burdeli braci Sów. Szprycują ją i oddają jako nagrodę główną w jednym z zaprzyjaźnionych kasyn. Podobno. Ale może nie.

 – Właśnie. I teraz chcesz się nas pozbyć, Wilk? Naprawdę? A kto cię ochroni, jak przyjdzie taki na przykład… Jak mu było, Puchacz?

 – Kaczor.

 – Kaczor? Kaczor to leszcz, Wilk rozszarpie go na sztuki, jak zresztą zrobił już raz, wtedy, z tym…

 Wilk przypomniał sobie niektóre twarze niedoszłych gangsterów, z którymi przez lata miał styczność o wiele częściej, niż by sobie tego życzył. Większość wystarczyło skopać w ciemnej uliczce, albo pozwolić Krokodylowi postraszyć ich jedną czy drugą zabaweczką. A po nich przyszli uzbrojeni w karabiny maszynowe i granaty Słowiki, wysadzili pół lokalu i odstrzelili łby Krokodylowi i jego dziwce, Żyrafie. I trzeba było poprosić o pomoc… właśnie tych dwoje. Jedynych, którzy chcieli się wziąć ze Słowikami za łby.

 Westchnął. Nie uszło to uwadze Puchacza, który poklepał go lekko, stając obok.

 – Renifer – roześmiał się Ketupa. – To ty go sprzątnąłeś, nie, Wilk? Chodzą ploty, że to ty go dopadłeś i rozsmarowałeś na bruku jego łeb, podobno gdzieś przy alei Lincolna. Ale ja nie o tym… O czym to ja?

 – Tygrys – westchnął Wilk.

 Taak, pomyślał. Jak Tygrys wchodzi, najpierw zabiera panienki, potem łamie ręce, wybija zęby i wyłupia oczy… a potem dopiero zaczynają się groźby. Tak skończyli inni, sutenerzy starej daty, jak on: Goryl… zrzucili go z okna, razem z wózkiem inwalidzkim. Koń… wydłubali mu oboje oczu, podpalili stopy i kazali tańczyć. Podobno rozszarpał sobie gardło własnym scyzorykiem. Chodzą słuchy, że nawet Rekin mu płaci, żeby mieć spokój. A Rekin był zawsze ligę wyżej od niego. Co najmniej ligę. I to było lata temu. Jakie sztuczki stosuje teraz?

 – Właśnie. I my, Wilku, Tygrysa bierzemy na siebie. Dopóki jesteśmy my, twój pasiasty problem trzyma się od ciebie z dala. Ale jakbyśmy tak znikli… – Ketupa popatrzył na Wilka – Wieść się rozniesie w kwadrans. Tygrys da ci dzień, góra dwa. W poniedziałek jego chłopaki rozjebią ci dupsko w ośmiu i wszystko nagrają na kamery. Potem sam Tygrys wyjebie ci kły a ty za samą przyjemność niepowtarzania tego już nigdy, zapłacisz mu pięć razy więcej, niż nam. Na kolanach, jak posłuszna suka, będziesz czekał w kącie z pieniążkami w zębach… a raczej w tym, co z nich pozostanie. Kolan, Wilku – odgiął dwa palce – i zębów.

 – O ile chcesz żyć – wtrącił się Puchacz.

 – O ile chcesz żyć, tak. I właśnie pomyślałem, że za taki akt dżentelmeństwa, powinieneś płacić nam więcej za ochronę.

 No nie gadaj, pomyślał. Postanowił zagrać.

 – A przypuśćmy, że… zlikwiduję Tygrysa, a wy dwaj przejmiecie jego terytoria. Ile to miasto jest dla was warte?

 Przez chwilę w biurze była cisza. A potem bracia Sowy roześmiali się. Puchacz poklepał Wilka po plecach. Nieprzyjemnie.

 – A może jeszcze wsadzisz sobie flet w dupę i zaczniesz objazdowe tournee jako organy Mołotowa? Założysz stringi i zajmiesz miejsce Myszy w pokoiku numer cztery?

 Wilk czekał, aż Sowy skończą sypać głupimi żartami.

 – Mówię poważnie – dodał.

 – Gdyby komukolwiek to się udało, w co nie wierzę, że się uda, Wilku, zaczęłaby się wojna. A wojna…

 – Wojna to piekło – rzucił Puchacz.

 – I po terytorium Tygrysa zgłosiłaby się spora kolejka.

 – Dłuuuga kolejka.

 – Wy bylibyście w niej pierwsi – zauważył Wilk. Zignorowali go.

 – Długa aż dotąd – Ketupa wskazał kolejkę do drzwi Wiewiórki, która obrabiała właśnie jakiegoś frajera. – Kto to?

 – Wiewiórka, nowa dziwka. – Szkoda mi jej, pomyślał. Chyba zasłużyła na premię.

 Ketupa cmoknął teatralnie.

 – Ładniutka. To co, Wilk? Na koszt firmy?

 Wilk uśmiechnął się wymuszenie. Olali go.

 – Na koszt firmy – potwierdził skinieniem głowy.

 Sowy zatarli ręce.

 – O tej samej porze w przyszłym tygodniu, Wilku. Tym razem niech to będzie pięć koła. Dług spłacony, dobra. Niech ci będzie. Ale ochrona wzrosła.

 – Zaproponowałem ci deal, Sowa.

 – Gówno zaproponowałeś. Powinienem ci oklepać mordę za takie głupie gadanie i gdybanie. Nie ma co dzielić skóry na przysłowiowym misiu. Chuja zrobisz, pogódź się z losem i na przyszły piątek przygotuj równe pięć tysiączków. I dziś ciesz się nieoklepanym ryjem. Następnym razem za głupie gadanie zarobisz w kły.

 – Ale jakby…

 Ale drzwi się już zamknęły. Bracia Sowa wyszli i ustawili się na samym początku kolejki do Wiewióry. Puchacz pokazał Wilkowi do kamery, że ma na niego oko.

 A potem dali Wiewiórce taki wycisk, że biedaczka musiała wziąć wolne na resztę wieczora.

 Biedna dziewczyna, myślał potem Wilk. Nie zasłużyła sobie na to.

 

 *

 

 Tygrys siedział w fotelu obrotowym i słuchał, co mają mu do powiedzenia obserwatorzy konkurencji, wyjątkowo od niedawna na posterunkach w przybytku Wilka. Zjawiła się tam jakaś nowa panienka, przez co jego burdele świeciły nadzwyczajnymi pustkami. A do Wilka, tego stręczyciela starej szkoły, kolejka zawijała się za rogiem. I podobno te łajzy, Sowy, pokancerowali ją trochę. Dlaczego? Przecież Wilk to ich cudowne źródełko szczęścia. Po co mieliby mu szkodzić? Powiedział coś głupiego? Chciał się wycofać? Pewnie tak. A na to nie mogą sobie pozwolić.

 – Paw założyła rudą perukę i przyjmuje po trzech na raz – powiedział jeden z kilku głosów. Pozostałe meldunki brzmiały podobnie. Wiewiórka wyszła z lokalu i pojechała taksówką do domu. Niedaleko, Aleja Parkowa numer siedemnaście. Wynajęte mieszkanie na drugim piętrze. Może warto złożyć jej wizytę osobiście? Przekonać się, skąd ten szał na nią właśnie?

 Siedział i myślał. Wcisnął kilka przycisków na tablecie wielkości małego telewizora. Zdjęcia zadowolonych, podstawionych klientów przedstawiały śliczną, rudowłosą dziewczynę. Piegowatą, uśmiechniętą, chętną. Tygrys zbyt długo siedział w biznesie, żeby się nad taką urodą pochylać – w końcu dupa to tylko dupa i nic więcej – ale w tej było coś…

 Poczuł ukłucie. Przesuwał wzrokiem nad zdjęciami Wiewiórki, obłędnie zaspokajającej kilka różnych osób. Podobała mu się, cholernie mu się podobała, musiał przyznać. Mimo, że na zdjęciach miała czyjegoś fiuta w ustach, co go zazwyczaj odrzucało, tym razem poczuł ciepło poniżej pasa.

 Co z tego, że zarabiał pięćdziesiąt razy więcej niż Wilk, i mógłby go zdmuchnąć, gdyby tylko chciał? Co z tego, że chronią go ci owiani okropną sławą postrzeleńcy, Sowy? I Herkules dupa, kiedy ludzi kupa. Ich jest tylko dwóch. Mnie, pomyślał Tygrys, jest ponad setka. Pół miasta jest moje, drugie pół mi płaci. Sowy i kilka innych… trzymają się na uboczu. Mogą. Jeszcze. Za duże mają wpływy, żeby można było ich bezkarnie ruszyć. Ale czy na pewno?

 Warto zaczynać wojnę przez dupę? – zadawał sobie pytanie. Może najlepiej będzie sprawdzić, co to za dupa.

 Pstryknął na kierowcę i opuścił pomieszczenie.

 

 *

 

 Wiewiórka siedziała ze skrzyżowanymi nogami na fotelu i płakała. Obok, na łóżku, leżał jej tygodniowy utarg. Kilkanaście setek, może kilkadziesiąt. Jeszcze daleko do realizacji marzenia i wyrwania się z tej dziury na amen. Co jakiś czas zerkała na pocztówkę z dalekich stron, którą przesłała jej przyjaciółka. Palmy, imprezy na plaży, drinki w połówkach kokosa. Z jej ust wydobyło się ciche westchnienie. Jeszcze kilka tygodni, pomyślała. Przyciskała sobie do głowy kompres. W sumie nic jej się nie stało, ale...

 Rozległo się pukanie do drzwi. Zazwyczaj słyszała, kiedy ktoś wchodził po schodach – skrzypiące stopnie ostrzegały lepiej niż pies na łańcuchu. Tym razem mogła przysiąc, że nic nie zaskrzypiało.

 – Kto tam? – spytała, przyciskając do policzka ręcznik z lodem. Lekkie zaczerwienienie zdawało się już ustępować.

 – Przyjaciel – usłyszała w odpowiedzi. Głęboki, lecz nie tubalny, oceniła. Szorstki, lecz nie zachrypnięty jak menel. Pociągnęła nosem. Przez szpary w krzywych futrynach doszedł do niej ulotny zapach cygar i perfumów równie rzadkich, co drogich. Zapach kasy i władzy.

 – Moi przyjaciele nie wiedzą, że tu mieszkam! – odparowała, momentalnie tego żałując.

 Skarciła się w duchu. Jej drzwi stanowiły co najwyżej barierę dla oczu. Nie dla uszu, nie mówiąc już o pięściach czy kulach. Co z tego, że była pewna, że zamknęła je za sobą na klucz? Ktoś właśnie bez problemu przekręcił gałkę i pchnął lekko drzwi. Zebrała pieniądze z pościeli i wepchnęła za łóżko.

 Gdy zobaczyła, kto wszedł, odebrało jej mowę. Żywa legenda z kolczykiem w uchu.

 – Pozwoliłem sobie odłożyć dobre wychowanie na bok i wejść nieproszony… i nie żałuję. Dobry wieczór – powiedział przybysz. Plama światła docierała ledwo do jego jedwabnego krawata.

 – Do-dobry wieczór – odpowiedziała, ocierając łzę rogiem poduszki. Aura władzy i pieniędzy przybysza przyćmiewała lęk towarzyszący najściu. – Kim pan jest? – spytała i uszczypnęła się lekko na wypadek, jakby jednak znalazła się we śnie.

 – Mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy. Jestem Tygrys – wszedł w plamę światła i dopiero dostrzegła szczegóły jego niepowtarzalnej fizjonomii.

 Wiewiórka gapiła się na niego z szeroko otwartymi ustami i oczami.

 O, kurwa, pomyślał Tygrys. Dobra jest. Absolutnie naturalna.

 

 Dokładnie to samo pomyślał Wilk, podglądając obraz z osobiście zainstalowanych kamer w jej mieszkaniu. Strzeżonego, powtarzał sobie, trzeba dobrze pilnować. Stukał długopisem w notatnik, gdzie miał rozrysowane drzewka opcji. Wszystko przez tą małą, rudą dziwkę. Fatum, cholera.

 Na szczęście w tragediach antycznych fatum to coś, co przytrafia się innym.

 

 *

 

 Tydzień później Wiewiórka miała już dość pieniędzy, żeby z dnia na dzień kupić bilet w klasie biznes na koniec świata, ale prawie nikt nie chciał mieć już z nią nic wspólnego. Wieści się rozeszły, że interesuje się nią Tygrys i nikt przy zdrowych zmysłach już do niej nie zachodził. Wilk dalej użyczał jej pokoju, do którego przez osiem godzin nikt nie wchodził. Mało kto w ogóle bywał już u niego, nawet stali bywalce i nałogowi kurwiarze omijali szerokim łukiem jego przybytek. Dziewczyny wychodziły nawet na zewnątrz, by tam zaczepiać klientów, ze średnim powodzeniem.

 Zaś Wiewiórka spała w dzień, nocami bowiem odwiedzał ją szarmancki i grzeczny Tygrys. Niczym książę z bajki zjawiał się bezszelestnie, rozwiązywali razem krzyżówkę, jedli wyśmienite dania, a po każdej wizycie zostawiał na krzywym biurku zwitek banknotów gruby jak jej łydka. Za półtorej godziny rozmowy dostawała więcej, niż za dwa wieczory ssania fiutów u Wilka, włączając wszystkie udziwnienia. Jedynie ciekawość, co przyniesie los następnego dnia, powstrzymywała ją przed odlotem z dnia na dzień. Jej koleżanka, Sęp, pracowała na lotnisku i czekała tylko na sygnał, żeby zarezerwować jej miejsce przy oknie w locie do nowego życia.

 Ruda dziewczyna nie potrafiła się zdecydować. Teraz, gdy pieniądze wpadały jej tak łatwo, mogła odłożyć na jakieś życie na drugim końcu świata… żeby nie musieć tam robić tego, co tutaj.

 

 *

 

 Wilk ledwo wiązał koniec z końcem – rozzuchwaleni bracia Sowy mieli chrapkę na znacznie większe paczki pieniędzy, a jemu się nie przelewało. Musiał zwolnić sprzątaczkę i samemu zamiatać po godzinach, żeby zaoszczędzić trochę grosza. Plany kosztują, myślał. Ale już niedługo. Przes chwilę rozważał sprzedaż na złom półciężarówki Krokodyla, ale gdy tylko otworzył maskę, zmienił zdanie. Nie rozstanie się z rzęchem. Zwłaszcza, że pod stertą opon i jakichś szpargałów znalazł oryginalny silnik. I kilkadziesiąt kilo powodów, dla którego Krokodyl go tam umieścił. Zrozumiał zamysły przyjaciela i całkowicie porzucił poprzednią koncepcję. Stara szkoła biznesu, myślał, analizując swoje opcje.

 

 W piątek Sowy mieli przyjść po kolejnych kilka kafli. Postanowił rozmówić się z Wiewiórką i poprosić ją o kilka rzeczy. Głównie o opuszczenie pokoju, by mógł wywiesić nowe ogłoszenie. Ale i o kilka mniejszych przysług. Technicznie rzecz biorąc, wciąż była u niego zatrudniona.

 Gdy przyszli, Ketupa jak zwykle podszedł prosto do ekranu, gdzie leciał obraz na żywo z kamer. Obraz z pokoju Wiewiórki był absolutnie nieruchomy. Nie umknęło to jego uwadze.

 – Ta mała dziwka, słyszałem, opuściła twój przybytek – zagadnął Wilka.

 – Wyrolowała cię – dodał Puchacz. – Daje dupy Tygrysowi. Pół miasta o tym huczy.

 Wilk rozłożył ręce.

 – Nie mam dla was kasy, panowie. Ta mała, świadoma opcji, jakie daje jej ten jej nowy patron… zawinęła mi trzy patyki. Wyobrażacie sobie? Całe trzy tysiące dolarów w gotówce. Właśnie te trzy tysiące, które jestem wam winny. Pewnie dlatego dziś się nie zjawiła. I nawet nie mam jej jak dojechać, z oczywistych i jasnych powodów.

 Ketupa popatrzył na niego zimno.

 – Jesteś nam winny pięć patoli, Wilk. A to… możesz sobie wsadzić między bajki. Albo w dupę.

 – Pięć – powtórzył Puchacz.

 – Dwa dla was mam – popatrzył na nich obu. Przez to, że stali po dwóch stronach pomieszczenia, musiał odwracać głowę. – Nie mam pozostałych, bo z powietrza nie wyciągnę. Pies z kulawą nogą tu nie zajrzał ostatnio. Posucha jak nigdy.

 – Co jest? Pozostałe panienki słabo dają? Nowych nie zatrudniasz? Mam cię interesu uczyć, Wilk? Co się dzieje?

 Wilk spojrzał na niego, poprawił mankiet koszuli.

 – Przyszła dziś jakaś taka blondynka, ale odesłałem ją z kwitkiem – rozłożył ręce w geście bezradności. – Nic by z niej nie było. Przydałaby się jakaś nowa dziewczyna, choćby najsłabsza, zaćpana szmata, żeby wyciągnąć mnie z nędzy. Nie macie jakiejś niepotrzebnej?

 Puchacz spojrzał na niego z uśmiechem.

 – Żadna szmata nie jest niepotrzebna.

 – No to może sprzedajcie albo wypożyczcie mi jakąś… Co z tą siostrą Słowika? Chodzą słuchy na mieście, że więzicie ją w piwnicy, towar wam się marnuje. Może ja mógłbym z niej skorzystać? W końcu to, jakby na to nie patrzeć, dzięki mnie – podkreślił – wpadła wam w ręce. – Wilk przekrzywił głowę jak zawsze, gdy miał kogoś poprosić o cokolwiek. – Poratujcie, co? Cokolwiek zarobi i tak trafi do was, pierwsze trzy raty z jej działki pójdą w całości na wasze konto, a potem się umówimy, co? Dla obopólnej korzyści, co? Po co ma się dobra dupa marnować?

 Bracia Sowy wymienili się spojrzeniami. Wilk znał te spojrzenia. Żądza pieniądza. Sadyzm. Poczucie wyższości. Okrucieństwo.

 – No, no – powiedział, ignorując jego prośby Ketupa – W takiej sytuacji jesteś i stać cię na odrzucanie łatwych pieniędzy? Zaczynam się poważnie martwić, Wilku. Chyba będziesz musiał zadzwonić, żeby ta blondyneczka przyszła z powrotem. Bo jeśli te twoje trzy kurewki nie nadrobią dzisiejszego braku do przyszłego piątku... Przez wzgląd na stare czasy, Wilk, bez procentu. – Uniósł palec. – Ten jeden, jedyny raz – wycedził.

 – Albo sam zacznij, może znajdziesz klientów… – poklepał go po plecach Puchacz. – Niektórym byle dziura wystarczy, a tu masz wolny pokoik – wskazał palcem ekran. Wilk zignorował go.

 – Ta mała nie nadrobi niczego za żadne skarby. Wyciągnąłem kutasa, żeby ją sprawdzić i wiecie co?

 Sowy wyglądali na zaciekawionych. Lubili takie opowieści.

 – Omdlała w trakcie. I wiecie co się jeszcze okazało? Że była nieletnia.

 – Takie są najlepsze – rzucił Puchacz. Ketupa spojrzał na niego, uśmiechając się półgębkiem.

 – Pewnie tak – wrócił wzrokiem do starego sutenera. – Masz tydzień, Wilk. Potem przyjdziemy po Paw. I weźmiemy ją sobie, na zawsze.

 Wilk splótł ręce w geście bezradności.

 – Nie próbuj spierdalać – pogroził mu palcem Ketupa.

 – I tak nie spierdolisz.

 – Dokąd miałbym uciec?

 Nie odpowiedzieli. Gdy wyszli, Wilk wyciągnął papierosa i zapalił.

 

 *

 

 Następnego dnia, gdy otwierał roletę z rana, podrzucili mu związaną i zbitą na kwaśne jabłko siostrę Słowika. Wypchnęli ją jak worek ze śmieciami z jadącego auta i odjechali z piskiem opon. Wilk podniósł ją, półprzytomną i dosyć mocno pokiereszowaną. Miała na sobie jedynie stringi i tanią kurteczkę w panterkę. Jej wysokie buty na obcasach były kompletnie przemoczone i śmierdziały tanim materiałem i innymi obrzydliwościami. Całe jej ciało zdobiły siniaki w różnych kolorach i kształtach, a do sznura przywiązana była kartka z jedynką i czterema zerami. “Na PiąTek”, głosił napis. Wilk zmierzył ją wzrokiem i czekał, aż go rozpozna. Gdy prowadził ją na górę po schodach, całą drogę dziękował opatrzności.

 

 Tygrys patrzył na wiadomość na biurku, napisaną odręcznym, lekko koślawym pismem.

 “Milion w samochodzie, albo dziwka straci życie. Piątek, dziewiętnasta, zakaz postoju w lesie Mandrake, wjazd od Willow". Do listu dołączone były trzy czerwone włosy.

 Ktoś ma Wiewiórkę, myślał. Dlaczego ktoś miałby pomyśleć, że mnie to cokolwiek interesuje? Może dlatego, że przestała chodzić do pracy do tego… Wilka. Kogo ja oszukuję? Mimo, że nie powiedziałem, że chcę ją na wyłączność, miasto czytało między wierszami. Miasto, w którym Wilk był jeszcze zanim bracia Sowy przylecieli na wyspę z kontynentu. Jeszcze zanim on, Tygrys, zaczął trząść południowym zachodem. Wilk, któremu trafiła się taka ślicznotka, i który zobaczył ją, jej potencjał, i pozwolił jej…

 Uderzył pięścią w stół, przejechał dłońmi po mahoniowej powierzchni.

 Że też ten wyliniały, siwy pierdolec nie dostrzegł w niej niczego więcej, niż tylko zestawu dziur w ładnym opakowaniu. Chyba czas najwyższy go odwiedzić w towarzyskiej sprawie. Jak dwóch ludzi biznesu. Może coś osiągniemy...

 A dziwka? Ta mała zabaweczka, Wiewiórka? Znajdzie się. Zawsze się znajdują. Jego ludzie już jej po cichu szukają, przepytują taksiarzy, dyskutują z ćpunami, sąsiadami, pałami. Ktoś coś musi wiedzieć. Ktoś coś widział. Jego ludzie wycisną tę wiedzę choćby z cegieł i asfaltu.

 Zresztą, pomyślał, jest czas do piątku. Cały tydzień. W tydzień dużo się może stać. Podniósł słuchawkę.

 – Połączcie mnie z Wilkiem.

 

 *

 

 Wilk rozłączył się i wysłał wiadomość do Sów. Po półgodzinie ich czarny mercedes z piskiem hamulców zajął kilka miejsc na parkingu pod klubem. Brawurka, zauważył. Jest furka, to znajdzie się i brawurka.

 – Dobrze, że nam powiedziałeś – powiedział Puchacz.

 – Tak, zaiste, ciekawa sytuacja. Dziwka znika, Tygrys dzwoni do ciebie, umawiacie się na jakieś takie pogaduchy… – zrobił cwaniacką minę Ketupa. – I o czym sobie pogadacie?

 Wilk patrzył na nich bez emocji.

 – To jest moja oferta dla was, panowie. Macie szansę go zdjąć. – Popatrzył na nich, uniósł rękę. – Wystawię wam go, wy przejmiecie jego terytorium i biznesy, a mi zapewnicie ochronę, dacie mi spokój i wolną rękę w prowadzeniu mojego biznesu. Pasuje wam?

 – Słuchamy cię – mruknął Ketupa. – Wyjątkowo cię słuchamy.

 Puchacz pokiwał głową. Wilk wyciągnął kartkę.

 – Tak to zrobimy…

 

 *

 

 Gdy Sowy wychodzili, porozumieli się wzrokiem. W samochodzie rozważali na głos swoje opcje. Wszystko było dla nich jasne – Wilk odwali większą część roboty, a oni przyjdą na gotowe i zajmą się interesami świętej pamięci Tygrysa. A potem wrócą do Wilka i wciągną go nosem, jak pluskwę. Tak, musieli przyznać, miał świetny plan. Zrealizują go, a potem Wilk przestanie żyć.

 Pokiwali głowami, jednomyślni.

 

 Wilk pokiwał również. Założyć podsłuch w starym mercu jest prościej, niż walnąć kupę na jego maskę – nie trzeba nawet wspinać się i zsuwać portek. A nad dziewczyną, siostrą Słowika, Pliszką, wystarczyło tylko chwilę popracować, żeby zrobić z niej użytek. Stara szkoła, pomyślał. Kiedyś było inaczej. Ale też i miał do tego dryg. Wkrótce ta zaszczuta biedaczka zacznie przynosić profity, jakie się nikomu nie śniły. A już na pewno nie tym sadystom, Sowom. Nawet pracować z kobietami nie potrafią.

 

 *

 

 – Tak to ma wyglądać – wyjaśnił Wilk. Miał złamany nos i opuchniętą twarz. Dwaj silnoręcy patrzyli na niego oczami bez wyrazu. Sam Tygrys czekał.

 – Z tego co rozumiem, to Sowy chcą mnie zabić i przejąć moje terytorium? I posłużą się tą małą dziwką? A skąd mieliby wiedzieć, że mnie z nią cokolwiek łączy?

 Wilk sięgnął za pazuchę. Ci, którzy go tłukli, przeszukali go wielokrotnie wcześniej. Ale i tak drgnęli zauważalnie, gdy wykonał ten ruch. Wyciągnął z portfela cienką kopertę i podał ją jednemu z nich.

 – Co tam masz? Fotki z albumu rodzinnego? Pokażesz mi zdjęcia swoich kostropatych dzieci, żebym cię nie zabijał? – prychnął pasiasty boss.

 Jeden z ochroniarzy pokazał szefowi zdjęcia. Na każdym był Tygrys, siedzący na łóżku Wiewiórki. Po jednym na każdy dzień.

 – Sowa… – splunął krwią. – Sowa mi pokazał, że mają dziewczynę pod obserwacją. Teraz trzymają ją chuj wie gdzie, a na spotkanie przyjadą uzbrojeni w maszynówki i spróbują pana zabić. Albo coś takiego, nie wiem, nie zwierzają mi się. Wiem, że tak robią. Na pewno odpierdolą coś niebezpiecznego.

 Tygrys świdrował go wzrokiem. Niech mnie szlag, pomyślał. Ten gość naprawdę musi być stary jak świat. "Odpierdolą coś niebezpiecznego", "uzbrojeni w maszynówki" – kto w ogóle gada w ten sposób? Stary kurwiarz, który od lat nie wychylił nosa z piździego portfela. Pokiwał lekko głową.

 – Jebać to, nigdzie nie idziemy, niech sobie Sowy ją w dupę wsadzą, nie interesuje mnie to. Mogą ją sobie zabrać. I w dupę wsadzić.

 

 Wilk patrzył na niego zbolałym wzrokiem. Udawał, że ma dość, lecz te wafle mogły mu co najwyżej limo zrobić, niewiele więcej. Oddychał ciężko i uważnie obserwował siedzącego naprzeciwko Tygrysa. Szef wszystkich szefów był napięty jak struna.

 

 *

 

 Te wszawe skurwysyny, pomyślał chwilę potem Tygrys. Trzeba będzie wywrócić ten ich plan, rozjebać ich, spalić i rozrzucić popioły na cztery wiatry. A tego starego dziada… Spojrzał na Wilka, który wyglądał, jakby miał zaraz wykitować. Dyszał jak stary klimatyzator. Jeszcze nie wiem, co z nim zrobię. Pewnie odjebię go w odpowiednim czasie, o ile sam nie wykituje. Długo nie pożyje, tego należy dopilnować.

 

 *

 

 Gdy nadeszła godzina zero, Tygrys patrzył z zaparkowanego w cieniu samochodu na podstawiony, zaminowany czarny samochód z walizką pełną forsy. Forsa to nie problem, myślał. Najgorzej, jak się coś odpierdoli. Wyrównanie z mojej strony – dwie drużyny komandosów i kuloodporna fura. Chuja mi mogą zrobić, choćby i odjebali tu Johna Rambo. Już po nich.

 Oho!

 – Jadą – zameldował głos w radiu. – Dziwnie, na dwa auta. Dwa czarne mercedesy.

 – Mogę ich zdjąć już teraz – powiedział drugi.

 – Trójka w gotowości.

 – Czwórka w gotowości.

 – Ani drgnąć, dopóki nie zobaczycie dziewczyny – rzucił Tygrys do radia.

 – Przyjąłem.

 – Wypatrywać jej.

 Bracia Sowy podjechali identycznymi, czarnymi sedanami. Zaparkowali równolegle obok samochodu z forsą.

 – Jeden wysiada. Puchacz. Ma coś pod płaszczem, być może automat. Nachyla się nad walizką. Może zobaczyć okablowanie.

 – No i chuj, niech zobaczy. Będzie wiedział, żeby nie brać, co nie jego.

 – Wziął torbę i wsiadł do auta. Przekręca kluczyk. Będzie odjeżdżał! Odjeżdża!

 – Unieruchomcie furę za kilkaset metrów, za zakrętem. Po cichu, w miarę możliwości.

 Minęła chwila.

 – Puchacz zostawił furę i czmychnął w las. Ma ze sobą co najmniej kałacha.

 – A, jebać to – zniecierpliwił się Tygrys. – Poślij w niego ze trzy magazynki.

 – Strzelać, żeby zabić?

 – Wszystko jedno.

 – Się robi – powiedział głos. Szczęknęły zamki karabinów. Po dłuższej chwili radio odezwało się znowu: – Puchacz zneutralizowany. Dostał serią, jak wrócił do samochodu.

 – Ketupa stoi i czeka.

 – Wypatrujcie dziewczyny.

 Ale dziewczyna się nie pojawiła. Zadzwonił telefon Tygrysa. Jej numer, wyłączony aż do teraz. Numer, na który dzwonił jakieś siedemset razy przez ostatnie kilka dni, karmiąc się nadzieją. Odebrał.

 – Halo?

 – Gdzie jesteś? – spytała Wiewiórka, zalęknionym głosem. Poznał od razu każdą nutę, barwę, ton.

 – A, stoję sobie w lesie i czekam na ciebie – odparł Tygrys. – Gdzie ty jesteś? Jesteś cała?

 – To wszystko bracia Sowy, to oni mnie trzymali… Jest tam obok ciebie Wilk? – spytała. – Chcą swojej działki z burdelu, nie mogli go znaleźć, i...

 Przerwał jej.

 – Jest, oczywiście, że jest. Mam go tu przy sobie – odwrócił się do pasażera. Wyglądał jak zbity pies.

 – Wypuść go, to pozwolą mi do ciebie wyjść. Wiedzą, że to on ich sprzedał, że wisi im dużą kasę, i...

 – Wypuśćcie go – podjął decyzję, zasłaniając słuchawkę na wszelki wypadek. W sumie, na chuj mi ten dziad? Do niczego już się nie przyda. Na sam koniec, dziś albo jutro się go odstrzeli, pomyślał. Uśmiechnął się na myśl o kolejnym przyczółku jego okolicy. Dobra miejscówka na rozwój. Nie jakieś śmieszne, czteropokojowe burdeliki, tylko nocny klub z wszystkimi bajerami. Po tej akcji dostanie kulkę i się skończy kariera sutenera Wilka. Te jego szpetne lambadziary również się odpierdoli na miejscu. Uśmiechnął się do swoich myśli. Najlepiej od razu wjedzie się buldożerem i zmiecie z powierzchni Ziemi ten jego brudny pierdolnik. Aż dziw, że to tam skierowała swe kroki...

 Wilk wyszedł, masując nadgarstki.

 – Twój kolega już wolny – powiedział do telefonu Tygrys.

 – Mignę latarką i się miniemy po drodze.

 – Słyszałeś, Wilk? Idź w stronę światła! – krzyknął przez okna kierowca. Obaj, on i jego szef, wyszczerzyli zęby.

 Wilk poszedł niezgrabnie w stronę światełka z lasu, potykając się o gałęzie i grudy błota.

 – Jedynka, pusto.

 – Dwójka, pusto.

 – Trójka, pusto.

 – Czwórka? Gdzie jest czwórka? – spytał Tygrys kierowcy.

 – Pewnie ma problemy techniczne – rzucił Trójka.

 – Chuja tam problemy techniczne! Coś się pewnie odpierdala! Dwójka, sprawdź go!

 – Rozkaz.

 

 *

 

 Krokodyl, ty stary bandyto, myślał Wilk, przystając poza zasięgiem wzroku Tygrysa. Nie wiedział nic o planach na emeryturę kolegi – wtedy guzik go to interesowało. Tym razem jednak żałował, że nie pytał, gdy tamten zagajał. Stara ciężarówka, jak można było to przeoczyć…?

 

 *

 

 Dziewczyna minęła Wilka. Jej wzrok wyrażał ból i nieszczęście.

 – Och, panie Wilku! Jestem tak wdzięczna za wszystko, co pan zrobił! Przepraszam, że ja, ja…

 – Nic się nie stało, dziecko. Przecież to nie twoja wina.

 – Ale ja naprawdę…

 Skrzekliwy głos ponaglił ich.

 – Ruszać się! Nie gadać! Wsiadaj i spierdalaj! Wilk! Chodź tu!

 Wilk puścił dziewczynę i odszedł. Wiewiórka szła jeszcze chwilę, patrząc do tyłu, ale jej szef rozpłynął się w ciemności. Mignęła latarenką i samochód Tygrysa włączył światła.

 – Jest! Jest! – emocjonował się Tygrys. W ostatniej chwili powstrzymał się przed wyskoczeniem z wozu. Gdy wsiadła, objął ją mocno i długo nie puszczał.

 

 *

 Ketupa wsiadł do wozu, przekręcił kluczyk i wrzucił bieg. Z jego okna wysunęła się lufa. Tygrys, nie odrywając od niego wzroku nacisnął przycisk i jego samochód-pułapka eksplodował. Wybuch rozjaśnił całą okolicę. Ketupa nie zdążył wyskoczyć, jego samochód eksplodował również i pochłonęły go płomienie.

 Obserwujący tę scenę z niedaleka Tygrys i Wiewiórka patrzyli z podziwem. Każde z nich z innego powodu, ale z podziwem.

 – O, kurwa – powiedział Tygrys – kierowca, zawracaj i spierdalamy stąd. Każ wszystkim ekipom się wycofać. Wracamy do bazy.

 – A co z nimi? – spytała Wiewiórka.

 – Z kim?

 – Z Sowami? – Drżała. – I z panem Wilkiem?

 – Jedna Sowa właśnie zrobiła bum, drugą zastrzeliliśmy tam, za zakrętem. Zaraz sobie podjedziemy i zabierzemy naszą górę szmalu.

 – Hmm… – mruknął kierowca, sięgając za siedzenie po pistolet.

 – Nad czym się zastanawiasz? – spytał Tygrys, nagle niespokojny. – Coś nie tak?

 – Coś za łatwo to wszystko poszło.

 – Co za łatwo?

 – Kto cię trzymał? – spytał kierowca Wiewiórki. – Przecież Sowy były dwie, ktoś musiał im pomagać…

 – Pewnie jakiś leszcz, wynajęty zbir, najemny pedał ze Stawowej albo z uliczki Świętego Franciszka!

 – A Wilk? – dopytywał kierowca.

 – Ty już wiesz, co Wilk. Żywy trup, poza tym cały czas był z nami! Jedziemy. Miej się na baczności – rzucił, a do przerażonej Wiewiórki dodał: – Nic ci nie grozi, ta furka jest kuloodporna w stu procentach. Nawet opony są odporne na przestrzelenie. Żaden byle wieśniak z kałachem nam tu nic nie zrobi.

 – Oby ten ktoś nie miał więcej niż kałacha… – mruknął kierowca.

 – Patrz na drogę i nie kracz. Czterysta koni pod maską, prawie pół centymetra karoserii, a ten się takimi pierdołami martwi…

 Podjechali w miejsce, gdzie stał posiekany kulami czarny mercedes Sowy. Tuż obok oparty o otwarte drzwi półleżał zmasakrowany trup w czerni.

 – To chyba ktoś od nas – powiedział kierowca. – Lepiej wezwijmy posiłki.

 – Ale ty masz pietra, chłopie! Stąd widzę, że to ten pedał, Puchacz. Spójrz, jego kałach leży obok.

 – A walizka?

 – Pewnie nasi wzięli. Jedź.

 W tym mieście nikomu nie przybędzie stówa bez mojej wiedzy, a co dopiero walizka mojej kasy. Zaraz w zębach przyniosą.

 Spojrzał na dziewczynę, otulił ją ramieniem. Biedactwo naprawdę się boi, pomyślał.

 

 *

 

 – Szkoda jej – powiedział Wilk. – Mogłaby spokojnie żyć, wyjechać, znaleźć sobie męża, rodzinę i tak dalej.

 Pliszka stała obok i spoglądała przez lornetkę.

 – Łamiesz się, dziadku?

 Wilk popatrzył na nią.

 – Nie, po prostu… Odkąd ją zobaczyłem pierwszy raz, szkoda mi jej.

 – Powinno ci być szkoda Sowy – wskazała ruchem głowy Puchacza, związanego i zakneblowanego. – Jego czeka dopiero ciekawe życie.

 Zapewne, pomyślał Wilk. Co najmniej trzy lata samych ciekawych, piwnicznych atrakcji, o ile sam się wcześniej nie zabije. Ale pewnie nie dostanie takiej szansy.

 – Sowa dostanie to, na co zasłużył. A ta mała? Co ona komu zrobiła?

 – Wjeżdżają w strefę. Masz pięć sekund na decyzję, czy wolisz do końca życia żyć w strachu, czy…

 Wilk liczył.

 – Teraz – powiedziała Pliszka. Wilk ściskał przedpotopowy, zakurzony detonator, aż pobielały mu kostki.

 – Bum – rzekł, naciskając guzik. – I do widzenia, panie Tygrysie.

 Pliszka ścisnęła spust wyrzutni granatów przeciwpancernych. Opancerzony samochód utonął w chmurze płomieni i dymu. Wilk podniósł z ziemi drugi granat, wsunął do lufy, klepnął Pliszkę w plecy. Ścisnęła spust ponownie, posyłając kolejną dawkę materiału wybuchowego prosto w płonący wrak.

 – Teraz granaty – rzekła. Rzucili, każdy po jednym. Kolejne eksplozje rozerwały ciszę nocy.

 – Nieźle rzucasz, jak na takiego dziada – uśmiechnęła się do niego. Krzywo, strasznie.

 – Trenowałem kiedyś baseball.

 – Aha. Myślisz, że ktoś przeżył?

 – Idź sprawdzić. Ja popilnuję Puchacza.

 – Tylko go nie zabij.

 – Bez obaw, umowa to umowa.

 Patrzył, jak dziewczyna zbliża się do resztek luksusowego samochodu. W środku nie miał prawa przeżyć nawet znany z odporności na wszystko karaczan, gdyby jakimś cudem znalazł się wewnątrz pojazdu. Wrzuciła do środka jeszcze jeden granat i schowała się za drzewem.

 Puchacz usiłował coś powiedzieć, ale Wilk założył mu na twarz kominiarkę i zdzielił go nie za mocno. Ale dość.

 – Morda w kubeł, Puchacz.

 Puchacz nie zamknął się, więc Wilk przyłożył mu raz jeszcze. W splot. No, w końcu się uciszył, pomyślał.

 – Nikt nie przeżył – zameldowała Pliszka, wracając z oględzin. – Bez szans. Środek kompletnie wypalony, drzwi wciąż zamknięte. Trzy trupy wewnątrz. Wrzuciłam przez dziurkę jeszcze jedną szyszkę, na wszelki wypadek. Dużo ci tego złomu zostało po koledze – powiedziała z uśmiechem.

 Ano dużo, pomyślał. Bardzo dużo. Nie szkoda rzucić jeszcze jednym, nawet jeśli już w trupa.

 – Szkoda dziewczyny – powiedział Wilk, trąc w zamyśleniu siwiejącą brodę.

 – Ano, szkoda.

 Sama tego chciała, pomyślał.

 

 

 

 

 

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Okropny
Kategoria: thriller
Opis: Canulas i inni pewnie będą narzekać, że o jeny, jakie długie i trzeba było to podzielić, ale nie tym razem.
Dodano: 2020-03-14 21:51:30
Komentarze.
*Canulas 21 d.
Narzekać "sugerować" mogę osobom nowym, które mogą jeszcze niedokojarzać czytelniczych trendów. Kto jak kto, ale Ty jesteś jednostka silnie samoświadoma i skoro uznałeś, że trza dać całość, pewnie w takiej formie najlepiej się broni.
A co d treści, to nie mogę się wypowiedzieć, bo za długie.


Odpowiedz
~Okropny 21 d.
Canulas cytując naszą wspólną znajomą (dwukrotnie):
"Pff" oraz "phi".

Odpowiedz
~alka666 19 d.
Podoba mi się! Lubię dobrą akcję.
Zaskakujące dla mnie - alfons z wyrzutami sumienia. Ale i tak może się zdarzyć...
Odpowiedz
~Okropny 19 d.
alka666 cieszy mnie to, że Ci się podoba 🙃


Odpowiedz
~alfonsyna 19 d.
Jestem sprytna, czytałam sobie na raty, żeby pokonać tę długość.
Akcja akcją, ale ja sobie cenię spryt skłonności manipulacyjne pana Wilka. Dobry plan to podstawa.
Odpowiedz
~Okropny 19 d.
alfonsyna zawsze w Ciebie wierzyłem i nie dajesz powodów żeby tej tradycji zaniechać. Brawo!

Miło mi, żeś czytnęła (pomimo niewygód)

Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin