Amadea — część VII Amadea — część V

Amadea — część VI

 Link do części V: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=1269

 

 Horror/Romans

 

 III

 Jego małżonka zmarła trzy lata temu i choć mówił, że była z niej niezła jędza, to kochał ją ponad wszystko i zupełnie nie umiał bez niej żyć.

 — To straszne babsko, ale obrotne jak licho. Energii miała więcej niźli wcielony diabeł, a wyszczekana była, że cholera. Potrafiła wszystko załatwić w urzędzie, a i chałupę trzymała zawsze w czystości. Co prawda, kłótliwa, ale umiała utrzymać wszystko w kupie.

 Nie zapytałem o imię, a on nie dopowiedział. Domyśliłem się jednak, że Ewelina.

 — Zmarła przez niewdzięcznicę własnych dzieci — zawarczał Henryk. — Przez znieczulicę swego własnego synalka.

 Chwilę milczał. Zastanawiałem się czy powie więcej, ale on tylko gmerał w pamięci. W końcu podrapał się po czole i rzekł:

 — U nas domek mały, ale schludny. Każda tradycja, to świętość. Jak nastaje Boży dzień, trza go święcić. A Święta wielkanocne przede wszystkim.

 Kiwnąłem głową, by pokazać, że jestem tej samej myśli. Nie zauważył.

 — To było w czwartek. Prowadziłem właśnie składzik do Dęblina. Nakupiłem u znajomego spirytusu i byłem wielce rad, bo cena była, ta… rabatowa.

 Nie odezwałem się, ale Henryk uznał za stosowne to rozjaśnić.

 — Nie byli my wielce bogaci. Co to, to nie. Ale żyli my za to w zgodzie z boskim prawem. A tako stoi: Ugaszczaj najbliższych, jak umisz. Więc wedle tego prawidła, wysupłałem caluchne zaskórniaki i stargowałem za pięć dorodnych flaszek. Brałem już wcześniej spiryt od Marynarza i nie obawiałem się szajsu. A cena, zwłaszcza żem stały klient, stała uczciwa.

 Nie wiedziałem, kim był Marynarz i po co mi ta tyrada o spirytusie. Najwyraźniej jednak kolejarz uważał, że jest to część, której pominąć nie sposób.

 — Więc, gdy żem dobijał cenę, ten bękart, Antek, oznajmiał matce, że go niestety nie będzie. Nie wytrzeszczaj tak gałów. Mówię bękart, nie z obrazy do niego. Dyć taki fakt. Był synem z poprzedniego ożenku. Spłodzony z chłopem, który chyba miał nierówno pod kopułą, bo synalek poszedł w jego ślady. Gdy skończył szesnaście lat, wyciął w miasto. I tyle. Żadnego poszanowania dla tradycji.

 — Chyba nie do końca zrozumiałem — zacząłem, ale dziadyga mi przerwał.

 — Nie zrozumiał, bo tylko papla ozorem, a ja mówię klarownie i wyraziście. Mogę mu nawet literować, jeśli chce?

 Pokiwałem przecząco głową.

 — To niech słucha uważnie, bo dwa razy nie będę jęzora strzępił. A historia zaręczam, jest ciekawa.

 Na razie pieprzysz trzy po trzy, syknąłem w myślach. A jako że nie umiał w nich czytać, kontynuował.

 — Gałgan miał wcześniej przyjechać, by pomóc matce w porządkach. Kobiecina obrotna, lecz pewnych rzeczy sama nie zdoła zrobić. Nie w tym wieku i nie z tym zmurszałym biodrem. Wykrochmalenie i zmiana pościeli jak najbardziej, ale już zawieszenie czystych firan to ni hu, hu. Do tego potrzeba chłopa. A chyba matka ma prawo oczekiwać jakiejś wdzięczności? W każdym razie ten huncwot zadzwonił, że go nie będzie. To znaczy, przyjechać owszem, ale nie we czwartek tylko w sobotę. Pomóc przy czymś, to nie, ale wpaść na darmową wyżerkę, jak najbardziej.

 — Nie mogła prosić sąsiada?

 Zamyślił się.

 — Ech, widać, że ty nie znał Ewelinki. Dla rodziny i najbliższych dusza człowiek, ale dla sąsiadów herod-baba. Tak trza otwarcie powiedzieć. Nie była to łatwa kobita w życiu sąsiedzkim. Nie było dla niej rzeczy niemożliwych. A już na pewno nie zawieszenie kilku firan. Wlazła więc biduleńka na taboret, który uprzednio postawiła na stole. Taka piramidka, rozumisz?

 Rozumiałem.

 — Zzuła laczki, bo po pańskim stole łazić w laczkach nie wypada i tak się wdrapywała biduleńka. W sameńkich tylko pończochach.

 — Zapewne spadła? — spytałem, bojąc się czy takie wyprzedzanie faktów go nie wkurzy. Co jak co, ale chłopina był piekielnie drażliwy. Czort go jeden wie, jak się zachowa.

 — A juści, że spadła — oznajmił. — Gruchnęła jak błędny latawiec, uderzając przy tym głową w podbicie progu.

 — O w mordę.

 — Ta. Do tego nie straciła przytomności. Świadczą o tym ślady, gdy próbowała się doczołgać do telefonu.

 — Cholernie przykra sprawa.

 — A pewnie, że przykra. Nawet nie masz pojęcia jak bardzo. Na szczęście to nie ja ją odnalazłem, bo bym chyba tam upadł zara przy niej.

 Już chciałem wstawić jeden z tych okolicznościowych przerywników. O tym jak bardzo mi przykro i w ogóle. Jednak stary człowiek nie pozwolił. Nie zdołałem wtrącić ani sylaby.

 — Tu dochodzimy do sedna — kontynuował — albo przynajmniej o to sedno zawadzamy. Otóż moja małżonka poniosła śmierć, to pewne jak amen w pacierzu, ale co za tym idzie, nie odeszła. Tak, kurde blaszka. Dokładnie.

 — Ma pan na myśli ducha?

 — A właśnie, że tak do cholery. Gadałem już o tym wszystkim setki razy i tobie także powtórzę. Duch, dusza, czy co tam jeszcze takiego, ale to prawda. Już w tydzień po pogrzebie ją usłyszałem. Choć okoliczne chłopy gadały, że pogłupiałem już do reszty z tej tęsknoty.

 — I nikt panu nie wierzył?

 — No jasne, że nikt, a co myślisz?! U nas w Charkowie ludzie są strasznie ciekawskie, ale jeśli zaczniesz mieszać w to zaświaty, wszyscy nabierają do gęby wody.

 Zastanowiłem się chwilę nad tym wszystkim, jeszcze raz rozważając, czy mogę śnić. Z reguły jestem tolerancyjny na wszystko, co dziwne i nieznane, ale rozmowa o duchach... Do tego w pociągu stojącym w mrocznym tunelu, czekającym nie wiadomo na jakie licho, cóż… Naprawdę rozmyślałem, czy to nie sen.

 — Słuchasz mnie?! — wydarł się staruch, aż ciarki przeszły po plecach. Momentalnie powróciłem myślami.

 — Oczywiście, że słucham, panie Henryku. Tylko to wszystko jest takie…

 — Nieprawdziwe?

 — Dziwne.

 — Dziwne — żachnął się maszynista. — Pewnie, że dziwne. Co żeś myślał? A nie doszli my nawet do połowy. Z tymże, jak się lękasz albo nie dajesz wiary, możem zakończyć tera.

 — Nie. Niech pan mówi dalej.

 — No dobra. Tylko przestań mi do cholery tak panować. Już mówiłem, że stoi mi Henryk. Zwykło. Tak jak się słyszy.

 Skinąłem głową. Dziadek wznowił opowieść.

 — Co żem się przy tym nawysłuchiwał, to tylko ja wiem. Znikąd oparcia. Nawet księżulo się wypiął, od heretyków i diabłolubów mnie wyzywając. Ludziska pukali się w czoła lub przełazili na drugą stronę chodnika, a gówniarzeria gnała mnie kamulcami. Ale nie dałem się ja zbić z pantałyku. Oj nie. Wiedziałem, co wiedziałem i basta! Dopiero mi szwagier podpowiedział, co trza zrobić. Mądra chłopina. Wziął mnie kiedyś za komórkę i tak:

 — Słuchaj, stary capie — tak mi mówi. — Coś widział, toś widział, twoja sprawa, ale jak będziesz tak o tym wszystkim paplał, to cię jeszcze na badania zabiorą. A jak na jedno zabiorą, to i kolejne polecą. No i za którymś razem coś tam wynajdą. Nawet jeśliś zdrowy, to wynajdą. Nie mogą se kurka wodna pozwolić, by społeczeństwo wiedziało, że się nie znają. Tak więc znajdą na pewno. I zapewne kolej się o tym dowie. A do emerytury chyba niedużo zostało, nie?

 Tym mnie skubany przekonał. Dalej ja widywał swą Ewelinkę, ot tak z trzy, cztery razy na miesiąc, ale słyszał to żem ją kurcze już co noc.

 — Coś konkretnego mówiła? — zapytałem, starając się obrać taki ton, by staruszek nie pomyślał, że się naśmiewam.

 — Zależy. Jednym razem tylko lamentowała. O tym, że zimno i ciągle ich gdzieś przewożą. Innym znów, tak zwykle sobie paplała. Że to niezrobione w domu albo tamto. Grunt, że w robocie ja miał święty spokój, a i ludzie się z czasem poodpieprzali.

 — No tak — przytaknąłem. — Ludzie zapominają.

 W zamierzeniu miało to brzmieć nostalgicznie, ale chyba nie wyszło. Henryk uchylił małe okno i strzyknął śliną.

 — Zmiany zaszły z rok temu, gdy pierwszy raz pojawiła się w pociągu. Chryste. Ile ja żem się stresu przez to nażarł. Wkoło ludzie, a do ciebie pieprzy martwa duszyczka, w co trzecim zdaniu dopytując, czy ją słuchasz.

 — Pięknie.

 — Ano pięknie, psia mać. Pewnie, że pięknie. Od razu przeszła do rzeczy, trajkocząc o tym, że kogoś tam napotkała. Mówiła, że jest możliwość, bym jej mógł pomóc. Nie chciała, bym wołał księdza. O nie. To by było za proste.

 — Czego chciała?

 — Ha. Chciała, żebym zmienił robotę. To znaczy trasę. Nalegała, by mnie przenieśli na tę, co tera jeżdżę. Gadała o wypadku i o tym, jak poginęło tu podobno sporo osób. W miejscu, gdzie właśnie my są.

 — Kurwa mać.

 — Ano tak, proszę ciebie. Ano tak. Ponoć w latach siedemdziesiątych próbowali tu prowadzić podziemną kolei. Taką, jaką mają teraz wielkie miasta. Londyn. Paryż. Bruksela.

 — Metro!

 — No mówię ci przecie klarownie. Tylko że w tamtych czasach ludzie znali się na tym, co burżuazja na gównie. To znaczy, na zachodzie byli już pewnikiem specjaliści, ale tutaj… Ledwie, co jeden z drugim sam do tuzina rachował. Architekci, kurwa żeż jego mać.

 — I co się stało?

 — A co ty taki tępy? Zupełnie jak dzieciak z Downem. Co się stało i co się stało? Jebudło. Ot, co się stało! Pieprzło jak ta lala, grzebiąc przy tym pieprznięciu w cholerę ludzi.

 — Nigdy o czymś takim nie słyszałem.

 — Nie słyszałeś, bo się o tym nie gada. To taki ten… folklor. Jak o tych radzieckich budowniczych, co leżą zabetonowani w Pałacu Kultury w Warszawie. O tym słyszałeś?

 — Coś tam kiedyś — odparłem. — Ale co to ma wspólnego…

 — Chodzi o to, że tamtejsza władza nie mogła sobie pozwolić na taką wtopę. Młody jesteś i nie kumasz, ale kiedyś było zgoła inaczej. Wszystko musiało być „naj”. Nawet jeśli społeczeństwo wiedziało, że to do dupy. Zachód prężnie się rozwijał i nie można było zostawać za bardzo w tyle. Kto myślał inaczej, ten stawał się wrogiem państwa. Politycznie niepoprawnym elementem.

 — No tak. Surowe czasy komunizmu.

 — A juści — odrzekł staruszek. — Tak kiedyś było. I ta moja ukochana żoneczka znalazła sposób. Tak mi mówiła. Udało jej się spotkać z jednym takim. Nieborak strasznie tęsknił za domem. Za rodziną, która nawet nie wiedziała, co się stało.

 — Co było dalej?

 — Ano ona ciągle narzekała, że bardzo by tu chciała naszą pierzynę. Gadała, że tam gdzie ich zabierają, straszna zimnica. A pierzynicho to my mieli konkretne. No, wielkie, że dajże spokój. Nie takie gówna, co tera.

 — Chciała pierzynę? — Nie mogłem uwierzyć, że klimatyczna dotąd opowieść skręciła nagle w tę jakże kijową stronę. W stronę durną i jakąś taką niespójną. Starzec chyba odgadł moje myśli.

 — No przecie ci mówię, nie? Tak jak było. Ale od pierzyny się dopiero zaczęło. Potem był obrus, babcina biżuteria, wyjściowe laczki. Nawet cholera sztućce po mojej mamci chciała przywłaszczyć. I przywłaszczyła. Przywlekłem wszystko, co chciała.

 — Jak to możliwe?

 — Ano możliwe, możliwe. Choć z początku też sądziłem, że niemożliwe. Nie pytaj mnie o szczegóły, bo sam nie wiem, ale wszystko to ma związek z tunelami i z tamtym piekielnym wypadkiem. Jeden ze zmarłych chciał się koniecznie skontaktować ze swoją żoną. A ja, cóż. Chyba miałem być w tym wszystkim pośrednikiem.

 — To znaczy co? — zapytałem. — I jak to jest kurna możliwe? Cholernego kręćka można dostać.

 — A juści, że można dostać. Nawet dwa. Ale nie denerwuj się, młokosie. Już tłumaczę.

 — Cały czas słucham.

 — Więc, no — odparł kolejarz i wydawało się, że stracił wcześniejszy wątek. Zaraz jednak wrócił na dobre tory. — Ja był jedyny, co to miał kontakt z żywymi. Jak i tą moją żoneczką, która, cośmy ustalili, żywa nie była.

 — Tylko niech pan nie mówi, że miał pan odegrać rolę medium?

 — Medium? Nie. Lepiej. Ten nieszczęśnik nagryzmolił mi list.

 — A pan go tylko dostarczył?

 — No, nie takie tylko, bo trzy czwarte kraju trza było jechać. Ale pokrótce tak. Prościutko pod drzwi jego domu.

 — Pocztą nie można było?

 — Gdzie tam. Takie umowy nie działają w ten sposób. Musiałem mieć pewność, że list dotrze na miejsce.

 — I jak przypuszczam, dotarł?

 — Pewnie cholera, że dotarł. Tylko że na jednym się nie skończyło. Potem był drugi i trzeci, a następnie dziesiąty i piętnasty. Każdy chciał mieć kontakt z najbliższymi. A za jeden taki kursik, mógł ja się zobaczyć ze swoją lubą. To znaczy, nie jako z duchem, tylko fizycznie. Tak to leci do dziś.

 — To znaczy jak?

 — Ci, co tu zmarli, zmieniają dla mnie zwrotnice. Właśnie na to tera oczekujemy.

 Nic nie powiedziałem, choć plecy przeszły mi ciarką. Zamiast tego postanowiłem zmienić temat. Obrócić ku jasnej stronie.

 — A dziewczyna? — spytałem. — Nie wie pan może, kim jest?

 Uśmiechnął się i podrapał po brodzie. Wyglądał jak kozioł matołek ze zmieszanym genotypem ludzkim. Kaprawe oczka i pieńki czarniastych zębów.

 — Ależ synciu, tyś mi jej przecie nawet nie opisał. Ludzi tam od pioruna i jeszcze więcej. Jedno, co mogę powiedzieć, to że na pewno trupiara. Pewne to jak kukułka w zegarze.

 Uderzyła mnie silnie ta wypowiedź. Do tej pory pomysł, że była widmem, zdawał się niedorzeczny i absurdalny. Ale teraz? W obliczu całej tej bajdy? Jestem raczej rozsądnie myślącym człowiekiem, jednak w tej chwili nic już nie brałem za pewnik.

 — A pan? Co pan zamierza teraz zrobić?

 Chyba chciałem go sprowokować. Wkurzyć za to, że w tak brutalny sposób odarł moje nadzieje. On jednak zasępił się tylko i spochmurniał. Trwało całe wieki nim przemówił.

 — Najbardziej chciałbym z nią zostać. Tu albo tam. Wszystko jedno. Niestety postawiła warunek, któremu jakoś nie bardzo ja umie sprostać.

 — Czy będzie wielkim nietaktem spytać jaki?

 — To już nie ma znaczenia — odparł. — Takt czy nietakt, rozpoczętą opowieść trzeba dokończyć, a warunek, choć lichy, jest jej częścią. Odkąd tego zażądała, ciągle siedzi mi we łbie. Powoduje, że gotuje się krew.

 — Znaczy?

 — Nalega, żebym sprowadził jej syna. Biadoli mi o tęsknocie i o tym, jak to dobrze będzie nam tutaj w pią... we trójkę. Tylko…

 — Chce, żeby pan go zabił?

 — Noo… Mniej więcej tak.

 Już miałem zamiar wybuchnąć. Zakrzyknąć: Człowieku, ogarnij się! Strata oraz skrywany od dawna żal napieprzyły ci we łbie. Trzeba cię odizolować i leczyć! Nie zdążyłem jednak wydusić ani sylaby, słysząc kroki na zewnątrz. Ciężkie i wolne, jakie może stawiać bardzo zmęczony człowiek.

 — Jak zwykle są o czasie — rzekł maszynista. — Dobry moment, bo opowieść się kończy.

 

 Link do części VII: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=1305

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: horror

Liczba wejść: 8

Opis:

i starocia szósta część.

Dodano: 2019-12-08 18:34:47
Komentarze.
~JamCi 10 m.
I zapewne kolei się o tym dowie. - kolej?
dzieciak z downem - Downem chyba z dużej
Jak i tą moją żoneczką, którą, cośmy ustalili, żywa nie była. - która
I jak przepuszczam, dotarł? - przypuszczam
wieki nim się przemówił.- się niepotrzebne

bardzo zmęczony człowiek - kropki brak

No ciekawie się robi. I z przyjemnością stwierdzam, że jednak nie poszło tędy, co myślałam.
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
ło babeńczyk, urok starocia Już reperuję. Dzienks za czyszczonko
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Już, dziękować
Odpowiedz
~JamCi 10 m.
Jeszcze jedno: stylizacja językowa: jest różnica w gadce dziadka w obu częściach. W pierwszej gada trochę jak Ślązak a potem już jakby inaczej. Czy mi się zdaje?
Odpowiedz
~JamCi 10 m.
Ale to już drobiazgowość zbytnią, bo generalnie bardzo mi się podoba i postać i język :-)
Odpowiedz
~Angela 10 m.
No, ja też spodziewałam się zupełnie czegoś innego. Jestem bardzo mile zaskoczona.
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Tak, jest różna, ale tego nie poprawię. Słuszna obserwacja. Wstrzymam się z odpowiedzią chwilowo. iech płynie opko.
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Dziękować Angello. Czyli skoroś zaskoczona mile, spodziewałaś się czego gorszego, dajac tym jednoznaczyny dowód niewiary we Canulardo.

Odpowiedz
^krajew34 10 m.
No i tu zdecydowanie ciekawiej. Fajna opowieść, nie mam się do czego przyczepić. No cóż chłop teraz podwójnie ma przerypane, nie schowa się przed żonką, nieważne co zrobi ona zawsze będzie przy nim. Ani nie popije, ani nic nie przeskrobię, nie wspominając, że nie ma jak ją uciszyć. Znając życie zapewne bohater nie przyjmie opowieści serio , co się w przyszłości na nim jakoś zemści.
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
" No cóż chłop teraz podwójnie ma przerypane, nie schowa się przed żonką" - gratuluję, potrzebowałeś jedynie 12 wyrazów, by zdefiniować piekło. Dante Alighieri właśnie by naszczał na swoją Boską Komedię.
Odpowiedz
~entropia 10 m.
Opowiadanie ma swój klimat, tajemniczy, oniryzm, widma, duchy, pociąg, przejścia między światami. Bardzo zaciekawia konstrukcja tego świata i do czego zmierza, tym bardziej dziwne że duch żąda śmierci żywego człowieka, syna.
Odpowiedz
~entropia 10 m.
Noi wychodzi na to, że stary łajdak okazuje się biednym staruszkiem, medium w rękach duchów, sterowanie za światów...
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
" — Nie byli my wielce bogaci. Co to, to nie. Ale żyli my za to w zgodzie z Boskim prawem" - wydaje mi się, że boskim* z małej

" — Ależ synciu, tyś mi jej przecie nawet nie opisał. Ludzi tam od pioruna i jeszcze więcej. Jedno, co mogę powiedzieć, to że na pewno trupiara. Pewne to jak kukułka w zegarze" - wiedziałam, że coś jest nie tak Czułam, że to nie jest ze krwi i z kości. Smutno! musisz go tera zabić i wtedy będą mogli być razem na wieki wieków. A może dlatego Viktor się zabił! Hm.... chyba mieszam.

Bardzo wciągająca opowieść dziadunia, rozkręciłeś się, czemu tego wówczas nie wrzuciłeś do końca skoro było napisane? Canulardo! nu nu nu, ni wolno tak, tera wrzuć do końca.

Odpowiedz
*Canulas 10 m.
@ entropinia - feruj osądy, jesteśmy na półmetku dopiero. Kiedyś pisałem dużo i bez stresu, więc tłukłem i tłukłem upośledzone moloszki
@ Łitholinda - znowuż niezawodne czyszczońsko. Już poprawiam.
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
Ależ czyszczońsko, raptem jedna wątpliwość
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Cichaj
Odpowiedz
~Agnieszka 10 m.
Straszna opowieśc. Normalnie pomyślałabym, że gadam z wariatem... Ale w sytuacji głownego bohatera, to o.. wiadomo..
I ja czytam, w napięciu aż tu nagle takie zdanie "Wyglądał jak kozioł matołek ze zmieszanym genotypem ludzkim." buahhaha
cyrk - świetne
lecem dali ...
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Nooo, zawsze miałem loty do takiego, bo ja wiem... czegoś
Odpowiedz
~Adelajda 10 m.
Tu już konkretnie się rozkręciłeś i zakręciłeś. Jakieś okropnie podejrzane te duchy, wygląda to zupełnie tak jakby znalazły osiołka i wykorzystywały go do cna.
Napierdzielasz pięknie tymi częściami, a ja kompletnie nie w formie, ze wszystkim daleko w tyle.
No tak.
Pozdrówki.
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Napierdzielam, bo to silna microfala. Odgrzewaniec
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin