Amadea — część II Odejście największej z gwiazd

T.W. (22) — Amadea — część I

 Gatunek: Horor/Romans

 Postać: Uciekinier

 Zdarzenie: Pociąg Widmo

 

 

 Amadea – I

 

 Viktora poznałem półtora roku temu. Bez czterech dni, jeśli mam być dokładny.

 To nie tak, że mam jakąś super pamięć czy coś. Nie zapamiętuję raczej takich rzeczy. Po prostu z jego pojawieniem się w naszej firmie związana jest pewna mała anegdotka. Drobna biurowa historyjka, rodem z nieśmiesznej komedii. Taka, która odgrzewa niedosmażone żarciki, próbując bawić poprzez spiralę pomyłek. Znacie to? Na pewno widzieliście nie raz.

 Viktor pojawił się dwudziestego trzeciego października, na tydzień przed zapowiadanym przybyciem. Wpadł tuż przed osiemnastą, kiedy w większości pokoi było ciemno i tylko nieliczni zachodzili w głowę jak poprawić skuteczność naszej sprzedaży. Sami wybrańcy. Ci, którym płonął grunt i musieli szybko na coś wpaść, jeśli nie chcieli wyprawiać zbliżających się świąt za pieniądze pożyczone z Providenta. Wśród naznaczonych do odstrzału byłem i ja, to jest Michał Kowalik, lat dwadzieścia siedem. Zdeklarowany kawaler. Otwierałem listę tych, którzy mieli wylądować jałopą w chodnik. Ulubieniec pecha w rzeczy samej.

 Kiedy wszedł, siedziałem tyłem do drzwi, przygarbiony jak Tolkienowski Gollum. Siedziałem, dumałem, kminiłem. Robiłem wszystko, próbując wpaść na jakieś reklamowe hasło, które odwróciłoby diametralnie słupki sprzedaży, ratując moje półdupki. Nic z tego. Dzban Salomona był pusty.

 Dostrzegłem go dopiero, kiedy położył obok mnie pudło z pizzą. W zasadzie to dwa pudełka.

 — To będzie trzydzieści osiem. I lepiej, żebyś miał równo.

 Odparłem, że to pomyłka. Błąd w sztuce nawigacji o piętro albo budynek i uznałem sprawę za zakończoną. Nic z tego. Palant był bardzo namolny.

  — Na dworze jest minus osiem — ciągnął najwyraźniej niezrażony. — A na skuterze pewnie dwa razy tyle. Nie rób jaj.

 Zdenerwowałem się trochę i coś burknąłem. Nawet pamiętam co, ale nie będę przytaczał, bo nie wypada.

  — Czy to Limowa czternaście? — zapytał, studiując jakieś gryzmoły na małej, pogniecionej karteluszce. Potem mnie otaksował błagalnym wzrokiem.

  — Tak, czternaście — odparłem. — Ale Linowa. Wiesz… od wspinania.

 Zastygł, drapiąc się w coś, co przy dużej dozie tolerancji mogło zostać uznane za kozią bródkę. Zbliżył się pod jarzeniowe światło, by jeszcze raz przestudiować karteczkę.

  — Nie robisz ze mnie wała?

 Machnąłem głową.

  — Kurwa, no to pięknie.

 Rozłożyłem ręce w geście mówiącym, że przecież wszyscy miewamy jakieś problemy i już miałem powrócić do wymyślania hasła...

  — Lubisz z ananasem i oliwkami?

  — Nie dawno jadłem. Poza tym nie mam pieniędzy na zbytki. Od dwudziestego w górę zazwyczaj przestaję szaleć.

  — Nie pytam, czy masz pieniądze. Pytam, czy lubisz?

  — A jeśli powiem, że tak? Dasz mi ją?

 Odsunął krzesło i usiadł, przysuwając bliżej pudełko z plackiem. Pachniał Davidoff’em, ale wtedy tego nie zajarzyłem.

  — I tak miałem się zwolnić za jakiś czas.

  — Mówisz serio?

  — No pewnie. Bierz. Jest za friko. Pozwól tylko, że chwilę się tu ogrzeję.

  — No dobra — odparłem, odłupując trójkącik ciepłego ciasta. — Pewnie. Odpocznij sobie.

 

 *

 Siedzieliśmy i jedliśmy w milczeniu, obserwując z perspektywy szóstego piętra tonące w mroku ulice. Co trzecia świecąca latarnia. Polskie miasta.

 W którymś momencie zapytał, co tu tak cicho, a gdy odparłem, że wszyscy dawno już w domach, spytał, czemu nie ja.

 Odpowiedziałem, a w zasadzie wywaliłem wszystko, co mi leżało na sercu. Perspektywa odreagowania na kimś, kogo prawdopodobnie nigdy więcej nie spotkam, wydawała się iście lecznicza. Skarżyłem się na wszystko oraz wszystkich, besztając niekompetencje przełożonych na równi z głupotą kolegów. Wszystko, co mi zalegało na wątrobie.

  — Więc mówisz, że każdy twój projekt zostaje odrzucany od ponad roku? — wtrącił, kiedy chwilowo zabrakło mi klątw do ciskania.

  — Dokładnie. Co więcej, większość jest, kurwa, nawet nieprzeczytana, a sześćdziesiąt procent zarobku, cała premia, płynie właśnie z akceptowanych pomysłów. Z tego, że na coś wpadasz.

  — Hmm. Skąd pewność, że nie czytają?

 — Zrobiłem ostatnio eksperyment i wsadziłem papierek po cukierku pomiędzy kartki. Miczenko oddał mój projekt po tygodniu. Nówka sztuka. Z tym samym papierkiem w środku.

 Zamyślił się i spojrzał na zegarek. Sądziłem, że zaraz powie: „Kurwa, jak już późno. Muszę spadać”. W każdym razie coś bardzo podobnego. Wszystko, byleby tylko nie słuchać moich pierdzieleń.

  — Jeśli jest, jak mówisz, to niezbyt dobrze. Naprawdę, kurde mać, źle.

 Wydawał się totalnie przygnębiony, ale wziąłem to na karb tego, że też ma nietęgo w robocie lub po prostu męską solidarność.

  — Więc nie czujesz się tu sprawiedliwie traktowany?

  — Jezu, szedłeś holem, prawda? Widziałeś chyba napisy. Stoi: „Ciężka, wydajna i kreatywna praca, drzewem sukcesu, które zrodzi owoce twojego szczęścia”. Tak?

  — Jakiś komunał tam wisi.

  — Właśnie. A powinno być krótkie: „Podlizujesz się – Awansujesz”. Albo: „Dajesz dupy – Masz na droższe zakupy”. Coś takiego.

  — Rozmawiałeś z kimś o swych odczuciach?

 Uśmiechnąłem się. Chłopaczyna był naprawdę naiwny.

  — Człowieku, z kim? Ręka rękę myje.

  — Fakt.

 Tak gaworząc, zjedliśmy obie te pizze, a on wyczarował nam pepsi. Było przed dwudziestą, kiedy rzucił okiem na moje biurko.

  — Ty. Znam tego ludzika. Tylko jest jakiś… inny.

  — Eh. Pewnie, że znasz. To ludek z reklamy opon Michelina. Tylko jego mniej homoseksualna wersja.

  — No właśnie. Jaki, jebany, podobny. Po co to?

  — Takie tam nasze wewnętrzne intrygi. Nie zrozumiesz.

  — No weź. O co z tym chodzi?

  — O Jezu. Jesteśmy na wojennej ścieżce z tymi od opon. Podkupili nam banery i kilka miejsc w centrum miasta. To jest jakby vendetta, ale taka prywatna. Prawdopodobnie nigdy tego nikomu nie pokażę.

  — Czemu?

  — Czemu? Temu, że nikt nie chce wojny z takim gigantem, a już na pewno nie konserwatywnie srająca pod siebie firemka. Od lat żyjemy z ochłapów. Żremy to, co spadnie panom ze stołów.

  — Widzę, że ci się nie podoba taki stan.

  — Pewnie, że nie podoba. Orłowski sra ze szczęścia, jeśli na koniec roku w sprawozdaniu wyjdzie pięć procent rynku. Osiem to czysty orgazm.

  — Ty pewnie byś chciał z piętnaście?

  — Piętnaście albo dwadzieścia, a może nawet trzydzieści. Tylko, jak przekonać te cioty do jakiejś walki? To jak próbować stawiać się Neostradzie. Dostajesz w łeb i po miesiącu cię nie ma. Odchodzisz z całą swą buńczucznością i całym smrodem, a po roku nikt nie pamięta, że istniałeś.

 Obciął mnie z góry na dół niczym górnik oceniający dobry kilof, szukając rdzy oraz pęknięć.

  — Masz w sobie ogień, chłopie. To dziwne, że tkwisz w tej świetlicy zamiast mieć własne biuro.

  — Ha. Mów mi więcej.

  — Mam jeszcze jedno pytanie.

  — Dawaj.

  — Czy tak zwana góra, ale to sama góra, wierzchołek, nic nie robi?

  — Nie no — odparłem. — Coś robią albo przynajmniej próbują. Od pierwszego mają nam tu przysłać jakiegoś speca nad spece. Ma nas, jebany, uzdrowić.

 Wtedy mnie właśnie olśniło.

 Od dwóch tygodni wiedzieliśmy o mających nastąpić zmianach. O wybrańcu, który miał wjechać korytarzem na białym koniu, wyciągając nas za uszy z ciepłego gówna. O mogącym zatrzymywać ziemię i zbliżać gwiazdy. Dającym i odbierającym posady.

  — O kurwa — wydusiłem.

  — Nie bój nic, Michał. Fajnie, że się poznaliśmy tak… prywatnie. Choć szczerze powiedziawszy, liczyłem na większe grono.

  — Wiesz, pracujemy zazwyczaj do szesnastej...

  — Nie pierdol. To nie kopalnia, czy hurtownia cytrusów. Nie rozliczają was z przewalonych skrzyń. Kiedy firma tonie, życie prywatne nie ma prawa istnieć.

 Nie odpowiedziałem. Raz, że nie wiedziałem, co mógłbym rzec, a dwa, że bym mu nie przerwał.

  — Dobra, Michał. Kończ pizzę i jazda do domu się wyspać. Głowa ludzka to nie lampka, że może pracować non stoper. Jutro się widzimy o siódmej, tak?

 Chciałem nadmienić, że pracujemy od ósmej.

  — Tak — wydukałem. — O siódmej.

  — Ok. Zatem do jutra. Czeka nas trudna rozmowa.

 Wyszedł. Zostałem sam, spocony jak zakleszczona w butelce mysz. Z kawałkiem zimnej pizzy w jednej i szklanicą pepsi w drugiej ręce.

 No to się sam wyjebałem. Nowy statystyczny bezrobotny.

 

 *

 Nazajutrz, gdy wszedłem do biura, byli wszyscy. Spojrzałem na zegar: wskazywał ledwie szóstą czterdzieści siedem. Ładnie. Skąd się dowiedzieli? Nawet te dwie trajkoczące bez ustanku przyjaciółeczki, które zawsze przychodziły przed dziewiątą. Cały zespół. Dziewięć cholernych osób.

 Nie będę epatował was szczegółami tej jakże burzliwej dyskusji. Nadmienię tylko, że kiedy po czternastej skończyliśmy, nas zespół stopniał do piątki. Miesiąc później miałem już swoje biuro.

 Wyniki też poszły w górę, choć ciągle nie tak, jak by chciał. Co innego zarząd główny. Bogowie wydawali się zadowoleni z zaszłych zmian. Sypnęli groszem.

 Atmosfera także stała się inna. Nie było już „Pana” i „Pani” tylko „Ty”. Godziny pracy zostały nienormowane. Mogłeś cały tydzień przeleżeć w domu, nie podając powodu, lecz kiedy zbliżał się termin oddawania projektów, trzeba było nieraz stawać na uszach.

 Viktor wprowadził nowe prawo odnośnie wynagrodzenia. Podstawa zmarniała, za to spęczniały premie. Jako że zaczęliśmy odbijać się mocno od dna, nikt nie narzekał. Moje wcześniejsze dwa czterysta, plus mała premia, zastąpiło dwa tysiące dziewięćset pięćdziesiąt, plus większa premia oraz namiastka władzy. Dwa dni przed gwiazdką szef mnie wezwał do siebie. Zapukałem w otwarte na oścież drzwi. Kazał wejść.

  — Tak?

  — Mam już wyniki z centrali. Chciałem byś wiedział pierwszy.

  — Ja pierdzielę. Już? Spodziewaliśmy się tego dopiero jutro. Ile wyszło?

  — Jak sądzisz? Jesteś moim zastępcą, a ludzi znasz lepiej ode mnie. Na ile procent według ciebie zasłużyliśmy?

  — Nie wiem. Mam nadzieję, że przekroczyliśmy piętnaście. Ostatnie dwa miesiące były dobre.

  — Dwadzieścia cztery i siedem. Dane z dziewiętnastego.

  — Nie wierzę.

  — Uważasz, że to dużo?

 Zatkało mnie. W myślach już obliczałem premię płynącą z procentu, mnożoną jeszcze przez dwa z okazji świąt. Jezusie święty. Jeśli się liczby zgadzają, jutro kupuję samochód.

  — Co tak zamilkłeś? Pytałem, czy uważasz, że to dużo?

  — Czy uważam? Chryste. My nigdy nawet dwunastu nie mieliśmy.

  — Więc?

  — Co? Tak! Uważam, że to dużo. Bardzo dużo. Pewnie, że tak!

 Zamyślił się, wystukując długopisem jakiś rytm. Dziwne, ale wydawał się nie być zbytnio przejęty.

  — Na pierwszym spotkaniu mówiłeś coś o trzydziestu.

  — Pamiętam — odparłem, próbując przypomnieć sobie, jaką melodię wystukuje. Pojawiło się nieznośne uczucie, gdy coś wiesz i tego nie wiesz zarazem.

  — Więc co z tymi trzydziestoma procentami?

  — Co? Nie wiem. Rozmowę pamiętam, ale to były tylko takie pogaduszki. Coś jak mrzonki. Marzenia.

  — Od marzeń się wszystko zaczyna. Jak do was przyszedłem, mieliście najniższy wskaźnik od czterech lat. Kurwa, staliście tylko szczebel wyżej od szkółek reklamujących się na przydrożnych słupach, jednak zaczęliśmy wspólnie marzyć i po kilku miesiącach jesteśmy szóstą siłą w tym kraju. Nie spoczywajmy na laurach.

  — To znaczy?

  — Na koniec przyszłego roku musimy być w pierwszej trójce.

  — Niemożliwe. Już teraz mamy cztery sądowe sprawy.

  — Możemy mieć i czterdzieści albo pięćdziesiąt. To nie ważne. Ważny natomiast jest wynik i ciągły głód za sukcesem. Jeśli tylko zobaczę, że się wypalasz…

  — Nie wypalam się!

 Chwilę milczał, lecz wydawał się bardzo zadowolony. Potem mi wręczył garść kopert.

  — Masz. Rozdaj ludziom. Lepiej jak dostaną je od ciebie.

  — Przestań, Viktor. Przecież wiesz, że cię lubią.

  — Boją się mnie, to różnica. Tolerują nowe metody, bo dzięki nim mogą nieźle zarobić, ale to wszystko.

  — To tylko ludzie. Lepiej pracują, jak kogoś mają nad sobą.

  — Od tego właśnie jesteś ty. Pompuj ich, jak tylko będziesz w stanie. Rozpalaj parcie na szkło. Niech nie przestają. Teraz święta i dobre dziesięć dni laby, ale potem czeka nas ciężki rok.

  — Tak zrobię. Nie martw się. Wszystko na dobrej drodze.

  — Matematyka, Michał. Mnie przekonasz liczbami.

 Nie odpowiedziałem.

  — Dobra leć już, bo ci jeszcze ten samochód ktoś podkupi.

 Złożyłem mu życzenia z okazji świąt, ale niezręcznie to wyszło. Kiedy byłem przy drzwiach, usłyszałem:

  — Jest taka jedna złota myśl, chyba Kaliguli, którą szczególnie cenię. Chcesz ją usłyszeć?

  — Pewnie.

 Podszedł do regału i stanął do mnie plecami. Nie miałem pojęcia dlaczego.

  — Niech nienawidzą, byle tylko się bali. Tak jakoś leci.

  — Ciekawa.

  — Nie stawiam na terror, Michał. Ale to nie znaczy, że nie potrafię.

 Nie wiedziałem jak zinterpretować te słowa. Czy była to zawoalowana groźba?

  — Dobra leć już dzieciaku. Wesołych świąt.

  — Wesołych świąt, Viktor. Najlepszego.

 Rok później byliśmy drugą siłą w całej Polsce.

 

 Link do części II: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=1225

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 8

Opis:

Opko jest jeszcze chyba starsze od poprzedniego. Niestety (dla mnie "stety", Marok trafił w środek tarczy i bardzo mi pasuje zestaw pod ten tekst. Jeśli starczy czasu, dla kontrastu napiszę też coś nowego, ale wpierw wstawię ten. To moja jedyna szansa na to ;) Miejta umiarkowaną litość.

Dodano: 2019-12-02 20:39:14
Komentarze.
~Angela 10 m.
Pierwsza : ) Opko jest świetne, czyta się płynnie i mimo że akcji ani widu ani słychu, nie przynudza. Fajna korpo historia ciekawą, swojską narracja.
A Viktor jakoś mnie przeraża.
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
I słusznie może. Opko ma z dyszkę na karku i gdyby nie mr. Marok, ciężko byłoby o zaistnienie. No ale co tam, hej przygodo. Dziękować.
Odpowiedz
Witamy nowy tekst!
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
No nowy na pewno
Odpowiedz
~JamCi 10 m.
Nie dawno - niedawno
nie ważne - nieważne
Doooobre. Bardzo. Wciągnęło. Niby przewidywalne, co nieszczególnie lubię, ale są sytuacje w których to nieszczególnie przeszkadza. To chyba jest ta.
Czekam na resztę, bo wygląda na zamkniętą już całość. Jak chcesz to otworzyć?
Zobaczę?

Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Hmmm, chętnie poprawię, ale możesz - skoro już wyłapujesz - to dla ułatwienia chociaż całe zdanie
Odpowiedz
~JamCi 10 m.
Już

Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Znalazłem już.
Odpowiedz
~JamCi 10 m.
— Nie dawno jadłem. Poza tym nie mam pieniędzy na zbytki
Możemy mieć i czterdzieści albo pięćdziesiąt. To nie ważne. Ważny natomiast jest wynik i ciągły głód za sukcesem.
Prosz :-)

Odpowiedz
~entropia 10 m.
A ja to pamiętam! Czy Jakieś mam urojenia
Czyta się znakomicie. Hasła przednie. Porównania też. Wydarzenia całkiem realne )
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Hehehe, taaa, pierwsze trzy albo cztery części wrzucałem kiedyś, ale że wśród wachlarza zalet mam też konsekwencję,to nie dokończyłem wrzucać. Tera dokończę, bo idzie nowy rok. A nowy rok, to nowa-ja
Odpowiedz
^krajew34 10 m.
Kurła pierwszy twój tekst (który ja czytałem) tak łatwy dla mnie w odbiorze. Bez jakiś wydumanych i skomplikowanych opisów, trochę zbyt optymistyczny i na miarę cudu (który mógłby się wydarzyć), ale naprawdę dobrze się czytało.
Odpowiedz
~Adelajda 10 m.
Dziwnie się to czyta znając Twoje inne prace. Opowiadanie z korporacją w tle, coś innego. Chwilowo ciężko napisać cokolwiek, zależy jak to opowiadanie rozwinie się dalej.
Z pewnością jest tu jedna, wyrazista postać.
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
@ Krajew - tak, to prosty tekst. Sprzed ery zjadania własnego echo-ogonka.
@ Adelajda - too, jak poprawiam błędy, też czuję, że dziwne. Dzięki za łagodny dobór słów i synonimy zmiękczające
Odpowiedz
~Adelajda 10 m.
Łagodny dobór słów... raczej nieumiejętn ie użyte, jeżeli w taki sposób odebrane. Tyle od siebie dodam, że nawet gdybym miała skrytykować Twój tekst, to zwyczajnie bym nie potrafiła, choć wiem że jesteś jedną z tych osób, które wiem że się nie pokruszą, a jednak nie potrafiłabym, bo jesteś w moim odbiorze jedną z tych wyjątkowych osób, których wrażliwość i twórczość sobie cenię, tak wiem zara dostanę zonga, że słodzę czy jakoś tak.
Ale wcześniejszy komentarz, nie, nie miał na celu łagodnej krytyki. Bardziej była to oznaka zdziwienia, że potrafisz w tak różne style i tematy.
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Łojejeox, nie no, ja naprawdę się nie kreuję na luzaka czy coś. Fakt, przybieram cała paletę masek, jeśli trzeba, ale krępacja na wyrost nie jest jedną z nich. Mam do siebie bardzo cyniczny stosunek, wręcz uwielbiam z siebie szydzić i potęgować i uwypuklać ograniczenia. Nie robię tego w jakimś ukrytym celu, ani też takim utyskliwym-żałobnym. Robię tak bo lubię sobie dopierdolić. Lubię się z siebie śmiać. Ostatnio wylazłem w dwóch różnych butach. Nooo, nie wiem sam.
Cieszę się, że ten tekst jest jaki jest. WIem, że odstaje w tym czy tamtym. W konstrukcji zdań i w ogóle. No ale to też część jakiejś drogi, więc mocno tego nieuwspółcześniam. Tylko ewidentne babole reperuję.
Miłe słowa, ale naprawdę można mnie cisnąć, jeśli trzeba.
Fakt, słuszna obserwacja, są rejony, gdzie chyba jestem wrażliwy. Rejony czy momenty. Tyle że nie dotyczy to twórczości. Tu można mnie gnieść, jeśli trza.
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
Kręcę się z zamiarem czytania. Boję się czytać. Boję się, bo wiem jaka jest przepaść, między tym co tu znajdę, a tym co potrafisz. Boję się, bo pospadały mi filtry dyplomatyczne wszelakie (łapię się na tym u innych ludzi, komentując). No nic, trza być odważnym i uczciwym, wrócę po drugiej kawie
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
"Otwierałem listę tych, którzy mieli wylądować jałopą w chodnik. Ulubieniec pecha w rzeczy samej"
" Siedzieliśmy i jedliśmy w milczeniu, obserwując z perspektywy szóstego piętra tonące w mroku ulice. Co trzecia świecąca latarnia. Polskie miasta" - ciachanie udane

Hm, nie jest tak źle. Wczesny Canulardi, owszem, ale czyta się samo.

"— Nie no — odparłem. — Coś robią albo przynajmniej próbują. Od pierwszego mają nam tu przysłać jakiegoś speca nad spece. Ma nas, jebany, uzdrowić.
Wtedy mnie właśnie olśniło" - mnie teraz tez olśniło, to jest ten spec! pamiętam piąte przez dziesiąte, na bank nie pamiętam jak się to kończy, ale tę scenę kojarzę, zaraz czytam dalej

Odpowiedz
*Ritha 10 m.
"Wyszedł. Zostałem sam, spocony jak zakleszczona w butelce mysz"

No i patrz, po raz kolejny przekonałam się, że martwienie się na wyrost jest gupie. Byłam pełna obaw, że będę musiała sprawić Canulardowi przykrość i pedzieć mu, że opko jest całkiem do dupiszcza. Tymczasem wcale nie. Może właśnie powinieneś tak pisać. Tak... dla ludzi a nie dla fetyszystów. Czyta się bardzo przyjemnie, a historia wciąga. Dialog przegadany okrutnie, ale znalazłam tez smaczki.
Bardzo się nie mogę doczekać Rury w ziemi (o ile ona się w ogóle pojawi). Tam jest dodany ten składnik, to coś, czego tu jeszcze nie ma. Level up.
Wracajac do opa, myśl Kaliguli... Bardzo się wyciszam ostatnio, ale natury nie oszukasz. To chyba wynika z postrzegania świata, z dostrzegania zagrożeń, z różnych pierdół, skutków ubocznych procesu myślenia, ale tak, z pewną dozą autowstrętu muszę przyznać, ze myśl Kaliguli jest mi bliska i fajnie klamruje tę część. W przypadku jednak takiej tematyki, korporacji, pędu za sukcesem, hm, jest to trochę, nie wiem, smutne. Trochę jak więzienie z własnych poglądów. Cela, jesteś w niej teraz.
Podatnam dziś na refleksje, opko Sensola przeczytałam rano, dawało do myślenia, Twoje też daje.
Będę czytać dalej. Nie odpisuj, wiem że masz młyn.
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Tak, czytałaś, bo na opowi były trzy, cztery części. Potem zaprzestano rozprowadzać hita.
Odpowiedz
~Pasja 10 m.
Witam
Ciekawy rejs po korporacyjnych wodach. Już na pierwszy rzut facet wydał się podejrzany. Szczerze mówiąc kamuflaż Viktora się udał, a Michał zyskał. Zachęciłeś na dalszą podróż.
Pozdrawiam
Odpowiedz
~Nachszon 10 m.
Canulas uwolniony z więzów czegoś tam. Czytałem i nie wierzyłem, że to on. Swobodnie, bez wysiłku, dla ludzi, a czasem człowiek potrzebuje właśnie czegoś takiego. Trochę jak serial telewizyjny, ale to nie zarzut. W sumie dwie gadające głowy, ale tak gadające, że całość zamienia się w fabułę. A i i bardzo szybko odgadłem, że dostawca pizzy to przyszły czifo. Czyta się super.

"— Możemy mieć i czterdzieści albo pięćdziesiąt. To nie ważne" - nieważne w tym wypadku raczej
Odpowiedz
~nimfetka 10 m.
„dla ludzi a nie fetyszystów” - bardzo mądre słowa Ritha wyrzekła. Chyba czytałam kiedyś, pewnie nie całe, ale to raczej tak.
Wiadomo, że lajtowo jak na Ciebie, ale to nie robi większego problemu, kiedy nadrabiasz błyskotliwością. Też pewnie nie umiem podejść do tego tekstu w pełni obiektywnie, bo i autor ze wzorową renomą. Ale no, zwyczajny, fajny staroć.
Odpowiedz
~nimfetka 10 m.
Już nie chcę obiecywać, że całość doczytam, bo potem znowu się spierdolę, ale postaram się.
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
@Pasją, z tym tekstem wiąże się jedna ciekawa (mam nadzieję) kwestia i może kiedyś, gdzieś o niej wspomnę. Dzięki za podróż. Trzy części leciały już kiedyś na starocie-Canulardo tv

@Nimfetetson - zacnie Ci się odbija pamięciowe czkawka. Było już było. Tera leci od nowa jak serial Przyjaciele czy cus.

@Nachszon - dziękuję za łagodny wymiar kary, a nawet amnestię. Prawda, że to hylo jeszcze przez erą sznurów i węzłów. Wspominam dobrze. Wrócić bym nie chciał.
Odpowiedz
~pkropka 10 m.
Siemanko Canulasty
"Nie zapamiętuje" - zapamiętuję
" Zdenerwowałem się trochę i coś burknąłem. Nawet pamiętam co, ale nie będę przytaczał, bo nie wypada." -
Zapowiada się ciekawie. Z początku bardzo widać twoją rękę, ale później styl trochę się rozpływa. Akcja szybka. Może trochę ciut zbyt, ale z drugiej strony niezbyt jest co rozwlekać, więc poprzestanę na "zadowalająca część" i lecę dalej - tam pewnie już się dzieje
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Gdyż, albowiem, tekst leciwy uber. Star...odawno napisany. Poprawię kiszkę od ręki, jak już jestem na posterunku.
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Jak możesz, kopiuj większe kawałki z błedami, łatwiej będzie mi znaleźć.
Odpowiedz
~Agnieszka 10 m.
Hej,
Zatem jestem... dobrze bardzo intrygująco zakończone. Oczywiście, że świetnieś to poprowadził, pisać ci nie trza... lecę dalej...
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Trza, trza

Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin