jasno ciemno
Nic nie robić, nie mieć zmartwień Idée fixe cz. 6

Idée fixe cz. 7

 Poprzednia część: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=1329

 

 — Eeeeee-miiiii-groo-waa-łeem…

 Iwona pokłada się ze śmiechu, chłopak zza mikrofonu puścił oczko. On również był rozbawiony.

 — …z objęć Twyyych… nad raaanem…

 Ewa uśmiechała się zdumiona całą zaistniałą sytuacją. To ona cały dzień miotała się ze stresu, nie wiedząc co ze sobą począć, a tymczasem Bartek miał total luz. Śpiewał sobie, świetnie się przy tym bawiąc.

 — …Daaaneee naaam byyyłooo…

 Znaczy – rozmyślała dalej — że on nie ma powodów, by się stresować. Czyli wcale mu nie zależy… Nie, żeby jej zależało! No ale, żeby się tak kompletnie, nic a nic, nie krępować? Może alkohol zrobił swoje?

 A w zasadzie – po co to analizowała?

 — …słooońcaaa zaaćmieeeniee…

 — Ty, ale nawet bardzo nie fałszuje — stwierdziła Iwona, wycierając z kącików oczu wywołane śmiechem łezki.

 — …Plażą szły zakonnice, a słońce w dół…

 — No nawet nie — potwierdziła Ewa, upijając łyk piwa i gapiąc się w „wokalistę”, tak jak się czasem człowiek bezwiednie zapatrzy w przypadkowy punkt.

 — …wciąż spadało… nie mogąc spaść…

 — Wiesz co — kontynuowała młodsza siostra — on jest super — stwierdziła z pełnym przekonaniem w głosie.

 Posypały się brawa, a do mikrofonu doskoczyła Iwona. I dokładnie w tym momencie Ewa usłyszała dzwoniący telefon. Rzuciła okiem – Piotr. Złapała torebkę i pobiegła w stronę wyjścia, jednak nawet na zewnątrz dało się słyszeć gwar tego miejsca. Przeszła więc kilkanaście metrów dalej, wykonując połączenie zwrotne. Zerknęła na zegarek, dwudziesta pierwsza piętnaście, czyli dość wcześnie.

 — Cześć — przywitał ją pogodny głos mężczyzny. — No i jak tam zwiedzanie?

 — Bardzo dobrze.

 — Gdzie jesteście?

 O Boże! Żeby tylko nie chciał się dołączyć, pomyślała spanikowana, tylko nie dziś, tylko nie teraz!

 — Kręcimy się po starówce… W zasadzie niedługo chyba zwiniemy się do domu, trochę boli mnie głowa.

 — Może od tej muzyki — zasugerował. Czyli wychwycił dźwięki unoszące się za jej plecami. — Gdzie po was przyjechać?

 — Co?! — Pytanie wyrwało się Ewie trochę za bardzo w stylu „WTF?!”, spanikowała na ułamek sekundy. — Damy sobie radę, spokojnie.

 — W jaki sposób? — zapytał. — Nocnym autobusem? W ostatni weekend studenckich wakacji? Nie ma mowy. Słuchaj, umówmy się za pół…

 — Teresa — przerwała mu, nim było za późno, rzucając samej sobie koło ratunkowe, jak zawsze w postaci przyjaciółki — Teresa z nami jest, samochodem, więc zaraz się pakujemy — podrasowała głos odrobiną sztucznej radości — i jedziemy. Za to miałabym wielką prośbę do ciebie… — Zmiana tematu, szybko, zmiana tematu! — Jeśli nadal chcesz się jutro spotkać, to byłabym wdzięczna, gdybyś po mnie przyjechał. Jeśli to oczywiście nie będzie problem! — wykrzyczała ciut za głośno, ciut za sztucznie. — Mam dość tej komunikacji miejskiej.

 — Jasne, nie ma sprawy.

 — O szóstej? — Musiała mieć pewność, że nie wróci do tematu dzisiejszego wieczoru i propozycji dołączania do nich. — Pracuję do piątej, więc wcześniej nie wyrobię.

 — Pewnie. Cieszę się. Kiedy odbierasz samochód?

 Boże… najpierw się nie odzywa tydzień, a teraz nagle wszystko musi wiedzieć. Na pewno przez ten kontakt „seksowny pan mechanik”. Poczuł się zagrożony i teraz będzie ją osaczał.

 — Myślę, że na dniach…

 — Okej, to jak będziesz wiedziała, kiedy dokładnie, to daj znać. Po niego też cię podrzucę, skarbie.

 „Ja pierdolę” zadzwoniło jej w głowie. Mogła coś wymyślić, na przykład, że to blisko jej pracy, albo domu i że sobie wstąpi po drodze, albo, że już umówiła się w tym celu z Teresą. Nie mogła jednak odcinać go naraz z wszystkich stron, bo na pewno wyczułby, że coś jest nie tak. W którymś punkcie musiała ustąpić.

 — Dobrze — odpowiedziała, zakładając, że tym problemem będzie martwić się później.

 Po wymianie kilku grzecznościowych zwrotów mogła w końcu wrócić do środka.

 

 Bartek siedział nad kolejnym piwem, Iwona skończyła śpiewać i pobiegła do łazienki, Ewa usiadła obok chłopaka. Uśmiechali się w milczeniu. I wtedy poczuła, że chciałaby usiąść jeszcze bliżej, że ją do niego ciągnie, że powietrze drży naszpikowane dziwną, rosnącą z godziny na godzinę, elektrycznością. Chemia.

 Zapytała, jak to jest możliwe, że tak inteligentny chłopak jest zwykłym mechanikiem, karcąc się jednocześnie w myślach za słowo „zwykłym”, jednak on zdawał się w ogóle tym nie przejąć. Powiedział, że rzucił UJ na czwartym roku, żeby przejąć warsztat po ojcu.

 — Przejąć? — Nie bardzo rozumiała dlaczego.

 — Taa… Kochał to, dobrze mu szło. Do tego stopnia dobrze, że było to jedyne źródło utrzymania jego i matki. — Zatrzymał się na moment. — Zginął, testując samochód klienta. Przyjechał gość, powiedział, że coś stuka. Ojca zgubiła rutyna, nie sprawdził dobrze, wsiadł, chciał posłuchać tych stuków. Tłukła się prawdopodobnie przekładnia kierownicza, ale… strzeliły hamulce. Samochód był zaniedbany, przeglądy podbijane na lewo, jak się później okazało, a facet przyjechał tylko dlatego, że wkurwiało go to stukanie — opowiadał, podczas gdy Ewa słuchała z pełnym skupieniem, nie zauważając nawet powrotu Iwony. — Ojca wyhamował dopiero mur, taki wiesz, co się buduje przeciw hałasowi, gdy ruchliwa droga biegnie przez ciche osiedle. Zginął na miejscu i no… — Znów zrobił krótką pauzę, rzucając okiem w stronę sceny. — Szkoda było tego warsztatu. Matka została trochę na lodzie, nie śmiała prosić, ale wiesz, jak jest. No i tak zostałem mechanikiem.

 — Ojej… to przykre.

 — Sprawa z ojcem owszem, ale sama robota jest spoko. Zawsze to lubiłem. Okej! — Wyraźnie zmienił ton głosu. — Teraz twoja kolej na piosenkę! — zasugerował, na powrót przybierając uśmiechnięty wyraz twarzy.

 — Nie ma mowy — stwierdziła twardo Ewa. — Nie umiem śpiewać.

 — To ja chcę jeszcze raz! — Iwona aż się wyrywała.

 

 O wpół do jedenastej zapakowali się do taksówki. Kobieta była zadowolona przede wszystkim z powodu siostry, która zdawała się być przeszczęśliwa po pierwszym dniu spędzonym w obcym mieście. Bartek milczał. Ewa również była mocno zamyślona.

 Wysiedli pod kamienicą dziewczyn. Chłopak pożegnał się najpierw z Iwoną, która uścisnęła serdecznie jego dłoń, wzięła od siostry klucze i pobiegła na górę.

 Zostali we dwójkę, taksówkarz czekał kilka metrów dalej.

 — Dziękuję za miły wieczór — głos kobiety oscylował na granicy szeptu. Bartek nie odpowiedział, wpatrywał się w nią wielkimi, piwnymi oczami i w jednej chwili, robiąc krok w jej stronę, przyciągnął do siebie, łapiąc lewą ręką za talię dziewczyny. Jego zapach wdarł się w jej głowę, siejąc kolejne spustoszenia w postaci narastającego mętliku. Nie pachniał smarem. Wcale nie musiał. Pachniał sobą i to w zupełności wystarczyło, by zapragnęła, żeby taksówka stojąca za ich plecami odjechała daleko, natychmiast i bez pytania. Poszedł o pół kroku dalej, zanurzając twarz we włosach Ewy. Zamknęła oczy, czując, jak nos chłopaka mimochodem trąca jej ucho. Puls wyczuwalnie przyspieszył. Nie mogła stać jak kołek, nie chciała, wsunęła dłoń pod jego kurtkę, zarazem delikatnie przekręcając głowę, tak by policzki również otarły się o siebie. Ręka powędrowała w stronę pleców, były ciepłe, spocone, wbiła w nie palce mocniej. Chciała dotknąć go jak największą powierzchnią ciała, desperacko potrzebując bliskości, w tej właśnie chwili i z tą właśnie osobą. Przez materiał dwóch par dżinsów, swoich i jego, wyczuła, że chłopak również miał niezaprzeczalną ochotę pójść o krok dalej. Wtulił twarz w jej włosy jeszcze bardziej, by po chwili ciepło jego ust ogrzało wargi dziewczyny. Musnęły je raz, drugi, trzeci, za ułamek sekundy mając się złączyć, wedrzeć, ze wszystkim, z całą jego osobą w jej układające się powoli i w dobrym kierunku życie.

 I wtedy się opamiętała.

 — Nie mogę — szepnęła. — Mam kogoś.

 Samo! To stwierdzenie wyszło z niej samo! W tym samym momencie zapragnęła je cofnąć. Wszystkie przyjemne reakcje organizmu na jego obecność, w jednej chwili sprzeciwiły się przeciwko niej. Całe jej ciało krzyczało, że mogło być tak pięknie. Spotęgowała je mina Bartka. Ewa nawet nie zarejestrowała momentu, gdy cofnął się o krok, tego ułamka sekundy, kiedy bariera dystansu łupnęła z hukiem między dwoje ludzi, którzy jeszcze przed momentem zdawali się tworzyć nieomal monolit.

 Nie dodała już niczego. Bo co mogłaby powiedzieć? Cofam to? Żartowałam? To prawda, ale ja w sumie nie wiem, co i jak? Dotknij mnie jeszcze raz, proszę…?

 Tymczasem Bartek, po chwilowym zbiciu z tropu, ułożył usta w wymuszony uśmiech, mówiąc, że na niego czas. Zdradziły go oczy. W oczach miał gniew.

 Taksówka odjechała.

 

 Kolejna część: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=1382

 

8745 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Ritha
Kategoria: romans

Liczba wejść: 25

Opis:

Dodano: 2019-12-13 08:39:37
Komentarze.
Heh, z przytupem końcówka, ale cała ta gadka, te myśli. Bardzo realne. Pewnie prawdziwe w jakimś stopniu, znaczy, aż tak naturalne
Odpowiedz
!sensol 1 r.
próbując nie skrzywdzić nikogo, skrzywdzi wszystkich...
Odpowiedz
*Ritha 1 r.
Nie kombinowałam przy tym tekście, Can. Pisałam siup - z pierwszych myśli. Może przez to naturalne
Taa, Sensol, coś w tym jest :c
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin