kamyk lucuś

dno (TW#2)

 postać: pijany rolnik

 zdarzenie: konkurs malowania jaj

 

 

 

 Dalej mówią na mnie "Rolnik". Chyba z rozpędu. Jaki tam ze mnie rolnik! Wszystko sprzedałem i przepiłem. Sprzedałem konia, sprzedałem krowy, sprzedałem świnie, owce, sprzedałem kury, kaczki, gęsi, sprzedałem króliki i klatki po królikach, nawet karaski ze stawu przydomowego wyłowiłem i sprzedałem. Wszystko co mogłem sprzedałem i przepiłem. Wcześniej odeszła ode mnie żona. Zmartwiłem się, ale nie za bardzo. Jestem z natury optymistą. Z jednej strony źle bez kobity, bo ciepła, miękka. Z drugiej drażniło mnie jej ciągłe zrzędzenie. Nie potrafiła zamknąć kłapaczki dłużej niż na pięć minut. Ciągle coś jej było nie tak.

 Nie, nie. Nie było tak, że zacząłem pić, kiedy odeszła Stefka. Raczej na odwrót było. Stefka odeszła, bo piłem. Bezpośrednim powodem, zapalnikiem była niechlubna noc, kiedy zasnąłem na niej podczas stosunku. Piłem od dawna, odkąd pamiętam nie wylewałem za kołnierz. A kiedy odeszła Stefka skończyło się zrzędzenie i mogłem oddawać się pijaństwu na większym luzie. Mówię na większym, a nie na całkowitym z powodów finansowych. Pieniądze ze sprzedaży inwentarza szybko się skończyły. Jedynym stałym dochodem była renta teściowej, zasuszonej, wątroboplamistej, gośćcowopowykręcanej, mętnookiej, haczykonosej staruszki z postępującą demencją, która nawet nie zauważyła, że córeczka odeszła w siną dal. Teściowa siedziała cały dzień w zatęchłej, nigdy nie wietrzonej izbie i słuchała radia Maryja. Na szczęście, mimo podeszłego wieku, słuch miała dobry i nie katowała mnie nadmiernie rydzykowym przekazem. A może, z powodu demencji, nie musiała już słyszeć dokładnie co gadają i radio służyło jej bardziej jako podkład dźwiękowy, niczym szmer strumyka, albo szum morskich fal.

 Renta teściowej ledwo starczała nam na niewyszukane jedzenie dla dwojga i alkohol dla mnie. Jedliśmy głównie chleb, cebulę i tłustą mielonkę, którą kupowałem w hurtowni spożywczej w zgrzewkach po dziesięć kilogramowych puszek. Trułem się alkoholem z najniższej półki.

 Na szczęście teściowa umarła i od tej pory nie musiałem się już dzielić rentą z nikim.

 Spytacie, skąd renta, skoro teściowa przeniosła się na tamten świat? Otóż nie zgłosiłem zgonu. Umarła w nocy. W łóżku. Pomyślałem, że jej przecież wszystko jedno, czy będzie nadal dostawać rentę, czy nie. Pożyczyłem od starego Józwy Wartburga i objeździłem wszystkie większe sklepy i hurtownie chemiczne w promieniu stu kilometrów od Stęchlewa. Stęchlewo to miejscowość, w której mieszkam, chyba zapomniałem o tym powiedzieć na początku, więc ogłaszam to teraz. W każdym sklepie, czy hurtowni kupowałem jeden litr (nie więcej) stężonego kwasu solnego. Robiłem tak, aby uniknąć podejrzeń i wścibskich domysłów typu, po co zwykłemu (he he) rolnikowi tyle kwasu. A litr, to każdy przecież może sobie kupić.

 Jak się pewnie domyślacie rozpuściłem teściową w kwasie. Starsza pani syczała podczas kąpieli, uciekłem z ciasnej łazienki przed trującymi wyziewami, śmierdziało straszliwie ludzkim mięsem i oparami kwasu. Zostawiłem teściową na trzy dni w wannie. Myślę, że nie robiłem jej żadnej krzywdy. Nie żyła już. To chyba nawet lepiej, że nie będzie gniła w taniej trumnie, dwa metry pod ziemią, w ciemności, wilgoci i zimnie. Że robaki nie wyżrą jej oczu i ust, że śliskie glisty nie wpełzną jej przełykiem do napuchłego od sfermentowanej brei rozpadających się podrobów torsu, wzdętego od gazów gnilnych. Zamiast tego rozpuściła się estetycznie w wannie w zaciszu domowej łazienki. Po trzech dniach została po niej tylko garstka nie do końca zetlałych kości, czaszka, zeschłe piszczele i niewielka górka wapiennego piasku. Spuściłem kwas, poczekałem aż resztki wyparują, po czym zabrałem składaną łopatę-saperkę i resztki teściowej do plecaka i zaniosłem do lasu, zapuściłem się naprawdę daleko, w największą gęstwinę, przedzierałem się przez kłujące zasieki jeżynowych krzewów, przez chaszcze, dzikie trawy, osty, krzaczole. A potem wykopałem głęboki dół i zostawiłem tam doczesne szczątki mojej świętej pamięci teściowej. Dół zasypałem i przykryłem liśćmi.

 Po pozbyciu się resztek ciała musiałem przygotować się na comiesięczną wizytę listonosza. Listonosz, a właściwie renta, którą przynosił była w tym wszystkim najważniejsza. Rozpuszczenie teściowej to tylko preludium. Dużo pracy miałem jeszcze przed sobą.

 Wygrzebałem z najgłębszych, najbardziej zakurzonych czeluści piwnicy kaseciaka typu "jamnik". Po odkurzeniu mokrą szmatką okazało się, ku mojej radości, że działa. W środku była nawet kaseta.

 Wyszukałem na youtubie filmik, ze szczekaniem psa. Nie było to wcale tak łatwe jak się wydawało. To musiał być bardzo duży i groźny pies, a jego szczekanie straszne jak z filmów grozy. W końcu znalazłem odpowiedni film, a właściwie odpowiedni podkład dźwiękowy. Szczekanie było straszne. Ale niestety trwało zbyt krótko. Miałem tylko niewiele ponad pół minuty dobrego szczekania. Uznałem, że to za mało.

 Odpaliłem google i wpisałem hasło: prosty program do tworzenia muzyki. Wyskoczyły mi tysiące stron z programami. Niestety żaden nie był prosty, za to wszystkie po angielsku! Po wielu godzinach poszukiwań wreszcie udało mi się znaleźć jakiś w miarę nieskomplikowany. Potem męczyłem się ze ściągnięciem programu na kompa. Jestem analfabetą komputerowym i najprostsze czynności stanowią dla mnie przeszkodę tragiczną... Ale jakoś mi się udało. Po następnych paru godzinach udało mi się w programie do tworzenia muzyki zapętlić znalezione na youtubie szczekanie psa. Powieliłem dwudziestokrotnie pętlę. Miałem wspaniałego, groźnego, przyprawiającego o drżenie serca dziesięciominutowego loopa. Włączyłem komputer z nagraniem. Uruchomiłem kaseciaka "jamnika", wcisnąłem guzik "rec" i zapisałem loopa na kasetę.

 

 Tak jak przewidziałem listonosz przestraszył się wściekłego, nieustającego nawet na chwilę, ujadania. Bał się wejść do środka. Stał w drzwiach z niepewną miną. Kaseciaka postawiłem na podłodze tuż przy wejściu do mieszkania. Kiedy powiedziałem mu, że pies specjalnie nie lubi pracowników poczty, bo zabrano go interwencyjnie jakiemuś listonoszowi, który trzymał go na krótkim łańcuchu i głodził, facet obciągnął nerwowo pocztowy uniform i poprosił mnie o podpisanie odbioru renty w zastępstwie starszej pani.

 I tak to leciało potem miesiącami.

 Mając całą rentę dla siebie i święty spokój, mogłem oddawać się swemu nałogowi bez żadnych ograniczeń. Raz w miesiącu przychodził listonosz, włączałem kasetę z psem i łatwy szmal wpadał mi do kieszeni.

 

 A więc w całkowitym spokoju, bez jazgotu byłej żony, powoli pogrążałem się w różowej mgle. Butelkowy czas! Butelkowy czas! Bateria butelek po winie i wódce, zastępy puszek po piwie. Piramidy petów na talerzach, półmiskach, salaterkach, zakrętkach do słoików, kubkach, szklankach, spodkach. Nawet w kapslach po piwie. Na podłodze niedopałki. Koło łóżka sterta używanych skarpetek, majtek i koszulek. Zarastałem kurzem i brudem, miodouszniałem, żałobę zapaznokciową hodowałem. Na łóżku całymi dniami się wylegiwałem w sufit patrzyłem i z boku na bok przewracałem. Zapomniałem o kinie, teatrze, literaturze. Redukowałem się i upraszczałem. Obstawiony baterią piw przed telewizorem jak sfinks trwałem. Brak żony kompensowałem sobie seansami porno. Siadałem na fotelu przed komputerem z papierosem w jednej ręce i z fujarą w drugiej i samołajdaczyłem się przy pornograficznym filmie.

 

 Po dwóch, trzech miesiącach zorientowałem się, że seanse masturbacyjne zabierają mi coraz więcej czasu. Najwyraźniej spodobał mi się ten nowy rodzaj rozrywki. Będąc z żoną, musiałem dbać także o jej przyjemność ze zbliżenia, respektować i akceptować jej prawo do mówienia "nie", jej bóle głowy, dąsy, fochy i foszki. Nie mówiąc o nadmiernym klamkowaniu przez cały dzień. Teraz robiłem to sam i wszystko było (dosłownie!) w moich rękach.

 Nauczyłem się trwać w skrajnym pobudzeniu seksualnym, na samej granicy orgazmu, całymi godzinami. Moje ciało stało się precyzyjną maszyną do nieustannej produkcji endorfin.

 Patrzyłem na rozbierającą się Sashę Grey, na obciągającą fiuta Sashę Grey, na rżnącą się Sashę Grey. Ach! Co za laska! Młoda, zgrabna. Bez tatuaży, sztucznych cycków, botoksu. Bez ohydnego żelastwa na twarzy i w miejscach intymnych.

 Gapiłem się w monitor komputera, popijałem wino z butelki, paliłem fajki, cały czas na granicy spełnienia, którego nie chciałem, przed którym się broniłem, bo nie spełnienia pragnąłem, tylko drogi do niego. Byłem maratończykiem, który czerpie radość z biegu, a nie dotarcia do mety. Trzymałem w dłoni penisa z czujną uwagą, manipulowałem nim precyzyjnie, niczym astronauta joystickiem podczas dokowania kapsuły kosmicznej do statku matki, albo operator drona wojskowego w trakcie ważnej akcji na obcym terenie. Jeden nierozważny ruch groził katastrofą! Kiedy czułem, że orgazm nastąpi tak czy siak, nawet bez fizycznej manipulacji przy członku, wyłączałem dźwięk w pornolu i uruchomiałem odtwarzacz CD. Najczęściej puszczałem jakąś płytę z muzyką poważną. Świetny był Philip Glass - amerykański kompozytor z kręgu minimalistów. Uwielbiałem jego płynące, melodyjne, melancholijne, pełne smutku utwory. Idealnie pasowały do sytuacji.

 To była niesamowita faza. Mój mózg, komputer pokładowy pod czaszką, zalewany był kaskadą skrajnie różnych bodźców. Przez oczy wlewało się tsunami perwersyjnej rozpusty. Przez uszy sztuka wysoka, wysublimowane frazy muzyczne wybitnego kompozytora. Sacrum i profanum.

 Muzyka poważna zamiast stękania, odgłosów siorbania przy obciąganiu fiuta albo klaskania ciała o ciało, sprawiała, że podniecenie seksualne nieco się obniżało. Przesuwałem nieuchronny orgazm jeszcze trochę w czasie. Przy okazji obcowałem z wysoką sztuką, co też nie było bez znaczenia, bo godziny trwania w bezustannym napięciu seksualnym robiły się koniec końców, tak jak wszystko co trwa w nadmiarze, nudne.

 

 Tak zredukowany, uproszczony i złajdaczony staczałem się po równi pochyłej. W stronę dna turlałem się, piłem, żarłem jak świnia, łajdaczyłem się, wtaczałem do łazienki, rzygałem, wytaczałem, zalegałem i dalej się upadlałem. Staczałem się i staczałem, ciągle w stronę dna zmierzałem ale dosięgnąć go nie byłem w stanie. Dno było zawsze jeden krok przede mną. Zawsze o dzień do przodu. Starałem się jak mogłem ale upaść na samo dno nie potrafiłem. Było na wyciągnięcie ręki i jednocześnie nieosiągalne. Pragnąłem już tam być. Być na dnie. Być na dnie, aby móc się od niego odbić. I zacząć nowe życie. Zrozumiałem jak każdy pijak po niewczasie, że redukcja i uproszczenie, że złajdaczenie totalne i upodlenie dospodne, mogą stać się bardzo męczące.

 W końcu, kiedy pojąłem, że nigdy o własnych siłach nie sięgnę dna, postanowiłem kupić dno przez internet. Znalazłem ciekawą ofertę na allegro. Przed zakupem upewniłem się mailowo u sprzedawcy, że to jest KOMPLETNE DNO. Tylko kompletne dno mnie interesowało. Od takiego dna, będę się mógł wreszcie odbić. Jak Małysz od progu skoczni, i polecieć, polecieć daleko w stronę nowego życia, i czuć na twarzy mroźny i rześki powiew wiatru zmian.

 Po kilku dniach kurier dostarczył zamówione przez internet dno. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy po rozpakowaniu przesyłki okazało się, że DNO JEST NIEKOMPLETNE! Brakowało przewodu zasilającego i instrukcji obsługi! Zadzwoniłem do sprzedawcy i zażądałem instrukcji. Średnio uprzejmy typek, po długich minutach wyczerpujących negocjacji zgodził się niechętnie na wysłanie mi instrukcji mailem. Przewód z wtyczką odciąłem od żelazka, którego i tak nie używałem. Zdarłem izolacje z końców przewodów i jakoś udało mi się podłączyć dno do prądu. Niestety, dno było zepsute. Świeciły się jakieś lampki na czerwono, jedna zielona migała. Ale dno nie działało! Zajrzałem do skrzynki mailowej. Tak! Był mail od sprzedawcy z instrukcją obsługi. Kiedy otworzyłem maila, poczułem jak fala złości oblewa mi twarz gorącym rumieńcem. Instrukcja była, ale po węgiersku!

 Poszedłem do kuchni i rozpieczętowałem flaszkę czyściochy. Wypiłem parę solidnych łyków i postanowiłem pójść jednak na ten obciachowy wielkanocny festyn urządzany jak co roku na stadionie Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. Wybrałem ze sterty używanych skarpetek i majtek najlepsze (najświeższe) sztuki. Ubrałem się i wyszedłem z domu. Pomyślałem, że nie od rzeczy będzie napić się piwa z kranu. Na pewno pośród straganów z pieczywem wiejskim, pseudooscypkiem, dżemami, konfiturami własnej roboty i powidłami, pomiędzy dymiącymi grillami z kaszanką i kiełbasą, będą też krany z piwem. Napiję się piwa i popatrzę na konkurs malowania jaj, puszczanie mega baniek, pokaz prestigitatorski, na lecące w niebo wypełnione helem baloniki. Odprężę się trochę, popiję i zapomnę o oszuście, który wcisnął mi przez internet niekompletne dno.

 

 Festyn skończył się ogólną zadymą i mordobiciem. Kto by pomyślał, że zarzewiem konfliktu będzie niewinny (pozornie) konkurs malowania jaj! Na długim drewnianym stole pokrytym śnieżnobiałym obrusem stały wiklinowe kosze pełne kolorowych jaj. Cała paleta barw i wzorów przeróżnych naniesionych pieczołowicie na kruche skorupki cieszyła oczy uczestników festynu. W jednym z koszyków wznosiła się piramidka jajek pomalowanych w kolory tęczy. Nie spodobało się to napompowanemu sterydami młodzieńcowi w koszulce z napisem "Śmierć wrogom ojczyzny". Podszedł do stołu. Chwycił za koszyk. Właścicielka koszyka, dziewczyna w kwiecistej sukience i różowych krótkich włosach, również złapała za wiklinowy uchwyt. Sterydowiec anabol był silniejszy, wyrwał koszyk z rąk dziewczyny, po czym odwrócił go "do góry nogami". Wszystkie tęczowe jajka wysypały się i rozbiły o ziemię. Dziewczyna podeszła do rechoczącego osiłka. "No i co kurwa?" powiedział typ. "Pstro" odparła dziewczyna i z całej siły kopnęła go w (nomen omen) jaja. Ból i zdziwienie rozkwitły na prostej fizjonomii mężczyzny. Jego kompani zbiegli się z różnych stron i zaczęli demolować stragany, kopać kogo popadnie, tłuc pięściami i wyprowadzać ciosy karate z półobrotu. Zaatakowani odpowiedzieli przemocą. Przewrócone grille sypały iskrami i buchały kłębami siwego dymu. Ktoś poparzony podskakiwał na jednej nodze i strasznie krzyczał. W powietrzu fruwały kufle i jajka przyniesione na konkurs. Z rozbitej kanki sączyło się piwo i wsiąkało w ziemię. Pozbawione uwięzi baloniki szybowały w stronę słońca.

 "Zwijamy się" powiedziałem do Mietka Papciaka, którego spotkałem na festynie.

 Uciekliśmy w bezpieczne miejsce. To znaczy do sklepu monopolowego. Po tych wszystkich emocjach należało nam się coś na uspokojenie. Kupiliśmy sześć win marki "Caro" i cztery paczki papierosów "Marlboro". Poszliśmy na polankę pod lasem, który rozciągał się od lewej strony do prawej, albo od prawej strony do lewej. Zależy jak kto popatrzył. Czuliśmy się wreszcie bezpiecznie, nikt się nie awanturował, nikt nie miotał kuflami. Alkoholu i fajek mieliśmy tyle, że mogliśmy być pewni, że nam nie zabraknie. Taka pewność daje poczucie spokoju.

 Piliśmy, paliliśmy i rozmawialiśmy o kurestwie polityków i podłości kobiet. Snuliśmy biznesowe plany. A może gadaliśmy o podłości polityków i kurestwie kobiet? Nie pamiętam już. W trakcie obalania szóstego wina urwał mi się film. Zaliczyłem zgon.

 

 A potem był nalot bombowców B-52. Bomby musiały spadać gdzieś blisko, bo huk był potworny, wydawało się, że powinien rozerwać czarną przestrzeń nocy na strzępy.

 

 Kiedy otworzyłem oczy ujrzałem bladą tarczę niskiego słońca i nasiąkające błękitem niebo. Świtało. Bombowce gdzieś zniknęły, ale huk bomb i wycie silników pozostały. Dopiero po chwili zrozumiałem, że to w głowie tak strasznie mi huczy. Podparłem się na łokciach. Leżałem w rowie melioracyjnym biegnącym wzdłuż cmentarnego płotu. Musiałem przespać tu całą noc. Z trudem podźwignąłem się do pozycji siedzącej. Na brudnej, niegdyś białej koszulce, rozlewała się od szyi po pępek, niczym krawat zetesempowca, wielka szkarłatna plama zaschniętej krwi. Rój much krążył nade mną. To ich brzęczenie musiałem wziąć za dźwięk atakujących bombowców. W kroczu i na udach czułem zimną wilgoć. Druga wielka plama znaczyła spodnie. Ale było w nich, w oblepionych mokrą gliną cmentarnego rowu portkach coś jeszcze. Coś cuchnącego i lepkiego. Dotarło do mnie, że zeszczałem i zesrałem się w spodnie. Zrobiło mi się niedobrze i zwymiotowałem na zakrwawioną na torsie koszulkę. Padłem wyczerpany na plecy. Jakiś pies pojawił się nie wiadomo skąd, obwąchał mnie, a potem zadarł tylną łapę i obsikał. Spojrzałem na lewą dłoń. Nie było na niej zegarka. Kilka razy przewróciłem się próbując stanąć na nogi. Wreszcie jakoś się udało. Sprawdziłem kieszenie. Nie było w nich telefonu, kluczy do mieszkania, ani pieniędzy. Powoli, krok za krokiem szedłem rowem w stronę ulicy. Znowu mnie zemdliło i zwymiotowałem. Na szczęście huk bombowców w głowie zelżał i mogłem zebrać myśli. Próbowałem w sytuacji, w której się znalazłem, odszukać jakiś jaśniejszy punkt. Jak już mówiłem jestem optymistą i zawsze staram się patrzeć na rzeczywistość pozytywnie. Teraz nie było łatwo. Zesrany, zaszczany i obrzygany, bez komórki, zegarka i pieniędzy, bez kluczy do własnego domu, z potwornym bólem pod czaszką, nie bardzo wiedziałem czego się złapać, za co się chwycić. Słońce pięło się po niebie i coraz mocniej grzało. Wlokłem się potykając o własne nogi, musiałem strasznie cuchnąć, niełatwo było myśleć pozytywnie w takiej chwili...

 

 A jednak, udało się! Nagle doznałem olśnienia! To była właśnie ta chwila. SIĘGNĄŁEM DNA! Upadłem na dno. Wreszcie dotarłem do celu długiej, krętej i wąskiej drogi, której krańcem było KOMPLETNE DNO! Byłem tam, byłem na dnie i nie musiałem się już przejmować, że dno które kupiłem w chwili słabości i zwątpienia przez internet jest niekompletne i zepsute. Nie potrzebowałem go już. Poza tym, ponieważ byłem na samym dnie, mogłem się od niego odbić i wreszcie zacząć nowe życie.

 Gdzieś w najciemniejszym zakamarku skołatanej głowy błysnęła myśl, że takie odbijanie się od dna to nie w kij dmuchał. Nie codziennie człowiek upada na dno, a potem się od niego odbija. Czy to nie jest aby okazja, aby się napić? Wiedziałem, że nie uwolnię się już od tej myśli. Była jak pojedyncze ziarenko rzucone na żyzną ziemię.

 Uśmiechnąłem się do siebie po raz pierwszy tego dnia. A potem zapłakałem. Łzy płynęły mi ciurkiem na obrzyganą i zakrwawioną koszulkę. "Ja jestem King Bruce Lee karate mistrz" - zanuciłem trochę od rzeczy stary przebój. Jakiś ptak siedział na gałęzi cmentarnego drzewa. Wydawało mi się, że patrzy na mnie. Pokazałem mu "faka" i poszedłem w swoją stronę.

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: !sensol
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 11

Opis:

dozwolone od 18 lat

Dodano: 2019-12-07 11:43:59
Komentarze.
Witamy nowy tekst!
Odpowiedz
^Halmar 9 m.
Jeziu, jakie to dobre. Fabuła konsekwentnie poprowadzona od początku do końca, wątki konkursowe nie są wlepione na siłę. Historia życiowa, nieco przerysowana tragikomicznie, niezły koktajl Mołotowa. Uśmiałam się, chociaż to nieśmieszne. Ale mnie śmieszą rzeczy nieśmieszne, więc wsio pasi. Chapeau bas.
Odpowiedz
~Nachszon 9 m.
Sensol, wrzucasz mnie z butów. Jest pudełko pełne humoru, ale w tym pudełku w jakiś magiczny sposób (bo nie dotyka krawędzi tego większego) wisi mniejsze pudełko smutku. W tym kolejnym smutnym pudełku znajduje się w ten sam sposób umieszczone pudełko ekstrementalnej obrzydliwości, ale tak przyprawionej czymś delikatnie estetycznym, że tę obrzydliwość połyka się bez żadnego grymasu. Nie epatujesz nią, tylko mówisz, że jest. I cała ta paczuszka obwiązana wstążka niewypowiedzianego wprost współczucia dla upodlenie człowieka. Nienachalny, świetny styl. Pomysły jak z zakupem Kompletnego Dna, czy nagrywaniem odgłosów psa, odjazdowe. Mimo niezwykłego dystansu jesteś cholernie wrażliwym człowiekiem, ale gdybyś pisał tą wrażliwością, spłonęłyby kartki z notatkami, a potem Ty sam. Samozapłon. Mam nadzieję, że rolnik poszedł w stronę życia, skoro pokazał środkowego paluszka cmentarnemu ptakowi. I ty Sensol masz jakiekolwiek wątpliwości co do jakości swojego pisania, echhh. Mnie ten tekst... wzruszył. Świetna robota.
Odpowiedz
~Adelajda 9 m.
To jest takie opowiadanie, którego nie da się wsadzić w ramkę. Masz nietuzinkowe pomysły, potrafisz je idealnie odwzorowywać. Pomieszanie absurdu z prawdziwym życiem, tymi problemami przyziemnymi daje niesamowity efekt - efekt wow. Czytając można się zasmucić, śmiać, radować, istna huśtawka nastrojów. Kojarzysz mi się w pewnych momentach z jednym autorem, ale z nim dużo mi się kojarzy.
Jednak mimo wszystko jest mi smutno, ale to takie bardzo osobiste doznanie.
Niesamowita, butelkowa podróż.
Pozdrówki sensol
Odpowiedz
!sensol 9 m.
dziękuję Wam za pozytywny odbiór. jestem akurat chory i dostałem dwa tygodnie zwolnienia. mam dużo czasu. pierwszy raz poświęciłem tekstowi tak dużo godzin. nie liczyłem, ale z dziesięć nawet mogło być albo dwanaście. z miłym zdziwieniem odkryłem, że w tekście można dłubać, wygładzać go, rozwijać, upraszczać, można sobie w nim "porzeźbić". to znaczy wiedziałem wcześniej ale nigdy nie miałem do tego głowy, więc tekst wpadał, tak jak został napisany "z łapki". to jednak chyba błąd. opłaca się dłubanie. można dużo poprawić. ale sporo czasu trzeba na to poświęcić. wielkie dzięki dla Halmar za taki zestaw, który idealnie podpasował pytanie do Adelajdy: jaki to autor?
Odpowiedz
~entropia 9 m.
Ja wrócę, doczytałam w tygodniu do połowy. Zostawiam na wieczór
Odpowiedz
^Halmar 9 m.
Sęsol - wiedziałam od początku, że to Twój zestaw. Z drżeniem serca czekałam na losowaniu, żeby ktoś mi go sprzed nosa nie sprzątnął, cobym mogła Ci go wręczyć
No i się nie zawiodłam!
Odpowiedz
!sensol 9 m.
ciekawe skąd wiedziałaś? (żartuję, domyślam się)
Odpowiedz
^Halmar 9 m.
Nooo... Ja się rzadko udzielam pod prozą, gdzieś chyba wspominałam, że niezbyt często prozę komentuję. Ale czytam, więc wiem, co kto lubi i w jakich klimatach się dobrze czuje
Odpowiedz
~JamCi 9 m.
Wrócę najporządniej :-)
Odpowiedz
~jagodolas 9 m.
Tekst mistrz. Dla mnie humor tu nie gra pierwszych skrzypiec, jest spadnięty do drugiej ligi. Czasami w total zrezygnowaniu wyśmiewam siebie, ale wtedy to wyśmiewanie nic nie ujmuje zmorze.tak i tu ten humor jest bezsilnny wobec. I nie jest to żaden zarzut, bo tekst mnie zmiótł. I przy okazji też uwiera, chyba że na odczytanie miał mój nieszczególny stan. Pzdr
Odpowiedz
~entropia 9 m.
Drobnostka "się" uciekło, chyba tutaj: "Nie spodobało to napompowanemu".
Trochę na oparach sił jadę, ale spróbuję ubrać w słowa najważniejsze odczucia.
Tekst tragikomiczny. Lubię te twoje pętelki obrazowości, te petunie w zakrętach od słoika i kolejne miejsca, i kolejne, i kolejne. Wiele prawdziwych wkurzających pewnie nie jednego człowieka wplotłeś tu rzeczy. Najbardziej rozwalił mnie pomysł kupienia dna na allegro i jak przyszło niekompletne. I tak czytając ten tekst czułam się jak na wędrówce serwujesz mi uśmiech a potem kop w dupę smutek, do góry i z górki na dno, normalnie sinusoida. Nie podoba mi się zakończenie! Skłania do innego popatrzenia na "optymizm".
Odpowiedz
!sensol 9 m.
dzięki za odwiedziny.
jagodolas - chyba mnie "cieszy" Twoje odczytanie.
entropia - koniec jest jaki jest. jest zapowiedzią następnej pętli. to się nigdy nie skończy. chyba, że pętlą ze sznura.
Odpowiedz
!sensol 9 m.
ach! i dzięki za czujność. poprawiłem babola
Odpowiedz
~JamCi 9 m.
Ano. Nie dano nam instrukcji. Ani jak żyć ani jak upaść. Ani jak wstać. Nie ma lekko, wwszystkiego trzeba się nauczyć samemu. I nadal nie umieć.
Bardzo smutny tekst i bardo mi jakoś bliski.
Napisany genialnie, ale to na pewno jjuż wiesz. Pozdrawiam.
Odpowiedz
*Canulas 9 m.
Aż przysunąłem stolik bliżej, bo... kurde, jak Ty tu odwracasz kota, tyłem kota. Heheszkujesz, drioczysz się, ale w tym smutnym i refleksyjnym tekście te śmieszki to zaledwie korzuszek powierzchniowy. A może nawet ich nie ma. Może ciągnie się za Tobą taki ogon komety śmieszka-Harleya. Nie wiem, ale to naprawdę głęboki i wartościowy tekst. SIę tam po drodze zastanawiałem: Jak to, ledwo żywy, bidę klepie, a kompa ma. Żre gówno, a internet płaci. No ale potem mi przeszło utyskiwalstwo wszelkie. Bo wiedzieć nam obu trza, że nawet ja, kiedy poczuję zew uber-jakości, a i nie w zapym zpissie literek, a czuciowo, to zamykam mordę i nie ględzę na to czy owamto. Tak więc dobry tekst. Bardzo dobry tekst.
Odpowiedz
!sensol 9 m.
dzięki za odwiedziny. Can - internet i komp to podstawowe potrzeby człowieka. i smartfon. nawet największy nędzarz, uciekinier z afryki na pontonie ma smartfona i internet. a mój PL w końcu nie taki biedny. rentę było nie było ma
Odpowiedz
*Canulas 9 m.
No tak, tak. Wgrał mi się chwilowo detektyw-cebulak, ale jakosć tekstu go we mnie uśpiła. No więc, ni ma temata
Odpowiedz
*Ritha 9 m.
Opis teściowej wymiata
Proces rozkładu pod ziemię również nie zachęca, zareklamowałeś kwas, zyskał w oczach, dobry z Ciebie marketingowiec
jak on by poszedł do roboty, to by się mniej namordował, niż jeździć za kwasem po całym powiecie, potem rozpuszczać babę, potem łazić po lesie, zakopywać resztki, montować film ze szczekaniem i aranżować to wszystko, do tego stres, straty moralne i tak dalej. Nie wiem czy nie lepiej już gdzieś kłaść płytki. Ale! Może się mylę.

Miodouszniałem

"manipulowałem nim precyzyjnie, niczym astronauta joystickiem podczas dokowania kapsuły kosmicznej do statku matki, albo operator drona wojskowego w trakcie ważnej akcji na obcym terenie. Jeden nierozważny ruch groził katastrofą!"

" Tak zredukowany, uproszczony i złajdaczony staczałem się po równi pochyłej. W stronę dna turlałem się, piłem, żarłem jak świnia, łajdaczyłem się, wtaczałem do łazienki, rzygałem, wytaczałem, zalegałem i dalej się upadlałem. Staczałem się i staczałem, ciągle w stronę dna zmierzałem ale dosięgnąć go nie byłem w stanie. Dno było zawsze jeden krok przede mną. Zawsze o dzień do przodu. Starałem się jak mogłem ale upaść na samo dno nie potrafiłem. Było na wyciągnięcie ręki i jednocześnie nieosiągalne. Pragnąłem już tam być. Być na dnie. Być na dnie, aby móc się od niego odbić" - to jest dobry fragment, pokazuje pod wierzchnią warstwą

"Zdarłem izolacje z końców przewodów i jakoś udało mi się podłączyć dno do prądu. Niestety, dno było zepsute"

"W jednym z koszyków wznosiła się piramidka jajek pomalowanych w kolory tęczy. Nie spodobało się to napompowanemu sterydami młodzieńcowi w koszulce z napisem "Śmierć wrogom ojczyzny" (jakie to prawdziwe)

Ok, trochę się uśmiałam, ale nooo, to nie jest tekst napisany dla beki. Masz talent, umiesz porwać czytelnika, prowadzić go, pokazywać mu i się nie narzucać. Robisz to podstępnie. Od Twoich tekstów ciężko się oderwać. Ładujesz w nie dużo przemyśleń, jeszcze więcej obserwacji świata. Pisz chłopie, wydaj zbiorek sensolowych opowiadań, rozszedł by się jak świeże bułeczki. Lubię Twoje komiksy, foty i mantryczne wierszydła, ale proza wygrywa, to robisz najlepiej.
Pozdro


Odpowiedz
!sensol 9 m.
wielkie dzięki za analizę! wreszcie ktoś zauważył fragment z joystickiem i opisem teściowej tak mi się widziało, że to dobre fragmenty. czytałem swoje stare teksty - muszę je poprzerabiać, aby nadały się do druku. po czasie wszystkie błędy widzę jak na dłoni. zdravia
Odpowiedz
*Canulas 9 m.
Jest tak:
Mam tera od chuja pracy. Kilkanaśice h dziennie plus rózne, rozmaite dylematy. Machina bankowa (omylnie, ale chuj) wstrzymała mi 1800zł i być może odda dopiero po świętach. Jeszcze można coś dodać. W skrócie: Mam nad czym myśleć, nad czym się skupiać.
A jednak dziwnym jest to, że jednak łeb mi się kręci tak z półtora dnia wokół Twojego tekstu.
Czy uważam go za najlepszy z przeczytanych ostatnio? Z pewnością nie.
Czy najlepszy Twój - też nie.
A mimo to łeb tu się kręci. Sam. Szuka i podpytuje sam siebie. Tworzy wizję.
Nawet już dizś do siebie: Kurwa, łeb, co jest do chuja wafla? Czemu o tym? Wszak Nachszon wielodrogowe rozkminki rozpisuuje, wszak Ritha? Ki chuj, żeś się uczepił tego śesolito bidnego i jego teksta?
A łeb na to do mnie: Spierdalaj.

No a dwie godzi później mi mówi, że
A.) Ten główny bohater to taki trochę Florian zwany Kondradem
No i B.) Że ten z allegro, to mu jednak nie sprzedał lipy, a dobre dno.
I jeszcze następne jakieś hece.

No i tyle.
Troszkę mnie uwięziłeś.
Gratuluję. Tak już mam. Jestem wieźniem własnego swetra.

Odpowiedz
*Canulas 9 m.
Aaaa, i jeszcze jak przeczytałem artykułu nagłówekj, że ZUS będzie rozsyłał listy, że trza odpisać, bo oni muszą wiedzieć czy słać świadczenia i jak klto nie odpisze, może nie dostac - też znowu mi ten tekst nabanię wskoczyłk. Dobrze, że nie mam choinki, bo by mi się pewnie w bombce odbił.
Odpowiedz
!sensol 9 m.
to chyba dobrze ale skąd tu Florian? waść podchmielił?
Odpowiedz
*Canulas 9 m.
A ja wiem. Się mje tak jakoś kojarzy chyba. Zresztą to nie ja to mózg
Odpowiedz
~pkropka 9 m.
Sensol, ten tekst jest cudowny. Ma lepkie macki, które wciągają w siebie i nie pozwalają się oderwać. Jak już unieruchomi, wlewa się w człowieka, podchodzi do gardła i nie daje się przełknąć ani zwrócić.
Zakończenie jest wisienką na torcie, który już dawno temu by spleśniał, gdyby nie zakonserwował się w alkoholu.
Od dna się nie odbija. Dno jest lepkie i bagniste i jeżeli nie uda się wcześniej odbić od własnej siły woli, to zostaje się tam na zawsze.

P.S. Urzekł mnie przerażający, szczekający "jamnik".
Odpowiedz
~Agnieszka 9 m.
No, panie i bardzo sympatycznie się zrobiło. Sympatycznie znaczy, w sensie dobrze napisanego opka.
No, czytam, ciekawa cd. Specjalnie wlazłam, nie patrząc , kto go napisał. Po swobodzie i lekkości wypowiedzi obstawiałam ciebie - tak gdzieś gdzieś od połowy to było.
I bingo
Pozdrowionka

Odpowiedz
!sensol 9 m.
dziękuję miłym paniom za wizytę
Odpowiedz
~JamCi 9 m.
A ja rozumiem Canu, bom też miała obraz Floriana, jak i kilka razy jeszcze gdzieś indziej.
Odpowiedz
!sensol 9 m.
znaczy, że Florian kojarzy się Wam z zarzyganym pijakiem? nieszczęśliwym człowiekiem? bo mi nie
Odpowiedz
~JamCi 9 m.
Nieee, wcale nie. Nie o to mi cho...
Odpowiedz
!sensol 9 m.
a o co? ciekawi mnie to. dlatego drążę
Odpowiedz
~JamCi 9 m.
Flor poza ramką.
Odpowiedz
!sensol 9 m.
?
Odpowiedz
~alfonsyna 9 m.
Jakbym miała oceniać po całości to sama postać głównego bohatera okazała się dla mnie bardziej wciągająca i zaciekawiająca niż wpleciony gdzieś jakby mimochodem konkurs malowania jaj. W sumie wydał mi się on trochę "na doczepkę", opowiadanie było dla mnie znacznie ciekawsze wcześniej, bardziej zainteresował mnie motyw z teściową i kombinacje wszelakie w celu utrzymania renty. Niby nic, ale dobrze opowiedziane, z polotem i werwą. Te "malowane jaja" jakoś mi wytraciły cały wcześniejszy rozpęd opowiadania. No ale to tylko takie moje wrażenie, nie wiem do końca, skąd się wzięło, po prostu tak jest. Czytało się nieźle tak czy owak.
Odpowiedz
!sensol 9 m.
dzięki konkurs faktycznie zwalnia akcję. ale potem jest na sam koniec znowu (mam nadzieję) ciekawie dosyć
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin