Chico* i ja


 Nie da się opowiedzieć życia Chico bez historii o mnie i życia mojego bez historii o Chico. Te dwie egzystencje splotły się na zawsze jak pasma warkocza na głowie jakiejś przedwiecznej istoty, która nie zamierza zmienić uczesania. Zaczęło się wcześnie.

  — Ty żydzie! Ty świnio! — słyszałem codziennie ścigające moje plecy albo wypluwane prosto w twarz okrzyki.

 Skąd wiedzieli, nie miałem pojęcia. Rodzice zmienili nazwisko na tak polsko brzmiące, aby umożliwiło rodzimą pogardę, bezpieczniejszą od pogardy dla Żyda. Również imię nie budziło skojarzeń, chociaż pod spodem wiedziałem, że jest nieprawdziwe. Miałem dziewięć lat, a już uwikłałem się w myśli i emocje, z którymi nie radzą sobie i dorośli. Miałem dziewięć lat i po raz pierwszy płakałem z wściekłości.

 Jeden trzymał mnie z tyłu za ręce, a drugi bił gdzieś w brzuch, potem kopał w jądra. Bolało mnie ciało i bolała dusza. Wiedziałem, że teraz tak będzie codziennie, nie pragnąłem śmierci, ale żyć również nie chciałem. Marzyłem o stanie bezpiecznego zawieszenia. Czwartego dnia, licząc od pierwszego pobicia, ten, który trzymał mnie tym razem za ręce, nagle zwolnił ucisk i upadł na plecy. Zrozumiałem, co się stało, kiedy usłyszałem krzyk, tego, co bił:

 — Cyganie!

 Z jakiegoś powodu otoczeni złą sławą budzili postrach nie tylko na Starówce, ale w całym mieście. Widywałem ich na ulicy, na wesołych miasteczkach, lecz zawsze z daleka. Jak wszystkie dzieciaki z dzielnicy znałem ich imiona. A może przezwiska. To jedna z rzeczy w tej historii, która już nigdy nie doczeka się wyjaśnienia.

 — Skul się mały i głęboko oddychaj.

 Puszek gładził mnie po plecach.

 —Zrób kilka skłonów mały i cały czas głęboko oddychaj. Teraz poskacz na piętach.

 Ból przechodził, wracał spokój. Z nieśmiałym lękiem i zaciekawieniem patrzyłem na ich śniade twarze. Po raz pierwszy z bliska.

 — Dzięki — wyszeptałem.

 — Dimon, odprowadź małego do domu, ja idę na bazar przypilnować karciochy — po raz pierwszy usłyszałem spokojny i stanowczy głos Chico.

 Matka zesztywniała, kiedy zobaczyła mnie w drzwiach obok Cygana, czy też Cygana obok mnie.

 — Znowu pobili pani syna. Ale więcej tego nie zrobią.

 Kiwnęła głową.

 — Wejdźcie — wykrztusiła.

 — Nie wie pani? Nie wolno wpuszczać do domu Cygana!

 Dimon odwrócił się i zbiegł po schodach.

 Opowiedziałem rodzicom, co się stało. Milczeli. Potem obydwoje głaskali mnie po głowie. Nigdy więcej nie słyszałem, aby ojciec lub matka powiedzieli o tamtych domach „cygańskie meliny”.

 Nie tylko w dzielnicy, ale w całym mieście czułem się bezpiecznie. Wiedziałem, że mówi się o mnie „to ten, co chodzi z Cyganami”, a chodziłem z nimi, gdzie się dało i kiedy się dało. Chico był pięć lat ode mnie starszy, Puszek, Dimon i Pohodyn o trzy. Z dorosłych poznałem bliżej Artura i Dżynę, rodziców Chico. Aż nadszedł dzień, gdy spojrzałem w jej ogromne oczy. Chico niczym jakaś cholerna cygańska wróżka odgadł, co się dzieje. Roześmiał się.

 — Nie dla ciebie Mały — miałem już czternaście lat, ale ksywka z tamtych czasów przylgnęła do mnie i pozostała wśród nich na zawsze. — Nie jesteś Cyganem.

 Niewysoka, pięknie zbudowana siostra Chico budziła nie tylko moje pożądanie. Teraz Natasza rozłożyła bezradnie ramiona, zrobiła niby smutną minę, przekrzywiła głowę i wskazała policzek. Podszedłem i pocałowałem po przyjacielsku dziewczynę.

 — I tyle ci wolno Mały — śmiał się Chico.

 Śmiał się, ale już nieraz widziałem, co kryje się pod śmiechem Cygana.

 — Ten karabin ma specjalnie wykrzywioną lufę — powiedział kiedyś do gościa obsługującego wesołomiasteczkową strzelnicę. — Mały zawsze trafia — dodał zimno.

 Fakt, oko miałem z wrodzonym do celowania talentem, a tutaj trzy strzały i trzy pudła.

 — Ta lufa jest skrzywiona.

 — Sam jesteś skrzywiony.

 Chico roześmiał się z udanego dowcipu faceta, po czym chwycił szybko jego dłoń, wyciągnął z ust papierosa i przypetował na nadgarstku oszusta. Strzelniczy wrzasnął. Poszedł na zaplecze i dał drugi karabin. Trzy strzały i trzymałem w ręku trzy sztuczne kwiatki dla Nataszy. To też mi było wolno obok pocałunku w policzek.

 Na bazarze mieli swój karciany rewir. Haracze od rozgrywających trzeba przyznać, że były uczciwe; Chico, Puszek i Dimon zapewniali bezpieczną separację od pozostałych drużyn okupujących największe w mieście targowisko. Pohodyn jako jedyny skończył średnią szkołę i odizolował się od „interesów”. Założył zespół muzyczny; świetnie grał na perkusji. Ale ja brnąłem z nimi, chociaż wiedziony jakimś instynktem przetrwania nie zaniedbywałem nauki. I modlitwy. Codziennie wieczorem i rano (wtedy zakładałem talit) recytowałem Szma, Amidę i Alejnu. Bardziej na wszelki wypadek niż z faktycznej potrzeby.

 — Słyszałeś o Kliczce? Wszystkie dzieciaki o niej mówią — Chico był przerażony. Chociaż już niemal dorosły, bał się złych wróżb, duchów i czarów.

 — Słyszałem, to bzdury Chico — odparłem. — Dzieciaki raz na jakiś czas takie straszydła sobie wymyślają.

 — Pojawia się w letnim deszczu, jeżeli jesteś boso i rozebrany do pasa.

 — Chico, daj spokój.

 — Chcę ją zobaczyć.

 — A jak się ją zobaczy, to co? — zapytałem.

 — Zabiera twój dobry świat i trzyma w bezpiecznym miejscu aż do twojej śmierci.

 Nie wiem, dlaczego, ale gdzieś w środku zrobiło mi się zimno.

 — Nie chcę jej widzieć — powiedziałem szybko.

 — Widzisz Mały? Widzisz? Ty też wierzysz. Boisz się.

 — Czego?

 — Złego. Bo jak zabierze twój dobry świat, to co ci zostanie Mały?

 — Zły? – zapytałem.

 — Właśnie zły — podniecił się Chico — ale on nieważny. Potem jest dobry, cokolwiek byś nie zrobił, bo Kliczka trzyma go dla ciebie.

 — Potem, to znaczy kiedy?

 — Po śmierci Mały.

 — Bzdury — żachnąłem się. — Nikt nie wie, co jest po śmierci.

 — To czego się boisz?

 — Nie boję się.

 — To chcesz zobaczyć Kliczkę?

 — Chcę — poddałem się.

 Kłamałem mówiąc, że się nie boję. Nie wiem dlaczego, ale podniecenie Chico wywołało we mnie lęk przed bajkową, wymyśloną przez dzieciaki Kliczką. Podobno była i stara i młoda, i brzydka i piękna.

 — Zanim pójdziemy ją zobaczyć, chcę, abyśmy zostali braćmi — po raz pierwszy usłyszałem w głosie Chico niepewność i zakłopotanie. Mówił cicho, bardzo cicho jakby miał nadzieję, że tego nie usłyszę.

 — Wiesz Chico, że to niemożliwe.

 — Możliwe — odparł wciąż tym samym cichym, nieśmiałym tonem i wyjaśnił rytuał.

 — I wtedy będę mógł…

 — Jeżeli ona zechce, tak — nie pozwolił dokończyć pytania.

 Świadkowali nam Dżyna i Artur, rodzice Chico. On podciął fachowo mój nadgarstek i pokazał, gdzie wykonać cięcie na jego nadgarstku. Zbliżyliśmy do siebie ręce i wymieniliśmy krew. Przypomniało mi się, że chyba podobnie postąpili Winnetou i Old Shatterhand. Teraz czekaliśmy na deszcz, a kiedy przyszedł, wyszliśmy na ulicę w samych gaciach.

 Widać było w niej jednocześnie i starość i piękno, jakby duch magicznej młodzieńczej dojrzałości przedstawiał się przemocą zamiast skulonego wiekiem ciała. Skórę miała pomarszczoną, ale włosy długie, mocne, czarne, zaplecione w warkocz. Patrzyła na nas z szerokim uśmiechem, który odsłaniał piękne zdrowe zęby.

 — Boże! — szepnęliśmy jednocześnie jakby niedawno wymieniona krew zaczęła krążyć nie w nas, ale we wspólnym obiegu gdzieś pomiędzy nami, łącząc nasze słowa i uczucia.

 I to było wszystko. Zniknęła. Ale była i była naprawdę. Odwróciła się i odeszła razem z naszym Bogiem.

 O Chico, który stał się psychopatycznym, bezwzględnym, sadystycznym mordercą można było przeczytać w gazetach, o co zawsze miałem do niego pretensje. Nie lubiłem rozgłosu. O mnie świat milczał.

 

 

 * Czytaj: Cziko

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~abrakadabra
Kategoria: inne
Opis:
Dodano: 2020-03-25 19:10:53
Komentarze.
~JamCi 7 d.
Ciekawy, wciągający tekst. Witaj :-)
Odpowiedz
*Ritha 6 d.
Zaciekawiłaś/łeś...
Odpowiedz
*Canulas 1 d.
Nie będę się mądrzył. Po prostu KA-PI-TA-LNE!!!
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin