jasno ciemno
TW 2 – Bumerang Świnko-rodzinko

Idée fixe cz. 3

 Poprzednia część: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=1162

 

 — Nie musiałaś używać przyjaciółki, by wpaść. Bartek — przedstawił się, podając rękę. Dwa kubki z kawą parowały na warsztatowym stoliku, czyli brudnym blacie zawalonym wszelkim możliwym badziewiem.

 — Ewa — odpowiedziała speszona. — Wybacz za wczoraj. Że tak późno zadzwoniłam. Że w ogóle zadzwoniłam i zawracam ci głowę. No i za Teresę. Ona jest trochę… bezpośrednia. I trochę szalona.

 — W porządku. — Tyle. Dwa słowa. A raczej literka i słowo.

 Potem wyliczył koszty napraw i wysnuł wniosek, że w zasadzie mogłaby tę mazdę sprzedać, bo to worek bez dna. Posmutniała. Ponadto czuła się jak ósmy obcy pasażer Nostromo, gdy przyjął dwóch następnych klientów, w międzyczasie odbierając kolejne telefony. A tymczasem ona, jak ten debil, siedziała, sącząc kawę i licząc nie wiadomo na co i nie mogąc zrozumieć, jak to się stało, że w ogóle tam przyszła. Chyba dopiero teraz zaczynała trzeźwieć.

 — Blacharz by się przydał — stwierdził, kucając obok samochodu. — Progi rdzewieją.

 — Mhym — wychrypiała, nie wiedząc, co w zasadzie mogłaby dodać.

 Było sztywno, drętwo, krępująco. Po raz kolejny dała się zmanipulować przyjaciółce. Po raz kolejny wplątała się przez nią w sytuację co najmniej dziwną. W zasadzie sztywna była tylko ona. Pan Bartek zdawał się wykonywać swoją robotę jak gdyby nigdy nic, krążąc wokół samochodu, co rusz zaglądając w inny jego zakamarek i cyklicznie rzucając hasło o kolejnej rzeczy, którą przydałoby się wymienić. Chciało jej się płakać. Rosnące koszty to jedno, a drugie, dużo, dużo gorsze drugie, to punkt widzenia, który uruchomił się automatycznie, i który zakładał, iż przemiły pan mechanik na pewno pomyślał, że jest puszczalska, baa, że jest dziwką, bądź też jej przeciwstawną alternatywą – spragnioną męskiej adoracji samotną babą, która przyszła owej adoracji wyżebrać ociupinkę.

 — Okej! — stwierdziła nagle, nabierając sztuczno-energicznej postawy, jednocześnie szybkim ruchem dopijając, wciąż parzącą w język, kawę. — Wszystko już wiem. Dziękuję ci pięknie, ja sobie to wszystko w głowie zanotowałam i będę mieć na uwadze. Wymieńmy tylko tę skrzynię w takim razie.

 Dłońmi złożonymi jak do modlitwy stukał się w zamyśleniu o brodę, wpatrując w dziewczynę nic niezdradzającym wzrokiem.

 — Wczoraj chciałaś wymienić amortyzatory — przypomniał.

 — No tak, widzisz, dlatego przyszłam, bo… żeby zobaczyć… Hm. Musiałam sobie to wszystko przemyśleć. Tego jest za dużo, skupmy się na głównej usterce, na tej skrzyni, a ja niebawem rozejrzę się za czymś nowym. Nie chcę do niego dokładać.

 — Nie no jasne.

 I wtedy uświadomiła sobie, że pozbawia go zarobku, na który już się zapewne nastawił. I że, owszem dał jej numer telefonu, kiedy zostawiała auto, jednak zadzwoniła do niego w piątek w okolicach dwudziestej trzeciej. Czyli w weekend. W nocy. I że ma na sobie szczęśliwe, koronkowe majtki ze studniówki przyjaciółki, która odbyła się dobre trzynaście lat wcześniej, a w torebce cichutko koczuje paczka prezerwatyw.

 I wtedy go znienawidziła. Jego i wszystkich. Siebie. Teresę. Iwonę, która przyjeżdżała pojutrze tylko po to, by zamienić ją w niańkę młodszej siostry. Nienawidziła absolutnie wszystkich! Tylko nie Piotra. Piotrek był miłością jej życia. Co prawda dziś nie zerkała obsesyjnie czy aby czegoś nie napisał, ale tylko dlatego, że uspokoił ją wczorajszy telefon. Był zajęty i zamiast odpisywać, po prostu zadzwonił. Bardzo logicznie. Wszystko w porządku, pomyślała. Wszystko będzie dobrze.

 — To co? — usilnie próbowała dobrnąć do końca konwersacji. — Zadzwonisz, gdy będzie gotowy?

 — Jasne. Tak jak ustaliliśmy, gdy go przywiozła laweta — podkreślił ostatnie słowo, z uśmieszkiem zahaczającym o przymiotnik „cwany”. — Gdzie ci stanął? Gdzieś w centrum?

 — Taa, na Słowackiego. No dobrze, to ja pędzę, dziękuję za kawę i porady. — Uśmiechnęła się z życzliwością, jaką stosuję się dla obcych osób, z usług których człowiek korzysta przy okazji różnych codziennych sytuacji. Jak na przykład dla kobiety z kiosku.

 A wówczas on oparł się o jeden z „uzdrawianych” samochodów, krzyżując ręce na piersi i pomimo zadawanego pytania nie tracąc pewności siebie.

 — To jeszcze powiedz mi, co ci się nie spodobało, że uciekasz pędem? — Uśmiechnął się na własne słowa, wyraźnie rozbawiony sytuacją.

 — Co? Nie rozumiem. — Faktycznie nie rozumiała.

 — Przysłała cię tu koleżanka, zapewne szukasz, nazwijmy to, przyjaciela. I zapewne w jakiś sposób ci się spodobałem, skoro padło na mnie. Teraz posiedziałaś chwilę i wybiegasz. Jako ofiara tego eksperymentu chciałbym się przynajmniej dowiedzieć, który element zawiódł? — Twarz Bartka wyglądała, jakby właśnie wychodził z kina, tuż po obejrzeniu komedii miesiąca.

 Ewa bezwiednie rozdziawiła usta, nie wierząc w to, co słyszy. Choć w zasadzie usłyszała prawdę. Ale tak nie wolno! Są rzeczy, sytuacje, momenty, typu na przykład takie spotkanie mające na celu wybadanie gruntu, o których się głośnio nie mówi. Nie analizuje się ich wspólnie. Nie i już! To tak jakby ktoś w kościele smarkał w chusteczkę z echem odbijającym się od bocznych naw, a ktoś inny stwierdził na głos „ale gość smarka, ho, ho”. No tak się nie robi! Chyba że jest się dzieckiem. Ale nie byli dziećmi!

 — Wiesz co? — Podjęła próbę wyjścia z sytuacji z twarzą. — Coś ci się chyba pomyliło. Chodziło tylko i wyłącznie o samochód.

 Uśmiechnął się tak, że miała ochotę go zabić.

 — Nie no jasne. W sumie szkoda — rzucił od niechcenia, idąc w stronę wiszącego na podnośniku volkswagena. — Na razie! — dodał.

 

 Wyszła roztrzęsiona jak galareta. Głupi, bezczelny tłuczek. W dupę niech sobie wsadzi lewarek. I swoje wyssane z palca analizy. Stringi wpijały jej się w pośladki, Teresa była naprawdę szczupła w liceum. W przypływie złości, odwagi i zrzucenia masek skonstruowanych na bazie różnorakich damskich teorii typu – nie odzywaj się za często, nie osaczaj, nie bądź zbyt ciekawska, daj mu przestrzeń, udawaj niedostępną, wyniosłą księżniczkę, której wcale nie obchodzi, co robi, jak go nie ma, bo na jego miejsce jest już pięciu następnych – więc, odrzucając powyższe, wyklepała wiadomość do Piotrka.

 „Hej. Gdzie byłeś pięć dni? Jak masz kogoś, to powiedz mi to teraz”.

 Miała to w dupie. Spędzi sobotni wieczór w piżamie, polarowym kocu, z nalewką, siedemdziesiąty raz oglądając Hitch’a. Will Smith dobry na wszystko. Podobał jej się ten plan. Była wykończona tygodniem oczekiwań na wiadomość, życiem w stresie i manipulacją własnej, rodzonej przyjaciółki, w wyniku której tylko sobie podniosła ciśnienie.

 Odpisał. Ewa nie wierzyła własnym oczom. „Pokażę ci dziś, gdzie byłem”. Proste pytanie, natychmiastowa odpowiedź. Czy to naprawdę tak działa? Tak zwyczajnie? Idąc do wtóru jego lakoniczności, wyklepała „ok”. Nici z Hitch’a.

 „W sumie szkoda…” dzwoniło jej w uszach przez całą drogę powrotną do domu.

 

 Kolejna część: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=1310

 

7029 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Ritha
Kategoria: romans

Liczba wejść: 19

Opis:

Dodano: 2019-12-06 11:36:49
Komentarze.
"— W porządku. — Tyle. Dwa słowa. A raczej literka i słowo."

Taaa, wciąż się płynie. Na sto proc, to by się sprzedawało. Wszystko luźno podane, ale i poukładane.

Odpowiedz
*Ritha 1 r.
Dziekuję za wizytę Niesamowite, że nadązasz za tym wszystkim.
Odpowiedz
~JamCi 1 r.
gdy przyjął dwóch następnych klientów, między czasie odbierając kolejne telefony - w międzyczasie
Tekst ze smarkaniem i reakcją - cuuuudoooo.
Kurdę wciągnęłaś mnie... i co ja tera zrobię jak ni ma czasu???? No?

Odpowiedz
~JamCi 1 r.
Ja chce tego dużo. :-)
Odpowiedz
*Ritha 1 r.
Jest chyba 13 części Fajno, ze wciągnęło ))
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin