Pięćset mil do domu — część XIX


 Link do części XVIII: https://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/pokaz_tekst.php?id_txt=2293

 

 XIV

 Facet był mikry, niski i chudziutki. Na głowie nosił czerwony kapelusz w typie "komin". Niżej powiewającą na wietrze hawajską koszulę w kwiaty, białe spodnie trzy-czwarte i sandały. Nad głową trzymał kolorową parasolkę. Ubiór prawdopodobnie miał mu nadać gustownego szyku przyprawionego szczyptą ekscentryzmu, a być może nawet powiększyć optycznie wzrost. Polipowi kojarzył się z hotelowym bojem pewnej francuskiej komedii, której fragmenty nie wiedzieć czemu pamiętał.

 Typ szedł wolno, prowadząc małą Thelmę przed sobą do zaparkowanej w poprzek drogi ciężarówki, ale to z drugiej strony niemożliwe, bo nie było najmniejszych szans na podjechanie tym molochem bezgłośnie. Musiał być więc jak ona, ze świata czarów. A dokładnie, ze świata imaginacji, jakie tylko potrafi wykrzesać chory mózg. Zwłaszcza jeśli go pyknąć młotkiem i polać sosem z gorącego słońca.

 Polip dodał do tego jeszcze ugodzenie nożem w brzuch i upadek, uznając, że przy takiej kombinacji, nie powinien się dziwić nawet wtedy, gdyby dwugłowy farmer zapinał właśnie w dupę jednorożca. Ciężarówka, pastuch i dziewczynka mieścili się w kategorii – akceptuję.

 Tamci odeszli daleko, do tego zaiwaniali pod słońce i Polip nie miał pewności czy mała szła z tym typem dobrowolnie. Zrobił nawet daszek z przytkniętej do czoła dłoni, by się upewnić, że nie szoruje bucikami po drodze, w dupie mając, jak bardzo to jest wszystko surrealne. Na takie dygresje był czas, zanim się do niej odezwał. Teraz zgrywanie zdrowego na umyśle straciło sens. A przezroczysta czy nie, fajna z niej była dziewuszka.

 Miał już zamiar ruszyć w swoją stronę, kiedy Thelma się do niego odwróciła. Okrągła, mała, prawdopodobnie zapłakana buzia to szczegóły, co do których nie mógł mieć pewności, i pewności nie miał. Potem przypomniał sobie o Mikołajku. O dwulatku, który cicho zawodził, gdy go trzymali za nóżkę nad parapetem i o tym, jak płacz się urwał. Odmalował w głowie obraz kolorowej cieczy, jaka wypływa z głowy, gdy się spłaca rachunki żelazną łyżką do wyważania opon. Niemal usłyszał ten suchy, przeraźliwie bezosobowy trzask. Ten, niedający się z niczym porównać odgłos. Nawet mając: "głowę nie od parady", czy "bańkę od trudnych śledztw", to pod naporem wprowadzonego w zamachowy ruch i odpowiednio ciężkiego przedmiotu, ta głowa pęka. Kędzierzawe, bujnie rosnące loki ani czapka uszatka, nie są w stanie zamortyzować gniewu zrodzonego z wyrzucenia twego synka przez okno siódmego piętra. Pogięta, policyjna szmata czy powoływanie się na majestat prawa nie są czynnikami łagodzącymi, jeśli je zestawić z widokiem zgwałconej żony, najpierw łyżką, a następnie trzonkiem od siekiery.

 Na koniec Alex Polipczuk zwizualizował w pamięci obraz Sergiusza. Tego kundla, na którego wszyscy wołali: Sierżant. Pozwolił sobie ujrzeć zaskoczenie, a w końcu niedowierzanie malujące się na jego przerażonej, milicyjnej twarzy. Tego pięknego i niedającego się wyprzeć z pamięci widoku, gdy Sierżant skumał, że mała łyżeczka do mieszania herbaty idealnie pasuje do wybierania gałek ocznych z oczodołu. Tylko, czy go tak zabił, czy zabić chciał? Nie pamiętał. Wszystko się pojebało.

  Głośno oddychał, ale wrócił do "tutaj" i do "teraz". Oni byli z piętnaście jardów od wozu.

 — To nienorkurwamalne — rzucił do siebie i ruszył. Po kilkunastu krokach, gdy już organizm mu ostatecznie wybił z głowy trucht, zawołał ją po imieniu.

 Facet w tym czasie próbował otworzyć tył wozu, zapewne po to, by mała wsiadła na pakę. Ta się zaczęła wyrywać, co przyśpieszyło Polipowi bicie i tak już zdewastowanego serca.

 — Eeee, typie! — krzyknął. — Poczekaj!

 Gość zaprzestał mocowania się z drzwiami. Z tej odległości pewne było, że do ich otwarcia potrzebuje obu wolnych rąk. Jeszcze pewniejszym zaś to, że jeśli tylko dziewczynkę puści, ta pójdzie w długą, jak przegłodzony rottweiler, zwabiony tłustą łydką listonosza.

 Polipczuk podszedł na odległość kilku jardów i nim coś zdołał powiedzieć, rozśpiewał się srogim kaszlem. Tkwił tak, zgięty i plujący na piach dobrą minutę, ale tamten mu okazał cierpliwość. Nieforemna plama skrzeczących donośnie ptaków przecięła nad nimi niebo. Następnie kilkaset wielokolorowych piórek spłynęło w ich otoczeniu niczym śnieg.

 — Nie jesteś przezroczysty — rzucił, kiedy przestał się dławić. Tamten w tym czasie wodził oczami za ptactwem. Nawet różowe lenonki wydawały się na niego zbyt wielkie. Do tego lichy wzrost i waga dużego psa. Nieopalony, mimo takiego słońca.

 Widząc, że gościu ma go chwilowo w dupie, odezwał się do dziewczynki. Na pytanie: "czy chce z tym typem iść" Thelma szybko pokręciła głową. Polipczuk westchnął. Następnie wyciągnął broń.

 — Dobra. Halo. Gościu. Słyszysz mnie? — Pstryknął palcami, chcąc wybudzić delikwenta z letargu. Ptaki znów przeleciały. Kilka piór opadło mu pod stopami.

 Motocyklista spojrzał na dziewczynkę. Ta, widząc w tym spojrzeniu znak, ruszyła w jego kierunku, naprężając rękę jegomościa. Wtedy chudy gostek się obudził.

 — No, wreszcie. Jesteś już?

 Gość uniósł jeszcze raz głowę, odprowadzając wzrokiem odlatującą chmarę. Następnie poprawił zsuwające mu się z nosa okulary.

 — Tak — odpowiedział. — Już jestem.

 Miał niezwykle ciepło brzmiący głos. Wręcz kojący. Gdyby dać mu niemowlę, nawet najbardziej rozwrzeszczany okaz, z pewnością by je uśpił.

 — Jesteś — powtórzył Polip, wypluwając kolejną kulkę śliny zmieszanej z krwią. Miał do wyboru to lub zgięcie się w pół i zrzyganie. Z rolą, jaką chciał tu odegrać, sprzęgała się pierwsza opcja. — A gdzie byłeś?

 Niski, śmieszny facecik wymodelował buzię w kształt rogala. Następnie sprawdził oburącz, czy kominowe nakrycie głowy jest ciągle na swoim miejscu. Przez sekundę, kiedy unosił ręce, parodiując przy tym gest poddania, Polip przyuważył brzydki zamek ciągnący mu się nad pępkiem. Mała Thelma korzystając z okazji, ruszyła pędem, stając za jego plecami.

 — To tu, to tam — rzucił mikrus, zapinając koszulę. Opuścił przy tym głowę, poświęcając na ową czynność całą uwagę. Można go było uwalić na jeden strzał. Polipczuk jednak cierpliwie zaczekał, aż skończy.

 — No dobra, gościu — wznowił, kiedy tylko tamten ponownie na niego spojrzał. — Nie wiem, czy pochodzisz stąd — dotknął palcem swej skroni — czy z jakiegoś dziwacznego wypiździewa. Fakt jest jednak taki, że to dziecko nie ma chyba melodii z tobą jechać. A jeśli nie ma, nie jedzie. Koniec przekazu. Dziękuję ci za skupienie.

 — Nie skupiałem się.

 — Jezu. Każdy jest krnąbrny w tych czasach. Kiedyś wystarczyło machnąć tym żelastwem i wracał ład. Ciemne czasy nadchodzą.

 Obecność broni nie zrobiła na mężczyźnie wrażenia. Gdy się odezwał, wciąż mówił kojącym głosem.

 — Nie jestem Jezusem. Nie jestem również krnąbrny, a na ład się w tym momencie nie zanosi. Ale w jednym masz rację. Ciemne czasy rzeczywiście nadchodzą.

 Polip westchnął. Podrapał giwerą ucho.

 — Ale o czym my w ogóle rozmawiamy? Wystarczy mi tylko tyle, że nie jesteś, gościu, przezroczysty. Patrząc na ciebie, nie widzę za tobą wozu. W sensie tych fragmentów, co zasłaniasz.

 Mikrus stanął bokiem i nic sobie nie robiąc z wycelowanej w jego stronę broni, zaczął się mocować z drzwiami od naczepy.

 — Nietypowy komplement — rzucił.

 — Komplement, nie komplement. Wyłożę ci to prościej, jeśli chcesz.

 — Dawaj — mruknął tamten, ciągle walcząc z zakleszczonymi drzwiami. Ustawił się tyłem, zapierając obiema stopami o oponę. Zaczął przy tym sapać i pojękiwać. Te, koniec końców, puściły, wydając odgłos kojarzący się ze skrzypnięciem przycmentarnej bramy. Chudzielec chyba tego dokładnie nie oszacował, bo kiedy się otworzyły, przydzwonił półdupkiem w piach. Polip poczuł żenadę i zniesmaczenie dla tej całej kuriozalnej sytuacji. Wiedząc, w co te odczucia mogą zaraz się zmienić, postanowił wrzucić do rozmowy drugi bieg.

 — Dobra, młodzieńcze, garść faktów. Posiedź sobie chwileczkę.

 Tamten wstał.

 — On jest jakiś dziwny — wkroczyła do rozmowy mała zjawa. — Boję się go.

 Polip ją zignorował, zwracając się do mężczyzny.

 — Posłuchaj, gościu — rozpoczął, robiąc w jego kierunku mały krok. Takie coś wyrażało zdecydowanie, kończyło żarty i do tej pory działało. Tymczasem typ się nachylił i kompletnie w dupie mając chromowaną lufę, która mu zawisła tuż nad uchem, zaczął strzepywać piach z kolan. Kiedy skończył, z takim samym pietyzmem, zabrał się za oczyszczanie spodni. — Po pierwsze, jesteś materialny — kontynuował Polip, nie do końca wiedząc, czy w obliczu szaleństwa tego gościa jego wywód ma w ogóle jakiś sens. — A to oznacza, że jeśli nie przestaniesz się wydurniać, za sekundę poznasz prawo pędu, jakie towarzyszy wystrzeleniu kuli z kilku jardów. Może to cię, kurwa, coś nauczy!

 Facet chyba uznał, że wystarczy. Uniósł wzrok.

 — Po pierwsze, poprawnie brzmi: "czegoś". Czegoś nauczy, tłuku. Po drugie…

 — Koniec, kurwa…

 Zrobił kolejny krok, lecz nie strzelił. Tamten nawet nie drgnął.

 — Po drugie — kontynuował — poznam to prawo i co? Co będzie dalej?

 — Ale o czym my w ogóle rozmawiamy? Po co się wozisz? Odkąd ustaliliśmy, że rzucasz cień, twoje cwaniakowanie nie ma sensu. Nie wmówisz mi, że nie obawiasz się bębenka pełnego kul. Wsiadaj do wozu i spieprzaj, póki możesz. Ustosunkuj się do tego i odjedź. Inaczej, przy każdym postoju, na którym zechcesz się napić, będziesz miał ksywę Konewka. Rozumiesz mnie? Pożartowaliśmy, dowiodłeś swojej niepoczytalnej odwagi i wystarczy. Nie przeciągaj struny, bo ja mam już tego słońca mocno dość.

 Trochę "go zdyszał" natłok wyplutych naprędce słów. W gardle znowu zaległa spora kulka, którą bezceremonialnie wypluł pod nogi tego dziwnego człeczka. Nim wsiąkła w gorący piach, uznał, że to było głupie i niepotrzebne.

 — Tak, Polip. Pożartowaliśmy i wystarczy. Jeśli chcesz, by ta mała z tobą poszła, może wypracujemy względem tego kompromis, ale mnie nie strasz, bo odgryzę ci twarz.

 Motocyklista przeszukał w myślach, czy facet ma prawo mówić do niego z imienia. Stwierdził, że nie powinien. Potem jednak uznał, że to pewnie Thelma mu powiedziała, kiedy szli. Uniósł broń do wystrzału, czując, że w tej gonitwie naprawdę już zapieprzają epilogiem.

 — Jeszcze coś? — rzucił zrezygnowany i pełen wszechogarniającej świadomości, że za chwilę kolejna dusza trafi na jego konto. — Chcesz postawić kropkę na końcu zdania?

 — Tak — odparł tamten. — Dwie kule, panie Polipczuk, to nie jest pełen bębenek.

 

 Link do części XX: https://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/pokaz_tekst.php?id_txt=2366

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: inne
Opis:
Dodano: 2020-03-14 22:55:34
Komentarze.
~JamCi 22 d.
Wrzuci żmija jak spać idę. Obniucham z rańca :-)
Odpowiedz
*Canulas 22 d.
Spokojnie. Ić spać.
Odpowiedz
~JamCi 22 d.
jakie tylko potrafi wykrzesać chory mózg - jakie potrafi wykrzesać tylko chory mózg?
milicyjnej twarzy - mi czy po?
No,ciekawie :-)
Hm czemu uny wszystkie czasem mówią tak samo? Znaczy po Canulardziemu? Lubię takie gadki, ale oni mi się wtedy mylą.
Lecę do następnej, bo ciekawam, nie ma czasu na pitu pitu.


Odpowiedz
*Canulas 22 d.
JamCi, Cholerka. Mocny zarzut, ale już dostałem wpierdol kiedyś o to od Adama T. Tera nic z tym nie zrobię, ale faktycznie. Lekcja na przyszłość.
Odpowiedz
~JamCi 22 d.
Canulas żeby nie było: ja to uwielbiam.
Odpowiedz
~alfonsyna 22 d.
Matko Boska, ten Polip to ma teraz wyłącznie jakieś totalnie surrealne przygody, ale interesująco się to obserwuje.
Idę sobie dalej, bo widzę, że jest podwójna dawka.
Odpowiedz
*Canulas 22 d.
alfonsyna yep.
Dzienkson.
Odpowiedz
*Ritha 21 d.
Ajajaj, pamiętam ten fragment wspomnieniowy Polipa. Szarpie.

"Fakt jest jednak taki, że to dziecko nie ma chyba melodii z tobą jechać. A jeśli nie ma, nie jedzie. Koniec przekazu. Dziękuję ci za skupienie.
— Nie skupiałem się"

"za sekundę poznasz prawo pędu, jakie towarzyszy wystrzeleniu kuli z kilku jardów" - to jest cudne

"Odkąd ustaliliśmy, że rzucasz cień, twoje cwaniakowanie nie ma sensu"
"Ustosunkuj się do tego i odjedź. Inaczej, przy każdym postoju, na którym zechcesz się napić, będziesz miał ksywę Konewka" hahahaha

"Uniósł broń do wystrzału, czując, że w tej gonitwie naprawdę już zapieprzają epilogiem" - to bardzo git

Nie widzę babolasków
Odpowiedz
*Canulas 21 d.
Ritha yeeeee, mało mam prunda, ale pcham ten kulawy wózek pod błotnistą górkę jak mogę
Odpowiedz
*Ritha 21 d.
Can, yeeeee
To nie dobrze, że malo prunda
Odpowiedz
~marok 21 d.
mmm, surrealność dobrze podana. Pewnie będę miał spoko sny po tym. Część bardzo w porządku. Propsuję
Odpowiedz
*Canulas 20 d.
marok - dziękuję za wizytex
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin