jasno ciemno
Być owadem Liseły i fufeły

Krótki cykl o Istocie Rzeczy

 Uzupełnienie cyklu o kobiecie w bieli i w ogóle, coś popierdolilem i wrzucam od nowa

 

 

 – A powiedz Lidzbark, Tymbark, Śląsk, Suwałki?

 – W jakim celu, w jakim sposobie, kontekście, po co?

 Podeszła, cała gotowa na to, na jedno, na wszystko.

 – Spójrz na martwego lisa, wysypują się z niego robaki. Martwe robaki z martwego tygrysa, jak pociski z kałasznikowa, nadepniętego wielką stopą.

 To nie martwy lis, tylko żółty pies. A to, co widać, to wysypują się z niego pomysły na lepsze jutro.

 Prychnęła sama z siebie, z głowy nasączonej ideałami wartymi tyle, co psi chuj na zimnie. Wiadomo, że nie będzie żadnego lepszego jutra. Ani życia. Ani filozofii, mądrości, uczciwego handlarza używanymi samochodami. Nie będzie ukrytych starców w chłopcach. Kontynuowała:

 – Na krótsze lato, na długą, prądożerną zimę, na węgiel kamienny nad morzem. Olej, benzyna, ropa. – Ropa, ropa – wtrącił się on, chętny przejażdżkom do Macdonald's, do maka, do magdonalda, gdzie kupuje się rzeczy w kolorze i smaku z telewizji. Intensywność jego wewnętrznych doznań wstrząsała nią; był twardy jak zamrożony marcepan i miękki jak marznący deszcz. Przy tym i romantyczny jak brygada Ukraińców, gdy w przeddzień wypłaty wypada święto.

 – Literatura ci nigdy nie wybaczy, pismak może i ma posmak, kształt i kolor, porównanie poprzecznie prążkowane: skórzana kurtka pachnie tapicerką w nowej skodzie.

 Na dźwięk słowa "Skoda" zmarszczył się cały, niczym złożony w harmonijkę bohater kreskówki. Poszczycił się znajomością anatomii, rzekłszy od niechcenia:

 – A ja na to zaciskam mięsień czworogłowy odbytu.

 Nakręcona jak jeden z tych maciupeńkich rycerzyków z korbką na plecach, wstała i kontynuowała, dotykając rogów obrazów w stylu "sztuka nowoczesna zawitała do castoramy". Wcześniej wisiały prosto, teraz jej oczom ukazuje się niechętny porządkowi obraz kiczu w krzywo powieszonych ramach, na ścianie wciąż obitej boazerią przez rodziców właściciela, czyli jego.

 – Zaciskaj, tylko… A na zewnątrz płaczą i plączą się w spacernym amoku rodzice z dziećmi. Widzą wokół siebie żonę, małomiasteczkową nauczycielkę klas najmłodszych z wielkomiejskimi aspiracjami. Literatura może ci wybaczy kwadratowego ojca górnika, który tańczy, jak mu się podoba. Nasra i narzyga na sąsiada brudasa, co się tydzień nie myje, żre, sra, jara. Zesra się na ciebie, bo to właśnie jest pomysł na życie, na literaturę, na Lidzbark Warmiński, Gołdap i Orzysz. Jugosławia, Hercegowina, wafle tortowe, ryżowe, sojowe.

 Czknął, maczając i oblizując paluchy. Ohyda dźwięków mlaskania i widok maczanego niemytego fingera w majonezie. Majonez był dawno przeterminowany, data roczna wskazywała zeszłą zimę. Co najmniej.

 – Czy ty się dobrze czujesz, brachu? – spytała, gdy czknął dwa razy jeszcze, zupełnie niezdrowo tak, niepotrzebnie i wydawałoby się, dosyć na pokaz. A on z apatycznym spojrzeniem w słoik, w czeluści białej masy na bazie olejek i jaju, rafinacja podstawą niezdrowego żywienia.

 – Lepiej niż ty po koronarografii.

 Tak jej rzekł, zupełnie nieciekaw jej czarnych majtek i bladych ud, zupełnie niezainteresowany tym, co skrywa bladość, co oddziela biel śniegu od gorąca ciała.

 Majonez, majonez, majonez.

 Angiografia i koronarografia, geografia i kaligrafia? To przecież jeden chuj! Z życiem przecież nie wygrasz, nie umyjesz dwa razy czystej już ręki, nie zjesz tej samej kapusty drugi raz. W pornosie nie złapiesz na twarz tego samego wytrysku dwa razy. Na ripleju, w zwolnionym tempie, ale to jedynie rozkosz dla zmysłów. Tak luzacko wszystkich – poza dotykiem.

 – W knajpie pełnej czystych ludzi najłatwiej o brudny widelec i odwrotnie, w restauracji pełnej kominiarzy najprościej o wirusowe zapalenie żołądka, stawów, skóry, bóle kręgosłupa, rozwolnienia i źle przepisane sterydy.

 Tak mu rzekła, gotowa na dysonanse, na pożyczkę pod zastaw kopa czy nawet na przelanie z pustego w próżne dwóch lub trzech liści w pysk. Na trzask szarpanej bawełny, na dźwięk bitej twarzy. Nie śmietany, nie wołowiny. Niechaj pruje się czarny top.

 ***

 Na nadbrzeżu siedziało dwoje, oboje w męskich strojach jak w jakimś wiktoriańskim opowiadaniu. Jak ludzie na wycieczce, te kaszkiety, marynarki, kamizelki. Brąz. Strzelano sobie argumentami, wypełniano przestrzeń i czas. I myśli. Mózgi wypełniano gorzałą z oranżadą w słomkach.

 – Ty już nie pierdol, Angolu, powinieneś pisać książki, Coxley, Rocket, Ridley Jones – ona, bo to na pewno kobieta, stuknęła jego, bo to prawie na pewno był on, palcem. I dźgnęła raz jeszcze, mocniej.

 – Mam na imię James – skłamał, w duszy będąc nie mniej niż Davy Crockettem, Ichabodem Cranem, bohaterami amerykańskiej ludności. Liczy się tylko dusza, realia są częścią plastiku, zwykł powtarzać.

 Ona w swej nieustępliwości zwróciła mu uwagę, że oto nie ma racji, ukrywając się w imieniu nadanym na chrzcie. Nie ma, nie wolno, nie trzeba, nie powinno się. Jest zakaz wewnętrzny.

 – Prycham na to, James to imię dla pluszowego słonia z plastikowymi oczami błyszczącymi jak najjaśniejsze punkty na niebie. – Jej oczy błyszczały, żeby jego mogły milczeć mniej lub bardziej soczyście.

 – Starsy, szparsy. – Wzruszył ramionami, razem z nim cały świat. Odnotowano wzrost wzruszeń ramion w całości kuli ziemskiej, w Nowej Zelandii spadło z półki żelazko. Nic się nie stało.

 Jej oczy wypełniły się marzeniami, zamgliły w zaszkleniu. Nigdy nie jest tak, żeby było tak samo.

 – Gwiazdy, masz na myśli gwiazdy. Bazowa składowa jasnych punktów na nieboskłonie.

 Pokiwali głowami, gdy zarzucona wędka jęła poruszać się w rybi rytm.

 ***

 "Karolina, Karolina, czy to wiadomo, że się nie żyje?". Napis na plakacie wyblakł. Tak samo wyblakły wspomnienia o przyjaźni sprzed dwóch, trzech lat. Był rok, że codziennie. Wypełniony czlowiekiem formularz życia. Dziś jest torebka ryżu w garnku nastawionym na szóstkę i myśl, że przecież gówno prawda, przeszłość emocji to jak pamięć oddechu.

 – Codziennie każdy z nas zjada statystycznie 2/137 pająka i gdyby podrasować nieco te statystyki i gdyby ludzie spali na ziemi, cztery patyczaki – postanowił zażartować, odkładając słój z majonezem. Wytarł mokre od śliny palce w niedoczynność wątroby i przysiadł myślą na własnym raku z przerzutami. Było o czym myśleć, niestety.

 – Kocham patyczaki, one nie pierdzą i nie srają, a ich gówno nie jest widoczne z kosmosu jak wał atlantycki. Nawiasem mówiąc, Linia Maginota to był przekręt jak chuj bo do dziś nie wyjaśniono faktur za pranie białych francuskich flag. Nic nie wyjaśniono, złote pociągi to pic na wodę dla mających wszystko w dupie dziewczyn z kolorowymi włosami, które obciągają każdemu, kto się nawinie, zgodnie z dewizą, że tak postępować trzeba, bo to postęp i trzeba, bo to postęp. I trzeba, bo nie wolno, bo raczej nie można i lepiej nie.

 W tym wesołym czasie, gdy on rozstawał się z życiem a ona wpadała w dysonanse, brytyjski pułk dragonów porwał zgwałcił i zjadł ostatniego smoka w związku z potrzebą podtrzymania tradycji, a odkąd smoków zabrakło, pułk rozwiązano i mają się teraz z pyszna te dumne i durne skurwysyny. A pozostali zjadacze chleba, pijacze coli i taniej ruskiej wódki nie mają wyczucia i gówno ich to interesuje.

 ***

 Rozglądający się za kabiną prysznicową dwaj mężczyźni wymieniali poglądy. Jeden mówił, drugi jak co dzień, jak co tydzień, jak zwykle wstrzymywał się od komentarzy.

 – I możemy udawać, że ustawiamy przestrzeń pod siebie i że jest nam jak w niebie, ale to deweloperzy ustawili nasz prysznic tu, żeby jak najtańsze rury puścić po jak najtańszej linii, Albercie.

 Albert, pionowy siwy pasek pod między ustami a czubkiem brody, niebieska kurtka z pomarańczowym zamkiem, pokiwał głową.

 – Ta kabina jest co najwyżej brzydka, reszta tego gówna to chłamiszcze. Tak szpetny, że niewidzialny, by nie umniejszać, porośnięty grzybem, będzie tylko wstrętnym przypomnieniem o bezguściu projektanta, sprzedawcy, naszym, o, boże, bezguściem. Jeszcze, przyznaj sam, jeszcze tego nie zamontowaliśmy, a ja już widzę, z jakim niesmakiem pan Krzysiu będzie to kuł.

 Albert i teraz przytaknął. Nie miał nic do dodania, bo i nie było, otwarcie rzecz ujmując (czego Albert, zamknięty raczej pęczek marchwi w ziemskim ogrodzie, nigdy nie robił). Ale oczekiwał od niego Balin odpowiedzi, więc i mruknięcie otrzymał.

 – Mhm.

 – Mhm, Albercie. Spójrz na tamtego faceta, jest o wiele przystojniejszy ode mnie. A jednak jesteś tu. Dlaczego?

 – Przecież wiesz dlaczego.

 Oczywiście, że obaj wiedzieli. Oczywiście, że takie pytania zadaje się tylko po to, żeby je zadać. Nie informacyjnie, rzecz jasna.

 Tak jak patrzy się na zegarek w środku dnia.

 ***

 Dziewczyna w majtkach patrzyła z obrzydzeniem na program w telewizji, na ubrudzony od majonezu telewizor, na słoik na ziemi. Ten cholerny słoik z majonezem. Ohydna mikstura. Ohyda, wstręt, fizyczne odrzucenie. On zaś patrzył z niesmakiem na to, co w telewizji leciało. A leciało, tak po prostu. Jak to w telewizji: raz to, raz tamto. On przeskakiwał z kanału na kanał, ona lokalizowała własną wolę, żeby po kolei zebrać swoje rzeczy i wyjść. Żeby. Dziś lub jutro. Może jeszcze nie teraz.

 – Faceci w sukienkach w kabarecie, faceci w sukienkach w kościele, pedały podający się za kobiety, można się zerzygać. I co? I gówno ich obchodzi, że facetom hetero staje na ich widok i gwałci ich pojmowanie seksualności. O tych zniewieściałych pedałach mówię, o nich, patrz!

 Podtykał jej pilota pod nos, nie poprawiając tym sytuacji z żadnej możliwej strony.

 "Pojmowanie seksualności" trafiło jako nowy wpis do dziennika trudnych pojęć w jej głowie pełnej ohydnych kawałków jego fizjonomii, zachowania i niewydolności w wychowaniu – ohyda, wstręt, talerze, wiadra, całe zastawy pełne wymiotów – które przeważały mocno w stronę opuszczenia mieszkania i pozostawienia go samego. Z tym facetem mieszkania, z tym mieszkaniem faceta. Obu z poglądami zawiłymi pomiędzy.

 – Pojmowanie seksualności – rzucił od niechcenia. – Polerowana neurokognitywistyka, Cezary Baryka z Przedwiośnia. Można się zerzygać, jak od ugnębienia ich, tolerowanych biedactw kochających inaczej. Zerzygam się.

 Coś na łączy, pomyślała. Zerzygamy się.

 Podniósł się nagle, uniósł obśliniony palec i zwrócił jej uwagę, podnosząc głos z D do G.

 – Kobiety!

 Zdziwiła się, zupełnie nie spodziewawszy się z jego strony tego ataku, tego pisku, tego przeskoku o trzy ósme oktawy. Zwróciła na ten jego mokry palec uwagę większą, niż była potrzebna. Palec zareagował lekkim zgięciem, zadrżał.

 – Co "kobiety"? – spytała. Na ekranie telewizora, wewnątrz, na obrazie stały dziewczyny z krótkimi włosami w różnych kolorach, w ciężkich butach i wyglądały jak, przeszło jej przez myśl, skini z czasów naszej młodości.

 – Kobiety nie noszą już szpilek! Bo wiadomo, wiedzą, że to gówno znaczy! Teraz byle pedał w telewizji nosi obcasy, mnie to już nie podnieca, nie kręci, ja w tym się już nie odnajduję.

 Czas na mnie, pomyślała. Muszę znaleźć moje buty.

 I wyjść stąd.

 ***

 – Albercie, zwróć uwagę. Jak są Święta Bożego Narodzenia i zaduszki, niepotrzebnie wydaje się tysiące złotych na rzeczy, które i tak się wyrzuci. Wyrzuca się teraz wszystko: girlandy, łańcuchy papierowe, choinki, bombki, jedzenie, papiery kolorowe i wszystko. A kiedyś…

 Kiedyś kupowało się i pakowało w kolorowy papier. Nie rozdzierawszy. Kleiło się z bibuły i chowało do pudełek. Pudła, pudełka wkładano na najdalsze półki pawlacza, żeby wyjąć jak przyjdzie czas za rok bez miesiąca.

 Kiedyś człowiek miał mało i szanował. Kiedyś tanie rzeczy były drogie, drogie były drogie bardzo, bardzo drogie, a tych bardzo bardzo drogich nie było, były tanie i nikt ich nie chciał, albo trzeba je było zajebać z kopalni.

 – Dziś składasz zamówienie w internecie, płacisz i masz, nieprawdaż?

 Albert spojrzał na swojego partnera, niepewien, cóż ma z tym zrobić.

 – I?

 Balin wyprostował się z godnością, strzepnął niewidoczny pyłek z płaszcza i poprawił kraciasty szalik.

 – I gówno, gówniane gówno, choć wiem, pamiętam, że prosiłeś, bym się wyrażał. Ale takiej kabiny, ani takich kranów mieć nie będziemy. Kategorycznie nie zezwalam, wolę się kąpać w obskurwiałej wannie twojej matki!

 Albert nie znosił przekleństw. Uniósł wzrok i odetchnął kilka razy, żeby się uspokoić.

 – Nie ta to inna – skwitował. – Idźmy więc stąd już. Robi mi się gorąco.

 Nadciśnienie wisiało nad nim jak cichy zabójca.

 ***

 – Usain, ja się tego spodziewam – rzekła ona do telefonu. – Gdy zobaczę majonez, nie wytrzymam i komuś przypieprzę, dyrektor czy nie dyrektor.

 Usain po drugiej stronie nie był ciekaw. Niczego nie był ciekaw. Chciał tylko wiedzieć więcej o zaleceniach aprowizacji.

 – Stoliczku, nakryj się! – Powiedziało się w życiu nie raz, nie dwa. Czerwony obraz jak krew z rozciętych żył, białe prześcieradło jak słoik pełen rafinacji jaj i oleju.

 Polska.

 Usain nie chciał tu być. Nikt nie chciał tu być.

 – No, no – skomentował jej słowa w ciszy, jaka zapadła.

 ***

 – Zapamiętaj, zapamiętaj, zapamiętaj!

 Tłukła mu do głowy, fizycznie i mentalnie, bez przerwy to samo zdanie, samo to zdanie: żeby zapamiętał. On zaś, leżąc w tłustej plamie na podłodze, zapleśniały, zasikany i zwyczajnie niedomyty – całkowicie zohydzone uzewnętrznienie – podrzemywał, nieciekaw tego, cóż miałby pamiętać. Wyjebać można się na ulicy, ale też i na kogoś. Dosłownie i w dwójnasób, to razem w trójnasób.

 "Wychodzę", powiedziała Istota Rzeczy, gdy razem z czarną istotą z bladymi udami w samych majtkach wyszły, nie oglądając się za siebie. Czarna istota krzywiła się z niesmakiem, gdy odlepiała buty od podłogi tak usyfionej, że klejącej. Istota rzeczy patrzyła na zegarek, wzruszała ramionami, ziewała i zerkała z ukosa na zapierdziany w majonezie eksponat numer jeden.

 – On nas nie rozumie, nie chce widzieć, nie potrafi, jest lewiatanem własnego zniszczenia, jego lokomotywa ciągnie tylko konsumpcję i destrukcję, nie ma w nim ani grama zrozumienia, nie ma w nim nawet jego, został cieniem własnego ja. Nie ma marynarki, nie ma butów, nie ma krawata. – Istota Rzeczy wskazywała wszystkie wymienione przedmioty, wiszące na wieszakach w przedpokoju. – Nie ma ślubu, żony, nie ma miłości. Nie ma dzieci – westchnęła dziewczyna, przekraczając próg, pisaną i niepisaną granicę wyjścia lub wejścia zarówno w życie, jak i do mieszkania. Jej blade udo odkryte między zakolanówką a miniówką, ten blady skrawek ciała, biały, wkrótce miał się zarumienić z zimna. Na razie jednak dominowała blada, kontrastowa jak oreo, słodycz jasności. Goła biel, nagość bladość tak pożądana, zupełnie tu nie odegrała nawet drobnej roli, pobocznej w tym dramacie, rozwalonej kanapy, relacji...mikstury jaj, oleju i soli.

 Istota Rzeczy patrzyła na przestrzał przez pokój, gdzie rozgrywał się ludzki dramat na telewizor, majonez i cień dawnej potęgi. Gdy mrugnęła, zniknął.

 – Ma dzieci, ale są to już czyjeś dzieci. On jedynie, można rzec, dostarczył atramentu do dzieła pisanego już przez innych, zawodowych graczy na arenie kuli ziemskiej – odpowiedziała. –

 – Ma dzieci, ale są to czyjeś dzieci – powtórzyła dziewczyna. Jej blade uda pokryły się gęsią skórką w zetknięciu z chłodem poranka. – Czyjeś dzieci są jego dziećmi.

 – Ano – powiedziała Istota Rzeczy, pomagając jej założyć plecak, bagaż doświadczeń na ramię. – Podróżuj bezpiecznie – rzuciła na pożegnanie i odeszła w przeciwnym kierunku.

 Nie był to ciepły poranek, uda pokryły się gęsią skórką. Tak samo bladą, jak i one.

 ***

 – Odlepiona siatkówka, wstrząs mózgu, złamana ręka, ukruszony ząb i wyrwana połowa włosów z prawej strony głowy, nad uchem – powiedział patolog do mikrofonu.

 Jego niebieskie rękawiczki nie lśniły, jak miało to miejsce w przypadku narzędzi. Wypolerowana stal chirurgiczna kontrastowała czystością ze zdeformowanymi zwłokami na stołach obok.

 – Ofiara pożaru z połamanymi zębami? Bez sensu. Bez sensu jest rwanie sobie włosów z głowy i walenie głową w ścianę. Albo ręką.

 Patolog wyłączył nagrywanie, westchnął.

 – A jakby tak zatańczyć taniec śmierci w trupim korowodzie, unieść ręce i wykręcić ze dwa, trzy hołubce?

 Stojąca dotąd w ciszy asystentka patologa, znana już Istocie Rzeczy i Fanatykowi Majonezu istota o bladych, pięknych, kształtnych z każdej strony i w przekroju udach, sięgnęła ku własnym notatkom.

 – Jak zapiszemy: "hołubce"?

 Patolog, pląsając z uniesionymi rękami, wykręcał dłońmi niewidoczne żarówki.

 – Tego nie zapisuj.

 Czarna zapisała: "hołubców nie przekażemy potomnym".

 – Tańcz ze mną, Helena. Hellena, Hello, Helka, tańczmy. Fiknijmy, na przekór tym trupom, ohydzie moru, skończonym, urwanym żywotom! Na przekór trupom! Powtarzam się, ale nie szkodzi. Zapisz, jeśli chcesz. Zapisz, zatańcz, napijmy się wódki!

 Czarna skreśliła dotąd zapisany początek i grubymi literami napisała: WÓDKA.

 – Chodź, zatańczymy, zatańczmy w smrodzie alkoholowej sterylizacji, rozkładu, wśród worków z pozostałościami dobytku tych biedaków! Wykręćmy tu bal, odbijmy konwenansom śmierci tych nielicznych nieboszczyków i zróbmy sobie tu wesołą potańcówkę. Zróbmy taniec, tchnijmy życie w siebie!

 Dziewczyna odłożyła notes na wypolerowany blat i sięgnęła do telefonu. W mgnieniu oka popłynęły z niego transowe nuty. Odłożywszy urządzenie na notes, jęła pląsać na wzór egzotycznych tancerek. Patolog zmienił tempo swoich małpich ruchów i wkręcał się właśnie w nową rzeczywistość.

 – Helena Gloria, Gloria Helena – zaczął powtarzać po cichu, dzieląc się z nią przestrzenią między stołami. – Gloria i chwała to dawne bujdy, dziś potrzebny nam jest alkohol, potrzebujemy wódki!

 – Potrzebujemy chęci życia, miłości i braku zażenowania w kontakcie międzyludzkim. Potrzebujemy wódki. Daj – powiedziała, wyciągając do niego rękę. – Daj mi wódki, daj. Daj mi serce na dłoni, daj mi szorstki smak przez wąską szyjkę, daj mi zapić majonez, przełknąć glut, daj mi życia wśród śmierci.

 Dominik spojrzał na nią, podpląsał do drzwiczek szafki i oswobodził z niej flaszkę.

 Drogą, zamykaną korkiem, oceniła patrząca przez lufcik w suficie Istota Rzeczy. Jej noga podrygiwała do taktów melodii.

 ***

 Melanż poniósł, bo zwykł ponosić. Ponosiła i duma i radość, a wtedy też i nogi.

 Pośrodku niczego stał facet w skórzanym fartuchu spawacza i patrzył, jak z pobliskiego przystanku PKS odjeżdża staromodny autobus. Stary rzęch nie był negatywnym zjawiskiem, jedynie zasmrodzonym trupem na kołach, pełnym wspomnień o czasach dawno minionych. Narodziny, postulaty, smutki, żale, mrozy i komunizm. I nieskończoność remontów, bezlitość licznika, nowe papiery, stare papiery. Dużo papieru, zwłaszcza z rąk do rąk. Nowe hamulce, ale tego nasz bohater wiedzieć nie ma skąd.

 – Antyk… koncepcja.

 Zaczął zdanie prawdą, zakończenie przyszło samo. Nie ma prawdy wśród człowiekostwa, powiedział głos z jego ramienia. Nie ma miłości i miejsca na nią. Jest tylko telefon z ekranem dotykowym.

 – Antykoncepcja! – krzyknął za odjeżdżającym autobusem. – Jesteście nieistnieni! Nie macie bycia, jak rozwielitki! Dafnie!

 Stał chwilę i krzyczał za znikającym za horyzontem autobusem. Ludzie w środku nie spojrzeli na niego, wszak kogo obchodzi jakiś debil pośrodku drogi?

 Zatrzymał się obok samochód.

 – Potrzebujesz podwózki? – spytał głos. Młody, zdrowy, dźwięczny.

 – Potrzebujesz podwózki – odpowiedział, chętnie wsiadając. – Stułbie, dafnie, mikrobiologia. Lubię słowa, słowną słowistotę, słowistość, wczoraj byłem bardzo pijany, dziś już zdrowsza głowa, choć prowadzić nie będę przez dni najbliższych kilka, tego możesz być pewny. Ja mogę, ty możesz.

 Jechali chwilę w ciszy, ona z rękami na kierownicy, on z dłońmi zaciśniętymi na kolanach.

 – Jesteś stąd? – spytała. – Jadę do miasta na uczelnię, mogę…

 Wszedł jej w słowo.

 – Powiedz: Żuromin, Gostynin, Wołomin, Żnin… powiedz szninks, sztynks, stokrotno i halabard. Powiedz kalevala, kastorama, kątówka i tyraliera. Powiedz: falanga. No, powiedz – zachęcił ją gestem.

 Mów do mnie, mów do świata, jedz salceson prosto z kwiata, dodał w myślach. Miejże odwagę sięgnąć po kalafior do koszyka z lodem i solą. Miejże odwagę go wyciągnąć. Nic się nie bój, bohaterowie seriali nie umierają tak naprawdę.

 – Tyraliera, kombinerki, wędki, lepy i usterki.

 Zaśmiali się oboje. Ona nie dopytywała, on kontestował rzeczywistość, żując kulkę styropianu znalezioną w kieszeni. Jego niebieskie oczy widziały daleko, daleko pasażerów autobusu. Już w swoich miejscach, jak puzzle. Jak układanka zysku i sprzedaży, jest i nie ma. Połknął styropian.

 – Nie ma obowiązku zapłaty podatku, jeśli nie zaistnieje incydent sprzedaży, dlatego za coś, co się nie dzieje, nie stało, nie płacimy. To są elementarne zasady kapitalizmu – powiedział, gdy minęli restaurację McDonald's. – Nie ma świata, nie ma życia, jest tylko antykoncepcja. Koncepcja, wzór, ideał, oraz jego brak, jego odwrotność, jego koniec. Antykoncepcja.

 Gdy rzucili się na siebie, biologia i chemia przejęły stery ich autobusu zwanego pożądaniem. W toku koncepcji i jego wykładu o antykoncepcji nie zabezpieczyli się. Zabezpieczenie przed zjazdem, zabezpieczenie mechaniczne, wbity bieg, hamulec ręczny, dodatkowy klin pod kołem, gałąź, miłość. Zakopane uczucia, odczucia, proste ruchy w przód i w tył. Łatwizna. Obserwował nocami, jak parzą się zwierzęta, nie miał w planach powtarzać ich ekscesów, ale nie planuje się skorowidza przed słownikiem.

 Jego komórka połączyła się z jej komórką, dając początek nowemu życiu. Życiu, które czuło się zupełnie niegotowe i niepotrzebne. Nie dałobyś sobie rady, przyzna potem Istota Rzeczy, pstrykając zapłodnione jajeczko, by opuściło jajowody i udało się w podróż ku podpasce ze skrzydełkami. Jajko odejdzie spokojnie do nieba, gdzie jest już, czeka grzecznie na nie jego miejsce. Po prawicy ojca, gdyby ów miał ochotę na nabiał.

 Gdy odwiozła go do domu, wiedziała już, że nie ma właśnie miejsca na nią w jego rzeczywistości. On zaś przeskoczył z jednej do drugiej, niezachęcony dalszym słowem. Nie dała mu jabłek, zaś dostała jedno nasiono.

 I tak nie skorzystała bardziej, niż mając pierwszy raz z przygodnym dziwakiem w fartuchu spawacza. Nie wyglądał na nosiciela chorób wenerycznych.

 – Antykoncepcja – powiedział jej, wskazując mijający ich autobus. – Adam.

 – Ekonomia – odparła. – Ewa.

 Nie mieli jabłek, nie byli pierwsi. Oddzieliła ich jedna przestrzeń, zupełnie ta sama, która pierwotnie ich połączyła. Gdy on zatrzasnął drzwi, ona nacisnęła gaz. Oddalili się od siebie myślą, mową, wszystkim.

 Przypadkowy spawacz Adam i kierowca renówki studentka Ewa zrobili sobie dziecko w drodze na uczelnię. Zrobili i nie zrobili.

 – Zrób mi kanapkę – powiedzieli jeszcze raz, jeden jedyny raz w życiu, osobno lecz razem w tym samym czasie, rok później w sobotę.

 Każde komu innemu, oczywiście. I, jak to bywa, oboje mieli potem dzieci z innymi ludźmi.

 Wąż spał.

 ***

 Asystentka patologa podskakiwała radośnie we własnym kółeczku i śmiała się szczerze, gdy jej pląsający szef robił głupie miny i do iście techniackich wygibasów dodawał góralskie akcenty. Muzyka przeszła przez ambient do rąbanki, więc teraz oboje dźgali palcami zawieszone ponad ich głowami brzuchy ogromnych chomików. Patolog kiwał się, wykręcał ręce i boksował powietrze, czarna istota zaś coraz śmielej unosiła kolana i nożycowała rękami liany, żywopłoty i włosy Chrystusa Pana.

 Zmarli, oczywiście, nie wyrażali głośnych sprzeciwów. Z ich cichymi westchnieniami musiała liczyć się jedynie Istota Rzeczy, ale dla niej ci po drugiej stronie kanału sueskiego Cherona, ci z zainkasowanymi spadkami i obolami z oczu i z serca, ci wszyscy udręczeni pośmiertnie stanowili dla niej jedynie szare tło.

 Istota Rzeczy zdała sobie sprawę z kalamburu, wszak czarna jak zakolanówki dziewczyna plus biały jak fartuch patolog, powinny dać szarość, szarostność jak szarolistność wierzby życia, ale dwoje tak intensywnych obecnie ludzi zupełnie nie miało szans, w jej ocenie, stworzyć choćby namiastki szarości. Istota Rzeczy miała pogląd na tę materię zupełnie świeży i niewyrobiony, jak plastelina w opakowaniu, na samym dnie tornistra trzecioklasisty.

 Przełamane w osi symetrii pędzące wozy czasu spływały z utartych dróg, zabierając w obie strony woźniców i ich psów, pasażerów, myszy i siano. A świat pędził, nie zwalniając, rozdzielając po równo białemu i czarnej.

 Patolog tańczył, popijając wódkę. Czarna popijała wódkę i pląsała razem z nim, w tej samej minucie, sekundzie, w tej samej pracowni, wśród tych samych trupów. Dwoje pracowników sektora śmierci, pijanych jeszcze przed jedenastą. Siedemnastą? Siedemnastą.

 Nikogo nie obchodził wszechświat i walające się dookoła trupy, obowiązki i problemy innych światów. Są rzeczy ważne i ważniejsze.

 ***

 Majonez pokrywał się najpierw jełczejącą warstewką, potem czarnymi kropkami pleśni, na końcu zaś rosły na nim przepiękne wykwity, godne co najmniej podium na world press photo. Najlepiej zawsze ocenia się wojnę, flamingi i przeruchane przez bośniackich bojowników kobiety i dzieci, ale tym razem, gdyby zabłąkał się w te strony ktoś z czymś tak trywialnym jak telefon komórkowy z aparatem, lub, nie ma co marzyć, bezlusterkowym fudżi czy chociaż zdolny amator z gównem w ręce – mogłoby powstać zdjęcie. Takie przez duże Zet.

 Wykwity pleśni porastające zepsutego, zaśmierdłego człowieka, uciekające po podłodze insekty, larwy much, przebarwienia, zapach gnijącego mięsa.

 Dla samego tego zapachu amerykańscy turyści dawaliby grube banknoty, pomyślał on, obserwując swoje martwe jak stolik nocny ciało. Smród był nie do wytrzymania, ale przecież zmarli mają o tym, by nie rzecz marne, słabe pojęcie. Martwy człowiek wydziela zapach, pomyślał. Ja też wydzielam, nie jestem gorszy od innych.

 Z tą myślą pożegnał się i odpłynął. Jego czystość, przezroczystość i bezbarwność kontrastowała mocno z tym przepotwornym pierdolnikiem, który zostawił po sobie w sferze ziemskiej doczesności.

 – Coś strasznie jebie – wzruszył ramionami Adam w fartuchu spawacza, pierwszy człowiek na Ziemi. Przechodził właśnie obok drzwi w stronę dachu, gdzie, jak sądził, znajdzie odpowiedzi na niezadane pytania. Za drzwiami zaś rozkładał się majonezowy król.

 – Kurwi niemożebnie – dodał głos z jego ramienia.

 Wypolerowana tysiącami rąk stara poręcz zaskrzypiała lekko, nieświadomie i całkowicie bez negatywnych emocji. Pyknięcie starego drewna nie wymagało komentarzy, nie niosło przesłań, nie stało na przeszkodzie. Ulotne jak trzepot rzęs rozjechanej sarny.

 – Dzień dobry – mruknął nastolatek z nosem w smartfonie na jego widok. – Ale śmierdzi, uupf – dodał.

 – Jebie wręcz zjawiskowo nie na miejcu, jak siarkowy bąk między fotomodelkami – zagadał Adam, ale dzieciak go olał. Może nie słyszał. Po chwili trzasnęła klamka, zaraz po niej drzwi.

 Minęli Adama inni ludzie, schodzący z ostatniego piętra.

 – Pan do nas? – spytał chłopak, student z teczką w ręce. Jasnowłosa dziewczyna w brązowym płaszczu i kozakach ze sztucznego zamszu zamarła w bezruchu na moment.

 Adam uśmiechnął się do diabłów, tańczących na ścianie za ich plecami, powyżej ich głów. Demony plątały języki i ogony, strzelały z moździerzy we własne pozycje i wybuchały do wtóru własnych okrzyków i pisków. Gdy mrugnął, zniknęły.

 – Ja na dach – odparł. – Gołębi patrol. – Poklepał się po fartuchu, jakby czegoś szukał. Przestali zwracać na niego uwagę, dziewczyna odpauzowała się i para kontynuowała schodzenie.

 – Antykoncepcja – powiedział do siebie i szedł dalej w górę. Piął się po schodach i po drabinie. Potem stał na dachu i wsłuchiwał się w rozmowy gołębi.

 ***

 Helena Gloria patrzyła, jak patolog upada w zwolnionym tempie. Jego taniec przestał przypominać dzikie pląsy i zaczął wyglądać obraźliwie dla baletu, szpetnie dla fokstrota, a to, co ćpuny po zadymionych piwnicach nazywają bailar, tańcem, przypominało w porównaniu grację walca. Patolog przegrał walkę z flaszką, jego umysł i ciało poddało się, wszystko, co było do powiedzenia – zostało przez niego powiedziane. Istota Rzeczy, przyzwana przez niego, ziewała w kącie pomieszczenia.

 – Widzisz – powiedziała, już nie wiadomo, który raz do Heleny Glorii. – Twój patologiczny piernik-szef przynajmniej nie chowa się w skorupie majonezowego zapomnienia, nie miesza psychodelików z wódą i nie sra pod siebie.

 – Ale cię nie widzi – powiedziała, siadając na posłaniu z poskładanych fartuchów, które leżały na ławce od nie wiadomo jak dawna. – Nie dostrzega cię.

 Istota Rzeczy nie była na świecie od wczoraj i nie musiała nic mówić. Patolog, tańcząc i dźgając ogromnego, niewidzialnego chomika, dostrzegał ją, a jakże. Tańcząc, właśnie, dostrzegał. Właśnie wtedy dostrzegł, dostrzegał ją siłą emocji, bohaterstwa własnego (do spółki z mocą gorzały i bełkotliwymi plemiennymi tańcami) w zamiłowaniuni rozkochaniu.

 Właśnie tańcząc doktor nauk medycznych, patolog Dominik dotarł do własnej świadomości, w której kochał był ją, Helenę. Na wieki już, w jego ocenie, związanej z tym bezimiennym pogromcą majonezu.

 Istota Rzeczy stała, wbita, wryta w ziemię, czekając na jakiś ruch ze strony Heleny.

 Helena zaś podkuliła nogi, obserwując rozlanego na ziemi patologa, który we własnym zakresie szanując Helenę i podziwiając ją, podrzemywał. Był przy tym dość narąbany, by uszło mu ciche łkanie.

 "Dlaczego płaczesz?", zapytała bezgłośnie Istota Rzeczy, wykonując ustami takie same ruchy jak Helena.

 – Dlaczego płaczesz?

 Dominik usłyszał głos Heleny. Odwrócił się do niej, spojrzał, westchnął. Zwrócił się ku Istocie Rzeczy.

 – Widzi cię? – spytał cicho, najlżejszym szeptem zwracając się do właścicielki bladych ud i jego czerwonego serca.

 – Nie wiem. – Istota Rzeczy wzruszyła ramionami, trzymając je założone jedno na drugie.

 – Nie wiesz – odpowiedziała Helena, przesiadając się obok Dominika, biorąc jego głowę i wsuwając swoje udo pod nią. Gdy szczecina jego głowy zetknęła się z jej miękkim udem, oboje przeszyły dreszcze.

 – Wiem – powiedział on, tak na moment szczęśliwy, znalazłszy idealne zen, będąc tu i teraz, z nią, choćby i najbardziej pijanym, na zimnych, staromodnych kaflach.

 Istota Rzeczy wyszła, by więcej nie odwiedzać tej biało-czarnej mikstury młodości, dojrzałości i śmierci.

 ***

 Towar w sklepie pobrano, wydano, zjedzono i wysrano, a dwójka z nabrzeża nie wyszła z roli, siedząc spokojnie i mocząc w spokoju kija.

 – Spałaś dziś z gołą cipą – rzekł on, spokojny, gotowy do zdjęcia jej kosmyku z czoła lub pozbawienia życia.

 Niewiele wystarczy, myślał, żeby kogoś zabić. Jeden ruch, jeden pstryk, jedno słowo i był człowiek, jest trup. Wisielec, naleśnik, topielec, skwarka, glut, zombal lub chrupek, w zależności od przykładu sposobu wyjścia na wyjście. Wyjścia do wyjścia.

 – Nie lubię tych inscenizacji. Męskich ciuchów też nie lubię. Nie lubię już tych studiów.

 – O – powiedziała, siadając obok niej Istota Rzeczy.

 Mogę ją pchnąć do rzeki i nie dać rady uratować. Mogę ją dźgnąć scyzorykiem. Przydusić paskiem torby. Otruć. Ogłuszyć i utopić.

 – Kocham cię – powiedział, żeby odegnać myśli.

 Gdy Istota Rzeczy wywróciła oczami, dziewczyna wstała.

 – Wracam do domu – rzekła, ściągając z ramienia torbę. Oddalała się powolnym krokiem, zrzucając po kolei kawałki męskiej odzieży.

 Już nie chciał jej zabić. Nie chciał też, żeby odeszła. Ale z tym drugim akurat nie potrafił nic zrobić.

 Gdy uwolniła spod szala włosy, Istota Rzeczy westchnęła i wstała również.

 – Spierdalam stąd, ślepcze.

 Żachnęła się jeszcze, zachwiała w pół kroku, ale wyraz twarzy siedzącego na nadbrzeżu nie zmienił się.

 – Aaa, kurwa. – Machnęła na niego ręką i odbiegła w stronę, w którą oddaliła się Ona – Dziewczyna Śpiąca Z Gołą Cipą.

 Chłopak z nabrzeża zsunął się do wody.

 ***

 Kolorowy ręcznik, saszetka z zupki chińskiej, połówka butelki keczupu i zepsuta wiatrówka, wyliczał znaleziska Adam, snując się po dachach. Można by już rzec, że trzeźwym umysłem ogarniał wszechświat, ale byłoby to kłamstwo w dwójnasób, gdyż ani on nie ogarniał wszechświata, ani nikt inny – może poza kilkoma szamanami z różnych zakątków świata, nieznającymi nawzajem swoich języków i w nosie mających fejsbuki i inne dramatykierstwa tego uniwersum.

 Adam uśmiechał się do świata – zaś świat, cóż, był Adama zupełnie nieciekaw.

 Ewa w tym samym czasie pisała kolokwium z ćwiczeń, na których myślała, że się zna, jednak kartka z pytaniami skutecznie wybiła jej z głowy przekonanie o własnej zajebistości.

 Zadanie pierwsze, nie wiem. Drugie, nie wiem. Trzecie i czwarte, bladego pojęcia nie mam. Zostało piąte, o którym być może mam jakiekolwiek pojęcie. Uciekła myślami do faceta w fartuchu, z którym przeżyła krótką przygodę w leśnym ostępie przy drodze.

 – Macie państwo jeszcze pięć minut. Termin poprawkowy będzie od jutra na tablicy – powiedział wykładowca, soczysty, mięsisty trener dżudo i profesor uniwersytecki w jednym. Bezlitosna kanalia dla studentów, choć zawyżał oceny, jak miał taki kaprys.

 – Pani w siebie po prostu nie wierzy – powiedział jej kiedyś na korytarzu. Równie dobrze mógł wbić jej włócznię w trzewia i przekręcić.

 – Kolorowy ręcznik – powiedziała nagle, wychodząc.

 – Co? – spytała Amanda, dziewczyna z wymiany zagranicznej, która podobnie jak Ewa, oddała pustką kartkę.

 – Zepsuta wiatrówka – odpowiedziała. – Sama nie wiem.

 Obie wzruszyły ramionami i weszły do windy.

 Powinny się były bardziej postarać, zrobić coś z życiem z sercem, włożyć więcej siebie, przyłożyć się i zademonstrować swoją wiedzę, a nie rozsiewać dookoła siebie aury niekompetencji i dziadostwa, pomyślała Istota Rzeczy, przechodząc obok nich, jakby w oczekiwaniu na jakikolwiek rozwój wydarzeń. Na próżno.

 ***

 Adam i Ewa zaginęli w niezorganizowacji światowej, minąwszy w inercji Istotę Rzeczy, sens istnienia i, na szczęście, nowotwory złośliwe. Majonezowy król zepsucia został znaleziony dostatecznie późno, by, trafiwszy na stół patologa Dominika, nie zastać w pracy ani jego, ani jej – skupionych naonczas na sobie samych w ciepłym kraju, dokąd udali się celem poznania się lepiej i sprawdzenia, czy jej odpowiada bladołysienie, i czy jemu nie przeszkadza lekki nadmiar bladego tłuszczyku i mrocznego poczucia humoru. Czytelnik powinien choćby i na samym końcu dowiedzieć się, czy był happy end czy nie, i w tym przypadku był.

 

 Dziewczyna Śpiąca Z Gołą Cipą zostawiła chłopaka, który za wszelką cenę usiłując zwrócić na siebie jej uwagę, przeziębił się w wodzie i przez miesiąc walczył z zapaleniem oskrzeli i wypluwał gęste, zielone strzępy śluzu z myślą, że to już naprawdę koniec. Jej czarne kozaki ze sztucznego zamszu już kilka dni później ocierały ramiona kogoś innego, bo życie trwa dalej i naprawdę, naprawdę nie ma na co czekać.

 

 Albert i Balin kupili wymarzoną kabinę i zupełnie się nie martwili tym, że przepłacili. Grunt, że się im podobało przez kolejne dziesięć lat. Kogo, kurwa, obchodzą pieniądze?

 

 Przypomnij sobie, jak patolog tańczył. Ile szczęścia było w plemiennych wygibasach.

 

34947 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Okropny
Kategoria: obyczajowe

Liczba wejść: 20

Opis:

Coś podupcyłem, wrzucam całość

Dodano: 2019-12-01 21:59:56
Komentarze.
aaaa, w ten sposób waść poszedł. Myślałem, że pod daną częścią link do popzredniej lub następnej. No cóż. Bardzo długie nie jest. To nie pulpa na 17 stron i: No co, psecies malutko, ktoś bedzie chciał, to psecyta.
Odpowiedz
Ucierasz nosa, widzę, starcze. Ale doceniam, była tam koza. Cieszę się, że już jej nie ma.
Odpowiedz
Aha, Canu, tu są cztery części, a na t3 detalicznie są trzy i tamto jest niekompletne, a to tak
Odpowiedz
~Angela 1 r.
Straszny człowieku, sporo tego, na jeden raz ciut za dużo. Przyjdę znowu.
Odpowiedz
Angela, strasznie jestem chujowy w dostarczaniu części (ostatnio zapomniałem dodać jednej środkowej!)
Odpowiedz
~JamCi 1 r.
Kawałek był zajebisty. Reszty nie dałam rady. Na opko za długie idę sobie. Może wrócę :-)
Dziel. Zbyt wielka masa mądrości na mózg pozbawia mądrości, mózgu i chęci. Piszesz dla siebie czy dla ludzi? Jak dla ludzi, to zmiłuj się i podziel.
Odpowiedz
Było dzielone, coś poszło nie tak i chuj. na opowi dalej jest w kawałkach, nie ma co narzekać
Odpowiedz
~JamCi 1 r.
To se podzielę pomalutku jak nie zapomnę :-)
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin