T.W. (22) — Amadea — część I Ostatni taki Rok — (2z2) — Konkurs Świąteczny

Odejście największej z gwiazd

 Wszyscy z kamienicy przy Montinue 18 byli na dachu.

 Zresztą na innych budynkach, których spadzistość na to pozwalała, także zbierali się ludzie. Nikt nie chciał tego przegapić. Nikt nie chciał przybyć za późno.

 Jedni biesiadowali, pijąc, jedząc i kochając się między sobą, jak nigdy dotąd. Inni żarliwie się modlili, wyznając grzechy, jakich nigdy nie wyjawiliby księdzu. A jeszcze inni skakali, chcąc mieć do końca swój los we własnych rękach.

 Starszy mężczyzna ubrany w smoking i muszkę śpiewał arię do Słońca, a jego zamroczona alkoholem małżonka wymiotowała na suknię w zielone kwiaty. Gość w roboczym kombinezonie tulił do piersi dziewczynkę i rzewnie płakał. Dozorca, sędziwy pan Garrison, ciągle żarł.

 Marta Elena Abbott na oczach zdruzgotanego męża uprawiała wyuzdany seks z kochankiem z trzeciego piętra, a babcia Emilka dusiła w dłoniach różaniec. Bracia Mort i Dennis Coenowie, zawodowi złodzieje i utrapienie miejscowych stróżów prawa, darli studolarówki i ćmili szlugi. Były żołnierz włożył lufę do ust. Bezimienny kundel starego Starka, przez dzieciaki nazywany Parszywcem, zrobił kupę.

 Melissa Abrams przekroczyła krawędź dachu i zniknęła. W chwilę później dołączył do niej ubrany w motocyklową kurtkę i starte jeansy chłopak, którego nikt nie znał tutaj z imienia.

 — Ile zostało? — zapytał grubas z kawałkiem kurczaka w jednym i wielką butelką coli w drugim ręku.

 — Trzy dwadzieścia trzy — odparł Luck Stephens, spoglądając na swego ogromnego Casio Waveceptora.

 — A więc połowa minęła — skwitował grubas i beknął. Kochanek z trzeciego piętra zaczął dochodzić.

 — Może się pomylili? — spytała jedyna z pozostałych przy życiu sióstr Dremond: urocza piętnastolatka o ciemnej cerze, w której podkochiwali się wszyscy chłopcy z sąsiedztwa. — Może nic się nie stanie?

 Luck Stephens pokręcił głową.

 — Nie byłoby orędzia do narodu. Prezydent by nie przemawiał.

 Ktoś schylił się po rewolwer, który leżał obok przestrzelonej głowy byłego żołnierza. Otarł go w rękaw swetra, jak gdyby bał się zarazić. Następnie przyłożył sobie do głowy. Nastąpił huk.

 — I amen — powiedziała z powagą babcia Emilka. — Amen na drogę ci synu.

 Mort Coen ściągnął koszulkę, pokazując zgromadzonym wyrzeźbiony sześciopak, a w dłoni jego brata błysnął myśliwski nóż. Pamiątka po ojcu alkoholiku, który, zanim ożenił się z butelczyną, jak nikt inny skórował nim zwierzynę.

 — Jesteś pewny? — zapytał Dennis Coen.

 — Dawaj — odparł Mort i splunął.

 Gość w roboczym kombinezonie, ciągle płacząc, skręcił kark swemu dziecku. Mężczyzna w smokingu skończył śpiewać i usiadł przy żonie, kładąc jej siwą głowę na swych kolanach. Grubas podszedł do krawędzi, ale nie skoczył.

 — Ile zostało? — zapytał typa od Casio.

 — Dwa dwadzieścia.

 — Ciągle nic się nie dzieje — rzekła piętnastolatka, której od wpatrywania w niebo zesztywniał kark. Naga para popalała papierosy.

 Na dole wszystko płonęło. Ulice zaścielały stosy ciał. Co rusz słychać było sygnał straży pożarnej albo karetki. Ewentualnie zderzające się z czym popadnie samochody.

 — P-oo co s-się sta-arają — wydukał wytatuowany okularnik, zarazem mąż pani Abbott. — Cze-mmu nie-e spa-asują?

 Chciał coś dodać, ale ktoś z bloku naprzeciwko uznał, że wyśmienitym pomysłem będzie sobie postrzelać ze sztucera i kula rozwaliła mu czerep. Nie nastrzelał się jednak długo, bo ktoś z jego własnego dachu uznał, że jeszcze lepszym pomysłem będzie go zepchnąć, sądząc po odgłosie alarmu, prosto na dach samochodu.

 Dennis Coen nie był zdecydowany. Przypomniał bratu, że jakby co, mają gnata. Na co Mort pokręcił przecząco głową.

 — Nie bądź pizdą, Dennis — strofował swego starszego o dziewięć minut bliźniaka. — Dawaj!

 Gość w kombinezonie spojrzał na własny zegarek. Nie tak wypasiony, jak ten kolesia od Casio, ale również działający poprawnie.

 Dennis Coen wsadził swojemu bratu nóż, aż po rękojeść.

 Z dachu po prawej zeskoczyło sześć osób. Sądząc po tym, że wszyscy trzymali się za ręce, pewnie rodzina.

 — Wyglądali jak pierdolony sznur z praniem — rzucił dozorca. — No dosłownie jak biegnący, pierdolony sznur z praniem. Że też dobry Pan pozwala nam na takie pojebaństwa.

 Casandra Dremond chciała ponownie powiedzieć, że może jakoś to będzie, ale się zatrzymała ze zdaniem w zębach. Niebo zaczęło jaśnieć.

 — Za wcześnie — zakwilił grubas. Następnie zwrócił się do Stephensa. — Ile jeszcze?

 — Jeden piętnaście — odpowiedział mu chłopak, wyjmując z plecaka berettę. — Mam kogoś zastrzelić?

 Dennis Coen próbował przeprowadzić na sobie harakiri, ale najwidoczniej nie miał do tego smykałki i ledwie co się pochlastał. Siedział więc tylko po turecku w kałuży krwi i bełkotał. Gość w kombinezonie skręcił kark babci Emilce.

 — Faktycznie robi się jasno — potwierdził.

 — Pytam, bo ja już kończę — ponowił Stephens. — Ktoś się zabiera?

 — Dawaj! — wychrypiał Dennis. — Dawaj, dzieciaku!

 Na innych dachach chyba także już brakowało cierpliwości, bo strzały było słychać raz po raz. Na jednym ośmiopiętrowcu grupa ludzi urządziła sobie zawody i skakała teraz całymi dziesiątkami prosto w dół. Ci, co nie chcieli, byli przez innych spychani.

 Luck Stephens przymierzył, rozmyślił się, podszedł bliżej. Następnie z odległości dwóch metrów oddał strzał. Prościutko w głowę Dennisa Coena. Później powiódł wzrokiem po pozostałych.

 Kochankowie spali albo nie żyli. Podobnie jak człowiek w muszce, którego żona chrapała w pijackim śnie. Pozostał jeszcze kundel starego Starka, gość w kombinezonie, śliczna piętnastolatka, dozorca oraz grubas. Ten ostatni wyraźnie niepocieszony.

 — Ale to wszystko za wcześnie — biadolił. — Jeszcze nie.

 — To na co czekasz? — rozdarł się pan Garrison. — Wpierdalaj, póki masz czas!

 Luck Stephens strzelił mu w pierś.

 Zrobiło się jaśniej, cieplej i dużo głośniej. Głośno jak jasna cholera.

 — Ile to leci? — zapytał grubas. — To... całe światło, czy co tam? Ile leci ze słońca?

 — Dane są różne — odpowiedział mu Stephens. — Od ośmiu minut, nawet do ośmiu dwudziestu. Różne źródła rozmaicie podają.

 Casandra Dremond zaczęła krzyczeć, bo gość w kombinezonie najwyraźniej zwariował już do reszty i usiłował skręcić jej drobny kark. Stephens strzelił mu w twarz i małą Cass zalała kleista substancja przypominająca żurawinowy sok. Gruby chłopak ponownie spytał o czas i w odpowiedzi dostał kulkę w oczodół. Kundel starego Starka oszczekiwał jaśniejące wciąż niebo. Luck go zastrzelił, a następnie spojrzał dobrodusznie na dziewczynę. Mniej stabilne budynki tonęły pod swym ciężarem w tonach gruzu.

 — Może to się nie stanie? — zapytała błagalnym tonem Casandra. — Może to tylko...

 — Nasze słońce wybuchło — przerwał jej chłopak. — Idziesz czy nie?

 Dziewczyna skinęła głową i zapłaciła za to kulką w tę samą głowę.

 Luck Stephens był skrupulatny i spytał mężczyznę w muszce czy się wybiera. Ten nie otworzył oczu i chłopak to uznał za tak. Następnie, niejako z rozpędu, załadował dwie kolejne kule w twarz jego żony. Później oddał kilka strzałów do kochanków.

 W momencie, w którym matka ziemia kończyła swój marny żywot, przystawiał już berettę do własnej głowy.

 Niebo dalej jaśniało.

 

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: inne

Liczba wejść: 9

Opis:

Taka wariacja na temat jednego z ewentualnych końców egzystencjalnej udręki (stare)

Dodano: 2019-12-01 19:41:40
Komentarze.
~Nachszon 10 m.
Apokalipsa. Kilka chwil przed końcem ziemi, ale nie świata. Pełna anarchia duszy. Brak jakichkowiek emocji, również strachu. Dziewczyna skinęła głową, chyba na znak zgody, a i tak zapłaciła głową. Czym więc było pytanie? Czy idzie, tam gdzie poszli tamci poprzedni ("do wrót ciemnego kresu"? Niesamowita dynamika języka jak zawsze, ale i... ograniczenie plastyczności zdań, w porównaniu do wielu tekstów Cana, które pamiętam, co wpływa cudnie na wizjonerską plastyczność samego opowiadania, czymkolwiek by ono nie było. Sama wypowiedź jest dużo bardziej zdyscyplinowana, a tak naprawdę zdyscyplinowana mistrzowsko i przez to dająca napięcie. Jeżeli czegoś Ci zazdroszczę Canulas, to dynamiki, plastyczności opowieści. To nowe? Czy wyciągnięte? Ach i oczywiście jest tu przeolbrzymia, płaszczyzna ironii. Ciebie Can zinterpretować, to ciężko czasem, trzeba by kilku spokojnych godzin. Co też Ty masz w tym swoim łbie?
Odpowiedz
~Nachszon 10 m.
A teraz przeczytałem opis, że stare
Odpowiedz
~jagodolas 10 m.
Motyw czekania na , trochę mi przypominający, ileś tam minut do końca, nie ma słońca (pewnie przekręciłem, ale tamto opko cały czas mi się tłucze po kabinie łba, jets chyba najlepsze jakie czytałem Twoje, chociaż z tej całej masy tekstów Twych to w sumie mało czytałem, przyznaje się bez bicia). Tu też opisy bardzo, jakbym tam był, na dachu, wśród ciżby której udzieliło się fiksum. W sumie Nachszon lepiej to wszystko ujął, eięc podepnę się pod koment niżej i oddam głos mądrzejszym. Bardzo mi siadło.
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
@Nachszon - stary tekst, ale ten akurat bardzo lubię. Napisałem jeszcze wariant z bloku naprzeciwko, ale zbyt sztucznie komediowy i dużo gorszy. Wrota ciemnego kresu tak mi jakoś zalatują Herbertem i jeśli nie mylę się, to fajnie. Co mam we łbie nie wiem, ale
- Po co panu głowa/
- Jem nią
pasuje do mnie dobrze.

Pozdrówka, fajnie, że jesteś tu.
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
@jagodolas - Taaa, cytowany tekat, to: Nie ma słońca. Też go jakoś tak wstawię... kiedyś. Cieszę się, że siadło, bo jak już pisałem niżej, sam lubię ten tekst.
Pozdroxon.
Odpowiedz
!sensol 10 m.
ooo! z dużym wykopem! jakbym był na tym dachu. takie pisanie lubię. bez ozdobników. akcja jest gęsta. ciekawe jakby to wyglądało naprawdę. chyba każdy do końca by jednak czekał na jakiś cud. nikt by nie skoczył wcześniej, niż to konieczne. (dobra robota)
Odpowiedz
~Angela 10 m.
Nosz kurde, ale to było dobre. Wszystko widać, wydaje się, że siedzi człek pod ścianą i obserwuje zdarzenia.
Więcej takich tekstów. A swoją drogą, ciekawe jak by się samemu zachowało, w obliczu nadchodzącego końca.
Odpowiedz
~Adelajda 10 m.
Pamiętam i to o dziwo dość dobrze. Zdecydowanie jeden z lepszych, twoich tekstów, podobnie jak żółci ludzie i jeszcze jeden, którego tytułu nie pamiętam, za to pamiętam treść.
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
@sensol - bo ja kiedyś nie byłem więźniem, teraz już jestem. Cóż robić, póki jest radość idę do przodu, a jak nie ma, stoję. Lubię ten tekst, ale część alternatywną już mniej (dużo mniej). - Dziękuję.

@Angela - miło mi, bo Ty u mnie dosć rzadko. Sam bym chciał być na tym dachu. Może to skurwysyństwo, ale doświadczyć końca świata, to... chyba bym chciał stać tam i odliczać. Chciał i nie chciał.

@Adelajda Ja też pamiętam, choć mam takie, co nie bardzo pamiętam. Ten tekst miał się potoczyć w zupełnie innej scenerii, ale - hej p[rzygodo - wybrał sam. Nie mam kontroli. Nigdy nie miałem.
Odpowiedz
!sensol 10 m.
?
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Usztywnienie w pisaniu, więzień formy, niekiedy. No i gdzieś nieraz brakuje flow.
Nie więźniem, w sensie - uwięzionym
Odpowiedz
!sensol 10 m.
precz z formą powinieneś więcej pisać o sobie, o życiu, masz duży dar obserwacji i błyskotliwość i cięty język. a uciekasz często w obce światy, które musisz wymyślać od A do Z (nie mówię o tym kawałku, bo jest świetny) może jest to tez jakies wyjście jak brakuje flow - pisać o tym co bliskie ciału i duszy.
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
No pewnie o tak, zawsze łapać próbowałem wiele srok. Może takie strzały z trzewu byłyby spojniejsze, ale czasem lubię być swym pierwszym czytelnikiem, a to jest możliwe tylko na obcym obszarze
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
Prequel do Nie ma słońca, przymierzam się, przybedę
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
Docwałowałam.

" Wszyscy z kamienicy przy Montinue 18 byli na dachu.
Zresztą na innych budynkach, których spadzistość dachu" - obadaj czy to "duchu" nie dubluje się jakoś tak, zbytnio (?)

"Zresztą na innych budynkach, których spadzistość dachu na to pozwalała, także zbierali się ludzie. Nikt nie chciał tego przegapić. Nikt nie chciał przybyć za późno" - jestem świeżo po obejrzeniu Czarnobylu, scena na moście powróciła z tym zdaniem, stan świadomości co prawda odmienny niż w tym opku (a i skala mniejsza), ale gdzieś na poziomie podziwiania niecodziennego zjawiska zbliżone skojarzeniowo

"Starszy mężczyzna ubrany w smoking i muszkę śpiewał arię do słońca" - nie wiem czy w tym znaczeniu słonce nie powinno być z dużej (ale być może nie, nie wiem, pisze każdą wątpliwość, obadaj swoim okiem)

" Z dachu po prawej zeskoczyło sześć osób. Sądząc po tym, że wszyscy trzymali się za ręce, pewnie rodzina.
— Wyglądali jak pierdolony sznur z praniem — rzucił dozorca" )) (brr, ale śmiszne zarazem)

"Luck Stephens przymierzył, rozmyślił się, podszedł bliżej. Następnie z odległości dwóch metrów oddał strzał" - może jardów?

Pamiętam ten tekst doskonale. Zawsze czytając, zastanawiam się czy tak by było, czy ludzie nie ratowaliby się do końca, czy faktycznie woleliby zdecydować sami, puszczające nerwy to pewnik. Zresztą, nie chce wiedzieć. Motyw końca świata ze skali makro do mikro kondensujesz w każdym noirze
Tekst ok, choć dla mnie bez fajerwerków

Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Noo, wątpliwościoxy zasadnbe, zara podreperuję. Poza jardami. Zostan metry, bo... bo tak. Ale resztę wyprostuję, jak tylko mnie odmarzną dłonie.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin