Maleńkość Przytul mnie #konkursświąteczny

TW 21 Tam gdzie z czarnego lodu kwitną serca

 

 

  Postać : Aktorka z lat 90

  Zdarzenie : Męki na fotelu dentystycznym

  Oraz zestaw z TW 16

  Postać : Kucharka

  Zdarzenie : To tylko gra

 

 

  Mroźny wiatr malował na szybach zimowe obrazy. Długie sople lodu wyrastały spod przykrytych białym puchem dachów. Wędrujące po czarnym niebie chmury przysłoniły niemal całą tarczę srebrnego księżyca. Panującą wokół ciszę zakłócało tylko dochodzące z domu sąsiada szczekanie psów.

  Pan Dellen miał cztery wilczury. Były naprawdę piękne. Wyróżniały się gęstą, śnieżnobiałą sierścią i dużymi szarymi oczami. Zawsze zadbane i czyste, kiedy biegały po podwórku, zlewały się z krystalicznym odcieniem śniegu. Ludzie zastanawiali się, jak pan Dallen daje radę je wykarmić. Wilczury musiały być drogie w utrzymaniu, a on był tylko skromnym pracownikiem przychodni dentystycznej. Zajmował się sprzątaniem. Mimo to psy zawsze miały pełne żołądki.

  Traktował je jak członków rodziny. Jak żonę, która zmarła przedwcześnie, na zapalenie płuc, jak syna, który wyjechał na lotnisko podczas strasznej śnieżycy i już nie wrócił, czy jak córkę, z którą od jedenastu lat nie rozmawiał.

  Czasami wydawało mi się, że od podrzędnego śniadania dla siebie woli przygotować podwójną porcję gotowanego kurczaka swoim wilczurom.

 

 

  — Mamo, wyjdziesz ze mną na dwór? — zapytałam, naciągając na siebie gruby sweter. Na zewnątrz było zimno, w nocy napadało przynajmniej kilka centymetrów śniegu.

  Przez małe okienko w drzwiach dostrzegałam grupkę dzieci, biegały po ośnieżonych ulicach. Od chłodnego powietrza ich buzię miały rumianie odcienie. Musieli być na dworze już od godziny albo nawet i dłużej.

  — Skarbie, piekę ciasto. — Wskazała na szarlotkę. Zapach jabłek unosił się w całym domu. Wydawał się tak intensywny, byłam pewna, że bawiące się na dworze dzieciaki też go wyczuwają.

  Mama była kucharką, co roku brała udział w "Świątecznej podróży smaków". Na konkurs wypieków, zjeżdżalni wszyscy pasjonaci ciast. Miała szansę wygrać. Kilka lat temu prawie jej się to udało. No właśnie "prawie" sprawiło, że od tamtego czasu, całkowicie poświęciła się swojej kulinarnej pasji. Zapisała się na dodatkowe kursy i czytała blogi kulinarne, dzięki czemu awansowała w pracy na stanowisko szefa. W domu próbowała nowych przepisów, praktycznie nie wychodziła z kuchni.

  — To może pójdziemy potem? — Obserwowałam co dzieje się za szybą. Dzieciaki bawiły się w najlepsze. Żałowałam, że nie wstałam z łóżka wcześniej. W nocy spało mi się tak dobrze, że nie zareagowałam na dźwięk budzika. Wybudziły mnie dopiero hałasy z kuchni.

  Zapięłam nałożoną na sweter polarową bluzę. Następnie kurtka, szalik i kaloszki. Robiłam to w pośpiechu, tak jakbym bała się, że nie wystarczy dla mnie śniegu.

  — Potem będę piec bezę. — Wyciągnęła z lodówki jajka.

  — A tato?

  — Nie wiem co robi ojciec. - Usłyszałam dźwięk rozbijanych jajek.

  Mama ciągle piekła, a taty prawie nie widywałam. Czasami tylko spotkałam go na korytarzu, posyłał mi lekki uśmiech po czym znikał za drzwiami swojego gabinetu.

  Tęskniłam za chwilami kiedy wspólnie bawiliśmy się na śniegu. Wtulałam się w puchate futro mamy, trzymała mnie za rękę, abym nie poślizgnęła się na oblodzonym podwórku. Tato zaparzał gorącą czekoladę i urządziliśmy bitwę na śnieżki. Wieczorem zmarznięci wracaliśmy do domu, ubieraliśmy ciepłe świąteczne piżamy i oglądaliśmy kreskówki.

 

 

  Wyszłam na dwór. Tam czekał na mnie mój bałwanek. Na głowie miał czapkę świętego Mikołaja a na zrobionych z zielonych gałązek rękach wełniane rękawiczki.

  Był moim jedynym przyjacielem. Samotność towarzyszyła mi niemal każdego dnia. Z zazdrością patrzyłam na roześmiane buzie dzieci, na to jak dobrze czuły się w swoim towarzystwie. Wydawało mi się, że na całym świcie nie było nikogo, kto mógłby się ze mną bawić.

  Potrzebowałam kogoś kto byłyby tylko dla mnie. Kto trzymałby mnie za rękę, w przerażających chwilach. Gluu był. Kiedy mama i tata pracowali, to właśnie z nim spędzałam zimowe dni. On zawsze cieszył się na mój widok. Czułam, że jako jedyny, nigdy by mnie nie odtrącił. Lubiłam z nim rozmawiać. Słuchał uważnie.

  — Gluu. — Podbiegłam do niego. — Zobacz co dla ciebie mam? — Wyciągnęła z kieszeni kurtki waniliową babeczkę. Kiedy mama była zajęta ubijaniem jajek, chwyciłam dwie sztuki. Jedną dla mnie i jedną dla Gluu. Położyłam ciastko na śniegu, obok miotły, którą trzymał w łapkach. Nie jadł przy mnie. Nie wiem czemu. Wstydził się? Może uważał, że jest zbyt gruby?

  — O czym mi dzisiaj opowiesz?

  Kiedy było źle, kiedy życie miało tak bardzo groszki smak, umiał mnie pocieszyć. Sprawić, abym znowu się uśmiechnęła.

  — Rozumiem — bałwanek szepnął mi na ucho, że bolało go gardło.

  — Wariatka Sally! Wariatka! — Denis krzyknął zza płotu.

  — Odczep się!

  — Ej, Erni patrz, ta idiotka rozmawia z bałwanem — zawołał kolegę.

  — Rozmawiasz z bałwankiem? A o czym? — zapytał.

  Podeszłam do płotu. Policzki chłopców były wręcz czerwone, tak samo jak dłonie. Denis był niskim, grubym, obsypanym piegami rudzielcem. Ubrany w sporo za dużą, poprzecieraną na łokciach kurtkę. Podobną nosił jego starszy brat, może dostał ją od niego? Za to Erni wyglądał bardzo ładnie. Spod pasiastej czapki wystawały ciemne błyszczące loki. Zielony płaszcz, zarzucony na czarny golf podbijał kolor jego szafirowych tęczówek. Obaj byli ode mnie sporo starsi. Czasami widywaliśmy się w szkolnej stołówce. Czasami nawet przysiadali się do mojego stolika ze swoimi kolegami. Nie lubiłam tego. Wysoki blondyn, chyba Ronald, nalał mi kompot do makaronu. Powiedział, że niechcący ale ja wiedziałam, że zrobił to celowo.

  — Mówi mi o różnych rzeczach. — Założyłam na głowę kaptur. Robiło się coraz zimniej. Zaczął padać śnieg.

  — Tak? O to ciekawe — zaśmiał się Denis.

  — To weź go zapytaj, czy zna Świętego Mikołaja. — Erni wyciągnął telefon, zaczął mnie nagrywać. To było miłe. Jak kiedyś, upiekłam w zabawkowym piekarniku ciastko mama nagrywała mnie aparatem. Później oglądaliśmy ten filmik całą rodziną.

  — Dobrze — uśmiechnęłam się w jego stronę.

  — Gluu, Erni pyta, czy znasz Mikołaja. Proszę powiedź mi — szepnęła do śnieżnych kulek umieszczonych po obu stronach jego głowy. Wyglądały trochę jak kocie uszy. — Wiesz, ja mu się chyba podobam —zachichotałam.

  — Ej, no i co, mówi coś? — zapytał Denis.

  — Gluu, proszę powiedz — milczał. Może przestraszył się krzyków Denisa? Albo tak bardzo bolało go gardło?

  — Sally co ty robisz? — zapytała mama. Stała przed domem. Wciąż miała na sobie fartuszek w groszki, w ręku trzymała miskę z kremem. Na jej widok Denis i Erni uciekli. Nie lubili jej? A może spieszyli się na obiad?

  — Już nic — powiedziałam, wpatrując się w płot, za którym jeszcze chwilę temu stali obaj chłopcy.

  — Chodź do środka, jest zimno. Zapowiadają śnieżycę.

 

 

  Wieczorem otuliłam się kocem i usiadłam na parapecie. Patrzyłam przez okno na mojego bałwanka. Oświetlony był światłem ze stojącej na ulicy latarni. Wyglądał na smutnego. Chciałam go jakoś pocieszyć. Ze szkolnego plecaka wyjęłam blok i kolorowe flamastry. Narysowałam tęczę i przykleiłam obrazek na szybie, tak aby go widział.

  — Gluu. — Zapukałam do okna. — Patrz co dla ciebie narysowałam.

  Spodobało mu się. Jego zrobione z małych kamyczków usta ułożyły się w szeroki uśmiech. Ale… martwiło mnie to, że babeczka wciąż leżała nietknięta. Chciałam go zabrać do swojego pokoju. Ogrzałby się ze mną pod kocem. Zjadł ciepły posiłek.

  Wpatrywałam się w niego jeszcze przez chwilę, aż w końcu zasnęłam.

 

 

  — Sally — zawołał z kuchni tata.

  Bolały mnie plecy, całą noc przespałam na parapecie. Spojrzałam na mojego bałwana. Stał sobie, uśmiechał się do mnie. Babeczka zniknęła. Zjadł ją. Ucieszyło mnie to.

  — Już idę. — Narzuciłam na siebie puchaty szlafrok, a na stopy wsunęłam reniferowe bambosze.

 

 

  Schodząc po schodach myślałam o tym, jaki piękny to będzie dzień. Liczyłam na to, że spotkam Erniego, że przyjdzie do mnie, tak jak ostatnio. Podobał mi się. Czułam jak moje policzki nabierają różanego odcienia.

 

 

  — Sally pan Dellen chce ci coś powiedzieć — powiedział tata.

  Zdziwił mnie jego widok. Rzadko do nas przychodził. Czasami spotkałam go wieczorami, kiedy opowiadałam Gluu bajki na dobranoc, chodził po ośnieżonych chodnikach z psami. Nie było mu łatwo z tymi czterema bestyjkami. Kilka razy poprosił mnie o pomoc w ich wyprowadzaniu. Najbardziej lubiłam Plinke, białą suczkę z czarną łatą na lewym uchu. Ona z kolei nie rozstawała się ze swoim młodym, Tinu. Właśnie to tę dwójkę zazwyczaj trzymała na smyczy. Oprócz nich, szły z nami jeszcze dziewięcioletnia Pini i największy z całej gromadki Dillman. Pan Dallen był mi wdzięczny za pomoc, tak jak ja, nie miał zbyt wielu przyjaciół.

  Wyglądał trochę jak Święty Mikołaj. Ubrany był w biało – bordowy płaszcz. Przerzedzone siwe włosy chował pod kraciastym kapeluszem. Jego twarz była szarawa, przeważały na niej liczne bruzdy i zmarszczki. A na szerokim czerwonym nosie nosił okrągłe okulary. Wydawał charakterystyczne pochrząkiwania.

  — O co chodzi? — zapytałam

  — A o to, że wynosisz z domu jedzenie — wtrąciła mama. Znów ten sam fartuszek, miska z kremem, włosy spięte w wysoki kucyk.

  — Bler, daj im porozmawiać. — Tata wskazał ręką na mnie i pana Dallena.

  — Nie mów mi co mam robić.

  — Bler, uspokój się. — Przetarł dłonią po spoconym czole.

  — Zajmij się lepiej swoimi dziwkami — rzuciła mama.

  Nie wiedziałam co się dzieje. Kłótnia? Rodzice tak dawno ze sobą nie rozmawiali. Pytałam się mamy czemu nie oglądamy już wspólnie filmów, czemu unika taty, ale ona zawsze tłumaczyła to pracą.

  — Czy naprawdę musisz mówić o tym przy dziecku. — Popatrzył na mnie.

  — Czyżby ci to przeszkadzało! A jak zostawiasz nas same w domu i idziesz się pieprzyć ze swoimi aktoreczkami z agencji, to to już jest w porządku, tak?

  — Przestańcie — wyszeptałam. Bolała mnie głowa, pokój zaczął się kręcić, twarze rodziców rozmazywać.

  — Łapcie ją! — krzyknął pan Dallen, widząc jak osuwam się na ziemię.

 

 

  Obudziłam się w szpitalu. Obok byli rodzice. Mama trzymała mnie za rękę, zabarwione czarnym tuszem łzy ciekły po jej policzkach. Już dawno nie widziałam mamy z tak bliska. Jej oczy miały taki ładny szary odcień. Tato stał przy drzwiach, nerwowo miętosił w rękach swój purpurowy płaszcz.

 

 

  — Co się stało? — zapytałam.

  — Zemdlałaś. — Wzrok mamy wędrował po moim ciele.

  — Jesteś chora, Sally. — Tata podszedł bliżej.

  Nie wiedziałam o co im chodzi. Nie lubiłam szpitali, chciałam wrócić do domu.

  — Skoro wy jesteście tu, to kto pilnuje Gluu? — Zbliżała się śnieżyca. Musiał się potwornie bać. Nie powinni go zostawiać samego.

  — Wszystko przez tego durnego bałwana! — krzyknęła mama.

  — Bler, proszę cię. Widzisz przecież w jakim ona jest stanie. Jak mogliśmy tego nie zauważyć?

  — Muszę iść do Gluu. — Byłam podłączona do kroplówki. Próbowałam wydostać się z łóżka. Dźwięk upuszczanych kropli rozsadzał mi głowę.

  — Skarbie, już dobrze. — Tata złapał mnie za rękę. — Na jego twarzy malował się smutek.

  — Wynosiłaś jedzenie z domu. Sama nic nie jadłaś, nie zauważyłam jak bardzo schudłaś. — Mama zalała się łzami.

  — Karmiłam Gluu — wyszeptałam.

  — Karmiłaś? Pan Dallen powiedział, że jego psy spacerowały co noc po naszym podwórku. Przyszedł, bo chciał ci podziękować za to, że je dokarmiasz. Myślał, że babeczki są dla jego wilczurów. Sally to one je zjadły. Nie ten cały Guna.

  — Dla Gluu. One były dla Gluu.

 

 

 

 

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Mia123a
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 2

Opis:
Dodano: 2019-11-28 17:26:17
Komentarze.
~entropia 8 m.
Drobne uwagi:

Brakuje przecinków:
Zawsze zadbane i czyste, kiedy biegały po podwórku niemal zlewały się z krystaliczną bielą śniegu.
— zapytałam naciągając na siebie gruby sweter.
Tęskniłam za chwilami kiedy wspólnie bawiliśmy się na
Z zazdrością patrzyłam na roześmiane buzie dzieci, na to jak dobrze czuły się w swoim towarzystwie
Potrzebowałam kogoś kto byłyby tylko dla mnie
Sprawić aby znowu się uśmiechnęła.

Powiedział, że niechcący ale ja wiedziałam, ż

To weź go zapytaj,
Jak kiedyś upiekłam w zabawkowym piekarniku ciastko mama nagrywała mnie aparatem.
—Gluu, Erni pyta czy znasz Mikołaja. Proszę powiedź mi — szepnęła do śnieżnych kulek umieszczonyc

Tu chyba zbędny

Musieli być na dworze już od godziny, albo nawet i dłużej.
Wysoki blondyn chyba Ronald, nalał mi kompot do makaronu
— Nie wiem co robi ojciec - Usłyszałam ...
Kreseczka —/-

Spacja
—Ej, Erni,

Literówki

wrócaliśmy
jedynastu

— Rozumiem. — Bałwanek szepnął mi na ucho, że bolało go gardło. ( Bez kropki i z małej)
Tak? O to ciekawe — zaśmiał się Denis.
. Z

Robiłam to w pośpiech, pośpiechu?
Ogrzał by się - razem
Nie wiem co robi ojciec - kropeczka
Jest tego jeszcze trochę. Przejrzyj sobie na spokojnie.


Mia Same opowiadanie bardzo smutne, tu klimat świąteczny, samotność wśród najbliższych osób i nietylko, chwyta za serduszko.
Zapominanie o najważniejszym...
Odpowiedz
~Mia123a 8 m.
Entropio bardzo dziękuję za wyłapanie błędów. Wiem, że jest tego sporo, trochę w biegu dodawalam to opko, jak wrócę do domu to to ogarnę. Opowiadanie tak jak napisałam miało być na konkurs świąteczny. dziękuję pięknie za wizytkę
Odpowiedz
Witamy nowy tekst!
ps. Mia w wolnej chwili wrzuć link do wątku z linkami
Odpowiedz
*Ritha 8 m.
Dwa zestawy w jednym? Wow (!)

Ludzie zastanawiali się[,] jak pan Dallen daje rade je wykarmić - radę*
a on, był tylko skromnym pracownikiem przychodni dentystycznej - bez przecinka tutaj

"Traktował je jak członków rodziny. Jak żonę, która zmarła przedwcześnie, na zapalenie płuc, jak syna, który wyjechał na lotnisko podczas strasznej śnieżycy i już nie wrócił, czy jak córkę, z którą od jedenastu lat nie rozmawiał" - świetny fragment i już nawet nie o samą szarpiąca po emocjach treść chodzi jak o konstrukcję zapisu

"— Nie wiem co robi ojciec. - Usłyszałam dźwięk rozbijanych jajek" - zamotała Ci się tutaj krótka kreseczka
Czasami tylko spotkałam go na korytarzu, posyłał mi lekki uśmiech[,] po czym znikał za drzwiami swojego gabinetu.

— Gluu. — Podbiegłam do niego. — Zobacz co dla ciebie mam? — Wyciągnęła z kieszeni kurtki waniliową babeczkę - wzruszasz Mia

Kurde, ten tekst mi uświadamia, jak daleko od beztroski się momentami oddalam. Może każdy tak ma.

"umiał mnie pocieszyć. Sprawić[,] aby znowu się uśmiechnęła. " - abym*

Musze na raty. Wrócę.
Odpowiedz
*Ritha 8 m.
— Rozmawiasz z bałwankiem? A o czym[?]— zapytał.
Wiesz, ja mu się chyba podobam —[spacja]zachichotałam.
Schodząc po schodach myślałam o tym[,] jaki piękny to będzie dzień.
— Sally pan Dellen chce ci coś powiedzieć - powiedział tata. - pauza zamiast dywizu
Wyglądał trochę jak Święty Mikołaj. Ubrany był w biało - bordowy płaszcz. - tutaj półpauza zamiast dywizu
— O co chodzi? — zapytałam [.]
Nie wiedziałam[,] co się dzieje.
— Przestańcie —[spacja]wyszeptałam.
— Łapcie ją! — krzyknął pan Dallen[,] widząc jak osuwam się na ziemię.
— Skarbie, już dobrze[.] — Tata złapał mnie za rękę.
Przyszedł[,] bo chciał ci podziękować za to, że je dokarmiasz.

" — Masz anoreksję. — Na jego twarzy malował się smutek. Nie wiedziałam co oznacza to słowo.
— Wynosiłaś jedzenie z domu. Sama nic nie jadłaś, nie zauważyłam jak bardzo schudłaś. — Mama zalała się łzami" - hm, może bardziej anemię? albo białaczkę? to jest z niejedzenia, anoreksja to świadome niejedzenie, a ona karmiła bałwanka, hm, sama nie wiem

technicznie masz parę potknięć, ale opowieść jest przewspaniała, łapiąca za serce i przeurocza. Chyba mam dziś podatny nastrój, no ale, wzruszające.





Odpowiedz
*Ritha 8 m.
Kochana, link
Odpowiedz
~Mia123a 8 m.
Hejo Rituś Wiem, że ten tekst technicznie to niebardzo. coś tam próbowałam juz poprawiać  ale no, przyznam szczerze, zamotalam się w tych nieszczęsnych przecinkach. Moze teraz są na właściwych miejscach. Dziękowac. Co do samego opowiadania, jakoś średnio jestem do niego przekonana, niby fajnie, bo napisałam coś, po dłuższej przerwie, ale z drugiej strony, trochę chce je usunąć, no i nie wiem. Ech. A Co do tej anoreksji, narazie zostawiłam już tak, ale to jeszcze się zastanowię. Bardzo się cieszę, że do mnie przydreptałaś. Dziękuję.
Odpowiedz
~Mia123a 8 m.
Aaaa link, już biegnę
Odpowiedz
*Canulas 8 m.
Wilki jak wilkory
Jeden jak zmarła żona. Drugi jak syn. Trzeci jak córka. A czwarty?

“— Nie wiem co robi ojciec. - Usłyszałam dźwięk rozbijanych jajek.“ — kreska



"— Gluu. — Podbiegłam do niego. — Zobacz co dla ciebie mam? — Wyciągnęła z kieszeni kurtki waniliową babeczki" - Wyciągnęłam


"Zielony płaszcz, zarzucony na czarny golf podbijał kolor jego szafirowych tęczówek. Oboje byli ode mnie sporo starsi." chyba: Obaj.


Nooo, długie, ale czyta się. Jeden z lepszych tekstów tej edycji.
Bardzo fajna i co ważne, poukładana historia.
Niby to wszystko już tyle razy mieliśmy: zdrady, choroby, itd, ale u Ciebie zgrabność połączenia nie wywołuje efektu kliszowości.
Bardzo dobry tekst

Odpowiedz
~pkropka 8 m.
Bardzo ładnie zbudowałaś klimat. Opowiadanie samo narzuca tempo czytania, zmusza do zwolnienia i spokoju.
"Czasami tylko spotkałam go na korytarzu" - spotykałam, lub kiedy spotkałam.
"Wieczorem zmarznięci wracaliśmy do domu, ubieraliśmy ciepłe świąteczne piżamy i oglądaliśmy kreskówki." - ubieraliśmy się w, lub zakładaliśmy. Chyba że piżamy dostawały ubranie
"Narysowałam tęcze " - tęczę
"Właśnie to te dwójkę zazwyczaj trzymała na smyczy." - tę, trzymałam
Drobnica, ogółem opowiadanie jest cudowne. Przesycone smutkiem, ale jednocześnie jest w nim promyczek nadziei. Może rodzice się opamiętają, skupią na córce. Ma przyjaciela w sąsiedzie, który też już nie jest samotny.
Tylko bałwanka szkoda, że został sam. Faktycznie musiał się bać śnieżycy.


Odpowiedz
~JamCi 8 m.
Oj, przypomniał mi się Twój tekst sprzed kilku miesięcy.
Stworzyłaś taki klimat. Smutku, samotności, marzeń o cieple. I jednocześnie głód w domu pełnym... jedzenia.
Sama historia podobała mi się bardziej niż zakończenie. Dla mnie niepotrzebnie wpisałaś diagnozę. Niedopowiedzenie byłoby ciekawsze.
Odpowiedz
~JamCi 8 m.
Ale czytało się wspaniale, tekst jakby prowadzi sam, bez żadnego oporu, zgrzytu, po prostu się zanurzasz i płyniesz, ale bez wysiłku, bez trudu. Jak zobaczyłam tekst pomyślałam: długie. Zmęczę się. A jak się skończyło, pomyślałam: szkoda ze tak szybko. To chyba dobrze nie?
Odpowiedz
~Mia123a 8 m.
Pewnie, że dobrze, JamCi co do tego zakończenia to może i masz rację, mi samej ono się tak średnio podoba. Może coś tu jeszcze pokombinuje. I tak, klimatem trochę podobne do mojego poprzedniego TW. No o ile uważam, że większość moich opowiadań nadaje się tylko do kosza to Elfeny naprawdę lubię. To lubię tak o. Dziękuję pięknie za wizytkę.
Odpowiedz
~Mia123a 8 m.
Pkropeczko, Canu Wam również bardzo dziękuję Przejrzę se jeszcze to opko, bo jest ono takie no niedopieszczone.
Odpowiedz
~JamCi 8 m.
A ja lubię jak Elfeny :-)
Odpowiedz
~Agnieszka 8 m.
Witaj Mia
Bardzo przyjemne opowiadanie.
Pełne emocji. Do tego fajnie, lekko napisane. Podoba mi się.
Pozdrawiam )
Odpowiedz
~Mia123a 8 m.
JamCi ))
Odpowiedz
~Mia123a 8 m.
Dziękuję, Aguś. Również pozdrawiam
Odpowiedz
~Adelajda 8 m.
Storzyłaś bardzo smutną historię. Z początku nieco mnie zwiodłaś, myślałam, że opowiadanie pójdzie w inną stronę. Jest trochę literówek, ale to raczej jakieś pojedyńcze literki.
Gorzki obrazek, podsycony postacią bałwanka, który wydawał się bardziej żywy i ciepły, niż cały świat. Samotność hodowana w czterech ścianach.
Potrafisz w takie klimaty, poruszyło mnie to.
Pozdrawiam.
Odpowiedz
~Mia123a 8 m.
Adelajdo, bardzo dziękuję za komentarz Miło mi. Co do literówek, ech, przeglądałam ten tekst już tyle razy, ale no mogłam jeszcze coś tam przegapić. Zaraz popoprawiam. Pozdrówka.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin