jasno nowy wygląd
Czasami tylko trwać
<
Idée fixe cz. 10
>

Idée fixe cz. 11 (ostatnia)

 Poprzednia część: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php

 

 Boże… kolejny facet, który najpierw wydawał jej się uroczy, milczy. Powtarzający się schemat nasunął Ewie myśl, że może to z nią jest coś nie tak. Wariowała. Wariowała dużo bardziej, niż gdy milczał Piotrek. Odcięła się od wszystkich. Gdy zadzwoniła Teresa, nie miała nawet ochoty jej o tym wszystkim opowiadać. Przyjaciółka przypomniała, że Mirek jutro wraca i w sobotę chcieli zabrać ją w góry.

 Jak w góry pojedzie ona teraz? No jak, kurwa, pojedzie?! Nie góry jej teraz w głowie.

 A z drugiej strony Teresa dużo jej pomogła.

 A z trzeciej nie chciała już niczyich ingerencji. Czuła, że to sprawa między nią a Bartkiem. On wyraźnie dał jej znać, że ma dość tych wszystkich ludzi kręcących się wokół. Zdecydowała się napisać nieśmiałe „Hej”, jednak minęła godzina, dwie, pięć i nie odpisał. Postanowiła więc zadzwonić raz jeszcze, znów ona, choć logika podpowiadałaby, że mógłby, hm, że nawet powinien odezwać się pierwszy. Chociażby odpisać, coś, cokolwiek, kurwa, dać znać, że żyje, że pamięta, że jest sobie taka Ewa, której granice intymności pozwolił sobie przekroczyć, która rzuciła dla niego faceta i która czeka! Czeka aż się łaskawie odezwie. Przecież to nie jej wina, że wszystko się tak pomotało! A przynajmniej nie całkowicie jej. Ochłonęła.

 Musiała zadzwonić.

 

 Cisza po drugiej stronie słuchawki.

 — Halo… — zaczęła nieśmiało. — Jesteś tam, Bartek?

 — Jestem. — Kolejne kilka sekund niewypełnionych żadnym dźwiękiem. — Czego chcesz?

 Zabolało.

 — Bartek… co się dzieje?

 — Co się dzieje? — Ton jego głosu ewoluował w sposób zdecydowanie nieprzyjemny. — Hm, pomyślmy… Może w końcu przestałem pozwalać, byś robiła ze mnie kretyna.

 — Ale… ale ja nie rozumiem… — szeptała coraz bardziej przerażona jego postawą.

 — Nie rozumiesz? Wytłumaczyć ci? Proszę bardzo! — ryknął. — Dzwonisz do mnie, w piątek, w nocy, pijana, razem ze swoją przyjaciółeczką…

 Zabolało po raz drugi.

 — Chcesz się spotkać — kontynuował. — Dobrze. Nie znamy się, ale okej. Potem ja cały dzień kombinuję, co zrobić, żeby zobaczyć się z tobą jeszcze, jakoś tak normalnie, gdzieś poza warsztatem. Co się dzieje dalej? — Nie czekał na odpowiedź, nakręcił się. — Bierzesz na spotkanie obstawę. Dobrze, myślę. Proponuję karaoke, robię z siebie durnia, drąc ryj na pół knajpy, tylko, kurwa, po to, żeby zobaczyć, jak się uśmiechasz.

 Kobieta po drugiej stronie słuchawki połykała pierwsze łzy.

 — Widzę, kurwa, widzę, jak na mnie patrzysz. I kiedy jesteśmy już tak blisko, to co?! — wrzeszczał. — To informujesz, że kogoś masz! Wtedy… wtedy mi mówisz, w takim momencie! To po chuj mi zawracałaś głowę?!

 Ewa nie odpowiedziała, zalewając się kolejnymi falami łez.

 — Mało tego! Jesteś do tego stopnia…

 — Bartek… — spróbowała coś w końcu wtrącić w tę kanonadę pretensji.

 — Nie przerywaj mi! Jesteś do tego stopnia bezczelna, do tego stopnia — podkreślił — że przyjeżdżasz z nim do mnie!

 Łapał oddech, więc dziewczyna skorzystała z chwili.

 — Wytłumaczę…

 — Nie skończyłem! — Boże. Był furiatem. — Dobrze, myślę. Szanuję taki wybór. A przynajmniej staram się uszanować, chcę załatwić sprawę z samochodem i już, jak to nazwałaś, nie mieszać ci w głowie. Ja, tobie, kurwa. Ale ty stoisz, stoisz i patrzysz i widzę, widzę, Ewa, widziałem to w twoich oczach, że wcale nie chcesz tak się rozstać. — Złapał dłuższy oddech, ale kobieta nie śmiała już się odezwać. — Więc podejmuję kolejną próbę. Sposobem, jaki przychodzi mi do głowy pierwszy. Owszem, można było kupić kwiaty i tak dalej, ale strasznie chujowy ze mnie romantyk, wiesz? Chciałem cię mieć dla siebie, podobasz mi się, widzę z twojej strony to samo, a ty jeszcze mówisz, że z tym fagasem jesteś miesiąc. Miesiąc… Więc próbuję inaczej podejść, okej, mogłem cię tym wystraszyć, ale chciałem zobaczyć, jak zareagujesz. Mogłaś mnie zdzielić przez łeb. Nie zrobiłaś tego. Co się dzieje dalej?

 Milczała.

 — No powiedz mi, proszę, powiedz, co się wydarzyło dalej?!

 — Bartek, proszę…

 — Otóż, dalej dzieje się to, że przysyłasz swoją przyjaciółeczkę, żeby sprawdziła, czy czasem jestem w porządku. Czy ja jestem w porządku?! Ja?! — podkreślił. — Kto gra na dwa fronty? Ja?! Czy ty?! Dobrze, nieważne, dochodzimy do pewnego punktu, dzwonisz, spotykamy się, mówisz, że pozbyłaś się „ukochanego”. Super, myślę sobie, będę trzymał łapy przy sobie, dam nam czas, tobie czas, żeby było super. Chciałem, żeby było super, wiesz? Serio chciałem. Naprawdę... — Zrobił pauzę. — I co? I wtedy ten twój pieprzony fagas mija się ze mną kilka metrów. Ledwo posadziłem dupę w taryfie, a widzę, jak podjeżdża pod twój dom. I widzę przez szybę tego pierdolonego samochodu, że idzie na górę. Nie, Ewa, to jest koniec. Koniec. Nie potrzebuję rozlazłej, niezdecydowanej, zakłamanej baby. Koniec!

 Bach! Rozłączył się… Po prostu się rozłączył, nie dając jej dojść do słowa, nie pozwalając wytłumaczyć, drąc się na nią nieprzerwanie od pięciu minut. Zrywając z nią przez telefon… A w zasadzie nie zrywając, bo relacja nigdy nie została zdefiniowana.

 I już nigdy nie zostanie.

 

 *

 

 Iwona spoglądała na siostrę poważnie zaniepokojona. Ewa, po samotnym opróżnieniu niemalże całej butelki wina, wpatrywała się, jak Felicjan Andrzejczak porusza tłumy na koncercie. Ewa bujała się razem z falującymi kadrami w laptopie, kolejny raz wysmarkując nos. Oczy od płaczu spuchły tak bardzo, że w połączeniu z alkoholowym odurzeniem w zasadzie mało co widziała na ekranie. Wokalista dochodził do refrenu, wtórował mu wirtualny tłum, a już po chwili także Ewa, cichutko nucąc pod nosem, „emigrowałem… z ramion twych… nad ranem…” Buchnęła kolejną porcją łez.

 — Czemu nie zadzwonisz do tej swojej koleżanki? — zapytała studentka. — Rozsypałaś się całkiem. — Dziewczyna przytuliła siostrę.

 — Nie chcę… Nie chcę z nikim gadać. Chcę umrzeć! — Nasunęła koc na głowę.

 — Wiesz co? W gimnazjum miałyśmy takie akcje z kumpelami, ale w twoim wieku…

 Ewa nie wierzyła własnym uszom. Wychyliła łepetynę spod polarowego materiału.

 — Cooo? Nie widzisz, że cierpię? Zamiast mnie pocieszyć, to mnie dobijasz! — Cofnęła piosenkę do początku, wstała i poszła szukać następnego trunku. W głowie wirowało dość mocno.

 — Jak tam chcesz, sis, ale ja na twoim miejscu bym mu po prostu wytłumaczyła sprawę, że nikt tego Piotrka tu nie zapraszał i że tak wyszło. Dżizas, kobieto… — Zniknęła za drzwiami swojego pokoju, a Ewa nadal masochistycznie katowała się muzyką, wsłuchując w każdy wers.

 „Żebrząc wciąż o benzynę, gnałem przez noc… silnik rzęził ostatkiem sił…” Boże, silniki, benzyna, wszystko jej się kojarzyło, „…aby być znowu w Tobie… śmiać się i kląć…”

 — Bąąądźźź! Bądź we mnie! — wrzasnęła w stronę laptopa, po czym złapała kuchenną ścierkę i zaczęła okładać nią ekran raz za razem.

 „…wszystko było tak proste w te dni…”

 — Nic nie jest w życiu proste, nic, nigdy i nigdzie, i w żadne dni — syczała pod nosem, sięgając po telefon. Czekając na połączenie, uspokoiła myśli. — Ahoj! — wrzasnęła.

 — Ewa? — Po drugiej stronie odezwała się Teresa.

 — Potrzebuję taksówki.

 — Czyli mnie?

 — Nie! Nie ciebie! Ty nie możesz być. Taryfę mi zamów! Nie mogę znaleźć numeru…

 — Boże, Ewa, jesteś pijaniusieńka. Iwony tam nie masz, żeby ci numer znalazła?

 — Nie mam już nikogo. Dlatego mi zamów. Muszę do niego jechać. Bez obstawy, żadnej. Sama, samiuśka. Muszę.

 

 *

 

 Siedziała w samochodzie, zastanawiając się, co ona w ogóle wyczynia. Taksówkarz zrobił dziwną minę, gdy podała adres warsztatu. Była prawie pierwsza w nocy.

 — Będzie tam pani miała raczej zamknięte o tej porze — stwierdził, miętoląc gumę i wychwytując jej spojrzenie w lusterku wstecznym.

 Nie pomyślała o tym... Bartek na pewno nie pracuje nocami, a adresu domowego nie znała. Uparła się jednak i podjechali pod pogrążony w zupełnych ciemnościach budynek. Ewa podeszła do drzwi, nacisnęła klamkę, zapukała, obeszła dookoła, stukając w każde z okien, po czym usiadła na schodkach i rozkleiła się po raz kolejny.

 Taksówkarz zgłupiał.

 Dziewczyna przynajmniej lekko otrzeźwiała. Początek października. Chłodna noc. Sięgnęła po komórkę i pomimo że literki nadal skakały przed jej oczami, wyklepała wiadomość: "Jestem pod wartsztatem, aje Ciebiw nie ma. Przeoraszam za wzystko..."

 Poszło! Troszkę z błędami... No trudno, przepadło. Taksówkarz wysiadł i zapytał, czy ma czekać.

 — Proszę pani, tu jest napisane, że czynne od ósmej. Czyli od za siedem godzin. Umarznie tu pani.

 Ewa spojrzała na faceta, jakby urwał się z choinki i nie rozumiał absolutnie niczego – sytuacji, kobiet, istoty świata.

 — Proszę pana... — odparła tonem, którym tłumaczy się komuś oczywistości — ja go kocham — zawiesiła głos, zamykając na moment oczy z pełnym bólu wyrazem twarzy — a on mnie nie chce.

 Taksówkarz uniósł brwi.

 — No zdarza się, kochana, zdarza się. Ale tak nie można, wilka pani dostanie na tym betonie. Nie ten, to następny, kochana, tego kwiatu jest pół...

 — Nie, proszę pana! — wtrąciła. — Mówi się... mówi się... jak się mówi? Mówi się, że jak kocha, to poczeka. — Spojrzała na faceta z zaciętością na twarzy. — No to czekam.

 Facet pokręcił głową, machnął ręką i poszedł do samochodu, mamrocząc pod nosem coś o upartych babach. Po chwili wrócił z kocem w ręce, podał go Ewie i powiedział, że jak już Romeo przybędzie, to niech ten koc do tego warsztatu wrzuci, a on sobie podjedzie po niego przy okazji. Ewa podziękowała, zapłaciła za kurs i opatulona kontynuowała oczekiwanie na schodkach. Mogło potrwać do rana, pomyślała. Przecież on na pewno śpi. Może mieć wyłączone dzwonki i wcale nie musiał tego sms-a usłyszeć, zobaczyć i odczytać. "Poczekan tu na Ciwbie" dopisała, po czym oparła się o ścianę, ściskając w ręce telefon i rozmyślając o wszystkich rzeczach, które udało jej się ostatnimi dniami spierdolić.

 Za dziesięć druga w ręce zaczęło wibrować.

 Z ręki dobiegał dźwięk.

 Ręka świeciła się wielkim napisem "Bartek".

 I wtedy zorientowała się, że po pierwsze primo musiała przysnąć, a po drugie secondo... on właśnie dzwonił!

 — Halo... — Usłyszała własny, zachrypły, oscylujący na granicy określeń "pijany" i "skacowany", głos.

 — Jezu, Ewa, gdzie ty jesteś? — Chłopak też brzmiał na mocno zaspanego.

 — Siedzę sobie... Czekam, żeby było rano i żebyś przyszedł.

 — Na zewnątrz siedzisz? Teraz, w nocy? — Próbował się dobudzić i zrozumieć.

 — Mhym... Tak się złożyło, że przyjechałam, ale masz zamknięte.

 — Jedź do domu!

 — Nie mogę. Nie mam samochodu. Taksówkarz zostawił koc i pojechał. Poza tym nie chcę.

 Po drugiej stronie ktoś zamknął oczy, policzył do trzech, otworzył.

 — Będę za kwadrans. Siedź tam.

 

 Siedziała, owszem. By produktywniej spędzić ten czas, poszukała sobie miętówek w torebce. Nie będzie mu, tłumacząc swoją głupotę, chuchać w twarz przetrawionym alkoholem. To już byłoby za dużo wad.

 

 Nim minął wspomniany kwadrans, mężczyzna był na miejscu.

 — Dziewczyno... czy tobie odbiło? — zapytał, karcąc ją wzrokiem i równolegle szamocząc się z kluczami. — Zamierzałaś tu koczować do rana?

 — Zamierzałam — potwierdziła.

 Odwrócił się w jej stronę, dając sobie chwilowo spokój z próbą otworzenia drzwi.

 — Ewa...

 — Nie! — podniosła głos, nim zdążył powtórzyć drugi raz to, co już usłyszała. — Wypowiedziałeś się, daj mi się wypowiedzieć.

 — Więc po to tu przyszłaś i robisz nocny cyrk? Żeby się kłócić dalej? Żeby tłumaczyć i żeby twoje było na wierzchu?

 — Nie! — Kolejne łzy poleciały po jej policzkach. — Bo... Przyszłam, bo... — Przyłożyła dłoń do nosa, próbując zastopować narastającą rozpacz. Bartek patrzył tępo, postanawiając jej nie przerywać. — Ja nie wiedziałam, że on przyjdzie. Wyrzuciłam go. Raz na zawsze. Wyszedł pięć minut później, gdybyś zaczekał, to byś widział. Chcę być z tobą, nic nie kombinuję. — Dławiła się łzami. — Żadne dwa fronty, nic. Przysięgam!

 Milczeli przez chwilę, podczas której dziewczyna pociągała nosem, a on bił się z myślami.

 — Chodź. — Złapał ją za rękę, drugą otwierając drzwi. Slalomem, pomiędzy samochodami, narzędziami i urządzeniami, których nazw Ewa nawet nie znała, przeszli przez warsztat, do jego pseudo-biura. Kanciapy obskurnej, na wspomnienie której, czuła się co najmniej dziwnie.

 Posadził ją na krześle i zaczął grzebać w szafce.

 — Nie chcę kawy, Bartek, jest środek nocy. W zasadzie nie wiem, jak wstanę do pracy...

 — Herbatę wypijesz, ciepłą, dziewczyno. Zimno jest.

 — Kocham cię, wiesz? — wyrwało jej się w jedynej, spowodowanej kacem, psychicznym wykończeniem i nadmiarem emocji, chwili.

 Odstawił puszkę z herbatą na blat, nie odwracając głowy, gapiąc się w ów blat, dostrzegając na nim plamy i zabrudzenia.

 A potem podszedł do Ewy i przytulił ją całym sobą.

 

 Stali tak jeszcze długo po tym, gdy zagotowała się woda, a czajnik wyłączył. Znów czuła ten sam zapach, to samo ciepło, te same dotykające ją ręce, ale teraz było inaczej. Wyszeptał kilka słów, przez które miała ochotę uśmiechać się do świata.

 W pewnym momencie chłopak złapał ją za uda, podrzucając na siebie, oplotła rękami jego szyję, nogami biodra, podczas gdy on usadził ją na blacie pomiędzy kubkami a cukierniczką. Przygryzła wargę, niecierpliwie oczekując jego dalszych kroków. Spojrzał i uśmiechnął się cwanie.

 — Herbatę trzeba zalać — stwierdził.

 — Eeeej...

 — No co? Spodobało się? Nie ma tak, nie będzie miziania, będziesz miała karę.

 — Słucham?! Wiesz co...

 — No co? — droczył się, próbując zatamować mimowolny uśmiech.

 — Nic! Mógłbyś choć raz zrobić coś porządnie, od początku do końca!

 — Osz ty! — Złapał ją za łydki, zsunął z blatu, po czym odwrócił i pochylił tak, że tuż przed nosem miała puszkę z napisem Tetley.

 — Bartek, przestań!

 — Co przestań? — Objął kobietę od tyłu, kombinując z guzikiem damskich spodni. — Zdecyduj się. — Z guzikiem się udało, z zamkiem także, zaczął szamotać się z upinającym jej pośladki materiałem. — Raz tak, raz tak, nie dogodzi, ściągaj łachy!

 Dziewczyna obróciła się w jego stronę rozbawiona, całkowicie nie panując nad imagem oburzonej.

 — Nawet mnie nie pocałowałeś!

 — Pocałuję cię później — odparł. — Kiedyś tam, przy okazji.

 — Teraz!

 Zatrzymali się. Dotknął wewnętrzną częścią dłoni policzka Ewy, przyciągnął ją do siebie, potarł nosem o jej nos i już prawie spełnił prośbę, jednak kobieta przypomniała sobie coś jeszcze.

 — Pojedziesz ze mną w góry? Ze mną... z Teresą...

 — Hm...

 — Z jej mężem... — Ewa przełknęła ślinę, na myśl o tym, co chłopak sądził o nadmiarze ludzi wokół nich przez te wszystkie dni. — I z jej dzieciakami...

 — O proszę. I jeszcze z kim? — zapytał, krzyżując ręce na piersi.

 — Może z Iwoną... Pojutrze — dodała. — Pojedziesz?

 Znów ta mina mówiąca "nic nie wyczytasz z mojej twarzy".

 — Może i pojadę.

 

 *

 

 — Jeszcze raz mi to opowiedz! — nalegała Teresa, krojąc ciasto.

 — Jadę, kobito, pakować się, nie dawaj mi tego ciasta, twój mąż będzie tu lada moment.

 — Z Tel Awiwu są korki, gadaj! — naciskała, z ustami pełnymi sernika.

 — Nie! Najpierw ty o Mirku!

 — No co, no powiedział, że ma dość moich bezpodstawnych zazdrości. Że już mu łeb puchnie. I nie obchodzi go skąd wezmę na zumbę, sambę, rumbę. I że wraca na stałe... — Zacisnęła obydwa kciuki, kręcąc rękami w zwycięskim tańcu. — Teraz ty, jeszcze raz!

 — Noo, powiedział, że...

 — Hi, hi, hi.

 — Nie przerywaj! Powiedział, że... on mnie też.

 — Widzisz, mówiłam, że te wszystkie moje sposoby są super! Cel uświęca środki, liczy się efekt końcowy. Ale serio go kochasz, po tygodniu?

 Ewa pokiwała głową jak mała dziewczynka, potwierdzającą, że na pewno chce tego cukierka.

 — Ej, ale wiesz co — kontynuowała Teresa. — Mógł to powiedzieć jakoś tak pełnym zdaniem, a nie "ja ciebie też".

 — Przestań! — Ewa wyciągnęła zza pleców poduszkę i zdzieliła nią przyjaciółkę w bok.

 — No co przestań, taki mądry niby, UJ'u cztery lata i pełnego zdania... — Znów dostała poduszką, sama sięgając po drugą i nie pozostając kumpeli dłużna. — Pełnego zdania, żeby nie umiał... — Oberwała znów. — Skonstruować, do kobiety.

 — Idę, wariatko! Będziemy tu o siódmej. — Obie panie uśmiechnęły się podekscytowane. — I bądźcie gotowi! Bartek jest pierońsko punktualny — dodała, udając się w stronę wyjścia.

 — Teraz będzie "Bartek to, Bartek tamto"! — krzyknęła za nią Teresa z ustami pełnymi sernika.

 Poduszka przeleciała tuż nad jej głową.

 

 A później wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

 Kuniec.

16527 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Ritha
Kategoria: romans

Liczba wejść: 38

Opis:

Dodano: 2019-12-18 10:06:34
Komentarze.
Yeee czytałem w korku i tera idę czytam na zmarzniętych łapach, bo musiałem, djac rękawiczki.
Idę jak te smartfonowe zombi, którymi gardzę, ale warto było.
Jest czad. Jak za pierwszym razem.
Nie czuć długości
Odpowiedz
*Ritha 1 r.
Łaaaa, super, dziekuję!
Paczaj pod nogi, na pociągi!
Fajno, ze Tobie, zwolennikowi ciezszych tematow, siadlo to moje luźne opku-sropku. Radam
Odpowiedz
ale pamiętałem coś inaczej, zresztą, nic nowego
Odpowiedz
*Ritha 1 r.
hmm, coś sobie zakodowałas po swojemu
Odpowiedz
*Ritha 1 r.
Canulardzim kodem!
Odpowiedz
widocznie

Odpowiedz
~sensol 1 r.
Ewa pokiwała głową jak mała dziewczynka, potwierdzającą, że na pewno chcę tego cukierka. (chce?)

całkiem zgrabnie Ci to wyszło. zatrzymałaś moją uwagę na długo. w sumie to tylko prosta historia jak z wiersza Brzechwy o żurawiu i czapli... ale jak napisane! gratulejszyn
Odpowiedz
*Ritha 1 r.
Dziękuję pięknie za cała podróż po moim opeczku Błędy poprawię
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.