Amadea — część XIII Amadea — część XI

Amadea — część XII

 Link do części XI: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=1405

 

 Horror/Romans

 

 *

 Okazało się, że jedyne co nam pozostało, to porwać pociąg, o czym poinformował mnie, kiedy wciskałem na tyłek niemodne gacie. Nie wiem z jakiego materiału je wykonano, ale nie zdziwiłbym się, gdyby jednym ze składników była szklana wata, bo paliły w dupsko co niemiara. W tym czasie moje wranglery schły w najlepsze pod oknem. No może nie w najlepsze, bo kaloryfer ledwie zipiał i zachodziła obawa, że wyruszę na akcję ubrany jak kizior z przełomu lat sześćdziesiątych. Do tego brązowe palto zamiast mej sportowej, krótkiej kurteczki. Palto, które bardziej pasowało do postaci z Grzesiukowskiej trylogii, niż potencjalnego porywacza dzisiejszych czasów. Ale co tam. Już tyle popieprzonych rzeczy się wydarzyło.

 W ogóle cały ten pomysł z uprowadzeniem pociągu wydawał się apogeum tego wszystkiego. Kwintesencją wszelakich dziwactw z ostatnich dni. Oto bowiem ja, człowieczek od wymyślania nazw dla nowych środków piorących, miałem nagle wcielić się w porywacza? Denzel Washington, Bruce Willis, Nicolas Cage może, ale ja? Na samą myśl o tym ogarnął mnie pusty śmiech. Potem jednak przypomniałem sobie, że zaledwie wczoraj strzeliłem człowiekowi w twarz z mniej niż trzech metrów i dobiłem, przykładając broń do brzucha. Uśmiech zgasł. Nic już nie było niedorzeczne.

 Około czternastej Henryk musiał wyjść, na co nie za bardzo chciałem przystać, wypominając mu, jak rano planował mnie okpić. Sprawa jednak dotyczyła jego martwego pasierba i lepiej, by poszedł sam.

 — Ktoś musi zidentyfikować zwłoki, a jego prawdziwy ojciec dawno się zachlał — przekonał mnie tymi słowami i wyszedł. Zostałem z obietnicą jego rychłego powrotu i talerzem zimnej zupy na kolanach.

 Dokończyłem warzywną zawiesinę i przy akompaniamencie strzelających kości wstałem z zamiarem przetrząśnięcia troszkę jego mieszkanka. Tylko czego tak naprawdę miałbym szukać? Zresztą, nawet gdybym znalazł jakiś niepasujący do całości kawałek, co wtedy? Z tej perspektywy niewiele zdołałbym zrobić. Rozważyłem to i miast buszować, postawiłem na zdrowy, spokojny sen.

 Przyszedł natychmiast.

 

 *

 Być może ktokolwiek z was doświadczył uczucia zwanego sennym paraliżem. Momentu, w którym ciało śpi, a umysł jest wybudzony. Ludzie, którzy przeszli przez coś takiego często twierdzą, że wyczuwalna jest wówczas czyjaś obecność. Niemożność poruszenia się rozdyma przerażenie do niebotycznych rozmiarów, oscylując o najprawdziwsze szaleństwo.

 W relacjach osób cierpiących na tę przypadłość pojawia się także silne przeświadczenie ucisku klatki piersiowej. Niekiedy wręcz czyjeś szepty namawiające do zaprzestania oddychania.

 Oczywiście medycyna ubrała to w szlafrok nauki, określając mianem "sennego bezdechu" i obwiniła o wszystko podświadomość, słowem nie wspominając o silnym przeświadczeniu obecności osób czy istot trzecich. O tym, że nad sparaliżowanym ktoś się pochyla, uciska. Nie. Wszystko, czego nie dało się zrozumieć, pominięto.

 Inaczej w starych wierzeniach. W bajaniach, w których daje się wiarę w ludzkie słowo i nie wypiera spraw niezrozumiałych.

 Cyganie na przykład senny paraliż i bezdech przypisują istocie zwanej senną zmorą, którą to ponoć trzeba złapać za włosy i je ściąć, by śpiący odzyskał spokój. Nie znam szczegółów tego rytuału ani nie świadczę za jego prawdziwość. Pokazuję tylko alternatywę dla spraw znanych i uważanych za zrozumiałe. Wszak w dwudziestym pierwszym wieku nie ma już miejsca na żadne misterie.

 Czy aby?

 Czy wypierając się pradawnych wierzeń, nie wypieramy się po części samych siebie?

 Albo może inaczej. Na inną modłę lub po prostu z innej strony:

 Budynki ze szkła i betonu, że każdy podobny. Autostrady zamiast polnych dróg. Centra handlowe na miejscu wyciętych drzew. I ludzie. Zwłaszcza oni. Nieumiejący już cieszyć się zwykłą chwilą. Iść przed siebie dla samej idei wędrówki. Chłonąć świat.

 Wiem, że niezręcznie, a może nawet bezczelnie jest wysłuchiwać tych dyrdymałów od takiego korporacyjnego szczura. Nie zapominajcie jednak o wichrach zmian, które targają od niedawna moim życiem. Wybaczcie więc patos zawarty w zdaniach powyżej, jak i kluczowe pytanie, jakie chcę zadać. W obecności zmian, które we mnie zachodzą, czuję, że powinno ono paść. Mianowicie:

 Abstrahując od wszelkich dóbr, jakie niesie ze sobą postęp, czy obserwując dzisiejszy świat i zestawiając go z dawnym, nie tęsknicie?

 Spokojnie. Nie jest to pytanie wymagające szybkiej odpowiedzi. Ba. Nie trzeba w ogóle na nie odpowiadać. A jeśli już, to tylko przed samym/samą sobą. Dzielę się tym wszystkim dlatego... Cóż, ci mądrzejsi powinni już zrozumieć.

 Wracając jeszcze na chwilę do kwestii snów i związanych z nimi anomaliami. Wspominam o nich, ponieważ kiedy spałem u Henryka, coś się stało. Ktoś albo coś było obecne. Nie chcę się nad tym rozwodzić, bo byłaby to zwykła zgadywanka, ale… Po prostu, gdy się zbudziłem, od razu wiedziałem co zrobić.

 Zwlekłem się z wyra, czując, że ciało zalane jest kwaśnym potem. Nieodzowną wydzieliną każdego z sennych koszmarów. Tłustym i lepkim.

 Było ciemno, ale to bez znaczenia, gdyż przetrząsając szuflady nie kierowałem się wzrokiem, a zaszczepioną podczas snu tajną wiedzą.

 Łyżki, widelce, świece i pismo święte. Jakiś przegniły bandaż, święcona woda. Wreszcie, butla syropu na kaszel oraz różaniec. Nieodzowne skarby każdego domu, którego główny bohater już dawno się wdrapał na górkę i teraz hamuje jak może, by opóźnić teleportację w czerń ziemi.

 To, czego szukałem, było na samym dole. Szczelnie zastawione rozmaitymi papierzyskami i rachunkami. Zawinięte w plastikowy obrus, a dalej w brązowy papier, do którego dostępu bronił wytrwały sznurek. Ułożyłem zawiniątko na stole.

 Silne światło przecięło pokój na wskroś. Po chwili dźwięk parkującego poniżej wozu uszczerbił diament, jakim była absolutna dotąd cisza.

 Odstawiłem znalezisko na "zaraz", niczym dziecko zostawiające z premedytacją najlepszy kąsek na koniec i wyjrzałem. Ktoś (...bo na pewno nie ja...) uchylił okno i tylko dlatego dźwięk był w ogóle słyszalny, dając mi maleńką szansę na ratunek.

 A ratować musiałem się szybko, bo gdy tylko zauważyłem radiowóz, wiedziałem, że przyszli po mnie. Deszcz siąpił i na dworze było brzydko. Przydrożne lampy paliły się na wyrywki. Cała Polska. Zaszczana prowincja Europy.

 Zbierałem w pośpiechu rzeczy, nie dziwiąc się temu, że ubranie nie wyschło ani, że nie mogę znaleźć broni, choć kładłem ją przecież na krześle. Dom-trup ma swoje przywileje. Martwe kaloryfery i ciemniejsza ciemność, to tylko niektóre z jego licznych przywar.

 Zresztą, po co mi światło? By zobaczyć powykręcane udręką cienie i umęczenie płynące z mej własnej twarzy? W pajęczynie pęknięć i skórnych wyprysków lepiej oszacować przeciekający mi przez krwawe palce czas?

 Miast dumać nad nieistotnymi rzeczami, wsunąłem pakunek pod pachę i wychynąłem cichutko na korytarz, docierając na palcach do samych schodów. Na szczęście mężczyzn zdradzały światła diodowych lamp i ciche szepty.

 Jakaś babcia zapytała, kim są, ale kazali jej wracać do siebie i nie przeszkadzać. Wpierw pytając, czy kogoś widziała pod czwórką? Nie widziała, więc wrócili do punktu z nie przeszkadzaniem.

 Czmychnąłem na koniec korytarza i kucnąłem za wózkiem do przewożenia niemowląt. Wózkiem, który przecież ma inną nazwę i to dobrze mi znaną, ale ze stresu i przypływu adrenaliny, zapomnianą.

 Weszli na górę i przystanęli przed drzwiami, nic a nic nie przypominając swych ziomków z filmów akcji. Pistolety ciągle tkwiły w kaburach.

 Nasłuchiwali.

 Przemknąłem w chwili, gdy odważniejszy z pary nacisnął klamkę i oddaliłem się, stawiając bardziej na bezszelestność, niż szybkość. Po chwili byłem na dole, zesztywniały i mocno zestresowany.

 Być może byli w łazience, gdy naciągałem kaptur bluzy na głowę. Być może badali pokój, gdy przyciskając pakunek do piersi, ruszałem w noc.

 W filmach, mordercy nie boją się ciemności, ale mojego życia nikt nie filmuje. I mimo że odebrania człowiekowi przeze mnie życia nie można było w żaden sposób podważyć, to się bałem. Nie wiem kogo i czego. Po prostu.

 Siedziałem na ławce w parku z wciąż zawiniętą paczuszką na mokrych jeansach i obracałem w dłoni kasztana, którego dotyk ma uspokajający wpływ na chyba wszystkich. Siedziałem i drżałem z zimna, a deszcz lał. Dosłownie jakby sam Bóg nagle zrozumiał, że wylewanie na ludzi wodę można sobie odpisać od podatku. Do tego latarnia nade mną gasła, to znów chwilę świeciła, potęgując jeszcze bardziej straszne odczucia. Odczucia paranoicznego przerażenia. Tak wielkiego, że nawet kuchenny nóż nie był w stanie dodać grama otuchy. Kiedy i z jakim zamiarem go zabrałem, nie wiem albo tylko wmawiałem sobie, że nie wiem. Niemniej, teraz posłużył jedynie do cięcia sznurka. I dobrze. Niech się pomału wprawia.

 Lampa zgasła w momencie, w którym szata okrywająca znalezisko została zdarta. Pod palcami wyczułem frakturę szkła, jednocześnie czując pieczenie w gardle. To będzie właśnie ten moment, pomyślałem. Moment zwrotny i niedający wyboru, a nade wszystko, miejmy nadzieję, wyjaśniający.

 Tak więc siedziałem w absolutnej ciemności, czekając na światło, choć w duchu bardzo prosiłem, by nigdy do mnie nie przyszło.

 

 *

 Odpowiedzi? – Ganiłem się w myślach, patrząc na zdjęcie w ramce. – Ty mały, pusty człowieczku. Śmiałeś oczekiwać odpowiedzi?

 Zamiast nich spiętrzyły się tylko pytania. Nadeszły falą tsunami z każdą postacią na zdjęciu. Trzy fale. Za Antka, Viktora i Amadeę. Za całą trójkę, stojącą na jakiejś łące z gospodarstwem rolniczym dalej w tle.

 Mój przyjaciel, człowiek którego zabiłem i moja miłość. Wszyscy poubierani w ciała dzieci, ale o niemal niezmienionych twarzyczkach. Pięknie. Po prostu, kurwa, wspaniale.

 Nic już nie było jasne i wiedziałem, że na drodze logicznego rozumowania niewiele wskóram. Jeżeli mogłem jeszcze jakoś z tego wyjść, to tylko poprzez działanie intuicyjne. Tylko w ten sposób. Odpowiedzieć na koszmar, koszmarem. A na burzę, jeszcze większą burzą.

 

 Link do części XIII: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=1462

 

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: horror

Liczba wejść: 9

Opis:

Dodano: 2019-12-19 21:56:26
Komentarze.
~pkropka 10 m.
"Palto, które bardziej pasowało do postaci z Grzesiukowskiej trylogii,1 niż potencjalnego porywacza dzisiejszych czasów" - ta jedynka to tu specjalnie?
"Zostałem z obietnicą jego rychłego powrotu w myślach i talerzem zimnej zupy na kolanach." - wróci do niego w myślach? Nie wiem czy to takie pocieszające, lepiej żeby wrócił fizycznie
"Wszak w dwudziestym pierwszym wieku nie ma już miejsce na żadne misterie." - miejsca
"Czmychnąłem na koniec korytarza i kucnąłem za wózkiem do przewożenia niemowląt. Wózkiem, który przecież ma inną nazwę i to dobrze mi znaną, ale ze stresu i przypływu adrenaliny, zapomnianą." - Zapamiętam ten myk, jak sama zapomnę słowa. Zdarza się.

Coraz bardziej scalasz się z narratorem. Nie wiem na ile to na plus. Całkiem pasuje, biorąc pod uwagę, że kolesiowi odbija, ale do tej pory miałam go za większą pierdołę i zdecydowanie mniej elokwentną.
Pozostaje więc pytanie, czy jest to zabieg celowy.

Żeby nie było, że tylko marudzę, ta część jak na razie podobała mi się najbardziej. Narracja miodzio, tajemnica miodzio i całość miodzio.
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Odpowiedź brzmi - nie pamiętam. Błędy cudne. Ogarnę chyba dopiero w niedzielę. Jedynka się zaplątała, bo w oryginalnej wersji w wordzie, są przypisy. Kurdex. Dzięki śliczne, miss pkropko.
Odpowiedz
~JamCi 10 m.
O kurdę! Ta jest super. Przeleciałam jak pociąg i moja paszcza woła jeszcze.
Tam gdzieś niepotrzebny akapit
Odpowiedz
~JamCi 10 m.
No i druga część w której facet gada jakby sam siebie pisał.
Odpowiedz
~alfonsyna 10 m.
I ja tu obecnie widzę już grubszą intrygę, na którą czekałam. Pasuje mi nadal ta narracja, teraz mamy jeszcze nieco ciekawostek i życiowej filozofii, nad którą przy okazji można się pochylić. Widać wyraźnie, że nasz główny bohater jednak został sam z całym piwem, którego sobie nawarzył, może padł ofiarą cudzej manipulacji albo własnych pragnień, a najpewniej obu tych rzeczy naraz. Oczekuję zatem kulminacji!
Odpowiedz
~entropia 10 m.
Mi póki co najbardziej podobał się początek i 10 część, tu ewidentnie czekamy na kolejne bum. Rozmowa narratora i czytelnika hmm ciekawy zabieg. Ogólnie brawa za całokształt i pomysł, wiem pośpiesznie ale za to wszystko co do tej pory zbudowałeś.
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
JamCińska, PKropka, Entropia, Alfonsyna. - późno, bo późno, ale bardzo dziękuję za odwiedziniasy.
Poprawione błędy.
Pozdrox x4
Odpowiedz
*Ritha 9 m.
"choć kładłem ją przecież na krześle. Dom-trup ma przecież swe przywileje"- 2 x przecież
No i fajnie, uczciwie opisane, jestem tak poświętnie przymulona, że tylko tyle z siebie wykrzesam słowem komentarza
Odpowiedz
*Canulas 9 m.
Jest ok. Adekwatnie do teksta
Odpowiedz
*Ritha 9 m.
nieprawda!
Odpowiedz
*Canulas 9 m.
Jestem taki cymbał, że dopiero tera przyuważyłem o co Ci chodzi z tym 2x
Odpowiedz
*Ritha 9 m.
Lepiej późno niż wcale! Pozytywna strona rzyci! Idę dalej czytać, meh
(Wiwacik, cip, cip, cip :serce cip)
Odpowiedz
*Canulas 9 m.
Taak, tak, aj noł
Odpowiedz
*Ritha 9 m.
Cip...
Odpowiedz
*Canulas 9 m.
Aj-noł
Odpowiedz
*Canulas 9 m.
Ritholindo - poprawione
Odpowiedz
*Ritha 9 m.
Git
Odpowiedz
~Adelajda 9 m.
Porażenie przysenne jest do d. Okropne uczucie.
Zaczęło robić się ciekawiej, jest jakiś zwrot akcji, coś zaczyna się łączyć w całość, zobaczymy jak to się dalej potoczy.
Odpowiedz
*Canulas 9 m.
Tak, miewałem wszelkie pierdolety okołosenne. W większości do dupki są te cuda.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin