Mała Sue ucieka z domu (2z4)

Mała Sue ucieka z domu (1z4)

 (Postanowiłem zacząć swą - mam nadzieję długą i owocną - przygodę z teksturą jakąś starocią. A co).

 

 

 Jeżeli cokolwiek można o małej Sue powiedzieć, to na pewno, że była inna. Już od szczeniaka, czy jak się tam zwykło mówić na małe świnki, dawała popalić maciorce. O tak. Bez ani jednego, ale.

 Przyszła na świat wraz z sześcioma, podobnie małymi świnkami, jednak swych pierwszych kroków nie skierowała w poszukiwaniu pokarmu. Zamiast wygodnie umościć ryjek przy cycku, skrupulatnie obwąchała każdą dziurę.

  — Musisz żreć — beształa ją często maciora. — Musisz żreć albo niebawem zdechniesz i twe truchło oblezą tłustawe glisty. Tak jest urządzone to wszystko. Tak już jest.

 Mała świnka była jednak ciekawska, a „tak już jest” nie było zadowalającą odpowiedzią na najmniejsze z pytań, jakie stawiała. Mianowicie:

 — Gdzie jesteśmy?

 — W jakim celu istniejemy?

 — Gdzie nas zabierają?

 — Co się z nami dzieje na zewnątrz?

 Jej rodzeństwo podobnych dygresji nie miało. Skupiało się tylko na tym, by dobrze pojeść, potaplać się w ciepłym błotku i wywiskać ze swej skóry robactwo. Ot cały żywot leniwy. Pożreć, poleżeć i spać.

 Bardzo szybko mała Sue zrozumiała, że wypytując matkę, niewiele zyska. Przeciwnie. Jej ciekawość zdawała się starą świnię trapić, a pożytku z odpowiedzi nie było. Sue była pewna, że istnieje coś więcej, niż to cuchnące miejsce, zwane komórką. Często obserwowała pojawiającą się w oddali świetlistą przestrzeń, kiedy wysoka istota, rozrzucając pokarm, zostawiała niedomknięte drzwi. Gdy miało to miejsce, Sue była jedyną świnką ukrywającą się w błocie. Jej serce łomotało ze strachu.

 Inne świnie, przeciwnie. Łasiły się do przybysza, liżąc go z uwielbieniem po rękach i merdając z radości ogonkami. Zupełnie jakby niedostrzegały faktu, że jego oczy mają chciwy i zyskowny poblask, a poklepywanie po brzuchach to nic innego, jak tylko najzwyklejsza kalkulacja. O nie. Nikt nie dostrzegał w tym wszystkim niczego złego.

 Mówi się, że najczęstszym bodźcem skłaniającym do heroicznych wydarzeń są nietypowe, skrajne sytuacje. Czy tak jest w istocie, czy nie, to inna sprawa. W tym konkretnym jednak przypadku tak właśnie było.

 

 Zabrali Blacka.

 Zabrali i nigdy nie wrócił. Co więcej, później było słychać jego piski. Drzeć się jak zarzynana świnia. Stąd to jest.

 Całe wydarzenie było z pozoru zwyczajne. Człowiek rozrzucił im żarcie, a potem zaczął je klepać. Wszystkie się poddały zachwycone. Przecież miało to miejsce już nie raz. Jednak tym razem gospodarz miał na rękach okropne rękawice z ciemnej gumy. Nie wiedzieć czemu, fakt ten małą świnkę tak przeraził, że zapragnęła stać się niewidzialna. Wyparować i najlepiej przestać istnieć. Jednak takie życzenia nie mają prawa się spełnić i Sue musiała się zadowolić kącikiem w rogu komórki.

 Więc wszystko odbywało się zwyczajnie, gdy nagle szyję Blacka okręciła druciana pętla na grubym kiju. Człowiek szarpnął i chwilę potem zatrzasnęły się drzwi. Dopiero wtedy reszta świnek struchlała.

 Konsternacja trwała zaledwie chwilę, bo przecież Blacka niedługo oddadzą, prawda? Wróci dziś albo jutro. Po prostu musi.

 Świnki zeżarły resztki i posnęły. Wszystkie, prócz Sue. Ta rozmyślała, czy to, że Black był największym knurem z całego stada, odgrywało w tym wszystkim jakąś rolę. Nie wiedzieć czemu, przeczuwała, że tak.

 

 Po Blacku przyszła kolej na Alexandra i mimo że tym razem świnki były gotowe, nic to nie dało. Alexander był równie tłusty, jak Black, lecz sporo szybszy. Do tego zwinniejszy i jakiś taki dostojny. Mówiąc prościej, gdyby w stadzie panował system patriarchalny, on byłby królem. Posiadał bowiem wszelkie predyspozycje do roli wielkiego monarchy. Charyzmę, mądrość i moc.

 Był także czujny i z pierwszej drucianej pętli się wykaraskał. Tak samo drugiej i jeszcze kilku następnych. Umykał do tego stopnia, że człek się zmęczył i wyszedł, trzaskając drzwiami. W świńskich sercach znów zagościła nadzieja.

 Nic to. Wrócił po chwili, sprowadzając ze sobą pomocników. Grubego Eddiego, co nie miał smykałki do sportu i jakiegoś ospowatego chudzielca.

 Zwłaszcza ten drugi wydał się Sue straszliwy. Miał lekko skośnawe ślepka i szpetną gębę. Widać było, że setnie się tutaj bawi.

 I stało się.

 Gruby zaszedł Alexandra z prawej, a chudy z lewej. Najstarszy z nich poszedł środkiem. Najstraszniejsze w tym wszystkim było to, że Alexander przystanął i po prostu opuścił spokojnie głowę. Ten rodzaj rezygnacji wstrząsnął Sue o wiele bardziej, niż widok rękawic, jakie oprawcy nosili. Bardziej nawet od młotka, który gruby Eddie przekładał z ręki do ręki. Niż druciana pętla starca i wszystko inne. Zaniechanie jakiejkolwiek walki było dowodem na to, że wszystkie znajdują się w miejscu, z którego nie ma ucieczki. Gdzie nic, ale to nic, nie ma sensu. Gdzie można tylko trwać w oczekiwaniu na swą osobistą porcję krzyków, zaś gumowe rękawice zawsze zwiastują wyrok. Byli w miejscu, gdzie nie ma żadnej nadziei.

 Alexander pozwolił się wyprowadzić i to w przerażająco potulny sposób. Gdyby Sue zapamiętywała wszystko, co ją przeraża, to... Dużo by tego było.

 Zostały same i tym razem długo nie zasypiały, nasłuchując czy Alex będzie się darł. Nic z tego. Albo był naprawdę taki dzielny, albo gdzieś go wywieźli. Jaka by prawda nie była, już nie powrócił. Świnki zdały sobie sprawę ze swego losu.

 Gdyby tylko można było go złapać i nie pozwolić zabrać, myślała Sue. Może wtedy... Ale nie można było, bo świńskie racice nie są specjalnie chwytliwe. Kto wie, może jest tak dlatego, by świnie idące pod topór nie mogły się nawzajem wyratować. Może, gdyby było inaczej, ludzkie serca by miękły?

 

 Starą świnię zabrali jakiś czas wcześniej, więc tak naprawdę nie było kogo zapytać. Gdzieś tam, na zewnątrz, żyły inne zwierzęta, ale nie zbliżały się zanadto do komórki. Świnki wpadły w depresję I tak, jak kiedyś radością, tak teraz, otwierające się drzwi witały cichym skomleniem, zewsząd wypatrując rękawic. Dostrzegły je jeszcze dwa razy, tracąc przy tym Biankę i Horacego. Później jednak pogoda zaczęła się psuć, a drzwi otwierać.

 Nastał głód.

 Zostały tylko we trzy i całą wielką komórkę miały dla siebie. Rzec by można, cudownie. Daj nam Bóg. Poza Sue pozostała była tu Ella i niewielki ciemny knur bez imienia. Mała trójka, naprzeciw całemu światu.

 Z Ellą były niczym syjamskie bliźniaczki i to zarówno z wyglądu, co pomyślunku. Znały swe wszystkie sekrety. Sue złapała się na tym, że bardziej niż o swój los, boi się o siostrzyczkę. Gdy uciekała, zawsze starała się dostrzec, gdzie ona jest.

 Z bezimiennym było inaczej. Nieokrzesany, dziki i aspołeczny. Do tego furiat i brutal jak mało kto. Nie dał się lubić i niespecjalnie zabiegał, by to zmienić. Na każdą próbę kontaktu bekał i pierdział, gotów do walki o najmniejszą pajdę chleba. Nieustępliwy bardziej nawet od Blacka.

 Do tego wszystkiego głód go zamienił w potwora i spowodował, że ten zwariował bez reszty, żyjąc gdzieś poza tym miejscem. A może tak było od zawsze? Kto to wie?

 Ciemny często się miotał, ciskając klątwy i rozmawiając z sękami przegniłych dech. Były momenty, że nagle wybuchał śmiechem i nie dawał się nikomu uspokoić. Nie, żeby od czasów Alexandra ktoś próbował.

 Raz tylko Ella szepnęła, że strasznie mu musi się roić w tym płaskim łbie. W sekundę później skoczył na nią jak wilk.

 — Jeszcze raz o mnie pomyślisz ty tłusta, parchata kurwo, to ukatrupię. A potem pożrę do ostatniego kopyta. Zapamiętaj!

 Żadna z nich nie wiedziała, co oznaczają te słowa. To znaczy: „parchata kurwa”. Zdawały sobie jednak doskonale sprawę ze znaczenia słowa: „ukatrupić”. I wiedziały, że knur jest do tego zdolny. Nie jedli już piąty dzień. Było źle.

 W końcu prosiak ustąpił. Potem wrócił do swego narożnika, znów przemawiając do ściany.

 — Kiedy przyjdziecie? — zadawał komuś pytania. — Kiedy wypuści was las?

 Zawiał wiatr. Deszcz przybrał na sile, przeistaczając się w najprawdziwszą ulewę. Z nieszczelności stropu zaczęła płynąć woda, tworząc w rogach komórki spore kałuże. Ciemny się bardzo ożywił, jakby z jęczenia targanych wiatrem desek rozumiał więcej. Coś tam zaprzeczył, potem się na coś oburzył, łącząc wiązankę ze świńskiej i ludzkiej mowy. Siostry przycupnęły jak najdalej, starając się mieć go na widoku.

 Nie wiedziały, że zbliża się do nich gość.

 

 Zaczęło się od drapania z zewnętrznej strony. Gdy się zbudzili, ujrzeli stwora o wielkich wąsach i łypiących zawadiacko, żółtych ślepiach. Gdyby świnie znały znaczenia słowa konsternacja, wiedziałyby, że właśnie w nią powpadały. Przybysz także zaniemógł. Cała czwórka tkwiła na swoich miejscach.

 Z marazmu wybudził się knur. Szarpnął nieznajomym, przeciągając jego ciągle znajdującą się po zewnętrznej stronie część do środka.

 — Aaaa. Ja gupi, biedny, przejebane, o prze chuj — zakwilił maszkar, krzywiąc mordę i podkulając pod siebie ryżowy ogon. Sue zauważyła, że był sporo mniejszy nawet od niej, ale za to przepiekielnie żywotny. Nie miał jednak takiej siły jak ich brat.

 Knur go nie ugryzł, a tylko majtnął nim tak, że ten poleciał gdzieś w kąt. Obie skuliły się w sobie, oczekując tego, co nastąpi. Sue się bała, lecz myśl, że ktoś właśnie stanął w jej obronie, powodowała, że czuła się jakoś... dziwnie. Pomimo głodu, na swój sposób szczęśliwie.

 — Ty jesteś od nich, co?! — zaryczał knur do przybysza. Ten, zwinięty w kłębek przyciskał łapy do pyska, jakby sądził, że nie widząc, również nie będzie widoczny. Sue zrozumiała, że w jego kaprawych oczkach zapewne byli człowiekiem. A raczej, ludźmi. Brakowało im tylko rękawic.

 — O w ryj plute i konewka. Czarna świnia i marchewka — biadolił stwór. — Oj ci naniósł gupi ktoś na mnie czarci los. O żeż ty, w ludzkie buty starte na tropieniu, z dubeltówką wciąż nabitą i melodią pogrywaną na grzebieniu. No się stało, no się stało, zara pożre moje ciało. Głupia, wściekle tłusta świnia, by w nią pierun trzasł.

 — Uspokój, że się, czerwony! — wrzasnął knur. — Bo przetrącę ci łeb.

 Nie podziałało.

 — No żeż matko ma jedyna na łojowej świecy, że się dzieją takie rzeczy. Toć nie mogą nawet lisy pojeść sobie w ciszy? W tej komórce kur bez liku, tak mi jeden wrzaśnie. To se myślę, podkop zrobię, tylko kurnik zaśnie. A tu w środku takie dziwy, no, że srał to pies. Zamiast kurek i króliczków brudna świnia jest.

 Nie było rady. Nawet najgłośniejsze groźby Ciemnego nie pomagały. Trwało to wszystko z dobre piętnaście minut. Potem stwór ochrypł i siostry odważyły się zbliżyć. W blasku wpadającego przez szpary księżycowego światła faktycznie wydawał się czerwony.

 — No i jak. Skończyłeś te swoje arie? — zapytał Ciemny. — Możem spokojnie gadać?

 — A się pyta, gbur przeklęty, niepomny na lament. Mnie zostało już pazurem kreślić tu testament. Lecz nie mogę. Cię choroba. Bóg w niebie, niemiły. Od drapania zimnej gleby łapy się stępiły.

 — Czyli, że nie skończyłeś.

 — Tylko wrzasnąć pozostaje i niech idzie w świat. Niech mą kitę i pazury weźmie młodszy brat. A dwie gęsi zakopane za prastarym dębem, niech se sąsiad, ryży Charlie, wsadzi w tłustą gębę.

 — No, nie skończyłeś. Bez dwóch zdań, nie skończyłeś.

 Intruz nie odpowiedział, co było już przynajmniej jakimś postępem. Wciąż tylko dyszał, wywalając na zewnątrz mięsisty jęzor. Niekiedy przymrużał oczy, marszcząc pysk i groźnie, we własnym mniemaniu, fukał.

 Sue skojarzyła jak się poczwar nazywa. Rozprawiali o nim niedawno ludzie. I to podniesionymi głosami. Z tego, co zdołała zapamiętać, darzyli go bezgraniczną nienawiścią.

 — To lis pierdolony — szepnęła w kierunku brata. — Tak ludzie na niego wołają. On dusi kury.

 Ciemny spojrzał spode łba i nic nie odrzekł. Sue zaś się potulnie wycofała. Zaległa cisza, w której każda spadająca kropla była słyszalna.

 — No i masz ci tajemnica — zajęczał lis. Minę miał przy tym taką, jakby chciał dodać: No taki już kurna jestem. Nie poradzę.

 Coś wisiało w powietrzu i wszyscy zgromadzeni to wiedzieli. Siostry skryły się w rogu, obserwując, co też z tego wyniknie. Knur milczał. Znów odezwał się wiatr.

 — No i co? — spytał przybysz po chwili. Myśl, że jest jeszcze cały, musiała mu dodać odwagi. Zwietrzył swoją szansę na ocalenie.

 — Pytałem, czy jesteś od nich? — mruknął Ciemny. Wyglądało na to, że gniew zaczyna mu mijać, co lis bezbłędnie podchwycił.

 — Od jakich „nich”, mój piękny, tłusty panocku? Bo, tak jakby, ten tego, nie wiem.

 — Od tych, co ryczą wśród drzew.

 — Acha. Od tych, „nich”. Oj, to bardzo poważne. Bardzo, ten... właściwe.

 — Kłamie trzy po trzy, próbując zyskać na czasie — szepnęła Ella do siostry. — Plecie, co mu tylko ślina na jęzor wrzuci. Trzeba być oślim matołem, żeby dać wiarę choćby jednej sylabie.

 — No więc jesteś od nich, czy nie jesteś! — zagrzmiał knur i lis skulił się w sobie. Zaraz jednak znów odzyskał rezon.

 — No pewnie, że nie jestem... przeciw nim — odparł. — Znaczy... jestem z nimi. Zanim, po tym, jak z nimi byłem. Wtedy, jak przybyliśmy do... wśród drzew. I teraz, odtąd jesteśmy.

 — O matko o ośmiu cyckach — syknęła Ella. — Ale mataczy. Jak można wierzyć w te brednie?

 Sue nie odpowiedziała, od dobrej minuty wpatrując się w otwór w prawym rogu komórki. Co prawda, był bardzo mały, ale gdyby go tak tylko trochę powiększyć...

 — Co o mnie mówią? — zapytał Ciemny, przyoblekając ton głosu w radosną barwę. Pysk mu rozjaśniał tak bardzo, że tylko skończony dureń mógłby nie dostrzec tej ogromnej fali ekscytacji. Lis zaś bywał pechowcem, to szczera prawda, ale nie durniem. O nie. Do durnia mu było daleko.

 — No, mówią, mówią — odparł poważnym tonem. — Pewno, że tak. Dlatego mnie tutaj wysłali. Żeby... żeby ten... Żeby wiedzieć.

 — Co? Co chcą wiedzieć?

 — Oj, żebym to ja wiedział — pisnął pod nosem. Potem już głośniej dodał: — No sprawdzają, sprawdzają, pulchny panie. To znaczy, chcą wiedzieć, czy wy, czy ty, jesteś godzien I ten tego... Gotowy.

 — Trza mu powiedzieć — mruknęła Ella do siostry. — Trza mu wyjaśnić, że nicpoń go oszukuje. Kłamie mu w żywe oczy.

 Sue już jednak nie było. To znaczy była cieleśnie, ale umysł hasał sobie na zewnątrz, przemierzając dziką krainę, aż po horyzont. Pojęcie wolność wystąpiło z ram marzeń.

 — Oczywiście, że jestem gotowy — wykrzyknął knur i na potwierdzenie tych słów, wstał. Było to komiczne, gdy tak prezentował się w pełni okazałości przed dwukrotnie mniejszym osobnikiem. Niczym żołnierz, którego osobiście dogląda sam napoleon. Wypięta pierś i dumne, szorstkie oblicze.

 — Nooo dooobra. Więc przekażę im wszystko jak najjaśniej. Opowiem, że gra i buczy. I że jest, jak to się mawia, tip-top. Przygotowania idą pełną parą, a nie na marne pół gwizdka. Do tego, wszystko, ale to absolutnie wszystko, zaliczone jest wyżej, niż celująco. I nic tylko czekać, drogi panie, raportów zwrotnych. A te nadejdą czym prędzej. Nic tylko patrzeć.

 To mówiąc, zaczął przesuwać się w kierunku wyjścia i był już od nieco o krok. Mały sus dzielił go od wolności.

 — Więc kiedy? — zapytał Ciemny, odgradzając przybysza. — Kiedy w końcu przybędą?

 Lis się zasępił i przygryzł język ze złości. Po dłuższej chwili jednak uniósł pysk. Kiedy to zrobił, nie było na nim śladu zdenerwowania.

 — Oj, jak kiedy, no jak, kiedy? — zapiszczał. — Dyć no przecie ino rankiem albo nawet przed. Trza mi tylko pognać pędem, by raport zdać wnet. Nie rozumiesz, oj nie musisz, nie twoja domena. Wszak nie rozum twym atutem, a moc Supermana.

 — Nie rozumiem. I nie lubię, kiedy to robisz.

 — Kiedy robię, co?

 — Kiedy rymujesz.

 — Aaa. Już nie rymuję. Mogę iść?

 Ciemny miast odpowiedzi złapał przybysza za kark. Ten pisnął, sądząc, że knur przejrzał podstęp i odwleka tylko nieuniknione. Po chwili zrozumiał, że został jedynie przeniesiony i postawiony przed dziurą. Oczy mu się rozszerzyły z radości.

 — Idź! — zadudnił prosiak. — Idź i zdaj ten swój raport. My tymczasem będziemy wyglądać wieści.

 Tylko tych słów było lisowi trzeba. W mniej niż pięć sekund i zaraz przepadł. Gdy się oddalał, z wiatrem dotarły słowa:

 — No żeż matko ma jedyna, ty to masz mądrego syna. Nikt mi przecie nie uwierzy, dyć mi medal się należy. Na mej piersi rudowłosej, winien leżeć on.

 I tyle. Ponownie zostali sami.

 Tylko oni i małe okno na świat.

 

 Tak im upływał czas.

 Ciemny czekał wytrwale, ożywiając się na najmniejszy nawet hałas. W końcu jednak zrozumiał, jak perfidnie został oszukany. Co dziwne, nie wybuchł gniewem, a tylko zmarkotniał do reszty i nie ruszał się z miejsca od kilku dni. Żarcia ciągle nie było, a na dodatek przestały padać deszcze i cała trójka cierpiała okrutne męki.

 Sue również straciła wigor, kiedy tylko zorientowała się, jak twarda jest tutaj gleba. By zwiększyć otwór trzeba by mieć pazury pokryte stalą.

 Co jakiś czas wstawała i pełna nowych nadziei, próbowała. Widząc jednak jaki jej starania dają efekt, przerywała je zazwyczaj równie szybko. Nic z tego. Nie było najmniejszej szansy się wydostać.

 Do tego wszystkiego Ella podupadła na zdrowiu i przesypiała niemal calutkie dnie. Po jękach i pląsawicach było widać, że dręczą ją koszmary. Budziła się rzadko, komentując z przejęciem resztki snów. Niekiedy prosząc o wodę lub pytając, czy na niebie nie zbierają się chmury. Niestety. Nie jadły już od dobrych dni jedenastu.

 Nie piły wody od trzech.

 

 

 

 

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 11

Opis:

Dodano: 2019-06-24 21:27:00
Komentarze.
*Ritha 1 r.
Zaczęłam czytać i jestem w szoku. Jaaaakie to jest przesłodkie *.*
Odpowiedz
*Ritha 1 r.
„O tak. Bez ani jednego, ale” – tu jest coś nie tak z tym ostatnim zdaniem, może: Bez ani jednego „ale”. (albo czegoś nie kumam)

Ej… czytam jednym tchem. Co za urocza, łapiąca za serducho opowieść!

„Najstraszniejsze w tym wszystkim było to, że Alexander przystanął i po prostu opuścił spokojnie głowę. Ten rodzaj rezygnacji wstrząsnął Sue o wiele bardziej, niż widok rękawic, jakie oprawcy nosili: (((((((


„Jaka by prawda nie była, już nie powrócił. Świnki zdały sobie sprawę ze swego losu” ((((((

Can, czytałam opinie pod noirem. Tu jest wszystko to czego tam nie ma (klarowna, podana na tacy historia), a tam wszystko ponad to (koronkowa, naszpikowana poezją proza, która zrozumieć można tylko płynąc równolegle), więc… jesteś cholernie elastyczny. Szkoda mi tych świnek! Czytam dalej.

„W końcu prosiak ustąpił. Potem wrócił do swego narożnika, znów przemawiając do ściany.
— Kiedy przyjdziecie? — zadawał komuś pytania. — Kiedy wypuści was las?” – świetny moment

Ten przybysz gada do rymu.

„Sue nie odpowiedziała, od dobrej minuty wpatrując się w otwór w prawym rogu komórki. Co prawda, był bardzo mały, ale gdyby go tak tylko trochę powiększyć...” – tak, świnka Sue musi uciec

„— Oj, żebym to ja wiedział — pisnął pod nosem. Potem już głośniej dodał: — No sprawdzają, sprawdzają, pulchny panie. To znaczy, chcą wiedzieć, czy wy, czy ty, jesteś godzien I ten tego... Gotowy” – dobra kreacja lisa (innych postaci zresztą też)

„Pojęcie wolność wystąpiło z ram marzeń” – ładne

„Niczym żołnierz, którego osobiście dogląda sam napoleon” – wydaje mi się, ze z dużej Napoleon

„— Nooo dooobra. Więc przekażę im wszystko jak najjaśniej. Opowiem, że gra i buczy. I że jest, jak to się mawia, tip-top”

Sue chce wykopać dziurkę większą ale ziemia jest za twarda. Boże jak mnie to opko rozmiękczyło :C
W bardzo dramatycznym momencie przerwane. Będę pod następnym wkrótce. 5+

Odpowiedz
*Ritha 1 r.
Spoiler jest w tytule! Ha!
Odpowiedz
*Canulas 1 r.
Wow, dziękuję za uber-koment Mam zamiar właśnie tu wrzucać starsze treści, póki co.
Wszystko obadam i poprawię.
Ps. Spojler powiadasz...?
No nic, fajno, żeś przyszła.
Odpowiedz
~Adelajda 1 r.
Coś zupełnie odmiennego od niektórych twoich tekstów. Urzekająca, jednak głównie smutna opowieść o bezradności. Przypomniała mi się trochę stonoga sensola. Ciekawy wstęp i bardzo na tak.
Odpowiedz
*Canulas 1 r.
O proszę. Dziękuję Adelajda
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin