Mała Sue ucieka z domu (3z4) Mała Sue ucieka z domu (1z4)

Mała Sue ucieka z domu (2z4)

 

 (Może być bardziej żenująco niż zwykle, bo pamiętam, że tu wturlałem jakiś hippisowski wierszyk. Ostrożności z obcowaniem,ребята).

 

 

 Stało się to w momencie, w którym Sue spróbowała raz jeszcze i... jeszcze raz przegrała. Zaledwie minutę temu pełna determinacji przystanęła nad dziurą, rozkopując ją ryjkiem. Wyglądało na to, że gleba jest miększa. Kamień naruszył jej ząb, ale nie przestała. Już pal licho skręcające się kiszki czy inne takie, ale potrzeba wody była nie do pobicia. Tak wielka, że nawet gumowe rękawice nie robiły najmniejszego wrażenia. Kraina koszmarów zyskała nowego króla.

 Jednak w starciu z mocno zmrożonym gruntem przegrywała i zdawała sobie dobrze z tego sprawę. Spróbowała zatem jeszcze mocniej i... znów poległa. Tym razem ząb się ułamał. Tym razem nie tłumiła już łez.

 Zresztą, nie było takiej potrzeby. Rodzeństwo chrapało, porozwalane w przeciwległych narożnikach, co także na swój sposób było smutne. To, że nawet w takiej chwili nie umieli się zjednać, było najpaskudniejsze w tym wszystkim. A przecież pochodzili z tego samego miotu. Wykarmieni i odchowani na cyckach tej samej lochy.

 Na początku niczego nie usłyszała i dopiero po chwili wpadła na to, że może już nie być sama, że ktoś tu jest. Tak. Ktoś był po drugiej stronie i podsłuchiwał. Tylko kto? I jakie mógł mieć zamiary?

 Uspokoiła się i podreptała do ściany, gdzie ewidentnie słychać było szuranie. Przyłożyła ucho do deski, wstrzymując dech. Ktoś był. Na dwieście milionów procent.

 — Czy ktoś tu jest? — spytała nieco niemądrze, bo przecież wiedziała, że tak. Nie miała tylko bladego pojęcia kto.

 Właściciel głosu najwidoczniej się wahał, więc ponowiła pytanie błagalnym tonem. Potem ponownie i jeszcze kolejny raz. Głos znowu zaczął się łamać. Zalśniły łzy.

 — No jestem — odrzekł ktoś twardym akcentem. — Jestem i się przysłuchuję tym twoim wyciom. Rzec by można, trochę są one nieludzkie.

 Nie zrozumiała tych słów, ale cieszyła się, że ktoś tu był. Rozmowy potrzebowała prawie tak bardzo, jak wody, a Ciemny i Ella wciąż spali. Niech ktoś tu przyjdzie, marzyła tuż przed zaśnięciem. Niech ktoś mi w końcu powie, że nie jest źle.

 — Ale to oczywiste — kontynuował jej rozmówca, przesadnie akcentując twarde zgłoski, absurdalnie wolno sylabizując. Efekt był taki, że Sue poczuła się głupsza od rozchlapanego ubłoconego adidasa. I to takiego, co to nawet kokardki poprawnie zawiązanej nie posiada, a same supły. Nie śmiała jednak przerywać.

 — Wszak ty człowiekiem nie jesteś — ciągnął dalej wywód ochrypły stwór. — I dobrze. Nie ma bowiem od nich nic gorszego.

 Z tym się akurat zgadzała. Tylko, co dalej? Odezwać się czy wciąż pozostać w ciszy? Jak się nie odezwie, to tamten może się obrazić i sobie pójść. Ale jeśli powie coś głupiego? I kim on w ogóle jest? Kolejnym lisem?

 — Więc, ech. Czemu tak zawodzisz, jeśli można? Co wymaga aż istnych arii piekielnych? Źle mnie nie zrozum, ale ostatnio coś podobnego słyszałem, gdy młody Nerdy się w łańcuchy poplątał i zadusił biedaczysko na amen. Co ci jest? Czemu tak koty rozdzierasz?

 Trochę ją zdenerwowały te pytania. Czy ten ktoś przybył tu z innej planety? Czy nie doświadczał głodu i braku wody?

 — Jesteś tam? — Padło kolejne pytanie. Dość głupie, bo gdzie miała być. Gdyby tylko mogła, to by uciekła, ale sęk właśnie w tym, że nie mogła. Pogruchotane zęby, pół pyska krwi. Stępione pazury i żal.

 Nagle zapragnęła obcemu wszystko wykrzyczeć, nie zważając na to, kim mógłby być. Perspektywa wyżalenia się przed kimś, kogo nawet nie widzi, wydała jej się zdrowotna. Ba. Wręcz duchowo lecznicza. Pal już licho dalsze konsekwencje. Co jej się stanie? Dalej nie dadzą pić?

 — Ej, no. Do ściany mówię? — zapytał gość, bardziej radosnym, niźli nerwowym głosem. I to właśnie ów ton sprawił, że pękła.

 — Nie mamy wody i nie jedliśmy od dawna — rozpoczęła. — Marzniemy bardzo, błagając niebo o deszcz. Do tego jeszcze moja siostra jest chora, a ja...

 Głos znów pękł i musiała odczekać, aby się choć trochę uspokoić.

 — A Ty?

 — A ja złamałam ząb.

 — No faktycznie — odparł obcy z udawanym lub prawdziwym przejęciem. — Z żarciem to faktycznie teraz lipa, bo wszyscy piją. Ale woda? No żesz do kurki pieczonej. Wody jest pod dostatkiem na podwórku. I to gdzie dziób nie wetknąć. Mówię ci.

 — To bardzo fajnie. Tylko że nie możemy stąd wyjść. Zdychamy tu.

 Dobiegł ją gwizd. Długi, niemelodyjny. Siostra przez sen znów zapytała o deszcz.

 — A ta wyrwa? — spytał. — Do czego wam jest jak nie do wychodzenia na zewnątrz? W gwiazdy sobie patrzycie przed zaśnięciem?

 Sue wyjaśniła, skąd owa dziura się wzięła. Kiedy skończyła, zaległa cisza tak długa, że wydawało jej się, iż nieznajomy mógł odejść. Odezwał się jednak i kamień spadł loszce z serca

 „Przeklinam was stwory lasu” – doleciało z narożnika Ciemnego.

 — Pomogę ci — powiedział jegomość tonem, jakby wyświadczał tylko drobną przysługę. Świnię zamurowało. Jej serce zaczęło sprint. — Mógłbym nanieść ci wody, ale to by było tylko najzwyklejsze odwlekanie i na dłuższą metę zupełnie nie miałoby sensu. Właściwiej chyba będzie powiększyć ten głupi wykop, żebyś sama mogła się rozejrzeć. To znaczy, żebyście mogły.

 Chciała zapytać jak, lecz głos ugrzązł jej w gardle i na zewnątrz wykluł się tylko szept. Mogła jedynie dyszeć, mając nadzieję, że to wszystko nie jest tylko przewidzeniem. Gdyby teraz się nagle obudziła, chyba rozwaliłaby głowę o najbliższą ze ścian. Tego byłoby po prostu nazbyt wiele.

 — Za chwilę zacznę, ale najpierw ci wyjaśnię, co się dzieje, bo zdaje się, nie jesteś w tym na bieżąco. W końcu nie mamy tutaj domowej wojny ni nic takiego. Szkopy i ruskie ciągle siedzą u siebie, że tak w tę stronę uderzę. A wydarzenia? Hmm. Te mają wymiar, co by nie powiedzieć, regionalny.

 Sue nie rozumiała z tej paplaniny zbyt wiele, więc nie wiedziała, jak ma się odnieść. Własne ograniczenie zaczęło ją coraz bardziej irytować. Czuła się tępa, niczym używana codziennie piła i niegodna pomocy. Żałowała, że nie jest obyta w świecie i wydarzeniach, ani nie zna metafor czy celnych ripost. Wychowana w czterech ścianach komórki mogła jedynie chrumkać twierdząco lub kwiczeć, gdy się nie zgadzała. Trochę to mało. Taki obieżyświat lada chwila się znudzi.

 Myliła się.

 Nieznajomy odchrząknął i na swój lakonicznie przeciągły sposób, rozpoczął.

 

 Nazywał się Aaron i był kogutem rasy Brahma, wywodzącym się z egzotycznych i odległych piasków Indii. Do tego największym jebaką, jakiego tylko nosiły te padoły. Teraz już miał na karku swoje lata, ale dawniej...

 W ogóle to się strasznie popieprzyło w obejściu od kilku dni. No a tak dokładnie od dziesięciu. O tak. Równiutko i okrąglutko.

 Odkąd żonę gospodarza trafił szlag, wszystko się rozsypało w kawałeczki, a ustalony od prawieków porządek runął na łeb na szyję, niczym najprawdziwszy domek z kart. Pozostał jeno chaos i entropia. Pieski świat.

 Nikt już nie zawracał sobie głowy jakimś głupim karmieniem czy też choćby naniesieniem zwykłej wody. Nikt nie reperował szkód powstałych na skutek nawałnic. Nie cerowano siatek, nie uszczelniano podkopów. „Nic nie robić” – było nowym mottem tego państwa.

 Od śmierci żony, Travis, bo tak kogut nazwał gospodarza, ciągle pił. A co jak co, ale towarzystwo to miał do wypicia doborowe. Sami szubrawcy i najwstrętniejsze ochlapusy z całej wsi złazili się we dnie i noce, by podzielić jego rozpacz przez swoje gardła. A że pędzenie bimbru w tych stronach było niemal dyscypliną olimpijską, nie trzeźwieli, porzygując i srając, gdzie popadnie.

 Sue słuchała uważnie, ale myślami była już w tej części, w której kogut zaczyna powiększać otwór. On jednak ciągle trajkotał, więc słuchała. Może też potrzebował się wygadać?

 Wiedzieć zaś zdawał się wszystko albo przynajmniej bardzo wiele. Sue więc siedziała cierpliwie, a Aaron gdakał. Na tyle jednak wprawnie, że głód i pragnienie odeszły.

 Opowiedział jej o tym, że Martha, żona Travisa, umarła na jakąś zwierzęcą chorobę, na którą cierpiała od dawna. I to taką, co to ją dwukrotnie pomniejszyła. Oczami świńskiej wyobraźni Sue zobaczyła kobietę, którą do tej pory jedynie co znała z głosu. Wyobraziła sobie, jak ta przeciska się nocą do ich komórki. Ma ciemne włosy i mniejsza jest nawet od Elli, kiedy tak stoi, pytając, czy nic im nie trzeba. Jej kruche dłonie pozbawione są gumowych rękawic zaś na maleńkiej twarzy gości uśmiech. Taki z rodzaju spokojnych i dobrotliwych.

 Odpłynęła na chwilę i jakaś część historii musiała ją pewnie ominąć. Wróciła na moment, w którym kogut pieklił się, że zarąbali mu żony. I to wszystkie dwadzieścia trzy piękne kury. Nie oszczędzili ani jednej. Podłe psy.

 — Ja rozumiem! — wrzeszczał, zdzierając gardziel. — Wiem, po co Bóg nas zesłał. Nie raz przyszło mi patrzeć, jak luba, co to niedawno jeszcze z nią spółkowałem, biega po podwórzu bez łepetyny. No trudno. Nieraz tak to już bywa. Taki los. Ale że wszystkie naraz?! Do tego tak... dla sportu? O nie! Tego skurwysynom nie wybaczę!

 Mówił też o królikach, których spotkał równie okrutny los i kaczkach sprzedanych za grosze. Wspominał o psie, którego natłukli obuchem młota, że już nawet nie ma siły zaszczekać oraz o czterech malusieńkich kotach wrzuconych prosto do szamba. W obliczu tego wszystkiego Sue zrozumiała, że wcale nie mieli najgorzej. Ba. Może byli nawet wybrańcami.

 — W tych czasach, jeśli się tobą zupełnie nie interesują, to najlepsze, co może dać ci los. W tej chwili każda nawet najmniejsza z nimi interakcja kończy się śmiercią. I to często w niezwykle okrutnych mękach. Lepiej więc ich unikać, jak się da.

 — Ale co ja mam zrobić? — spytała Sue. — Jak tu zostaniemy, też przecież pomrzemy. A w tej chwili nie mogę sobie wyobrazić nic gorszego, co jeszcze by mogło nas spotkać. Nie wiesz, jak to jest, kiedy sztywnieje ci kark od ciągłego patrzenia w niebo, w nadziei na najmniejszą kroplę deszczu. To tragedia nad tragedię. Naprawdę.

 — Każdemu jego męka wydaje się największa i zrazu najbardziej dotkliwa — odrzekł Aaron ze znawstwem. — Ale nie będę ja się tutaj z tobą spierał. W zasadzie to się już do odejścia szykowałem, kiedy usłyszałem ten twój kwik. Jak tylko się z tą dziurą uporam, spierniczam stąd na dobre. Odkąd ci rzeźnicy urządzili sobie zawody w zabijaniu moich kochanych żon, nic tu po mnie. I wam też radziłbym się stąd zmywać. Chlanie, chlaniem, ale jeść trzeba i te chuje wkrótce sobie mogą o was przytomnieć. A ubicie przez porządnego rzeźnika, gdzie tracisz przytomność od jednego uderzenia obuchem w łeb, to zupełnie co innego, niż maltretowanie przez ledwie trzymających się na nogach, obszczanych żuli. Odejście stąd to najlepsze, co można obecnie zrobić. Mówię ci. Nic tu po żadnym z nas.

 To mówiąc, kogut wziął się wreszcie do pracy i z wigorem zaczął odgarniać ziemię. Jakiż więc przeszedł go wstrząs, gdy po chwili stępił sobie niemal wszystkie pazury, odgarniając zaledwie parę garści.

 Spróbował dziobem i pożałował tego niemal natychmiast. Sue zaś usłyszała suchy trzask i następującą po nim falę jęków, zmieszaną z ludzkimi przekleństwami. Przez jej grzbiet przetoczyło się lodowate zimno, które spłynęło od kopyt aż do ogonka. W gardle zaś urósł krab.

 Kogut zaprzestał prac, śmiejąc się przy tym nerwowo. Zupełnie, jakby chciał dodać sobie otuchy. Zapewnił ją również, że nie ma powodów do zmartwień, w co ani przez sekundę nie uwierzyła. Podobnie jak w to, że rano spróbuje ponownie, tylko musi się kapeńkę wykurować. Kłamał przy tym, że z południa nadchodzi ciepłe powietrze i gleba do jutra odmarznie. Trza być jeno odrobinę cierpliwym.

 Nie powiedziała ani słowa, gdy odchodził, bo wiedziała, że posiada do tego pełne prawo. Cieszyła się tylko, że nie zdążyła wciągnąć w tę chryję rodzeństwa i zarazić swoją głupią naiwnością. Zwłaszcza Ellę. Gdyby tak się stało...

 Ale się nie stało i dobre przynajmniej to. Tak znowu można sobie pomaleńku dogorywać, marząc o pajdzie chleba lub małym deszczu. Kto wie? Może Bóg im ześle chociaż to?

 Ale Bóg, jeśli istniał, miał do ich trójki zgoła odmienne plany. I żadna, nawet najmniejsza porcja wody, nie wchodziła w ich skład. Tak więc świnki były wciąż uwięzione zaś mała Sue, pozbawiona jakiejkolwiek nadziei, leżała i cicho płakała. Nie przepuszczała jednak, że to nie jest apogeum ich nieszczęść, a prawdziwa groza właśnie się budzi do życia. Powstaje w dużym zaniedbanym domu z czerwonej cegły i powybijanych niemal wszystkich okiennicach. Rodzi się wraz z otwarciem zapijaczonych oczu gospodarza i jego upiornych gości, którzy tym razem zupełnie nie mieli chęci na alkohol. Byli za to wręcz nieludzko głodni. I zdeterminowani, aby tę żywność zdobyć.

 Nad trójką zamkniętych świnek zaczęły się gromadzić czarne chmury, niemające jednak z deszczem nic wspólnego. A kiedy jeden z mężczyzn znalazł w sieni siekierę, pędziły już na siebie pełnym pędem.

 

 Jeśli by się upierać przy jakimś pozytywnym aspekcie tych zdarzeń, to chyba tylko w tym, że wszystko wydarzyło się szybko. Wręcz piekielnie. Zanim Sue się w czymkolwiek połapała, byli w środku, cuchnąc wódką i siejąc prawdziwy terror.

 — Bier no te małe, jasne! — warknął tykowaty, wskazując paluchem Ellę. Na jego apel odpowiedział gruby łysol. Typ o szkaradnie nalanej twarzy z nosem w znak zapytania i absurdalnie wręcz opiętych ogrodniczkach. Ruszył, dzierżąc pętlę z grubej liny, którą bez problemu założył świni na szyję.

 Do tego momentu Ella ciągle chrapała, ale kiedy tylko tłuścioch ściągnął powróz, rozwarła szeroko oczy. Wyszły jej z orbit tak bardzo, że wydawało się, iż wypełniają niemal calutką czaszkę. Spaślak szarpnął ponownie, ciągnąć świnię do drzwi. Ta charknęła, próbując odzyskać oddech i zaparła się kopytami. Przez jedną, króciutką chwilę trwali tak, jakby byli po obu stronach przepaści. Locha po swojej, a grubas po swojej stronie. Dwa światy, co łączy je ino sznur.

 Ale w tej układance był jeszcze jeden element i to nieoczekiwany przez nikogo. Kiedy więc oprych podduszał świnię tak, że cała siniała, właśnie brał rozbieg.

 No, na pewno było to dla najeźdźców zaskoczenie. Przybyli tu przecież po mięso, zupełnie nie spodziewając się kłopotów. Wszak do czynienia mieli ze zwierzętami. I do tego, przeraźliwie chudymi.

 A jednak.

 Ciemny opuścił łeb i niczym najprawdziwszy byk pognał na oślep przed siebie. Gromadzona od tak dawna furia znalazła ujście.

 Odbił się od czegoś strasznie twardego, że aż mu w uszach świsnęło, ale efekt na sto procent był dobry. Otylec bowiem runął prosto na glebę, łapiąc się za kolano. Z jego ust doleciało zawodzenie. Krzywy nochal zaczął wydalać smarki.

 Ciemny znowu się zerwał, gotów w każdej chwili ponowić atak. Furczał przy tym i warczał, z czego nie zdawał sobie nawet sprawy. Sue widziała to wszystko aż zbyt dobrze. Wciąż sparaliżowana strachem i zaskoczeniem. Wciąż niezdolna do ruchu i wstrzymująca od Bóg wie jak długo dech. Świat się zatrzymał i zamarł, a wraz z nim czas.

 Prosiak skoczył do przodu, choć bardziej tak dla postrachu, niż gdyby chciał naprawdę zaatakować. Poskutkowało i chudy, jak to się kolokwialnie powiada, narobił w gacie, rzucając się pędem do drzwi. No dosłownie kolana wyżej niż pępek. Az słomkowy kapelusz spadł mu z łba. Wtedy właśnie w sercu Sue zapłonęła malusieńka iskierka. Drzwi od komórki były wciąż uchylone.

 A potem bach!

 Ten trzeci, najstarszy, spokojny, uderzył siekierą znad głowy, kładąc Ciemnego trupem. Cios został wyprowadzony szybciej, niż błyskawicznie i musiał być wściekle dokładny, bo pokryte brunatną szczeciną ciało nie przebyło ani jednego kroku, a konwulsyjnie drgnęło tylko raz. Następnie człowiek złapał prosiaka za kopyto i zaciągnął broczącego na zewnątrz. Po chwili wrócił i ściągnął Ellę do siebie, na co serce Sue niemal się zatrzymało. Drab jej jednak nie zabił, a tylko ściągnął z szyi pętlę i wypuścił. Później wyszedł, zamykając na skobel drzwi.

 Najgorsze w tym wszystkim było to, że cały czas jego goryle łapy zdobiły długie rękawice z grubej gumy. Taaak. Nie mogło być przecież inaczej.

 Świnki zostały znów same, ale tym razem nie musiały już usychać tak z pragnienia, gdyż krew z rozłupanej czaszki ich brata nie zdążyła jeszcze do reszty wsiąknąć. W kompletnej ciszy i z uczuciem przejmującego bólu siostry zaczęły ją pić.

 

 Ile krwawych litrów może spłynąć z gardła krowy?

 I jak daleko przebiegnie kura bez głowy?

 Po ilu uderzeniach zamilknie skomlący pies?

 I po co tak naprawdę wieśniacy pompują gęś?

 Jaka jest ta prawda o gołębiach i kotach

 poza zwykłym pieprzeniem, że to dachowa hołota?

 Czasem coś przeszkadza, staje w gardle, jak ość.

 Bo czy słoń sam zabiegał, aby cenną mieć kość?

 Czy krokodyl się prosił, żeby mieć cenną skórę?

 Czemu polowania są lekiem na dni ponure?

 To jest efekt Mc Donalds's. To jest efekt KFC.

 Świnia nie zna szczegółów. Świnia o tym tylko śni.

  Choć sen jest to płytki, nie brak w nim skrytych znaczeń.

 Podejdź i sam zobacz. Przyjrzyj się jak płacze.

 Widzisz, jak się rzuca, kopytami kryjąc pysk?

 Koszmar nie odpuszcza. Ciszę mąci pisk.

 Wkrótce znów się zbudzi. Sen pryśnie spod powiek.

 Lecz strach nie odejdzie, gdy czai się człowiek.

 Człowiek, który przyjdzie, tylko skończy pić.

 Nie chcąc siostry budzić, nie zaczyna wyć.

 Zamiast tego myśli, czemu taki los?

 Ignorując przy tym nocy cichy głos?

 Nie daje mu wiary. Mało jej już ma.

 Lecz coś ewidentnie ciągle ją woła.

 W końcu świnka wstaje i drepcze pod drzwi.

 Czy to sen kolejny figla płata mi?

 Skąd te nocne echo może tutaj biec?

 Czy to kot przybłęda zgubił ciepły piec?

 Co by to nie było pozostać trza w ciszy.

 Robi, jak powiada, lecz dalej to słyszy.

 Wpierw jakby mlaskanie. Po nim zaś warknięcie.

 Wie, że ten, co idzie, zaraz tutaj będzie.

 Już pewnie za chwilę. No góra za dwie.

 Wtem wszystko się kończy. Świnia budzi się.

 Uff, wzdycha. Tym razem nieprawdziwe zło.

 Wtem głos ją dobiega:

  — Hej, czy jest tam kto?

 Sue nie odpowiada. Nie ma w strachu jak.

 W szczelinie łeb widzi. Na nim kręty kłak.

 Czarny jak sam węgiel. A pod spodem kły.

 Tego już za dużo. Oczy zdobią łzy.

 

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 9

Opis:

Dodano: 2019-06-29 19:34:00
Komentarze.
*Ritha 1 r.
„Może być bardziej żenująco niż zwykle, bo pamiętam, że tu wturlałem jakiś hippisowski wierszyk” Hehehe, pobudza ciekawość jeszcze bardziej

„Kraina koszmarów zyskała nowego króla” – to fajne

„Gdyby tylko mogła, to by uciekła, ale sęk właśnie w tym, że nie mogła. Pogruchotane zęby, pół pyska krwi. Stępione pazury i żal” – biedna świnka

„Głos znów pękł i musiała odczekać, aby się choć trochę uspokoić.
— A Ty?” – ty* z małej zdaje się

Wygooglowałam koguta rasy Brahma, fajne na łapki. Dbałość o detale i reaserch zawsze Ci towarzyszyły, bene.

„Wróciła na moment, w którym kogut pieklił się, że zarąbali mu żony. I to wszystkie dwadzieścia trzy piękne kury” (liczebniki też się zgadzały)

„Nie raz przyszło mi patrzeć, jak luba, co to niedawno jeszcze z nią spółkowałem, biega po podwórzu bez łepetyny. No trudno” D (creepy ale śmieszne też)

„— Każdemu jego męka wydaje się największa i zrazu najbardziej dotkliwa” – to bardzo celnie

„Przez jej grzbiet przetoczyło się lodowate zimno, które spłynęło od kopyt aż do ogonka” – ogonka <3 jak słodko

„Ale Bóg, jeśli istniał, miał do ich trójki zgoła odmienne plany. I żadna, nawet najmniejsza porcja wody, nie wchodziła w ich skład. Tak więc świnki były wciąż uwięzione zaś mała Sue, pozbawiona jakiejkolwiek nadziei, leżała i cicho płakała. Nie przepuszczała jednak, że to nie jest apogeum ich nieszczęść, a prawdziwa groza właśnie się budzi do życia. Powstaje w dużym zaniedbanym domu z czerwonej cegły i powybijanych niemal wszystkich okiennicach. Rodzi się wraz z otwarciem zapijaczonych oczu gospodarza i jego upiornych gości, którzy tym razem zupełnie nie mieli chęci na alkohol. Byli za to wręcz nieludzko głodni. I zdeterminowani, aby tę żywność zdobyć.
Nad trójką zamkniętych świnek zaczęły się gromadzić czarne chmury, niemające jednak z deszczem nic wspólnego. A kiedy jeden z mężczyzn znalazł w sieni siekierę, pędziły już na siebie pełnym pędem” – dobry fragment, dobre budowanie napięcia

„Do tego momentu Ella ciągle chrapała, ale kiedy tylko tłuścioch ściągnął powróz, rozwarła szeroko oczy. Wyszły jej z orbit tak bardzo, że wydawało się, iż wypełniają niemal calutką czaszkę” – i to dobre, obrazowe, mam przed oczami biedną świnkę

„Az słomkowy kapelusz spadł mu z łba” – Aż*

„Świnki zostały znów same, ale tym razem nie musiały już usychać tak z pragnienia, gdyż krew z rozłupanej czaszki ich brata nie zdążyła jeszcze do reszty wsiąknąć. W kompletnej ciszy i z uczuciem przejmującego bólu siostry zaczęły ją pić” – dobra końcówka

A teraz przechodzę do hippisowskiego wiersza :>

„To jest efekt Mc Donalds's. To jest efekt KFC.
Świnia nie zna szczegółów. Świnia o tym tylko śni” – to jest dobre
ps. Lubię Cię czytać w takiej nie wymuskanej, nie wyniuniunianej formie. Jest w tym coś sielankowego.

Ej, ale wcale nie głupi ten wierszyk, bardzo fajny, rytmiczny, pasujący do treści opka i w ogóle to wszędzie tu jest dobrze zbudowane napięcie i dramaturgia, w wierszyku też.

Będę pod kolejną częścią wkrótce





Odpowiedz
*Canulas 1 r.
Dziękuję Ritha. Nie mam siły się trochę odnosić, ale fajno, ze nie jest aż tak fatalnie. Jakoś tam poprawię, ale to muszę mieć enerdżi. Tera muszę iść se spać.

Odpowiedz
*Ritha 1 r.
Wystarczająco się odniosłeś, Canulardo
Odpowiedz
~Adelajda 1 r.
Jak to czytam, to mam taką osobistą sinusoidę uczuć, są momenty w których się zaśmieje i są momenty, w których może i bym zapłakała, gdyby nie brak połowy serca. A tak na serio, to myślę, że to jest naprawdę coś fajnego, taka bajka trochę dla dorosłych ze względu na niektóre sceny, mógłbyś pewnie upiększyć to i tamto, ale taka swobodna forma jest niczym wolny ptak, jeszcze nie usidlony w złotej klatce. W tej prostocie tkwi siła, potęga.
Odpowiedz
*Canulas 1 r.
Kurde, dzięki wielkie. Miałem lata temu - naprawdę LATA temu, kilka starych opowiaddań z samych początków kiedy to byłem uber-debil. I się zgubiły. I chujowo, że sie zgubiły. Dlatego starych tekstów mocno nie liftinguję. Jak są błędy natury technicznej - poprawię, ale nie chcę niszczyć koślawości, bo to też droga.
Pozdrawiam, half-heart
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin