TW #5 Ostatnie lato #2


 Postać: Ostatni Rok (Rok jako żywy byt)

 Zdarzenie: Za ciasne buty

 Efekt: Zaakcentować mocno porę roku, ale z anomalną przeciwstawnością: czyli: bezwietrzna jesień, zimne lato, ciepła zima, sucha wiosna.

 

 Poprzednio: http://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/pokaz_tekst.php?id_txt=2440

 

 ***

 

 Kręta droga wiła się wężową serpentyną pomiędzy drzewami. Z każdym kolejnym krokiem ku wzgórzu wszystko wokół owijało się ciszą niby żałobnym całunem. Świat wstrzymywał oddech, jednak wędrowiec próbował nie zwracać na to uwagi. Mimowolnie skupiał się na nowiutkich butach, które zupełnie niespodziewanie okazały się za ciasne. Obcierały go coraz mocniej, przyjmował to jednak z ulgą – jako dobrowolną pokutę za grzech, którego wagi jeszcze nie pojmował.

 W zamyśleniu nieomal nadepnął na sunącego w jego kierunku złotoskórego węża. Zdumiony przystanął na chwilę, a zza zakrętu zaczęły wyłaniać się kolejne gady w coraz bardziej zaskakujących ilościach. W pierwszym odruchu chciał zawrócić, niespodzianie zatrwożony i niepewny. Wciąż jednak pamiętał, po co wyruszył w tę drogę i, wziąwszy uprzednio uspokajający oddech, próbował ostrożnie poruszać się w gęstniejącym wężowym strumieniu. Zwierzęta nie wydawały się groźne, sprawiały nawet wrażenie, jakby w ogóle nie obchodziła ich jego obecność. Zachęcony minął wreszcie zakręt, a zaraz potem ujrzał miejsce, z którego wypełzały mu naprzeciw węże. Pod zielonolistną leszczyną nadal kłębiła się cała ich chmara, lecz to nie ona wzbudziła w nim największe zdumienie.

 Znad mnóstwa swoich małych pobratymców spoglądał ku niemu olbrzymi gad o głowie zbrojnej w coś na podobieństwo złotej korony i hipnotyzującym spojrzeniu jasnozielonych oczu. Całe jego ogromne cielsko mieniło się w słońcu niespotykaną feerią barw. Długi, rozdwojony język wysunął się w stronę wędrowca, sprawiając, że ten automatycznie zastygł w pełnym niepewności bezruchu.

  – Czego tu szukasz? – Głos zaszeleścił niczym poruszone lekkim podmuchem liście. Brzmiał, jakby pochodził z ust samego wiatru, igrającego gdzieś ponad zmierzwionymi koronami drzew.

 – Kim jesteś? – Uniósł głowę, nieśmiało się rozglądając w poszukiwaniu swego domniemanego rozmówcy. Wciąż bowiem nie do końca pozwalał sobie uwierzyć, że oto chwilę temu ogromny wąż zadał mu pytanie.

 – Jam jest królem – zapewniła go istota szeleszczącym szeptem. – A tyś kto?

 Ciężko przełknął ślinę, nim odważył się spojrzeć na powrót w gadzie ślepia i odpowiedzieć:

 – Tylko zbłąkany wędrowiec, który szuka drogi na wzgórze.

 Pomiędzy drzewami zadudnił śmiech. Niski, gardłowy, niepokojący.

 – Zbłąkani wędrowcy nie chadzają na wzgórze – padło oczywiste stwierdzenie. – Zawróć póki możesz, zanim wiatr namiesza ci w głowie, a chmury zasłonią cieniem właściwą ścieżkę. Wróć, zanim zapomnisz, skąd przyszedłeś.

 – Nie mogę – odparł bez zastanowienia. – Nie wszedłem na tę drogę, by z niej zawracać.

 – Pragniesz bogactwa? Mogę podarować ci cenne kamienie z mojej korony, jeśli tylko pomożesz mi wyplątać się spomiędzy korzeni. Co na to powiesz?

 – Nie chcę bogactwa. – Stanowcze stwierdzenie nie pozostawiło miejsca wątpliwościom. – Jeśli pomogę, powiesz mi, którędy najprędzej dotrę na wzgórze.

 – Wzgórze! – Coś na kształt prychnięcia. – Niech więc tak będzie.

 Obaj spełnili warunki umowy. Chłopak drżącymi rękoma pomagał wężowemu królowi w wyswobodzeniu ogona z plątaniny korzeni. W zamian otrzymał pomocną radę i obietnicę, że nie musi obawiać się mniejszych gadów, które rozpełzły się w trawie. W dalszą podróż ruszył z nieco lżejszym sercem. Tylko buty nadal cisnęły niemiłosiernie, a letnie słońce coraz bardziej dawało mu się we znaki. Jak się miało niedługo okazać – do czasu.

 Przedarłszy się przez las i pokonawszy krętą drogę, kierując się słowami króla węży wędrowiec przeciął polanę, która miała być prostym skrótem ku wzgórzu. W istocie tak było, jednak pusta przestrzeń okazała się doskonałym polem do popisu dla rozszalałego, nienormalnie wręcz zimnego jak na letnią porę roku wichru, który bezlitośnie atakował młodzieńca na każdym kroku, jakby próbował zepchnąć go z obranej ścieżki. Chłopak musiał zaprzęgnąć do pomocy wszystkie swoje siły, by mimo przeciwności brnąć dalej. Dotarłszy do wzgórza był już tak zmęczony, że niechętnie postanowił przysiąść na chwilę na trawie i posilić się chlebem i wodą. Mógł przy tej okazji zdjąć niewygodne buty, by policzyć pęcherze, którymi zdążyły już naznaczyć mu stopy. Liczył na chwilę spokoju w samotności, dość szybko jednak odkrył, że nie będzie to możliwe.

 Nie potrafiłby powiedzieć, skąd nagle zjawiły się przed nim te dwie niepozorne, wychudłe postacie. Dość rzec, że w pierwszej chwili uznał je za przywidzenie. Gdy po kilkunastu nieco nerwowych mrugnięciach i próbach odwracania wzroku one nadal nie znikały, stwierdził wreszcie, że być może powinien spróbować jakiejś rozmowy.

 – Co tu robicie? – Proste pytanie wydawało się dobrym początkiem, jednak brak odpowiedzi wcale go nie zdziwił. – Skąd się tu wzięłyście? – próbował dalej, a one mocniej ścisnęły się za ręce i posłały mu spojrzenia ogromnych oczu, wzbudzając nieprzyjemny dreszcz.

 – Nie pamiętasz nas? – odezwała się niespodziewanie jedna z nich, nieco wyższa i szczuplejsza od tej drugiej. Głos miała nieprzyjemnie piskliwy, ale zupełnie nic nie wydało mu się w niej znajome.

 – A powinienem? – zaryzykował, wciąż starając się jakoś umieścić te dwie małe, szczupłe, bladolice dziewczynki na mapie swojego życia. Zupełnie nie przypominały wiejskich dzieci, które w dolinie radośnie biegały od obejścia do obejścia.

 – Mieszkałyśmy z tobą przez ponad rok. – Głos drugiej dziewczynki był tylko niewiele przyjemniejszy, ale wywołał jeszcze gwałtowniejszy dreszcz.

 – Wiemy o tobie wszystko. – Wyższe dziewczę uśmiechnęło się upiornie, ukazując rząd lśniących zębów. – Chyba nie próbujesz kolejnej ucieczki? Poprzednia nie skończyła się dla was najlepiej, choć ja i moja siostra świetnie czułyśmy się w waszym domu. Wielka szkoda, że kazano nam go opuścić.

 Chłopak poderwał się na równe nogi. Dziewczynki, jakby nieco zdziwione jego nagłym poruszeniem, poczyniły kilka niespiesznych kroków w jego stronę.

 – Bardzo za wami tęsknimy – stwierdziła niższa z dziewcząt, odziana w błękitną sukienkę i równie błękitne wstążki zawiązane na dwóch ciemnobrązowych warkoczach. – Możemy wrócić?

 – O czym wy mówicie? – Jego jeden krok wstecz prowokował dwa kroki wprzód tych małych chudzielców. – Nie znam was.

 – Naprawdę nigdy nie poznałeś Biedy? – Wyższa z dziewcząt skrzywiła usta w karykaturze rozczarowania. Jedną ręką bawiła się kosmykiem długich włosów, przytrzymywanych nad czołem czerwoną opaską, nawijając go na kościsty palec. Sukienkę też miała czerwoną, ale dziwnie wypłowiałą i postrzępioną. – Ani Nędzy? – dodała po chwili, zerkając na siostrę. – Dlaczegóż więc tylekroć przeklinałeś nas przez ostatni rok? Było nam przykro, gdy to słyszałyśmy.

 – Kimkolwiek jesteście – pochylił się, by podnieść te cholerne buciory i resztę swego skromnego dobytku – nie mam już czasu ani ochoty z wami rozmawiać.

 – Tak szybko chcesz nas opuścić? – Obie szczupłe twarzyczki posmutniały, ale chłopak od początku nie wierzył w szczerość ich intencji. – Nie obawiaj się nas. – Bieda najwyraźniej czytała mu w myślach. A może to było po prostu takie oczywiste? – Jesteśmy głodne i zupełnie bezbronne. Pomóż nam, a będziesz mógł spokojnie udać się w dalszą drogę, dokądkolwiek podążasz tym razem.

 W jego uszach zabrzmiało to jak groźba. Bardzo delikatnie podana, ale jednak groźba. Przeniósł wzrok na milczącą od jakiegoś czasu Nędzę i natychmiast przepadł w jej ogromnych, załzawionych oczach.

 – Jeśli dam wam chleba – wyszedł z niespodziewaną propozycją – obiecacie, że pójdziecie swoją drogą i nigdy więcej nie będziecie niepokoić mnie ani mojej rodziny?

 – Możemy obiecać, co tylko chcesz. – Bieda znów wyszczerzyła zęby, a jemu przez moment wydało się, że są zaostrzone jak u dzikiej bestii. – Będziemy grzeczne.

 Wędrowiec przezornie wzuł buty, choć nie było to zbyt przyjemne doświadczenie, zanim wyciągnął ku dziewczynkom całkiem sporą pajdę chleba. Ręka lekko mu drżała, choć starał się to opanować. Bieda ruszyła pierwsza, ciągnąc za sobą nieco niechętną Nędzę. Obie prędko znalazły się tuż przy chłopaku, który potrzebował całej siły woli, by się nie cofnąć. Z bliska obie dziewczynki wyglądały bowiem znacznie mniej korzystnie – ziemista cera i tłuste włosy nie dodawały im uroku, a sukienki wyglądały, jakby miały się zaraz rozsypać w pył. Do tego bose, prawie czarne stopy i brud za paznokciami. O zapachu lepiej w ogóle nie wspominać.

 – Bierzecie czy nie? – ponaglił. Może nie powinien był tego robić, ale miał już dość całej tej sytuacji i chciał jak najszybciej ją zakończyć. Zaraz potem stało się coś, czego zupełnie się nie spodziewał.

 Bieda jednym błyskawicznym ruchem złapała go za nadgarstek i nagle zorientował się, że jej ostre zęby tkwią już głęboko w jego przedramieniu. Zaskoczenie sprawiło, że nawet nie krzyknął z bólu, bezmyślnie patrzył tylko na kapiącą coraz obficiej krew. Ocknął się dopiero w chwili, gdy ta pozornie niewinna i niepozorna Nędza wgryzła mu się bez ostrzeżenia w łydkę. Tego już było za wiele.

 Zaczęło się tym, że przyłożył Biedzie tobołkiem w głowę, co nie dało jednak zbyt widowiskowych efektów. Poprawił zatem pięścią, a jej siostrę spróbował kopnąć wolną nogą. Przez dłuższą chwilę po prostu się szamotali, co dla postronnego obserwatora mogłoby wyglądać groteskowo. Niespodziewanie to Bieda z Nędzą odpuściły, uwalniając chłopaka ze swych żelaznych uścisków.

 – Powinieneś był zginąć podczas tamtej ucieczki – syknęła Bieda, obnażając skąpane w czerwieni zębiska, po czym z obrzydzeniem splunęła mu krwawą śliną pod nogi. – Smakujesz jak trup, a my nie jadamy trupów.

 Tym razem splunęły obie, a on nie miał ochoty pytać, o czym właściwie mówiła upiorna dziewczynka. Bez słowa rzucił się do nieporadnej ucieczki, kuśtykając i brocząc krwią przy każdym kroku. Nie oglądał się za siebie, nie chciał wiedzieć, co stało się z Biedą i Nędzą. Targały nim sprzeczne uczucia i nie był w stanie nijak uporządkować sobie w głowie tego, co się wydarzyło. A czekała go jeszcze długa i mozolna wspinaczka na wzgórze.

 

 Dalszy ciąg: https://t3kstura.eu/index/Profiles/teksty/pokaz_tekst.php?id_txt=2463

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~alfonsyna
Kategoria: trening-wyobrazni
Opis: Jednak muszę podzielić na 3 części, więc, cóż, trzecią dodam po północy, jak się zresetuje limit, mam nadzieję, że zostanie mi wybaczone. ;)
Dodano: 2020-03-22 21:26:39
Komentarze.
~DarkStone 10 d.
Kurczę, zawsze, kiedy czytam teksty po kolei, kiedy jakiś spodoba mi się szczególnie, mam całkowicie irracjonalną nadzieję,że nie pojawi się już lepszy,zanim przeczytam wszystkie. Tak, wiem, to w pewnym sensie dość głupie, ale liczę na to, że po prostu nie będę miała dylematu przy głosowaniu,a zawsze mam. No i rozwaliłaś znowu mój system oczekiwań w tej kwestii.
Boże, to walenie tobołkiem w łeb Biedy - nie w sensie, że najlepsze zdanie, bo masz ich wiele i akurat nie to, ale w sensie istoty podania ciekawej fantastyki z takim czystym racjonalizmem w tle. Boskie 😍
Odpowiedz
~alfonsyna 10 d.
DarkStone, znam ja tego typu nadzieje, bo zwykle mam tak samo - cieszę się, jak znajdę sobie faworyta i już układam w głowie ranking, a potem wpadają kolejne teksty i znowu się robi mętlik.
Tak, biednej Biedzie się oberwało, w sumie akcja z tobołkiem to jedna z tych rzeczy, których się nie planuje, a same tak wychodzą...
Ogromne dzięki, cieszę się, że Ci się spodobało, bo trochę mnie wymęczył ten tekst jednak.
Odpowiedz
~DarkStone 10 d.
alfonsyna,
obiecuję sobie więcej już nie mieć nadziei tego rodzaju przy kolejnych edycjach i do końca tekstow zamieszczonych w tej edycji moja nadzieja już zgasła 😆
Odpowiedz
~alfonsyna 10 d.
DarkStone mi jeszcze kilka do przeczytania zostało, a nadzieja marnieje z każdym kolejnym...
Odpowiedz
~DarkStone 10 d.
Ha ha ha - dobrze Ci tak, za to,co mi zrobiłaś 😉😉😉
Odpowiedz
~alfonsyna 10 d.
DarkStone, po prostu za dobrze ludziska piszą, nie wiem, jakieś przesilenie wiosenne czy co...
Odpowiedz
~DarkStone 10 d.
alfonsyna, nie wiem, ale z edycji na edycję jest coraz lepiej i kiedy siadam do czytania, to coraz częściej szczękę zbieram z blatu
Odpowiedz
Witamy kolejną część tekstu!
Odpowiedz
~alfonsyna 10 d.
TreningWyobrazni witam
Odpowiedz
*Canulas 9 d.
Noo, lubię, lubię. Dobrze rozrysowane w opisie. Nie trzeba gimnastyki, by wszystko widzieć we łbie. Fajne te dwie małe wampirko-biedo-nędzowe. Kiedyś czytałem w jakiejśc antologii, jak podwoził typ autostopowiczkę -wampirkę. Się mi skojarzyło. Lecę dalej.

Na samym początku wygląda, jakbyś do końca nie była pewna, bo dużo masz takich: jakby, jakiś. Słów niedookreślających.
Odpowiedz
~alfonsyna 9 d.
Canulas, dziękować za wpadnięcie, obadam sobie jeszcze pod kątem tych "jakbych" i "jakisiów" i ogarnę temat.
Dziękuję raz jeszcze.
Odpowiedz
*Canulas 9 d.
alfonsyna nooo, tak na początku ich kilka było, ale nic, żeby piachem w ślip.
Odpowiedz
~alfonsyna 9 d.
Canulas i tak muszę to jeszcze całe obrzucić świeżym okiem, bo niektóre fragmenty to poprawiałam wczoraj w nocy w stanie półsennym, więc różne kwiatki mogą być...
Odpowiedz
*Ritha 9 d.
Świetne! Dobrą robotę zrobiły "dziewczynki". Lecę do trójki.
Odpowiedz
~alfonsyna 9 d.
Ritha dziękuję i tu, no "dziewczynki" zadanie spełniły.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin