jasno ciemno
TW#1 Surogat zıemnıαk

Deprecatio - TW II

 Postać: Zmyślony przyjaciel-morderca

 Zdarzenie: Lepienie bałwana

 Gatunek: thriller

 

 

 Domy żyją. Oddychają i wydają dźwięki. Czasem słychać, jak krzyczą przez sen. Dom jest nie tylko schronieniem. To żywa tkanka, ciało, które zakładamy na nasze własne. I tak jak nasze ciała, domy też chorują i się starzeją. A czasem kryją w sobie mordercę.

 

 Wiele lat minęło, odkąd opuściłem rodzinne gniazdo. Posiadłość była już wówczas mocno zaniedbana.  Odkąd przedsiębiorstwo rodowe upadło, bankructwo toczyło nas jak zaraza. Odprawiliśmy służbę i ograniczyliśmy wydatki, a z domu wyprzedaliśmy niemal wszystko. W końcu zaczęliśmy wynajmować pokoje każdemu, kto miał czym płacić. Najczęściej byli to ludzie o niechlubnej proweniencji i podłej reputacji, parający się przestępczym rzemiosłem, ponure typy z półświatka. Doszło do tego, że we własnym domu czuliśmy się jak pokątni lokatorzy.

 

 Były to początki wielkiego kryzysu. Kiedy rząd oficjalnie ogłosił, że skończyła się era paliw kopalnych, elektryczność stała się niemal z dnia na dzień towarem deficytowym. Stronnictwa nie mogły dojść do porozumienia w kwestii alternatywnych źródeł energii. Cybernetycy pragnęli kontynuować fabułę naszego uniwersum w konwencji cyklicznej, co ich zdaniem zniwelowałoby problem wyczerpywania się złóż surowcowych, czemu z kolei sprzeciwiali się Inżynierowie, dowodząc, że nie ma możliwości wykorzystania raz zużytych złóż w kolejnym cyklu. W efekcie niekończących się sporów, Magowie zawarli tajne przymierze z Cyborgami i przejęli władzę w krwawym powstaniu.

 W ciągu kilkudziesięciu lat recesja ogarnęła całą Urantię i nie było już żadnej nadziei na przywrócenie porządku sprzed przewrotu. Wartość pieniądza zupełnie się zdewaluowała, kwitł handel wymienny. Powróciło niewolnictwo. Wszelkie osiągnięcia tysiącleci cywilizacji wprowadzonej przez osadników z planety MAE-X zostały zaprzepaszczone, a ich potomkowie w pośpiechu opuszczali Urantię ostatnimi sprawnymi promami. Ci, którym nie udało się zbiec, zostali zamordowani przez siepaczy Zjednoczonego Stronnictwa. Świat, który znałem z dzieciństwa, obrócił się w nicość.

 

 To właśnie wtedy dom zaczął się rozrastać. Po rewolucji w skomunalizowanym pod przymusem domu wciąż przybywało pokoi, a to za sprawą energii mentalnej, generowanej przez rzesze niewolników więzionych w tym celu na wyspach archipelagu Mnomeda.

 Proces ten budził moje przerażenie, przyczynił się do przyspieszenia decyzji o opuszczeniu rodzinnego gniazda.

 Rozpocząłem życie na własny rachunek, wybierając los nomady – często zmieniałem miejsce zamieszkania i pracy, parając się zajęciami powszechnie uchodzącymi za uwłaczające.

 

 Nie o tym jednak chciałem opowiedzieć, więc darujcie sobie ciekawość.

 

 ↬

 

 Zaproszenie na urodzinowe przyjęcie kuzynki dostałem z dużym opóźnieniem. Był ostatni dzień października, zimny i wietrzny, a przede mną długa droga. Infrastruktura miejska nieużywana i nieremontowana, niszczała bardzo szybko. Po skorodowanych nawierzchniach dróg od dawna nie poruszały się pojazdy mechaniczne. W grę wchodziła jedynie podróż koleją, która ocalała jako jedyny środek publicznego transportu. Ostatni etap drogi musiałem jednak przebyć pieszo, gdyż majątek był znacznie oddalony od linii komunikacyjnej.

 

 Kiedy wreszcie dotarłem do celu, przystanąłem na chwilę, by z oddali przyjrzeć się rodzinnej posiadłości. Krajobraz sprawiał przygnębiające wrażenie: zniszczone  klasycystyczne rzeźby parkowe tworzyły ponurą analogię z uschniętym drzewostanem i gazonami przerośniętymi pożółkłą trawą. Zdumiało mnie, jak bardzo dom się rozrósł od czasu, gdy byłem tam po raz ostatni. Liczył teraz pięć kondygnacji, w linii horyzontalnej powiększył się o dobre kilkanaście metrów. Byłem ciekaw, ile liczy teraz pomieszczeń. 

 Wszedłem od strony parku, nie chcąc robić zamieszania swoim spóźnionym przybyciem.

 

 Przyjęcie trwało w najlepsze. Ogromny salon na parterze rozświetlony był setkami świec w ogromnych żyrandolach wiszących na podwieszanym suficie. Nie pamiętałem tego pomieszczenia, widać było to jedno z tych, które przybyło domowi wskutek generacji mentalnej. Wokół było pełno nieznanych mi osób, nikt nie zwracał na mnie uwagi. Nigdzie nie widziałem kuzynki. Postanowiłem ją odszukać, a przy okazji rozejrzeć się po domu, zobaczyć skalę metamorfozy.

 

 Winda dojeżdżała tylko do drugiego piętra i z tego, co się zorientowałem, tylko te dwie kondygnacje były urządzone. Wyżej prowadziły zwykłe drewniane schody, piętra pięły się wysoko, a sposób ich zagospodarowania kojarzył się z wymysłami szalonego architekta. W gruncie rzeczy wyglądało to raczej na jakiś błąd programu – drzwi do niektórych pomieszczeń znajdowały się kilkadziesiąt centymetrów nad podłoga. Byłem ciekaw, jak są urządzone, ale nie mogłem sięgnąć klamki. Moją uwagę zwrócił także sufit pokryty sztukaterią przedstawiającą przedziwne wężostwory, trytony, kryptydy i inne budzące niepokój potwory – iście piekielne bestiarium.

 Korytarze wyściełane były starymi, wytartymi dywanami, a na ścianach wisiały popękane, zmatowiałe lustra. Wszędzie unosił się kurz. Mimo że dom miał jeszcze wyższe piętra, nigdzie nie mogłem znaleźć schodów. Korytarze na piętrze były ułożone na planie labiryntu, w kilku miejscach natrafiłem na ścianę i musiałem się cofać. Nie spotkałem w czasie tego zwiedzania żywej duszy. Odniosłem wrażenie, że nikt tu nigdy nie bywał.

 

 Zmęczony, postanowiłem wrócić na przyjęcie. Zgubiłem się trochę i wróciłem inną drogą. Schody doprowadziły mnie do północnej części domu. Zszedłem wprost do kuchni. Tam wreszcie spotkałem Marikę. Doglądała pracy kręcących się przy parujących garnkach i patelniach kucharek.

 

 – Wiktor! – krzyknęła na mój widok, bardzo ucieszona. – Wieki cię nie widziałam! Zaproszenie dotarło?

 – Dotarło w ostatniej chwili, musiałem od razu wyruszyć, żeby zdążyć, no wiesz...

 – Tak, tak... Powiedz lepiej, co u ciebie, u rodziców? Co porabiają?

 – Zatrudniają się po domach, to tu, to tam... Ja w sumie...

 – Oj tak, wszystkim nam teraz ciężko – przerwała mi. – Pewnie myślisz, że nam tutaj na prowincji lepiej się wiedzie? Że urządzamy takie przyjęcia jak dziś codziennie?

 – Nie, skąd... Nie pomyślałem tak.

 – Nie masz pojęcia, Wiktorze, ile trudu, ile zabiegów kosztowało mnie przygotowanie tego wszystkiego! Musieliśmy podarować kandelabry po babci naczelnikowi dystryktu, żeby w ogóle móc zorganizować ten bal – emocjonowała się – i wymienić część zastawy stołowej za peklowane mięso entelodontów i trochę suszonych latimerii... Mamy trochę swoich warzyw i owoców, ale bez nawozów zbiory są marne... Ta ziemia zawsze była trudna do uprawy... –  Nie mogła przestać narzekać.

 – Mam dla ciebie prezent – wszedłem jej w słowo, wyciągając zza pazuchy pakunek.

 Rozerwała szybko szary papier i odwinęła z płótna niewielkie lustro oprawione w ramy z litego cedru.

 – Przepiękne! – zachwycona obracała w rękach podarunek, oglądając go ze wszystkich stron. – Skąd udało ci się zdobyć to cacko? Przecież to dzieło mistrza Vespuccioni, największego membranisty wszech czasów! Marzyłam, by takie mieć! To mistrz Vespuccioni obmyślił technikę dodawania rtęci do szklanej masy i pokrywania go minią, by było lśniące i trwałe... Ono musi mieć ze trzysta lat! – ekscytowała się.

 – Udało mi się wymienić za parę drobiazgów... – odparłem wymijająco. 

 – Parę drobiazgów!  – Krzyknęła zdumiona.  – Przecież to jest warte... Wszystkiego!

 – Wszystkiego?

 – Tak, Wiktorze. To bezcenny przedmiot. Poczekaj, odłożę je na toaletkę w sypialni, zaraz do ciebie wrócę. Muszę przedstawić ci kilka osób, zdaje się że nie znasz wielu moich przyjaciół...

 Po kilku chwilach była z powrotem, olśniewająca jak zwykle, w pięknej balowej kreacji wyglądała jeszcze piękniej niż ją zapamiętałem sprzed laty.

 

 ↬

 

 W czasach, gdy dom był jeszcze zwykłym, piętrowym budynkiem, mieszkaliśmy w nim z rodzicami, kuzynostwem i ich dziećmi. Uwielbialiśmy bawić się w parku, który wydawał nam się magicznym miejscem, z tajemnymi przejściami do innych światów.

 Marika była moją wielką niespełnioną młodzieńczą miłością. Miała przedziwne pomysły i tyle energii, że mogłaby zatrzymać bieg historii. Starsza ode mnie, imponowała mi wiedzą i niezwykłą bystrością umysłu. Podziwiałem ją i kochałem jak wariat.

 

 Skupiając się na szczegółach, nie jesteśmy w stanie ogarnąć ogółu. Dlatego z tamtych lat pamiętam jedynie jej uśmiech, psoty i śnieżnobiałe tło: kuligi, które organizował dziadek wspólnie z sąsiadami, polowania na lisy oraz dziecięce zabawy, na które była zbyt dorosła. A jednak tamtej wyjątkowo śnieżnej zimy, kiedy pocałowałem ją po raz pierwszy, nie odmówiła udziału w lepieniu bałwana, a potem całego śnieżnego miasta pełnego niesamowitych lodowych budowli, tuneli i dziwacznych posągów.

 To tam, w tym zaczarowanym śnieżnym mieście, wymyśliłem Dajmona. Był to z początku tylko żart, który niesamowicie drażnił kuzynkę uważającą się za całkiem dorosłą. Z biegiem czasu historie o Dajmonie ewoluowały; opowiadałem o nim jak o członku naszej rodziny, który opuścił Urantię, by zacząć życie na jednej z sąsiednich planet. Wymyślaliśmy przygody, których był bohaterem, przypisywaliśmy mu wielkie czyny.

 

 Od pocałunków i trzymania się za ręce przeszliśmy krok dalej. W końcu była dorosła, a ja przy niej dorosłem siłą rzeczy.

 Byliśmy nierozłączni. Nikt nie widział niczego niestosownego w naszej relacji, w końcu nie robiliśmy nic złego.

 

 Ja, ona i Dajmon.

 

 ↬

 

 Zwierciadło Vespuccioniego wpadło w moje ręce przypadkiem. Uwierzycie? Oczywiście, że nie...

 Na nielegalnym targowisku na peryferiach Wielkiej Dagali można było nabyć wszystko, ale mnie interesował tylko jeden przedmiot. Zakazany przed stuleciami magiczny rekwizyt Wielkich Magów leżał sobie niby nigdy nic na straganie ze starociami należącym do jakiegoś obdartusa. Oddał mi bezcenny przedmiot za kwartę soczewicy.

 Fakt, iż Marika wiedziała o istnieniu zwierciadła, zdumiał mnie. Nigdy nie interesowała się sprawami magicznymi, więc jej entuzjazm na widok podarunku nieco zbił mnie z tropu.

 Do uruchomienia niszczycielskiej mocy zwierciadła potrzebna była duża energia mentalna skoncentrowana w otoczeniu. Dlatego dom, w którym kiedyś mieszkałem, stwarzał ku temu idealne warunki. Wszak iluż cierpień niewolników było trzeba, by wytworzyć energię potrzebną do przeobrażenia piętrowego dworku w ten wzbudzający grozę moloch?

 

 ↬

 

 Kiedy teraz myślę o prawdziwym powodzie mojego opuszczenia domu rodzinnego, ogarnia mnie pusty śmiech. Jakże dziecinna wydaje się teraz tamta decyzja! Czy zawiedziona miłość – jakkolwiek silna i czysta by nie była – może być podstawą do porzucenia zasad moralnych? Kolejne decyzje, które w wyniku tej pierwszej musiałem podjąć, zmiotły mnie na margines człowieczeństwa, za granicę, za którą traci się prawo do nazywania się człowiekiem.

 

 Kiedy nabyłem zwierciadło Vespucciego, nie mogłem się powstrzymać i spojrzałem weń. Ujrzałem Dajmona – miał wąski, wilczy pysk i wyszczerzone zęby; wystraszyłem się i w pierwszym odruchu chciałem odrzucić przeklęty przedmiot, roztrzaskać go na kawałki. Opanowałem się jednak, przywracając twarzy normalny wyraz. Zrozumiałem, że jest tylko jeden powód, dla którego nabyłem zwierciadło.

 Zemsta.

 

 ↬

 

 Przyjęcie dobiegało końca. Muzykę przyciszono, ostatnie niedobitki buszowały wokół stolików w bawialni w poszukiwaniu resztek jedzenia i procentowych trunków.

 Marika zniknęła. Domyślałem się, że udała się do sypialni. I wierzyłem, że przed snem będzie chciała jeszcze nacieszyć się podarunkiem.

11499 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ^Halmar
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 25

Opis:

Dodano: 2019-12-21 00:37:38
Komentarze.
Witamy nowy tekst!
Odpowiedz
Wprowadzenie zbędne, bez tego byłby tak samo dobry kawałek opowieści. Zostawiasz otwarte zakończenie, no to się działo poza kulisami.

Odpowiedz
*Ritha 1 r.
Mi akurat wstęp pasi, zwłaszcza taki start: "Domy żyją".

"Rozpocząłem życie na własny rachunek, prowadząc życie nomady" - tutaj to życie 2x mnie dźga w ocka

"Winda dojeżdżała tylko do drugiego piętra i z tego, co się zorientowałem, tylko te dwie kondygnacje były urządzone. Wyżej prowadziły zwykłe drewniane schody, piętra były dużo wyższe, a sposób ich zagospodarowania przywodził na myśl, że były wymysłem szalonego architekta" - masz sporo "były", wszelkie odmiany "być" w nadmiarze zamulają tekst, obadaj sobie

"Trochę czasu mi zajęło odnalezienie drogi powrotnej. Wróciłem inną drogą" - i tu powtórzonko drogi/drogą

Zgłupiałam! Bardzo ładnie zawiązana historia, to całe uniwersum, naprawdę starannie przemyślane, po przeczytaniu zakończenia mam natomiast niedosyt, zapewne taki był zamysł, by niedosyt wzbudzić, otwarte zakończenie, jak napisała Szu, pobudza wyobraźnię, ale kurde no! Co to zwierciadło jej zrobiło? I, hm, dlaczego, on, hm, tyle pytań, tak mało odpowiedzi! Ogólnie całość mi się podobała, przeniosłaś mnie tym krótkim tekstem w inny świat, mogłabym poczytać serię w tym uniwersum.
Pozdrówki!

Odpowiedz
^Halmar 1 r.
Oj... Fakt, tekst - świeżak, chociaż siedział mi w głowie od baaardzo dawna, nie miał czasu się odleżeć i przeczytać po raz pięćdziesiąt, w celu wyeliminowania prostych błędów.
Ano - ta narracja, jak wszystkie moje, to wędrówka po moim uniwersum, uniwersum porąbanej fantazji - wiele czerpię ze snów, sny mam doprawdy fabularne, tylko zapisywać...

Szu, dziękuję. Wstępniak wydaje się zbędny nawet mnie, ałtorce. A jednak w jakis pokrętny sposób pasuje. Brzmi jak usprawiedliwienie, a jednak naprawdę wiele razy próbowałam się go pozbyć - bezskutecznie. Siedzi ten dom w mojej głowie i jego historia, jako tło tej narracji - i nie chce być inaczej.
Uwierzcie mi: ja swoje teksty czytam milion razy przed publikacją. Nie chcę wpuścić śmiecia, choć wiadomo, że błędy są nieuniknione.
Dziękuję Ritha, za wylapanie
Odpowiedz
^Halmar 1 r.
Uciekło mi na końcówce, za blisko ten przycisk "wyślij" - sprawa dla Ave Nuncjusza.
A więc ciąg dalszy obrony - fakt, są niedociągnięcia, dłużyzny i powtórzenia. Jednak to pierwszy tekst po bardzo długiej prozatorskiej posusze, więc mimo to jestem jakoś tam z siebie dumna. A komentarze - aż dwa! - mnie utwierdzają.
Dziękuję.
Odpowiedz
Mnie się "żyjące domy" też spodobały - bardzo ładnie o nich opowiadasz, to daje taki dreszczyk, kiedy człowiek zaczyna sobie wyobrażać, jakie rzeczy mogły oglądać - gdyby ściany mogły mówić pewnie nieraz by nas zadziwiły. Całość w zasadzie jest w porządku, ale już w trakcie czytania nie opuszczało mnie wrażenie, że to całość jest jakimś przydługim wstępem, zmierzającym do sedna, które ostatecznie nie nadeszło. Końcówkę jakby po prostu ucięłaś, skwitowałaś jednym zdaniem i porzuciłaś. Historia, która została obudowana niejako dookoła głównej myśli, głównego celu, jakby ten cel pochłonęła, nie dałaś mu się uwypuklić, skupiłaś się na pozostałych szczegółach, na całej obudowie i to przesłoniło ten cel, odbierając opowiadaniu, przynajmniej w moim odczuciu, sporo dynamiki i, nazwijmy to, "pazura". Tego mi tu właśnie zabrakło - porządnego momentu kulminacyjnego, który wbiłby w fotel. Ale podoba mi się, że stworzyłaś własne uniwersum, widać, że je przemyślałaś, chciałaś urozmaicić i uczynić interesującym, to się chwali.
Drobnych błędów się nie ustrzegłaś, ale one zdarzają się każdemu. Natomiast tutaj: "Zmęczony, postanowiłem wrócić na przyjęcie. Trochę czasu mi zajęło odnalezienie drogi powrotnej. Wróciłem inną drogą" - jak dla mnie te trzy zdania to jedno wielkie masło maślane - powrót o wracaniu powrotną drogą z powrotem - jakoś bym to jednak przeorganizowała.
Podsumowując - brakuje mi mocniejszego uderzenia jednak - długo zmierzasz do punktu kulminacyjnego, a sam punkt kulminacyjny jakby pomijasz - może gdyby to dalej pociągnąć byłoby lepiej?
Pozdrawiam.
Odpowiedz
"W gruncie rzeczy wyglądało to raczej na jakiś błąd programu – drzwi do niektórych pomieszczeń znajdowały się kilkadziesiąt centymetrów nad podłoga." - ą

Pełnokrwisty tekst. Też - kiedy myłem mały - wymyśliłem fikcyjne uniwersum, o którym, skacząc po tapczanie - pierdzieliłem bez umiaru. Moje opowieśni nazywały się "O Danielu". Ooo, i tyle. Zresztą do bałachu zawsze miałem dobre loty. Wkrętki robiłem rozmaite.
Tekst bardzo dobrze technicznie napisany, choć - mimo że jestem fanem urywania in medias res - kapkę zbyt wczesnie zakońćzony. Lubię niedopowiedziany kataklizm, ale kończąc tak wcześnie, zostawiłaś zbyt uchylone drzwi, przez co szpara z nadzieją się panoszy.
Odpowiedz
Witaj Halmar.
Tekst bardzo mi się podobał. Od początku budujesz świetną atmosferę, zaciekawiasz światem, a przede wszystkim domem.
Stworzyłaś pełną, wciągającą historię. Jak dla mnie zakończenie ekstra - wszystko wiadomo, ale nic nie podajesz na tacy.
"Krajobraz sprawiał przygnębiające wrażenie: zniszczone klasycystyczne rzeźby" - wkradła ci się podwójna spacja.
" Po kilku chwilach była z powrotem, olśniewająca jak zwykle, w pięknej balowej kreacji wyglądała jeszcze piękniej niż ją zapamiętałem sprzed laty." - pięknej/piękniej
Odpowiedz
Jestem naprawdę oczarowana, chyba wcześniej nie czytałam niczego dłuższego od Ciebie. Pięknie poprowadzona historia, zadbałaś o szczegóły, zadbałaś o wszystko. Czyta się, oj czyta. Bardzo mi się podoba. Możesz mi nie wierzyć, ale obudziłaś we mnie coś, co myślałam, że już dawno ze mnie uleciało, za co Ci bardzo dziękuję. I kurde, z chęcią przeczytałabym dalszy ciąg, bo aż mi flaki wykręca na drugą stronę, jak pomyślę, że nie będzie dalszego ciągu.
Pozdrówki Halmar. To bardzo dobry tekst.
Odpowiedz
*Ritha 1 r.
Halmar, kilka literówek każdemu się zdarza, bez przesady. Tekst jest naprawdę dopracowany.
Odpowiedz
Witam,
Bardzo fajny kawał opka. Dobrze rozpoczęty, a dalej dopracowany w szczegółach.
Fabularnie, fajnie poprowadzony.
Pozdrawiam

Odpowiedz
Ciekawe, jest tu taki klimat duszny rodem z koszmaru. Nie umiem ubrać w słowa tego, co jest we mnie po przeczytaniu, ale oprócz bardzo ciekawych opisów, jest coś strasznego. Albo ja za bojaźliwy, nie wiem. Pobudza wyobraźnie tekst ten.
Odpowiedz
^Halmar 1 r.
Dziękuję za komentarze, opinie i wskazówki.
Ze wskazówek i uwag skorzystam skwapliwie, przyznam że wylapaliście sporo chwasta. A drugie tyle w tekście się czai.
Zgadzam się z krytyką, a szczerze zdumiewające mnie entuzjastyczne oceny. Sama nie jestem zadowolona z formy, pisałam kiedyś lepiej. To taki narracyjny rozpiździaj, mający niewiele wspólnego z moimi dawnymi utworami. Pomysły się jedynie bronią, natomiast sposób prowadzenia narracji pozostawia wiele do życzenia. Gdyby nie termin, nigdy bym czegoś takiego nie opublikowała.
Jestem surowa wobec siebie, a jednak nie będę chłostać potworka - w końcu to mój płód.
Być może kiedyś rozwinę tę narrację, bo jak ktoś zauważył, zbudowana była na potrzeby większej całości. Być może - zobaczymy.
Dziękuję wszystkim, którym się chciało.
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin