Amadea — część XV Amadea — część XIII

Amadea — część XIV

 Link do części XIII: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=1462

 

 Horror/Romans

 

 VIII

 Charkowo było maleńkim miejscem. Tak maciupkim, że nawet nie wiadomo, jak je nazwać. Odludkowo? Wypiździewie? Zabita dechami wiocha czy coś w podobie?

 W każdym razie było podobno tak zapyziałe i wstrętne, że – słowa Henryka – brakowało tylko tablicy obwieszczającej przyjezdnym koniec świata. Nie miało żadnej większej atrakcji od budy z winem, czy małym targiem gołębim, a do takich przybytków jak szkoła, dyskoteka czy szpital, trzeba było jechać ponad godzinę.

 Model rodziny także preferowano tutaj typowo wiejski. To jest: Baba, chłop i pięć, a nie rzadko nawet i dziesięć małych kaczuszek. Kaczuszek, które po wykluciu rzeczywistość od razu wypychała na środek stawu, by w wieku pięciu czy sześciu latek mogły już zapierdalać do upadłego. Obrabiać pole, pomagać w obejściu, a do tego godzić to jeszcze ze szkołą. Wszystko z nadzieją na lepszy los. Nadzieją zazwyczaj złudną.

 Ktoś, kto miał tylko troje dzieci, uchodził za niemal bezpłodnego, a już z całą pewnością bezmyślnego. Wszak wiadomym było w każdej chacie, że czym więcej rąk do roboty, tym lepiej. Większa szansa na przekazanie ojcowizny i tym samym podtrzymanie tradycji.

 — Te durne chłopy nabijały się ze mnie, że albo ja taki tępy, albo mi marchew więdnie i nie umiem dobrze kobity dogrzać. Sami napłodzili bachorów na kopy, że im się nieraz imiona myliły. W domu nędza. Barany i chlejusy. Nic więcej.

 Nie miałem na szczęście z nimi dużej styczności, bo praca na kolei wymagała, żebym był trzeźwy, ale słuchy dochodziły różne. Zwykła zazdrość. Większość z nich nigdy nie była w dużym mieście.

 Antek urodził się pierwszy, dlatego ma imię solidne. Żonka chciała oczywiście wydumane, ale pierdolnąłem, jak należy pięścią w stół. Nie żaden Jessy czy Aron, powiedziałem. Tylko dobre, staropolskie imię. Takie z tradycją. Inne se możesz nazywać nawet i markami telewizorów, ale pierworodny to moja działka. Zwłaszcza syn.

 I tak też było. Później przyszedł Viktor i Amadea. Obydwa dzieciaki są moje. Gadki o ojczymie to bujda.

 Mogłem ja ci głupot naopowiadać, ale w jednym nie skłamałem na jotę. Kobita moja była dla obcych przecherą to suchy fakt, ale kochałem ją do upadłego. Znaczy, że bardzo mocno. Była uparta, nie przeczę, ale poza tym wszystkim dusza człowiek. Czysta i elegancka jak baby z filmów, a do tego z głową do interesów.

 Zapewne wiesz, jak jest na wsiach. Jak jesteśmy przez niektórych postrzegani. Ech, powiadam ci szczerze, smyku. Nie jest lekko.

 Miastowi to nas mieli za debili. Oczywiście tylko ci, którzy wiedzieli o takim miejscu jak Charkowo. Niektórzy jednak wiedzieli i to dobrze, często się na nas obławiając.

 Pamiętam na ten przykład sprawę Jędrka Oślizgło i tego, jak jeden miastowy przerobił go na całą furę pieniędzy. Podjechał dużym zagranicznym samochodem, mówiąc, że meble skupuje. Jędrek go wpuścił, bo zawsze to jakaś atrakcja. Ten się pokręcił, pokręcił i w końcu mówi, że wziąłby te dwa obrazy. To jest, Matkę Świętą z dzieciątkiem z saloniku i jakiś tam bohomaz dawnej bitwy z nad kominka. Do tego duży stół i osiem krzeseł.

 Jędrek na meble przystał niemal od razu, zwłaszcza że tamten dawał aż dwieście złotych, ale co do obrazu z dzieciąteczkiem, nie za bardzo.

 Widzisz. Tu ludzie może i głupie, ale za to żarliwie są bogobojne. A u Jędrka żyła jeszcze babina i za nic nie chciała się zgodzić. Mówiła, że ta Maryjka wisi, odkąd jej babka nauczyła się chodzić, a i przedtem także pewnie wisiała. Że pozbywanie się malowidła to plucie w Boga i diabła do domu spraszanie. Nic tylko nieszczęść wyglądać.

 Miastowy jednak się zaparł i obiecał dać za niego pięć stówek, a za ten drugi także dorzucić trzysta. W sumie to zapłacić miał za wszystko równym tysiączkiem i to w całkiem nowiutkich pięćdziesiątkach. Dwadzieścia sztuk. Świeżo wyjęte spod prasy.

 Jędrek babki co prawda nie ugodził, lecz obraz sprzedał. Obraz i wszystko inne. Czemu nie? Potem dopiero wyszło, że to graty po jakimś tam polskim królu i że były warte co niemiara. Ile dokładnie warte, nie powiedział, ale pił tak, jakby były od groma. Przechlał cały ten tysiąc i jeszcze się zapożyczył, a przy winach po cztery złote to spora sztuka. Do tego jego babka wkrótce umarła i wbił sobie do łba, że przez niego. Może po części i prawda, ale kobicina miała już swoje lata i śmierć za nią węszyła. Niemniej, to jeszcze bardziej wrogo nastawiło go do obcych. Jak i tych jego kumpli spod sklepiku. Tych, którzy tak jednoczyli się z nim w rozpaczy, pomagając przepić mu te pieniądze. Poprzysięgli zemstę na każdym obcym, który próbowałby znowu okpić któregoś z nich. Biednych i niezrozumianych ludzi pracy, a naprawdę tylko zwykłych nierobów.

 Ja się z tymi gadami nie utożsamiam. W rozjazdach bywałem więcej niż w domu i szersze miałem podejście do tych spraw. Bardziej światowe, powiedzmy. Któż mógł wiedzieć, że nim upłyną choćby cztery miesiące, będą mieli okazję do spełnienia swych gróźb i że moja rodzina odegra w tym swoją rolę.

 

 *

 Miałem urlop. Nie, żebym tego pragnął, ale miałem. Co więcej, nie wiedziałem nawet na jak długo.

 Wszystko dlatego, że jakiś dzieciak wszedł mi prosto pod pociąg. Stał sobie spokojnie przy szlabanie, stukając tam jakiegoś mememesa, by po chwili wejść prosto pod koła. Bez najmniejszych oznak lęku przed sunącymi wprost na niego tonami stali. Pamiętam, że włosy miał spięte w kucyk i duże słuchawki na uszach. Tak wielkie, że wyglądał jak robot. Jak te takie z tych filmów o robotach.

 Gdy tylko zaciągnęliśmy hamulec, pierwsze, o czym pomyślałem to, że nie znajdziemy na śniegu kropelki krwi. Tylko przewody i kałużę zielonawej brei. Dokładnie.

 Ale krew była. Oj tak. Pociąg zmielił go do tego stopnia, że krwawy ślad ciągnął się przeszło sto metrów.

 Najgorsze jednak w tym wszystkim było to, że w wydychanym powietrzu miałem zero dwa promila i dopiero wtedy zaczął się cyrk. Poddałem się badaniu dobrowolnie, choć ponoć mogłem odmówić. Tylko że wówczas kompletnie nie zdawałem sobie z niczego sprawy, a już najmniej z dwóch piw, wypitych do poprzedniej kolacji.

 Więc łaziłem smętnie po obejściu, już się czując jedną nogą na bruku, kiedy wpadły dzieciaki, krzycząc od progu, że po wschodniej stronie naszego sadu ktoś stawia namiot. Najpierw pomyślałem, że bajdurzą, bo na zewnątrz było z minus pięć stopni, ale nie dały żyć. Co było robić? Przywdziałem palto i poszłem, znaczy poszedłem sprawdzić. I faktycznie. Dzieciaki nic nie zmyśliły.

 Kiedy dotarłem na miejsce, namiot już stał. Podłużny, bardzo niski i poobkładany skórami jakiegoś zwierza. Przed nim, na widełkach, wisiał spory kocioł, w którym stała woda podgrzewana ogniskiem, obok zaś wałęsał się osiołek, wyskubując ostatnie kępki trawy. Szlag mnie trafił.

 Intruza nie zobaczyłem od razu, ale wskazał mi go pierworodny. Zuch chłopak o iście sokolich oczach.

 Mężczyzna stał do nas tyłem na skraju pola. Nagi do pasa wcierał w swe cielsko śnieg. Był tłusty i bardzo wysoki. Do tego stopnia, że za cholerę nie mogłem go sobie wyobrazić w tym namiocie. Nawet na podkurczonych giczołach.

 Ruszyłem w jego stronę z sękatym kijem, który nie wiem kiedy pochwyciłem. Dzieciaki podekscytowane mogąc zobaczyć, jak ojciec załatwia sprawy. Jak przepędza obcego z naszej ziemi.

 Olbrzym powitał mnie uśmiechem, ukazując kilka złotych zębów. Gęsta czarna broda łączyła się przez bokobrody z równie czarnymi włosami. To samo na klatce piersiowej. Jak u niedźwiedzia.

 — Zdrastwujcie, gospodarzu! — wykrzyknął, śpiewnym głosikiem, kłaniając się niżej niż w pas. — Toć to na mnie te kijesko niesieta?

 Wyglądało, że facet to jakiś ruski, co wcale nie pomagało załatwić sprawy. Wszak tatko od maleńkości wpajał, że od ruskiego większej kurwy nie znajdziesz. Niemce to straszne gadziny, mawiał – przeokrutne – ale ruskie są jak zwykłe zwierzęta. Takie, co depczesz butem. Zapamiętałem dobrze jego słowa.

 — Rozbiłeś, że się pan na moim polu. — Wskazałem kijem na namiot. W odpowiedzi znów się przesadnie uśmiechnął.

 — A to... — zaczął — tylko na kilka dni. Potem polize. Droga moja daleka i zagmatwana. Można zdybnąć. Tutaj ziemia łaskawa.

 — Łaskawa, nie łaskawa, ale czyjaś. Moja. Nie życzę tu sobie pasożytów. Zabieraj, że się pan stąd.

 A on swoje:

 — Smutno tu macie bardzo, gospodarzu. Ziemia dorodna, ale drzewa wam płaczą. A od takiego płaczu jabłka gorzkie.

 — Panie — warknąłem. — Czy pan masz nie po kolei pod deklem? Zabierajże się pan stąd, bo spuszczę psa i dupsko panu wygryzie. To teren prywatny i nic panu do niego i moich jabłek.

 — Zupełnie niepotrzebnie się unosicie. Ja niegroźny. A już na pewno nie szkodnik czy bakteryja. Miałem właśnie iść o pozwolenie zapytać, ale w znoju i trudzie się nie godzi. Chciał się pierwej oczyścić.

 — Nie no, pan to masz naprawdę dziurę pod dachem. Nie chcę pańskich powitań ni nic innego. Masz się pan stąd wynosić i to już, bo inaczej sobie zaraz pogadamy.

 Viktor się zaśmiał i uderzył piąstką w otwartą dłoń. Może i Antoś był moim pierworodnym, ale w żywotności i harcowaniu mu ustępował. Jak zresztą wszyscy. Viktor to żywe srebro.

 Chciałem dodać, że był. Był żywym srebrem, zanim nie przypikował głową w ziemię, rozchlapując mózg na cały trawnik. Ale nie. Niech toczy się opowieść.

 — Więc tak stoimy. Ja i moje dzieciaki, naprzeciw ruskiego gbura. Moskiewskiej komunistycznej wszy, której nie sposób rozdeptać. Stoimy i czekamy, a on nic.

 W końcu niedźwiedź pyta: "Czy nie dość krwi się przelało". I nie chodzi mu – jak to mówi – o narody. A tak w ogóle, to nie jest Rosjaninem, a Ukraińcem, choć dla mnie to żadna różnica.

 Potem dodaje: — Nie ma co się lękać o robotę. On nie chciał żyć i wydumają to wszystko za dwa dni. Muszą tylko jego telefon zbadać. Potem zadzwonią. Naganę do akt pan dostaniesz, to jest pewne, ale za dwa lata nie będzie nawet śladu po całym zajściu. Tak więc, po co się trapić? Zgryzota człeka wykończy szybciej niż dżuma. Nie warto. Lepi naturę chłonąć.

 Tak się mniej więcej zaczęło. Od tamtych słów i później ich prawdziwości.

 Dzieci do domu wysłałem, a sam odbyłem najdziwniejszą rozmowę w całym życiu, siedząc na pieńku i jedząc zajęczy gulasz z drewnianej miski. Jeszcze tej samej nocy przyniosłem mu na okrycie dwa grube koce.

 Od tej pory los mej rodziny się zmienił.

 

 Link do części XV: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=1502

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: horror

Liczba wejść: 6

Opis:

Dodano: 2019-12-23 20:19:05
Komentarze.
*Ritha 10 m.
Uuuu, duzio zaległości, duzio duzio, już nie na czele peletona :c
I'll be back!
Odpowiedz
~alfonsyna 10 m.
Zawiadamiam, iż nadrobiłam zaległości jakoś wczoraj już, ale nie miałam sił witalnych na komentarz, a teraz zapomniałam, co chciałam wczoraj rzec. No nic, nie mogło to być nic złego, bo bym pamiętała.
"Zabieraj, że się pan stąd" - to mi się przypomniało - to nie ta składnia w tym przypadku, nie ten sens, raczej "Zabierajże się pan stąd".
Fajnie się leciało, zwłaszcza przez tę część, dobry dynamizm i ten ciekawy wątek z trójką dzieci, na który czekałam. No to teraz czekam dalej.
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
@ Ritha, spakojnie, kiedyś przywędrujesz.
@ Alfonsyna - poprawię już... jutro lub w sobotę. WIem, jaki ten tekst jest, więc dziekuję za lekki młotek sędziowski.
Ukłonias
Odpowiedz
~JamCi 10 m.
Koncowka ratuje tę część. Gdyby nie ona byłoby nudno.
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Ja dzielę części na mniejsze, na potrzeby tutejsze. Może temu. A może nie temu. Może tamtemu. Może do dupki
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
" Model rodziny także preferowano tutaj typowo wiejski. To jest: Baba, chłop i pięć, a nie rzadko nawet i dziesięć małych kaczuszek. Kaczuszek, które po wykluciu rzeczywistość od razu wypychała na środek stawu, by w wieku pięciu czy sześciu latek mogły już zapierdalać do upadłego. Obrabiać pole, pomagać w obejściu, a do tego godzić to jeszcze ze szkołą. Wszystko z nadzieją na lepszy los. Nadzieją zazwyczaj złudną" - to jest git fragment

"Inne se możesz nazywać nawet i markami telewizorów"

"I tak też było. Później przyszedł Victor i Amadea" - ten Victor?

Mówiła, że ta Maryjka wisi, odkąd jej babka nauczyła się chodzić[,] a i przedtem także pewnie wisiała.

"Viktor się zaśmiał i uderzył piąstką w otwartą dłoń" - raz masz Viktor przez "ka', raz przez "c', obadaj

No ta część mi bardziej siadła, fajna historia, wciągająca, dobrze opowiedziana.


Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Poprawię, poprawię. Tera muszę udawać pracownika.
Dziękuję za radosne cwałowanie.
Kątętęym
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
Cip cip
Odpowiedz
~Adelajda 10 m.
Jeśli Ritha nawołuje Polipa i Thelmę to również dołączam.
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
ja nawołuje WIWATA, kobieto puchu marny co Cie Mickiewicz oburacz do ust przycisnął, MOJEGO Wiwacika, oddajta mięęęęęęęęę
ide się zabić
Odpowiedz
~Adelajda 10 m.
xd Okej, nie wnikam.
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
To co tu uprawiamy radośnie tera to się nazywa :spam
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
xd spierdzielam, zanim dostane przez łeb
Odpowiedz
~Adelajda 10 m.
Ritha po prostu przyznaj się, że chciałaś użyć tej emotki z transparentem spam
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
Podłosc ludzka nie zna granic. Cii, poszła do swojej roboty, sio xd
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Paczę, dużo anąsów, że niby koment. Myślę, oho, nowy czytelnik, czytelnica może.
A tu radośnie pierdolando
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
Niestety to tylko my
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Ależ ja się cieszę z wizyty. Możeta ćwiergolyć do woli
Odpowiedz
~Akwamen 10 m.
W porównaniu do poprzedniego odcinka, ten jest ciekawy i nie usypia.Zauważyłem sporo powtórzeń - przemyśleń, a także słów, celowe? Jeśli tak to nuży i nasuwa się myśl, że idziesz na ilość znaków. Jeśli nie, warto pochylić się nad konstrukcją, np:
"Tak wielkie, że wyglądał jak robot. Jak te takie z tych filmów o robotach."
"Miałem urlop. Nie, żebym tego pragnął, ale miałem."
"Gdy tylko zaciągnęliśmy hamulec, pierwsze, o czym pomyślałem to, że nie znajdziemy na śniegu kropelki krwi. Tylko przewody i kałużę zielonawej brei. Dokładnie.
Ale krew była. Oj tak. Pociąg zmielił go do tego stopnia, że krwawy ślad ciągnął się przeszło sto metrów."
"żywym srebrem"
"Dzieciaki"
"— Te durne chłopy nabijały się ze mnie — warknął kolejarz — że albo ja taki tępy, albo mi marchew więdnie i nie umiem dobrze kobity dogrzać." - Wtrącenie nietrafione. Warknął, a to oznacza krótki moment czynności mówienia, a dalej masz jeszcze trzy zdania, więc wypadałoby napisać warczał... no, właśnie warczał odpada, delikatnie sugeruję zmianę czasownika.
O przecinkach nie wspominam, idę do kolejnej części.
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Ooo, z tym warczał ciekawe bardzo. Na pewno takim smaczki się przyjrzę, ale no, dziesięcioletniego tekstu chyba nie miałbym siły wywracać do góry nogami. Thx na wizytę
Odpowiedz
~JamCi 10 m.
A ja gupia myślałam, że wczesny Canu to prostszy Canu. Hahahhaha. Gupia nie?
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
No przecie tu prosto
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Nawet tacko. Prosto-tacko.
Odpowiedz
~JamCi 10 m.
Taaa... Jasssneee...
Odpowiedz
~pkropka 10 m.
"Tak wielkie, że wyglądał jak robot. Jak te takie z tych filmów o robotach." - :serce
Odpowiedz
*Canulas 9 m.
Miss pkropko dziękuję za śledzenie.
Resztę Państwa informuję (bo pewnie to wszystkich obchodzi, aż wcale), że wasze rady w tej właśnie chwili - pomiędzy łykami kawy - bierę pod uwagę.
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin