Cmyk cz. 14


 Link do części 13: https://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/pokaz_tekst.php?id_txt=2417

 

 — Złapała się! Max! Normalnie się złapała! — Karl skakał wokół kupki traw i liści, skrywającej ich jeszcze surowe i wciąż żywe śniadanie.

 — Taa... — Max odkopał się spod cuchnącego koca.

 Każdej nocy przechodził jego smrodem coraz bardziej. Gdy emocje opadły, a logiczne myślenie zaczęło nieśmiało wracać, cofnęli się do chatki Baby Jagi, jak pieszczotliwie pozwolili sobie ją nazwać, po tę właśnie szmatę, a w zasadzie po jakąkolwiek szmatę, która mogłaby okazać się pomocna w walce z chłodem, jaki serwowało zachodzące słońce i bezkres mroźnych gwiazd. Śmierdział więc Babą Jagą, życiem bez wyłożonej kafelkami łazienki, miękkiego papieru toaletowego w słodkie kwiatuszki, i kostki, chociażby szarego, mydła. Czuł własny odór do tego stopnia, że gdyby odnaleziona teraz Cassie rzuciła mu się na szyję i nie zwymiotowała, byłby to znak najczystszej prawdziwej miłości. A przynajmniej tak twierdził Karl i nawet chciał się zakładać, że dziewczyna puści pawia na bank. Próbowali żartować, zająć czymś myśli na siłę. Czymś lżejszym, odciągającym uwagę od głównego problemu, gdyż nie ma nic bardziej zgubnego i osłabiającego, niż ukierunkowanie stu procent myśli w stronę głównego zmartwienia. Każdy problem da się rozwiązać, czasem trzeba tylko czasu lub sposobu. Póki co Max miał sposób na polowanie. Puszka po fasoli, którą nosił nie bez przyczyny, w odpowiedniej aranżacji okazała się całkiem niezłą pułapką. Skuteczność prowizorki bywa równie zdumiewająca, co jej trwałość. Wystarczyło wykopać dziurę w ziemi, wsadzić puszkę, wycięte wcześniej wieczko podeprzeć na umieszczonym wewnątrz patyku i voila. Całość lekko przysypana ziemią, zamaskowana liśćmi i trawą, wyglądała jak najnormalniejszy, zupełnie niegroźny dla małych futrzaków fragment ściółki. Świeża zielenina nadawała się na przynętę dla myszy, które pac!, wpadały do środka, gdzie uwięzione czekały na kostium szaszłyka. Ich małe łapki nijak nie mogły wspiąć się po gładkiej powierzchni puszki. Wystarczyło je dobić, upiec i zjeść. W ciągu dwóch nocy złapała się co prawda tylko jedna, ale Karl i tak był pełen podziwu. Max z kolei czuł niedosyt. Czuł go zawsze, gdy coś mu wyszło, jakby zawsze chciał być krok do przodu. Jakby sam więził się w pułapce z puszki własnego umysłu, podjudzającego do ciągłej rywalizacji z samym sobą. Gdyby bowiem miał większą puszkę i surowe mięso, które zachęcało ryjówki i łasice, mógłby zapolować na te ciut większe gryzonie. Większy gryzoń to więcej mięsa. Więcej niż mała myszka na dwóch dorosłych, głodnych mężczyzn.

 

 Las krążył wokół nich przez kolejne trzy łaskawe dni. Im dalej w głąb, tym obdarowywał hojniej. Grzyby, jagody i mnóstwo robactwa, pieczonego przy wieczornych ogniskach. Nawet ślimaki — wykwintnie i po francusku. Pogoda również rozpieszczała przychylnymi, jak na tę porę roku, temperaturami. Zgodnie z prowizorycznymi kalkulacjami i dużym marginesem błędu byli mniej więcej w połowie drogi. Główny problem stanowiła woda, którą skrajnie oszczędzali. Max uwierzył, że dadzą radę — tydzień za nimi, tydzień przed nimi. Już widział urwane, umorusane błotem M w napisie C.M.Y.K. Już czuł znajomy zapach, jakby detergentu, mokrej sierści i siarki jednocześnie. Już w zasadzie tam był.

 Tyle że jedynie w myślach.

 Karl natomiast przedstawiał skrajnie opozycyjne stanowisko. Uważał, że skoro ostatnie trzy dni wiatry im sprzyjały, a los nie rzucał milowych kłód pod nogi, to znaczy, że już są martwi. Zły znak, zwiastun najgorszego, cisza przed burzą. I że teraz na pewno stanie się coś strasznego.

 — Śniła mi się dzisiaj znowu.

 — Cassie?

 — Nie. Matka.

 — Zawsze jak ci się śni matka, to dzieje się coś złego! — Karl uznał powyższe za potwierdzenie swoich obaw; klauzulę wykonalności wyimaginowanego wyroku. Pewność. — Wiedziałem... Wiedziałem! Za dobrze szło! Nikt nas nie chciał zeżreć ani porąbać. Ani psy, ani ludzie, ani... nikt. Ostatnio śniła ci się zeszłej zimy, dwa dni później zakopaliśmy się w śniegu do połowy wozu i trzeba było dwie mile iść po farmera, żeby nas wydarł ciągnikiem. Pamiętasz?

 — Ja szedłem — podkreślił Max. — Pamiętam.

 — No ty szedłeś. Ty, ty. Ale widzisz, zawsze jak ci się śni matka, są problemy.

 — Ona mi się śni codziennie, Karl. Od tygodnia każdej nocy. I zawsze w taki sam sposób.

 — W jaki... sposób?

 — Mówi, żebym za nią nie szedł.

 — Za matką?

 — Za Cassie!

 — Aha. To może nie idźmy! Mówiłem od początku, że to głupi, nieodpowiedzialny, z góry skazany na porażkę pomysł! Mówiłem? Mówiłem! Matki miewają intuicję!

 — Taa, zwłaszcza martwe matki. Ona mówi w tym śnie, żebym za nią nie szedł, bo... ech.

 — Bo co?

 — Bo im jestem dalej, to Cassie...

 — To co Cassie? — cisnął zaciekawiony Karl.

 — To jest bezpieczniejsza.

 

 Popołudnie ósmego dnia podróży, licząc od wypadku dodge'a, sprezentowało im powiew cywilizacji w postaci drogi. Być może była to ta sama szosa, którą jechali, a teraz przedzierając się przez las, przy jednoczesnym omijaniu zakrętów i serpentyn, dotarli do niej znów. Istniała też obawa, że była to zupełnie inna droga. Marzenie o mapie pozostało niespełnione, więc Max stracił orientację. Nowe możliwości polegały na tym, że mógł o tę właściwą zapytać towarzystwo w postaci grupki pikietujących osób. Maszerowali zawzięcie przed siebie, wykrzykując standardowe hasła oscylujące wokół szczytu hierarchii wartości, typu wolność, niezależność, tradycja i tym podobne. Mężczyźni stali jak wryci, nie mogąc uwierzyć, że widzą ludzi. Normalnych, lekko naćpanych, tudzież pijanych, ale jednak ludzi. W kolorowych, postrzępionych łachach, z oczami przepełnionymi buntem; w postawie sugerującej niedostrzeganie świata wokół. Kilkanaście osób, być może dwadzieścia parę.

 — Zagadamy? — zasugerował oniemiały Karl.

 — Zagaduj. — Max rzucił mu wyzywające spojrzenie.

 Ludzie szli dalej, nie zwracając na nich najmniejszej uwagi.

 — Eee, przepraszam bardzo... — spróbował niepewnie.

 Nikt nawet nie spojrzał.

 — Ludzie?! Halo!

 Mieli plecaki. Wodę zapewne też.

 — Przepraszam panią... Halo! Słyszy mnie pani?!

 Jedna z kobiet zwróciła twarz w jego stronę, krzycząc, że nie pozwolą na bezczeszczenie konstytucyjnych praw jednostki.

 — Eee... — Wiedział, że nie jest przekonujący, a siła przebicia to jedna z cech, z którymi rozmijał się od dziecka.

 Max przyglądał się milcząco. Kobieta skandująca, że nie straszna im ani tułaczka, ani śmierć, dołączyła do wielobarwnej watahy, ślepo sunąc naprzód.

 Karl próbował nadal, ludzie szli przed siebie, Max zobaczył rower. Prowadził go chłopak kończący pochód. Nie miał kolorowych ubrań i zdawał się nie pasować do pozostałych, jakby dołączył gdzieś po drodze. Mężczyzna złapał go za rękę, prezentując siekierę i minę sugerującą, że sprzeciw nie jest mile widziany.

 — Oni uciekli i idą na południe — wyrzucił z siebie właściciel roweru. — Wyobrażacie sobie? Normalnie zwiali! Chodźcie z nami, tam skąd idą, nie ma czego szukać — przekonywał, a w jego oczach błyszczała wiara w powyższe słowa i coś jeszcze. Pod warstwą chwilowego entuzjazmu krył się stłumiony strach.

 — Rower twój mi potrzebny, nie filozofia. — Max pewnie złapał za ramę.

 — Potrzebny ci zdrowy rozsądek. Nie tędy droga! — Chłopak wskazał w kierunku, z którego przyszli. — Tam nic nie ma. Nic dla ludzi!

 — Jak daleko jest to „nic”?

 — Co?

 — Miasto. Jak daleko?

 — A ja wiem. Dwieście mil około.

 — Dwieście mil? — powtórzył z niedowierzaniem Max. — Tylko dwieście mil... I rower.

 — Zaraz, zaraz. Rower jest mój i nie zamierzam go oddać, choćby...

 — Choćby co?! — Max wbił się w słowo. — Czymkolwiek zastąpisz słowo „choćby”, jestem w stanie to zrobić przy użyciu koleżanki — kolejny raz zaprezentował ostrze — i nie, negocjacje nie wchodzą w grę.

 — Nie zabijesz mnie przy tych wszystkich ludziach! — wrzasnął tamten.

 — Tych ludziach? — Max wskazał oddalającą się grupkę, nie odwracającą się i nie zaciekawioną, co dzieje się za ich plecami, czy gdziekolwiek indziej. Interesowało ich jedynie krzykliwe wygłaszanie żądań i parcie przed siebie. — Tych naćpanych ludziach, którzy po pierwsze, jak widać, mają cię w dupie. Po drugie wierzą w puste ideały, nie przekładając ich na realną ocenę sytuacji, strategie działania czy cokolwiek, dzięki czemu przeżyją kolejne dwa tygodnie. I po trzecie nim znajdą coś lepszego, niż mogli zdobyć w mieście, prowiant skończy się trzy razy, a jak zaliczą zjazd i napad głodu po gównie, które huczy im w żyłach i głowach, pozżerają się nawzajem. Tak. Odpowiedź brzmi tak. Przy tych ludziach! — wrzasnął.

 

 Mieli rower i dwieście mil drogi.

 Dziewięć mil na godzinę.

 Doba do Cmyka.

 

 Link do części 15: http://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/pokaz_tekst.php?id_txt=2584

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Ritha
Kategoria: fantastyka
Opis:
Dodano: 2020-03-21 23:17:37
Komentarze.
~alfonsyna 13 d.
"Las krążył wokół nich przez kolejne trzy łaskawe dni." - a to fajna konstrukcja, nieoczywista, ale sprytna
"żebym za nią nie szedł, bo... eh" - tu chyba to "eh" wedle polskiej pisowni powinno być "ech" przez "ch";
"być może dwadzieścia pare" - parę;
Cała ta końcówka z wywodem Maxa i ostateczną konkluzją: "Mieli rower i dwieście mil drogi." - zajefajnie skonstruowana i tworzy świetne podsumowanie tej części. Oby tylko się im rower teraz nie zepsuł...
Odpowiedz
*Ritha 13 d.
Dziękuję pięknie, cieszę się Babolki nareperowane, oko czujne jak zawsze, bene. Pozdrówki!
Odpowiedz
~marok 10 d.
No i jestem. Super się czytało, coraz lepiej
Odpowiedz
*Ritha 9 d.
marok i tutaj również się kłaniam
Odpowiedz
*Canulas 5 d.
Helloł

"wieża zielenina nadawała się na przynętę dla myszy, które pac!, wpadały do środka, gdzie uwięzione czekały na kostium szaszłyka. Ich małe łapki nijak nie mogły wspiąć się po gładkiej powierzchni puszki." - ładnie ujęte. Nie pamiętałem.

"— Zawsze jak ci się śni matka, to dzieje się coś złego! — Karl uznał powyższe za potwierdzenie swoich obaw; klauzulę wykonalności wyimaginowanego wyroku. Pewność." - i to fajne.


Trochę dziwna ta akcja z tą pikietującą grupką. Taka... surrealna. Dziwna i nieco upiornie śmieszna.

Kurde. Nie pamiętam, że zdobyli rower.
Odpowiedz
*Ritha 4 d.
Heh, może i dziwna Przyjrzę się jej, rower był kluczowy! Dziękuję, kłaniam się
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin