Comingoutica (cz.X. - OSTATNIA)


 XIX. KRAINA JEŃCÓW

 

 Plaża, na którą zostaję wyrzucony, jest cholernie kamienista. W zasadzie to jedno wielkie gruzowisko, rumowisko jakby powstałe po zawaleniu się (celowym, podczas prac rozbiórkowych, kontrolowanym?) przeogromniastego wieżowca, jebutnej chłodni kominowej, czy czegoś równie rozwalinotwórczego.

 Wypluty, by nie rzec dosadniej — wyrzygany przez nurt, potraktowany jak niesmaczny żelek, gorzki miś Haribo, którego nie da się przełknąć, taki jest paskudny; wyrzucony na brzeg przeklętej hamady, kamienistej pustyni bez początku i bez końca, zwrócony, zdefekowany, ląduję, najgwałtowniej jak się da, na skałach.

 Odbijam się od nich, obtłukuję, turbuję, kaleczę, ostre głaziska obdzierają mnie ze skóry. I z mięsa.

 Choć jestem plastyczny i sprężysty, galaretowaty, o konsystencji meduzy — łamię się, nogi pękają w kostkach, ręce — w nadgarstkach i ramionach. Widzę prześwitujące kości, trupią infra-biel.

 Głowa chyba też pęka, na razie nie jestem w stanie stwierdzić, mam — oby chwilowy — zanik czucia.

 Aua, aua, leżę, konam na skałach — rymuję kompletnie idiotycznie. Pojęczałoby mi się dość głośno i przeciągle, rozpaczliwie, pozgrywało storturowanego kocura, ale pech chciał, że upadając, na wylot przegryzłem język, zrobiłem potężne KŁAP! — i do tej pory nie mogę otworzyć ust, by wyciągnąć wbite i ciągle tkwiące w nieszczęsnym ozorze zęby.

 Jedna wielka dolegliwość somatyczna. Pozalogiczna. Parapsycholo-deliryczna.

 Ciemny, porowaty głazulec, słony i pokryty glonami-nie glonami, lepką i zielonkawą flegmą. Przylegam do niego — tfu! — ustami. W nozdra wsmarkuje mi się morski, przeobleśny glut.

 Nad głową, pod surowym, papierowym niebem, kartką nie zapisaną jakimikolwiek danymi, niebem — tabula rasą bez chmur, Słońca, czy innych gwiazd, pod niebiosami banalniejszymi, niż ulotka z Lidla, lista zakupów, albo samoprzylepny karteluch na którym ktoś, kolistymi ruchami, tworząc gryzmoły wygladające jak maleńkie tornada, rozpisywał długopis, krążą blaszane mewy. Krzyczą na mnie, intruza, zdzierają głośniki wbudowane w sztuczne gardła, ostrym, cierpkim, pełnym kolców wrzaskiem każą się wynosić, bo to ich plaża, ich kamieniołom.

 Sklinam je w myślach po chachłacku, ukraińsku, po polsku i angielsku, we wszystkich znanych mi językach i dialektach.

 Zamknijcie, z łaski swojej, mordy! Pójdę stąd, jak tylko będę w stanie się ruszyć, zrobić choć krok…

 — Wstawaj, Rafał. Nic ci nie jest, wmawiasz sobie urazy i choroby, jak zawsze. Pieścisz sie ze sobą — słyszę dobrze znany głos. Probuję dopasować go do właściwej osoby. Natalia? Anka?

 — Taaaa, jeszcze kto! — drwi Femme. Oczywiście blefuje, nie czyta mi w myślach. Wyrzuciła mnie poza ustrój, nie jestem z nią związany, złączony w jakikolwiek sposób.

 Czuję odrębność, cielesną, duchową, indywidualność. Indywidualizm. Po raz pierwszy od dłuższego czasu nie jestem niczyim pasożytem, ani ofiarą, nie robię za Jonasza pożartego przez wielką rybę, nie kisnę w niczyim bebechu czekając, aż łaskawie zostanę strawiony.

 — Fierdol, fierdol… — usiłuję się odszczeknąć. Wraca mi mowa.

 — Nie fiesz, co myślę.

 Jestem dziwnie spokojny, choć znowu, który to już raz w ostatnim czasie, znajduję się w sytuacji, której nie sposób zrozumieć. W miejscu bez przymiotów, bez cech, koloru, kształtu, na plaży in the middle of nowhere. Dosłownie.

 Mam dziwną pewność, że trafiłem w sam środek bezbrzeżnej pustki, do miejsca hipotetycznego, konstrukcji myślowej, struktury równie nierealnej, co prosta, o której uczyłem się na lekcjach matematyki. Linia nieokreślonej grubości, nie mająca początku, ani końca, koloru chyba też nie, biegnie sobie wesolutko przez nieskończoność, przez płaszczyznę. I dobrze jej z tym, biegnie sobie, biegnie — i na tym koniec bajeczki.

 „Moja” plaża podobnie — zaczęła się gdzieś i kiedyś, w czasach tak dawnych, ze nie pamiętają ich najstarsi bogowie, na długo przed Wielkim Wybuchem — i leeeeci, ciąąąągnie się, ile ma sił. Pędzi przez bezczas, bezkres, traci swój początek, osiąga tak wielką prędkość, że staje się… wieczna, wykracza poza czas i materię.

 Plaża i morze — wartości niemierzalne, nie do określenia za pomocą klepsydry, zegara (w tym — słonecznego), miarki krawieckiej, fajtaka, cyrkla, kątomierza, stopera, czy termometru. Wielkości bez skali (bo i jak zmierzyć, do czego porównać nieistnienie; czy można wprowadzić jego jednostkę? Na przykład ja, Rafał, wypowiadający w myślach te słowa, człowiek — kiedyś tam — realny, istniejący, obecnie — chyba zabity, albo bliski śmierci, jestem o pół punkta procentowego lepszy, mniej nieistniejący od bohatera powieści, dajmy na to Phileasa Fogga, który co prawda „żyje”, istnieje w świadomości wielu osób, lecz przecież nigdy nie istniał, nie chodził po świecie nigdy? Kto jest w stanie ocenić, o ile bardziej ja, nietowarzyski i mówiąc brzydko, z rozbrajającą szczerością — wsiok, który nie stworzył w życiu niczego godnego uwagi, ani nie zapisał się w pamięci jakiejś znaczącej zbiorowości — byłem istniejący, od słynnej postaci fikcyjnej?).

 Dźwigam się do pionu. Z niemal rozbawieniem stwierdzam, że jestem prawie całkiem zdrowy, konstatuję, że rany zagoiły się jak na psie, w ciągu paru chwil zniknęły obrażenia, które w normalnym świecie, na Ziemi, w rzeczywistosci, jaką znam, leczyłbym długie tygodnie, jeśli nie miesiące, a i tak pewnie skończyłbym okaleczony, krzywo pozrastany, okulały, półwidzący, cały w bliznach i z padaczką pourazową w gratisie.

 Przeciagam się, jakbym się przebudził ze zbyt długiego snu, przedłyżyła się moja rokroczna hibernacja, misiulek wstał i z niedowierzaniem rozgląda się po wczesnozimowym świecie. Przespał całe lato, leń patentowany.

 Na jednym z większych głazów siedzi Femme. Nie ma w jej wyglądzie nic z boskości, majestatu właściwego stwórczyni; mam przed sobą zwykłą laskę, koleżankę z pracy, czy ze studiów, wspólpasażerkę z tramwaju, albo autobusu.

 Pani przechodzień mijająca mnie w drodze do banku, pospolita, nie wyrożniająca się niczym przeciętniara w jasnoniebieskich dzinsach, adidasach koloru nadpsutego pomidora, bluzce z krzykliwym, cekinowym napisem „YOUR GIRL”. Blond włosy zwiazane w kitkę, dyskretny, pastelowy makijaż, równie nie rzucająca się w oczy biżuteria: cienki jak włos łańcuszek, siakaś bransoletka.

 — Już po wszystkim, Rafałku — uśmiecha się, odwracając twarz w moją stronę, bycle — byłeś naprawdę dzielny… — mówi bez wyczuwalnej ironii, tonem przedszkolanki.

 — Jaśniej! — warczę.

 — Nie udawaj głupszego, niż jesteś. Rozumiesz wszystko. Co tam wiodleś za życie? Marne, skundlone, gorzej, niż psie. Ani pracy, ani dziewczyny, narzeczonej, pasji, dzieci, nic. Null, zero, absolutne, bezwzględne — mówi używając mojego powiedzonka.

 — Przyznaj, Rafał — nie żyłeś od lat. Przepiłeś wszystko, wszystko straciłeś. W najgłupszy, na dodatek, sposób — przez zaniechanie, ze strachu i lenistwa, wmówionej sobie niemocy, wyuczonej bezradności. Co — dobrze było ciągle wlec się na ostatnim miejscu, nawet nie przegrywać we współzawodnictwie, rywalizacji, baranie, walce o poprawę… o przyszłosć, ale oddawać lepsze pozycje innym? Tęskniłeś do Ani, ale zamiast zawalczyć, wolałeś się wpierniczyć w chorobę, zboczenie, kazirodztwo… Wydawało ci się, że samobójstwo rozwiąże wszystkie sprawy, położy kres weltschmerzowi wynikłemu z nudy. Byłeś przekonany, że panujesz nad światem, swoim własnym, małym, odczytywanym prze ciebie i tylko dla ciebie czytelnym fragmentem Wszechswiata; że gdy się zabijesz — wszysko co złe (i dobre też, niestety) — odejdzie, zaniknie, rozwieje się, pufff — i rozpłyniesz sie razem ze wmówioną sobie, obrzydliwą parafilią, jak biały królik w przepastnym cylindrze sztukmistrza. Więc cię zabrałam na przejazdżkę, dziecko, na obóz reedukacyjny, swoiste kolonie karne, żeby uświadomić, w jakim jesteś błędzie, ze twój królik-albinos może zdychać nieskończoną liczbę razy. Zawsze się odrodzi, czy tego chce, czy nie. Jest nieśmiertelny.

 …mądrzył się mój Rafcio, że kim to on nie jest… wielki władca osobistego światka, lokator wynajmujący kawalerkę, jednoosobową klitkę w bloku o paru miliardach mieszkań; chełpił się możliwościa samostanowienia. Dziecko, po prostu gówniuch, dla którego pomalowanie ściany na wybrany kolor i ustawienie mebelków wedle uznania — to szczyt wolności.

 Wyciągnęłam cię z klatki, klitki, żeby pokazać, że istnieje coś dookoła niej. Survival, swego rodzaju tor przeszkód.

 Znaki, których nie odczytywałeś we właściwy sposób. A myślałam, że będziesz mądrzejszy…

 Dopiero teraz dostrzegam, że moja rozmówczyni, pani Bozia, bawi się… jojo. Góra — dół, góra — dół, spada, to znowu podnosi się, sprężynuje w górę, ciemna, wlaściwie czarna kulka z wygrawerowanym symbolem. Szczeniackim, ale pewnie, znając Femme — niosącym olbrzymie, niepojęte dla kogoś tak małego i prostackiego jak ja, przesłanie.

 Filozofia… szczura rozkrzyżowanego, rozpiętego, wpisanego w środek septagramu. Co niby mam z tego zrozumieć? Jakie mądrości są ukryte w zwierzę… a, nieważne. Nie chce mi się dociekać bzdur, rozkminiać durnowatych rebusów.

 — Blok? Nie dom wariatów, albo hotel, gdzie jest się tylko gościem?

 — Nie dyskutuj! — warczy Femme, ale zaraz pogodnieje.

 — Glitydowce. Pochwała cielesności, prostoty, apoteoza… mięsa. Łączyłeś je z metalem, unowocześniałeś, transformowałeś na siłę w cyborgi. I gdzie to było? W podPolsce, w quasi-państwie-mieście, tak obcym, tobie i innym. Tak nieludzkim. Przygrodnia — zbyt obskurna i zdehumanizowana, by istnieć.

 Dalej: Andrzej, twój kochaś. Mężczyzna, z którym realizowałeś głęboko ukryte fantazje.

 Potem: eksplozja ciszy. Brak zmysłów, czytaj: pozazmysłowość. Kobieta, odbierana jedynie przez dotyk, wyczuwalna tylko palcami. I językiem, choć na to się nie odważyłeś. Wybuch, który wyłączył zbędną wizję i fonię.

 Motyw drogi, peregrynacji. Mała Via Crucis. Spotkanie postaci jak z koszmaru, kanibali. Post-ludzi. Poćwiartowane zwłoki na pace samochodu, ewidentne nawiązanie do twoich chorych skłonności. Nie zajarzyłeś.

 Wreszcie: gwałt, odebranie ci… śmierć przewodniczki… Rafał, przecież wszystko aż krzyczało ci prosto do ucha, że to teatr…

 Jak miałam bardziej, dosadniej pokazać, że masz wziąć się w garść, zacząć działać, skończyć z indolenctwem, gamoniowatością, zrobić cokolwiek? Plansza jakaś miała się wyświetlić, przylecieć dwa putta i rozciągnąć na niebie wstążkę z napisem „TERAZ”? I tak było epicko w cholerę, średniowiecznie, brutalnie, jak w inkunabule zilustrowanym przez wariata…

 …a pan szanowny, oczywiście, nie podjął jakiegokolwiek działania. To już nawet nie tchórzostwo, ale..

 — Nie kończ, z łaski swojej.

 — Znudzenie i poczucie odrębności, skrajnego wyobcowania. I bezgraniczna pustka, jaką w sobie nosisz. Którą jesteś.

 — Dobra, dobra. Leć dalej. Koncert. Jesienny, na dwa świerszcze.

 — Uzewnętrznienie gówniarskiej potrzeby bycia uwielbianym. Atencjusz nagle staje się wielką gwiazdą, Eltonem Johnnem, Jobriathem. Pan błyszczaczkij, krzyczący „patrzcie na mnie!”.

 — Trzeba mi jeszcze było dorobić czerwone włosy — wyszedłby całkiem Wiśniewski.

 — Bez przesady. To nie miało być znęcanie się, upokorzenie. Miałeś zrozumieć. Reedukacja, re…

 — ...rekultywacja. Mózgu — podpowiadam.

 — No, tak. Nie dotarło, do tego stopnia byłeś oporny.

 — Bawiłaś się mną, gówniaro. I zżarłaś, zagryzłaś. Przecież mnie już… no, przyznaj się, co się stało w realu? Umarłem, trafiłem do pierdla? Ja-właś-ci-wy — gdzie jestem?

 — Zgadnij.

 — Na cmentarzu.

 — Nie.

 — W kostnicy.

 — Zimno.

 — No raczej, jak to w kostnicy…

 — Próbuj dalej.

 — W psychiatryku.

 — Blisko. Cieplej, cieplej… Teraz — nazwisko.

 — Czyje?

 — Twoje.

 — Nie rozumiem.

 — Przedstaw się.

 — Po kiego?

 — Przedstaw!

 — Rafał.

 — Dalej!

 — ...Szar… borow… — nie wierzę, że to mówię. Albo pamięć płata figle, albo ta bladź znowu rzuciła jakiś urok, zaklęła w…

 — Syn…?

 — Władysława i Heleny, z domu Lobko.

 — Urodzony…?

 — Dziewiętnastego lutego osi… nie, wróć… sześćdziesiątego szóstego roku.

 — Dokładnie. Jak wybuchł Czarnobyl — akurat służyłeś w jednostce w Nierczewie.

 — Pieprzysz… Nie byłem w wojsku. Astma oskrzelowa. Kategoria D.

 — Wyleczyłam cię, zawczasu. Żebyś mógł umrzeć jak prawdziwy facet.

 — Idiotka!

 — Nie dośpiewałeś nawet pierwszej piosenki disco polo go końca. Mierziła cię jaskrawość, publika, reflektory… I, jak było do przewidzenia — rzuciłeś się w tłum…

 — Dobra, dobra. Co z tym Szarborowem?

 — Nico. Od teraz masz tak na nazwisko. Poprzedniego nie pamiętasz.

 Podchodzę, bez słowa chwytam dziewczynę za bety, podnoszę do góry. Jak oszalały, prawdziwy świr, schizofrenik w dziesiątym pokoleniu, paranoidalny i zarazem maniakalno-depresyjny, prawicowiec, lewicowiec, centrowiec, polityczny, pozbawiony poglądów na jakikolwiek, najbanalniejszy nawet temat troglodyta, ledwie umiejący się wysłowić zwierzak, drapieżnik, nomada, którego przyszywaną rodzinę stanowią Mayawatye, jak czubas nad czubasów, groźny dla siebie, a przede wszystkim dla otoczenia, wrzeszczę, że czego chcesz, cholero ty jedna, psychopatko, świrusko, sadystko, nadzorczyni pierdolona obozowa, esesmanico, logicerko, tylko wilczura ci brakuje i pejcza, żeby smagać ludzi, chłostać do krwi ostatniej kropli z żył, do kości, bić tak długo, aż obtłuczesz do reszty z mięsa; czegoś się mnie czepiła, nie jestem i nie byłem żadnym zwyrodnialcem, to ma być kara za parę głupich fantazji o siostrze, której przecież bym nie tknął; kim, czym ty w ogóle jesteś i po cholerę stawiasz się w roli sędziny i prokuratorki na Sądzie Ostatecznym; jak mówi starodresiarska maksyma: „Tylko Bóg nas może sądzić”, a ponieważ żadnego Boga nie było i nie ma, a przynajmniej ja nie spotkałem, może i jest gdzieś jakiś, głęboko zamaskowany, choć ukryty, lecz prawdziwy, czai się za szafą, czy pod łóżkiem, lub w piwnicy; ale póki nie ma przekonywujących dowodów, nikt nie przedstawił zdjęcia, nie zrobił selfika z Pambuckiem, choć w cholerę ludzi upiera się, że go widziało, lub regularnie widuje — pozwól, że będę a-te-is-tą. A ty — na co czekasz? Porwałaś — to dobij, zagryź, poćwiartuj i wrzuć na pakę gazika, albo upiecz… A jak nie — to wypuść, Chcę do domu.

 — Chcesz? To idź. Bronię ci, trzymam? Jak na razie — ty mnie… — Ankopodobna wskazuje palcem na cudowisko: wyrastajacy z klifu, opleciony bluszczo-winem, kryty dachówką, domek. Biedne, zarośnięte ruderzysko, z daleka wyglądające, jakby obłaziły je czerwone i seledynowe robaczki. Okien — nie widać, drzwi — również przysłonięte, nawet kominy toną w powodzi listowia, że tak poetycko zagadam.

 Slumsisko sprawiające wrażenie, jakby jego ostatnim lokatorem był Słowacki, albo Mickiewicz, wierszokleta mówiący trzynastozgłoskowcem, romantyczny bajarz z epoki Romantyzmu.

 — Przecież tam nikt z iks lat nie mieszka! — oburzam się.

 — Więc czas najwyższy to zmienić — uśmiecha się cynicznie Femme.

 Chwilę później dostaje z plaskacza, na odlew. Aż jej tę bezczelną gębę wykręca.

 Poprawiam z drugiej strony, żeby spuchła równo i symetrycznie.

 Używanie przemocy w stosunku do słabszych, w tym — kobiet jest skrajnie niemęskie, szowinistyczne, prostackie, burackie i ogólnie ssie pałkę.

 Ale… słowo-klucz — słabszych. A to? Potwór, macherka od losu, specjalistka od śpiewu i mas, masek, choć nie chciałem — i tak znalazla sposób, by mnie zgnoić, upodlić nie raz… — niemal nucę piosenkę. Starszą ode mnie, bo z lat osiemdziesiątych. Nie pamiętam komuny, nie byłem w LWP, w jakimkolwiek wojsku, siłach powietrznych, desantowych, międzygwiezdnych, nie służyłem na łodzi podwodnej, nie latałem Iskrą, Irydą, Migiem… I nie znam żadnego Staśka Marguły, Chvalidavianko ty jedna, dziwko przygrodzieńska…

 Głęboko pieprzę wszystkie rozpoczęte i niedokończone wątki, ledwie nakreślone postaci, legendy bez morałów, baśnie o glitydowcach i Sierotce Marysi, nie dam się już wkręcić w następną historię, przerzucić z jednego snu w drugi. Róbta, co chceta, panie i panowie, niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam… — jestem radioodbiornikiem, zbiorem tekstów popowych piosenek.

 — Chcę się, suczysko ty, skoń-czyć, skoń-czyć! Wybrzmieć. Uschnąć. Raz na zawsze…!

 Kamienie zaczynają przypominać ludzkie twarze. Ciemne, murzyńskie. Twarze Mulatów, Metysów, Meksykanów, Brazylijczyków.

 Femme znowu się śmieje. Puszczam ją. To nie ma sensu. Przecież zaraz znow coś odwali!

 Publiczność, plaża to teraz widownia pelna czarnoskórych mężczyzn, kobiet, obojnaków, transseksualistów…

 Staję niemal na baczność. Wyprostowany, jakbym połknął dwumetrowy kij, bambusową tykę.

 „Jeśli chcesz, by Rafał zamieszkał w domu na klifie — wyślij SMS o treści »1« pod numer 0-801-120-326” — słyszę w myślach dobrze znany głos.

 „Jeśli chcesz, by kontynuował swoje przygody jako Józef Szarborow, wyślij SMS o treści »2«…”.

 Stoję w milczeniu, z zamkniętymi oczami. Staram się oddychać płytko. Przygotowuję się.

 „Jeśli natomiast wolisz zakończyć jego przygody, wyślij SMS o treści 3 pod numer 0-801-120-326. Opłata — jak za jeden impuls połączenia lokalnego…”.

 Biorę coraz płytsze wdechy. Stoję wypięty jak struna.

 Z publiki dobiegają chichoty, okrzyki, że zrób coś, no ej, co jest?!

 Mijają minuty. Śmieszki przechodzą w buuuuczenie. Wyraźnie niezadowoleni widzowie domagają się dalszego ciągu, akcji, no rusz się, zrób coś, ręką, nogą pokiwaj! Co — zastrajkował pajacyk? Truman odkrył, że jest bohaterem Truman Show?

 Stoję, jakbym zaciągnął wartę honorową podczas Święta Wyzwolenia.

 Buczenie, krzyki się wzmagają, rozczarowanie gawiedziarzy sięga zenitu, zaczyna się przeradzać w jawną agresję. Fizyczną. Dostaję czymś sypkim w tors, najprawdopodobniej kubełkiem popcornu.

 Niedługo później kolejny rozeźlony, były już fan, uderza mnie w głowę… konserwą? Nieotwartą puszką piwa?

 Posąg trwa w najlepsze. Słup soli, męska wersja żony Lota. Statua Świeżo Odzyskanej Wolności.

 — " …i są już wyniki głosowania! Siedemdziesiąt procent państwa głosów…” — wyuczonym, aktorskim tonem z plastiku, przesadnie akcentując końcówki wyrazów, Femme oświadcza, iż decyzją widzów mam biegusiem wprowadzić się do rudery na klifie, wygrzebać spod bluszczu drzwi (będą otwarte), ogarnąć trochę wnętrze i czekać na współlokatora, w następnym odcinku zostanie mi dokwaterowany nie kto inny, ale sam Marcin, znany z poprzednich…”

 Staram się nie słyszeć.

 „..będzie samotnym wędrowcem, zagubionym na nieznanym sobie terenie uciekinierem z Przygrodni…”

 „…oj będzie, będzie zabawa, będzie się działo, i znowu nocy będzie mało, będzie głośno, będzie radosnie…” — krzyczy przebrzmiały hit grupy Piersi.

 Nie odmawiam współpracy, dalszego udziału w grze.

 Niczego nie odmawiam, bo definitywnie, najnieodwołalniej zerwałem kontakt. Terminator X — Bunt Glitydowców, scena pierwsza, ujęcie pierwsze.

 — No, co się wygłupiasz? — męski głos, zza pleców. Klepnięcie w ramię. Koleżeńskie, przyjacielskie, ale w dupie mam taką przyjaźń.

 Marcin, mediator, zjawia się, by przemówić mi do rozumu, przekonać, że nie warto strajkować, opór na nic się nie zda, pamiętam, jak było nam razem fajnie? Przecież tak mi się spodobało, odkryłem w sobie skłonności… Po co tak sterczę jak wyrzut sumienia na środku sceny, no, tam jest dróżka… nie trzeba się wspinać po skałach…

 Wolność to cisza, milczenie.

 Po dobrym kwadransie bezskutecznych prób, ugadywania mnie miękkim i łagodnym tonem, jakbym był znarowionym źrebakiem, czy psem, który zerwał się podczas spaceru ze smyczy i za skarby świata nie chce wracać do domu, mój (nie)dawny kochaś zmienia front, wrzeszczy i klnie, wyzywa od najgorszych, stara się poniżyć, upokorzyć, zmieszać mnie z błotem.

 Wygaduje najwierutniejsze bzdury o moich rodzicach, obelgi, ciska słowa-kartacze, kalumnie, samozapalające wyzwiska, słowa-granaty. Ryczy mi do ucha z bezsilności, płaczliwym growlem, że aż bębenki ledwie wytrzymują, bluzgi po białorusku, mongolsku.

 Trwam na posterunku, obojętny jak wartownik na straży pałacu Buckigham. Brak mi tylko wielkiej, futrzanej czapy.

 Popychany, lżony, kopany, szarpany, nie daję się wyprowadzić z równowagi.

 Cisza. Poszedł sobie. Kto teraz…?

 Cisza. Jedna, druga, osiemnasta. Pustka wypełniona próżnią. Stoję w milczeniu, nadal. Wiem, że nie istnieją żadne jednostki, nikt jej nie usystematyzował, nie skodyfikował języka milczenia. Slagu, suchego narzecza, w jakim przemawia absolutna nicość.

 A ja, z braku lepszego zajęcia, staram się ją liczyć. Nie w sekundach. Wymyślam ciszookresy, ciszokwadry, potem je sumuję. Dodaję nic do niczego.

 Terrorystka F. chce mnie wziąć na przetrzymanie, tak? Liczy, że prędzej, czy później się ugnę…? Mam się złamać? Prędzej ci się kość łonowa…

 Osiągam spokój tak wielki, że mogą o nim jedynie pomarzyć wszyscy medytanci, poszukiwacze zaginionej nirwany.

 Dziewczyna. Kusicielka o głosie Natalii. Słodka, nastoletnia, udawana siostrzyca.

 Obiecuje, że będzie uległa, mogę zrobić z nią cokolwiek zechcę, w dodatku nie muszę się martwić, że dopadną mnie wyrzuty sumienia, w końcu nie jesteśmy rodziną, nie płynie w nas ani kropla tej samej krwi… w niej zresztą żadna nie płynie, bo ona jest tylko statystką, a te, jak wiadomo, rozwiewają się zaraz po zakończeniu zdjęć, znikają w ciemnościach (with the lights out, it’s more dangerous, więc lepiej nie istnieć)…

 Dotyk. Dotyczek. Dotykuś. Dotykulek, miękka skóra, dłoń, zapach słodkiego potu. Woń owocowego dezodorantu, Rexony teens, czy czegoś równie dziewczyńskiego.

 Woń podniecającej, wilgotnej aż do przesady, przesiąkającej…

 Przełykam ślinę.

 Muszeleczka, cieplutka, gotowa do działania — i przede wszystkim — spragniona. Mojego języka, warg, palców.

 Natalia prosi, skomli wręcz. Bym zrobił użytek. Z siebie, no stanął na wysokości zadania, nie stał jak ostatni palant. Wylizał. Spił. Schłeptał.

 Skoro nie chcę faceta — to proszę — ona. Tak cholernie gotowa, napalona, nabuzowana, tętniąca, pełna wrzących soków.

 — …zamyka mi się i otwiera. Zobacz. No poczuj, włóż palce.

 Zapach staje się coraz intensywniejszy. Cholercia, nie powiem, że nie działa na mnie, że jestem z kamienia…

 Staram się odegnać ero-myśli, opanować się, nie dopuścić do wzwodu.

 Myślę o nieuprzątniętych polach bitew, od których ciągnie woń śmierci i rozkładu, bije czarna łuna.

 O złowróżbnych znakach na niebie zwiastujących mór, klęskę suszy, czy inne nieszczęścia, którym nie zaradzi i dziesięć wodnych krzyży.

 O nawlekanych na pal kacerzach, stęchliźnie niewietrzonego domu, oknach zarośniętych bluszczem.

 O tym, gdzie został pochowany Karol Szczepan Kot, słynny morderca krakowski.

 O ekshumacji Hiacynty Marto i zdjęciu jej zasuszonych zwłok, mumijce wyglądającej jak zdechły kociak.

 O tym, że nie widziałem ostatniego sezonu Z Archiwum X, co powinno mnie martwić, wręcz załamywać.

 O niedokończonym poemacie Lilak Weneryk, parodii ni to Słowackiego, ni to Norwida, który to koncertowo wręcz schrzaniłem.

 O pękającej w Dallas głowie Kennedy’ego.

 O wszelakich nieprawomyślnościach, zdziczałych książkach, literaturze spod ciemnej gwiazdy, podlatarnianych wierszach.

 I o tym, że mi wstyd, bo nigdy nie byłem w burdelu z prawdziwego zdarzenia.

 O szpetocie polskiej prowincji.

 O pięknie zrujnowanych budynków, walących się świątyniach, których nic, a nie żałuję.

 O niezasiedlonych głowach, wyludniających się ludziach, pustynnieniu wewnątrzmózgowym, którego właśnie doświadczam..

 O tym, że nie znam żadnego cytatu z wierszy Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, czym raczej nie powinienem się chwalić.

 O tym, że „Nam strzelać nie kazano” — to raczej nie jego fraza.

 Wstrzymuję oddech. Zasysam się od środka. I do środka. Walczę z instynktem samozachowawczym, organizmem wariującym z braku powietrza.

 Staram się, mimo potwornej szamotaniny, być w miarę spokojny, na ile się da — myśleć jasno i logicznie, tłumaczyć post-sobie, że i tak nie żyję, wiec nie ma sensu przedłużać farsy.

 Przekonuję siebie, rozpaczliwie, że kobiety to wymarły gatunek, bliskie krewne syren.

 Straciłem wiarę w Boga, teraz usiłuję nie wierzyć w kobiety. Płeć skamielin. Płeć z wykopalisk.

 Myślę o smutnych zakończeniach książek, narratorach, którym przychodzi umrzeć przedwcześnie na brak tuszu w piórze autora.

 O chórze śpiewającym blackmetalową balladę.

 O ostatniej Natalce, która zgasi światło.

 O dość wstydliwym fakcie strachu przed paraliżem, poalkoholowym niedołęstwem, atakiem padaczki, lub udarem, który zakończyłby się trwałym uszkodzeniem mózgu i niedowładem, na który nic bym nie poradził; o przestraszliwym murze nie do obejścia, nie do przeskoczenia, ogromie bezsilności, płaczu, że do kroćset króćców — czemu na mnie trafiło?

 O kupowanych z AMW przez zapaleńców, fanów militariów powojskowych gazikach, haubicach, czołgach, łodziach podwodnych.

 O wierszach, w których silę się na diagnozowanie przywar Polaków, rozprawiam się ze wszelakiej maści buractwem, cebulactwem (nie używam ukutego przez imiennika, Rafała Ziemkiewicza, terminu „polactwo”, bo szczerze, organicznie wręcz gościa nie trawię).

 O topielcach nie wyłowionych z Bużejki, radośnie rozkładających się w wodorostach.

 O piosenkach, jakie tam śpiewają, (Little water song? Where the wild roses grow?).

 O Januszu Korwin Mikke (nie zdziwiłbym się, gdyby się okazał rodzonym bratem Charlesa Mansona).

 O złożoności rzeczy prostych, nieśmiesznym ugrzęźnieciu we śnie Femme.

 O Franku Kimono i jego hitach.

 O niewysłanym mailu do administracji jednego z internetowych serwisów poetyckich.

 O traumatogennym, omyłkowym pogrzebie kota sąsiadów, którego zakopałem w dzieciństwie myśląc że to mój kochany Merkucio („kociamber właściwy” znalazł się na drugi dzień, wrócił z hedonizowania się na wsi, odwalania siakichś rui i porubstw).

 O smutnym szaleńcu-miłośniku… bubli prawnych, kochającym wadliwe ustawy, nieżyciowe przepisy, z uwagą, całe lata studiującym czasopisma prawnicze w poszukiwaniu przedmiotów swej miłości — sknoconych, martwych, nieegzekwowalnych aktów normatywnych.

 O snach, do których nikt się nie chce przyznać.

 O snach na okaziciela.

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~FlorianKonrad
Kategoria: fantastyka
Opis:
Dodano: 2020-03-25 00:45:56
Komentarze.

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin