Ostatni taki Rok — (2z2) — Konkurs Świąteczny Apokalipsa według wielkiego Korzonka

Ostatni taki Rok — (1z2) — Konkurs Świąteczny

 Wstęp.

 Zamiast śniegu, rakiety nad Izraelem. Nie będzie "Wesołych Świąt".

 Głowa domu, Pan Staszek, stracił robotę w hucie. Wrócił, porąbał żonę, choinkę, dwoje dzieci. Klatkę obok, starszy mężczyzna kończy pakować prezent sąsiadce z trzeciego piętra. Jej otrutego psa. Wszystko dlatego, że "stara rura" nocami stuka, ciągle nie dając mu spać. Ona stuka, bo dwa dni temu potknęła się, łamiąc biodro. Osiemdziesiąt dwa lata w listopadzie. Nie może wstać. Sprawca, łazienkowy dywanik z pobliskiego Tesco, powinien za to dostać dziesięć lat.

 Pan Henryk spod trójki dostał kilka zdjęć od "życzliwego". Zdjęć-Niespodzianek. Żona Pana Henryka, nie była na zdjęciach sama. Pan Henryk właśnie wiesza się obok choinki, na której jeszcze wczoraj wieszał bombki. Magia świąt.

 Miejscowe elfy jebią po fabrykach nadgodziny.

 

  Mamy święta z jedynką. Sylwester z Polsatem.

 Wybierz dany kanał i w radości trwaj.

 Tam wojna zabrała niejednego tatę.

 Mikołaje w myśliwczach. Przeminął czas sań.

 

 Ostatni taki Rok — część I

 

 — Masz trzysta sześćdziesiąt pięć dni życia — oznajmił Bóg. — Ani jednego więcej, ani mniej. Wykorzystaj to. Postaraj się być taki, aby jak najwięcej ludzi powiedziało później, że byłeś dobry. Nie spełniaj wszystkich zachcianek, ale postaraj się przynieść choćby część zmian o jakie oni cię proszą. Bądź inspiracją.

 — Ale stwórco — zaoponował nowy. — To trochę mało. Nie dałoby się tak, bo ja wiem, dłużej?

 — Nie i nie drążmy tematu — odparł Bóg. — Jesteś jak ci przed tobą. Tylko dłużej i dłużej. Daj i daj.

 — No, ale jak ja mam...? Przecież to...

 — Nie!

 — ...tak mało czasu.

 — Nie mało i też nie dużo. Odpowiednio. Tak było, jest i będzie, a ustanowionych przed eonami zasad, nie można ot tak lekceważyć. Zmieniać ich. Ktoś je przecież kiedyś po coś ustalił, nie?

 Nowy bez specjalnego entuzjazmu skinął głową. Był przybity. Do tego od tej cholernej światłości piekielnie bolała głowa. Wręcz upiornie. Ale mówili mu, że to normalka. Że każdy Nowy tak ma.

 — Ktoś je kiedyś po coś ustalił, tak? — ponowił Stwórca, kładąc szczególny nacisk na słowo "tak". Nowy się zreflektował, że niema aprobata to za mało. Że stary oczekuje odpowiedzi. Potwierdzenia, że młody rozumie, co się do niego mówi. Że zgadza się żyć od do. Nie ma co, pomyślał. Sprawiedliwy i miłosierny jak psi...

 — Umiem też czytać w myślach — doleciało z głębi tronowej sali.

 — Chyba już pójdę, nie? Co tu będę tak sam...

 — Więc wstań i idź! — zagrzmiał głos. — Zacznij w końcu robotę, do jakiej cię powołałem!

 — No idę, już idę. Już.

 — A jak zaczniesz bądź cholera rozsądny — dodał Bóg na odchodne. — Ani szczególnie dobry, ani zły. Po prostu różny. Różny dla różnych. O tak.

 I młody poszedł, wycofując się z nosem przy samej ziemi, śląc pokłony i zapewniając starego, że wszystko buczy i gra, a los swój akceptuje i rozumie.

 I tak było.

 Przynajmniej tak myślał Bóg.

 

 *

 Wezwali go gdzieś na początku marca. Tak w połowie. W zasadzie to w pierwszej połowie. A dokładnie, to czternastego go wezwali. O szesnastej.

 Od pierwszego anielskiego schodka było widać, jak strasznie są wkurzeni. Nienawistnie przeszywające spojrzenia. Ściągnięte brwi.

 — Młody, co ty do kurwy nędzy odpierdalasz?! — rozpoczął ten, który mógł wyrażać gniew w Jego imieniu. Używać słów rozmaitych. Także tych.

 — A co się? — odparł młody luzacko, bo taki scenariusz postanowił obrać już dużo wcześniej. Palić głupa, jak najdłużej wyjdzie.

 — Co się?! — zagrzmiał podlizuch, zerkając z ukosa na Pana. — To my się, kurwa, pytamy, co się?! Odpierdoliło ci?!

 Młody rozłożył ręce.

 — Ale ja nie rozumiem. Miałem być różny i jestem.

 — Chyba sróżny! Cwaniura z ciebie, co? Prawdziwy gościu. Osiemdziesiąty szósty też myślał, że jest taki, kurwa, wyjątkowy. Taki gościu. I co? I pierwszy szampański korek wywiał go... — popatrzył na Stwórcę, ten skinął. — Wywiał go prosto w pizdu!

 — Ale przecież...

  — Zamknij ryja i słuchaj! Tu są raporty. Panie Śmierć, proszę przytoczyć fragment.

 Wielki zakapior z bejsbolem się zaczerwienił.

  — Ja?

 Namiestnik zaczerwienił się bardziej.

 — Nie, ja. Macie coś w aktach czy nie?

 Śmierć wyciągnął zza pazuchy opasły, różowy notatnik z serii Hello Dead Kitty Bones.

 — Więc tak — chrząknął. — Europa. Zgony. Spadek z dwudziestu trzech procent do sześciu. Ameryka północna. Zgony z trzydziestu trzech procent do siedemnastu. Afryka. Spadek z siedemdziesięciu siedmiu do...

 — Bez smętów, bo tu pośniemy — przerwał Namiestnik. — Ciekawiej do chuja pana.

 — ...do sześćdziesięciu sześciu — dokończył speszony kostuch. — Ale gdyby nie Algieria i Trynidad, to do czterdziestki by spadło. Albo niżej.

 — Dobrze. Czy coś jeszcze?

 Widać było, że Śmierć jest zestresowany. Do tego niefortunnie oparł swój kij o filar i ten upadł. Gruchnęło. A na jednej, sprowadzanej z samego Mediolanu, płytce pojawiło się solidne odłamanie. Bóg podparł czoło na zniszczonej artretyzmem, starczej dłoni i westchnął. Gdzieś po prawej monterzy stawiali serwer.

 — O cholera, przepraszam — wystękał Śmierć. — Odkupię, co?

 — Czy macie coś jeszcze? — zapytał w imieniu swego Pana anioł Namiestnik. — Coś, bo ja wiem... Mniej statystycznego?

 — Znaczy? — zapytał Śmierć, ciągle wlepiając gały w feralną płytkę i próbując poskładać wszystkie kawałki do kupy. — Eeee. Taki deseń, że prawie niczego nie widać.

 — Panie Śmierć — wycedził wolno anioł. — Proszę się skupić i powtórzyć wolno za mną: Je-bać pły-tkę.

 — Co? — Zakapior uniósł wzrok. Widać było, że iloraz inteligencji ma dwucyfrowy. I to maks z ósemką na początku.

 — Za mną — powtórzył anioł. — Je-bać. Pły-tkę.

 — Jebać? Ale jak?

 — Och, na rany. Macie coś jeszcze, czy nie?

 — No tak, tak — zreflektował się bandzior, kartkując notes. Jego czarny niczym otchłanie piekielne dres szeleścił głośno, kiedy tylko ortalion stykał się ze sobą. Kilka bardzo sprośnych rysunków wypadło i popłynęło wolno ku posadzce. — Więc tak — rozpoczął drab, przekręcając czapkę daszkiem do tyłu. Złoty kajdan grubości trzech centymetrów wychylił się na chwilę spod rękawa. — Po pierwsze żadnej wojny. No, ale to powiedzmy jeszcze w normie. Ale dalej? Patrzcie. W Rosji na przykład, w Murmańsku, temperatura minus trzydzieści siedem i tylko czterech zamarzło. Tylko czterech. Przez dwa cholerne tygodnie. Powinno być ze czternaście tysięcy, a nie czterech.

 Młody wszedł Śmierci w słowo.

 — Panie Śmierć. Jeśli można, to... Może się mylę, ale takie rzeczy to raczej są w pańskiej gestii. Ja temperaturę dałem dobrą. Sprawdźcie sami. Mój poprzednik dał minus czterdzieści jeden. A z kolei jego, tylko minus trzydzieści dziewięć. Chyba nie chcecie mi wmówić, że te dwa stopnie poczyniły, aż taką wielką różnicę?

 — Więc co, kurwa? Więc, co? Nagle wszyscy ruscy dostali po puchowej kurtce od Caritasu? Polar dla ruska? Co to ma być?

 — Nie wiem, czemu ruskie nie zamarzają. Może dlatego, że Putin podniósł cenę wódki o dwieście procent? Nie pomyślał pan o tym?

 Zaległa cisza i tylko pośpieszne przewracanie kartek ją mąciło. To oraz Boskie chrapanie.

 — Ha! Proszę! — ponownie ucieszył się dresiarz. — Proszę bardzo. Cytuję: Szesnasty lutego, siedemnasta dwadzieścia: Pod Krakowem Monachijski autokar w większości wypełniony niemieckimi i belgijskimi turystami, osunął się z trzynastometrowej skarpy. Nikt nie zginął. Przyczyny wypadku bada miejscowa policja, ale pierwszą postawioną hipotezą jest zlodowaciała i nader śliska nawierzchnia. I co ty na to, mądralo?

 — Przede wszystkim, to nie jesteśmy na ty. A ten zarzut jest śmieszny jeszcze bardziej? Sam se pan strzelasz w stopy, panie Śmierć.

 — Zaraz to ciebie strzelę — uniósł się mroczny drechu. — Kijem przez łeb. Nie będziesz się tu, lamusie jeden, woził.

 — Ej, ej, koledzy, spokojnie — wtrącił drugi anioł. Typ adefina o dwuznacznie przystrzyżonej grzywce. Z tyłu kobieta, z boku kobieta i tylko przód niewyraźny. — Wszyscy tu jesteśmy kolegami, tak? Działamy w tej samej branży? Co my, tajwański sejm? Dwa argumenty i w mordę? Zachowujcie się jakoś, co?

 — Nie będę tolerował, jak jakiś paź godzi w moje intencje — zagrzmiał dres, ciesząc się, że zdołał sklecić tak zawiłe i bardzo mądre zdanie. — Zwłaszcza jakiś paraliż, co waży pięćdziesiąt kilo. Zresztą, jak on wygląda? Klata jak, kurwa, szczur czoło.

 — Intencje? — zapytał młody. — Intencje, niedorozwoju?

 — No, znaczy te... ingerencje... impertynencje.

 — Nie no — żachnął się młody. — To jakaś farsa. Nie wiem, pierwszego kwietnia? Sprowadzacie mnie tu, odrywacie od pracy, zarzucając nie wiadomo co, a na świadka wystawiacie typa o inteligencji widelca. Składam oficjalny protest.

 — Kompetencje — uradował się Śmierć. — Chodziło o kompetencje.

 — To jest, kurwa, skandal. Ten gość nie nadaje się nawet na korek do wanny. Żądam jego natychmiastowego zawieszenia.

 — Zaraz trafisz do krainy śpiączką płynącej — zagroził Śmierć, podnosząc z ziemi bejsbola. Kajdan znowu wyjrzał spod rękawa.

 — Oburzające. To jest groźba pozbawienia... yyyyy życia — powiedział młody. A korzystając z tego, że Bóg śpi, dodał w ciszy. — Siedzisz pan i robisz pod siebie.

 — Dobra! Starczy! — wtrącił Namiestnik. — Masz pan jeszcze jakieś fakty, panie Śmierć? Jakieś, o kant dupy potłuc, rewelacje?

 — A mam! — wydarł się koksiarz. — Pewnie, że mam!

 — No to dawaj pan szybko i kończymy. Raz, raz.

 — A choćby, Leonard O'Really. Taki jeden pastuch z Północnej Walii. Wczoraj pół dnia darł mordę, że chciałby, by ten rok nigdy nie dobiegł końca. Mamy na to dowody. Nagrania. Taśmy!

 Anioł westchnął przesadnie i potarł skronie. Następnie z wyrazem przygnębienia na żółtej twarzy zwrócił się do młodego.

 — I co pan na to?

 — Hmmm. Jeśli mnie pamięć nie myli, gość wygrał ponad sto baniek. W tej sprawie gadajcie ze Szczęściem, a nie ze mną.

 — Ok. — Anioł ostentacyjnie klasnął w dłonie i zaczął składać papiery. — Ktoś chciałby jeszcze coś dodać?

 — Ja! — wydarł się Śmierć. — Ja!

 — Ty już wystarczająco namąciłeś, pszenny chłopku. Wracaj na wieś.

 Dresiarz nie odpowiedział. Dźwignął tylko z gleby swój wielki kij i skierował się jak niepyszny w stronę wyjścia. Przy samych schodach przystanął.

 — Przyślijcie mi rachunek za tę płytkę — powiedział dumnie. — A ty, śmieciarzu, uważaj, kurwa, na światłach albo jak się będziesz w stawie kąpał.

 — Grozić to my, ale nie nam — odparł Rok. — Spróbuj skończyć gimnazjum.

 I tyle.

 Tym razem Rok był bezpieczny.

 

 *

 Następnym razem wezwali go w listopadzie. W dzień, w którym było święto.

 — Wiem, jak bardzo się ze Śmiercią nie lubicie — rzekł mu archanioł na wstępie. — Dlatego wezwaliśmy cię teraz.

 — O co tym razem chodzi? Coś znów nie gra?

 Nie sposób było nie dostrzec, jak strasznie Rok się postarzał. Zmienił. Zapadnięte policzki kontrastowały z bardzo wydatnym brzuchem, a będące w nieładzie i łączące się u dołu z brodą włosy, przywodziły na myśl czarne smutne słoneczko. Do tego zmęczenie wyzierające z oczu i słaby głos.

 — Nie no, tym razem gra. Nawet bardzo. Po prostu długo ze sobą nie gadaliśmy.

 — Nie owijaj, Gabrielu. Wiesz, że nie jestem już młody. Że...

 — Kończy ci się czas?

 — Właśnie. Dociera do mnie istota przemijania. Cała ta ulotność. Wybraliście już kogoś na moje miejsce?

 — Kilku rokuje.

 — He-he. Nieźle.

 — Co?

 — Rokuje. Niezły kalambur i zarazem ciekawy dobór słów.

 — Czy mam powiedzieć, dziękuje?

 — Nie wiem. A chcesz?

 Archanioł przyjrzał się uważniej, jakby w ogóle nie znał swego gościa i przyszło im rozmawiać pierwszy raz. Po chwili kiwnął z uznaniem.

 — Faktycznie dojrzałeś

 — Nie pierdziel — rzucił Rok, ze śladami uśmiechu w kącikach ust. — Dojrzały byłem w czerwcu. W połowie lipca. Teraz jestem staruszek.

 — Ee tam. Dobrze wyglądasz.

 — Jak ktoś na dwa miesiące przed śmiercią?

 — To twoje słowa.

 — Ale też twoje myśli.

 Gabriel nie odpowiedział. Miast tego, odwrócił się i podszedł do suto zastawionego stołu. Nalał wina.

 — Białe w tulipanie, a czerwone w owalnym, tak?

 — Jakoś tak. Choć jeśli mamy pić, to raczej wolałbym wódkę. Nie za bardzo mam już czas na degustacje.

 — Wódka w Pańskiej sali? Nie przesadzasz?

 — Gabriel. Ja wczoraj skończyłem dziesiąty miesiąc życia. Nie pierdol mi.

 Niebiański prorok zamyślił się, po czym sięgnął ręką za Boski tron. Wyjął stamtąd dwie flaszki. Białą i kolorową.

 — Nie każdemu wolno tu używać takich słów. Za to grożą poważne konsekwencje.

 — Czyżby?

 — Tak. Daniels czy Smirnoff?

 — Oj tam. Przecież go nie ma. I... Smirnoff.

 — Nie ma, czy jest, słyszy myśli. Nie powinniśmy o tym nigdy zapominać. — Polał Rokowi, samemu zostając przy winie. — Nie mam nic na popitkę.

 — Na popitkę może być Daniels, Gabrielu. I nie pierdziel mi tu o Boskiej mocy. Obaj dobrze wiemy, że to są tylko efekty. Podsłuchy, kamery, kable.

 — Uważaj! Bluźnisz!

 — Nie sądzę. Gdyby było inaczej, po kiego grzyba byście mu byli potrzebni? I czy pozwoliłby, abyś za jego tronem prowadził metę?

 — Niezbadane są wyroki Pana.

 — Taaa... Podobno. A bez pracy, nie ma, kurwa, kołaczy. Tylko że ja widziałem całe tabuny ludzi, co to nie przepracowali choćby jednego dnia, a kołaczy, kim czy, czym tam są, mieli od groma.

 — Zgorzkniałeś — zauważył archanioł. — I to bardzo.

 — To przywilej każdego starca, koleżko. W tym i mój. Powiedz lepiej, czego ode mnie chcesz?

 — Najpierw wypij.

 — Uuuu. Czyli coś poważnego?

 — Powiedzmy.

 — Aleś ty tajemniczy. Nic tylko: zobaczymy, nie jestem pewien, powiedzmy. Trochę asertywności.

 — Wypij!

 — Skoro nalegasz. No to chlup, jak to się zwykło mówić, w ten głupi dziób. A może suchy? Nie pamiętam dokładnie.

 — W głupi. Mówi się w głupi.

 — Ale sam przyznasz, że logiczniej byłoby w suchy?

 — Nie wiem.

 — No jak. Suchy, że chce się pić, nie? Dlatego właśnie, chlup.

 — A głupi, że wódka to zło i pijąc, wyrządzamy je sobie.

 Na dźwięk tych słów stary Rok uśmiechnął się, jakby zeżarł rogalik. Oczy mu rozbłysły żółtym światłem.

 — Ależ Gabrielu — zaczął ostentacyjnie — czyżbyś proponował mi zło? I to pod nosem samego Pana naszego? To... ciekawe.

 — Nie, ja... — Boski sługa zaczął gestykulować — ...to tak gościnnie tylko.

 Rok nalał sobie kolejnego kielicha i wypił za jednym haustem. Po chwili nalał następnego.

 — Takie namawianie do złego pod pozorem zwyczajnej uprzejmości? Chytre to bardzo, nie powiem.

 — Co ty... Ja...

 — Świrowałem — zaśmiał się Rok, klepiąc Gabriela w bark. — Chciałem sprawdzić, czy nie jesteś wydyganiec. A flacha przednia. Gadaj, co to za sprawa?

 — Chodzi o czas — wyznał Gabriel głosem, jakby zdradzał najpilniej strzeżony sekret.

 — Oooo. No to faktycznie grubo. Co z nim?

 Archanioł uniósł kieliszek i zupełnie nie po dżentelmeńsku wypił do dna. Potem otarł usta w biały rękaw.

 — Zaginął gdzieś z miesiąc temu. Od tamtej pory nikt go więcej nie widział. Wyruszył nawet sam Pan, by go odnaleźć.

 — Aha. I pomyślałeś, że może ja coś wiem?

 — Nie no, to tylko tak... rutynowo. Wiem dobrze, że sam nie masz czasu. Nie spodziewałem się żadnych rewelacji. Tylko, wiesz... Latasz po całym świecie. Może coś ci się obiło o uszy?

 — Po świecie to lata Wiatr albo Ciekawość. Tylko wiesz, co się zwykło mówić o ciekawości?

 — Co?

 Rok się ponownie bardzo szeroko uśmiechnął.

 — Mówią, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, drogi Gabrielu. Dobrze przemyśl, czy takie coś ci pasi.

 Archanioł pokiwał głową.

 — Wyrobiłeś się. Trza ci, cholera, przyznać.

 — E tam. Starość to kruche gnaty, ale i doświadczenie. Nic więcej. Żadna tam mądrość dziejów, panie Gabrielu.

 — No nic. Tak tylko pytam. Zresztą, być może będzie przełom, bo za chwilę idę do projekcyjnej. Może coś ruszy.

 — Taaa... Po co?

 — Zapewne po nic, ale kto to tam wie? Sprawdzać mam wszystkie tropy.

 — I co to za trop będziesz sprawdzać? W tej projekcyjnej?

 Gabriel popatrzył w dal. Zamyślił się. Miejsce pełne przepychu i radosnego zgiełku świeciło teraz pustkami. Zniknął gdzieś cały śmiech i ożywczy wielobarwny gwar. Nawet złote ornamenty zdawały się przyblakłe i zakurzone.

 — Nic takiego. Kasetę.

 — Kasetę? Jaką?

 — Jeszcze nie wiem, ale nie spodziewam się rewelacji.

 — To po co ją sprawdzać? Tak... bez wiary.

 Archanioł uniósł wzrok. Widać było, że poczuł się urażony.

 — Mam wiarę, Rok. Być może ja już ostatni. Nie wyskakuj mi z takimi tekstami.

 — Przepraszam. Skąd ta kaseta? Od kogo?

 — Od Nienawiści — wydusił Gabriel, nie zastanawiając się, co robi. Złamać klauzurę najwyższej prywatności, to jak nagrać Jezusa na Harleyowcu. Coś dużo gorszego od wódy. — Tylko wiesz... To tak między nami.

 — Spoksik — rzucił Rok. — Widzę, że tamten przygłup nie oddał jeszcze za płytkę.

 — Nie no, gdzie — żachnął się Gabriel i instynktownie zerknął ku posadzce, a kiedy ponownie uniósł wzrok butelka Jacka Danielsa była już zbyt blisko jego skroni.

 — To prawda, że alko zabija — wygłosił stary Rok do pustych ścian, po czym uderzył archanioła jeszcze raz. Grube szkło z łatwością zwyciężyło starcie z kruchością czaszki i po mediolańskich płytkach rozlał się żółty płyn. Rok podniósł z ziemi klucze. — A więc Ciekawość była naprawdę niewinna — burknął, przykręcając zamek w złoto zdobionych drzwiach. — Wszystko to Nienawiść, jebana sucz. Ok, panie Śmierć. Wiemy kto, wiemy co i wiemy, kurwa mać, gdzie.

Liczba ocen: 1
75%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 12

Opis:

Stary tekst, podrasowany na konkurs świąteczny.

Dodano: 2019-11-27 21:09:35
Komentarze.
^krajew34 10 m.
Witamy nową pracę, dobrze byłoby dać w tytule #konkursświąteczny.
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Okejox
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
Czytam pierwszy akapit i go pamiętam, możliwe to? Pytam, bo tytuł nie brzmi znajomo.

„Śmierć wyciągnął zza pazuchy opasły, różowy notatnik z serii Hello Dead Kitty Bones”
„Widać było, że Śmierć jest zestresowany”

„ — Znaczy? — zapytał Śmierć, ciągle wlepiając gały w feralną płytkę i próbując poskładać wszystkie kawałki do kupy. — Eeee. Taki deseń, że prawie niczego nie widać.
— Panie Śmierć — wycedził wolno anioł. — Proszę się skupić i powtórzyć wolno za mną: Je-bać pły-tkę”

„ — No tak, tak — zreflektował się bandzior, kartkując notes. Jego czarny niczym otchłanie piekielne dres szeleścił głośno, kiedy tylko ortalion stykał się ze sobą. Kilka bardzo sprośnych rysunków wypadło i popłynęło wolno ku posadzce. — Więc tak — rozpoczął drab, przekręcając czapkę daszkiem do tyłu. Złoty kajdan grubości trzech centymetrów wychylił się na chwilę spod rękawa. — Po pierwsze żadnej wojny. No, ale to powiedzmy jeszcze w normie. Ale dalej? Patrzcie. W Rosji na przykład, w Murmańsku, temperatura minus trzydzieści siedem i tylko czterech zamarzło. Tylko czterech. Przez dwa cholerne tygodnie. Powinno być ze czternaście tysięcy, a nie czterech.
Młody wszedł Śmierci w słowo” boskie xd Nie no, jednak tego nie pamiętam, tylko ten początek na samej górze – reszta świeżo pachnie

„ — Nie wiem, czemu ruskie nie zamarzają”

Niestety muszę na raty. Zaraz wrócę.


Wątpliwości:
„Osiemdziesiąt dwa lata w Listopadzie” – czemu listopad z dużej?
„Wielki zakapior z bejsbolem się zaczerwienił” – kropki brakuje na końcu

Odpowiedz
*Ritha 10 m.
„ — Nie wiem, czemu ruskie nie zamarzają” *
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
„Klata jak, kurwa, szczur czoło”
„ — Zaraz trafisz do krainy śpiączką płynącej”

Z kabaretami mi się kojarzy.

„ Nie sposób było nie dostrzec, jak strasznie Rok się postarzał.
(&hellip
— Właśnie. Dociera do mnie istota przemijania. Cała ta ulotność. Wybraliście już kogoś na moje miejsce?
— Kilku rokuje” – fajna gra słów

Rok jako żywy byt! Wrzuciłeś taka postać do tabel. A to żywy przykład na opowiadanie z taką postacią

„Od tamtej pory nikt go więcej nie widział. Wyruszył nawet sam Pan, by go odnaleźć” – brakuje kropki
„ Rok się ponownie bardzo szeroko uśmiechnął” – i tu też, signore

Okej, taki wczesny Canulardo, momentami flow namacalne, momentami ze świetnym (naprawdę) poczuciem humoru, momentami dialog lekko przygadany Zaraz popędzę do dwójki.




Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Wątpliwości to dopiero w domu poprawię, bo chcę zarazem i na stronie i w oryginalnym pliku, ale oczywiście dziękuje. Taaa, wiem, że przegadane. Baaardzo stare opko, a wstęp mógł Ci się kojarzyć, bo zamieszczałem go keidyś. Dzienkson
Odpowiedz
^Halmar 10 m.
O maryjko, jakie to dobre! Ani przez chwilę się nie nudziłam, chociaż mam tendencję przy dłuższych narracjach. A tu - fabuła zbudowana na dialogach, żywych, dowcipnych, extra.
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
To fajnie, miło. Stare to-to. Wiele dialogów kalka w kalkę z "Psów"
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
poprawiłem, ale nie wiem o co chodzi z tym listopadem

Odpowiedz
~alka666 1 m.
z dużym wykopem
Prolog, zaiste do bólu odarty z fałszywych nut świątecznej radości.

Zanim doczytałam do dziesięciomiesięcznego Roku, zaszumiało mi wino MenŻulka. Kiedy zza Boskiego tronu wyjrzały biała i kolorowa ubzdryngolilam się Limoncello. Teraz szukam mojej brandy... Noszszsz... jak to się udziela!

Lecę dalej.
Odpowiedz
*Canulas 1 m.
alka666 o kurde, wtutlałaś się i pod to dziadowstewko 😊
Gratuluję odwagi
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin