Amadea — część XVII Amadea — część XV

Amadea — część XVI

 Link do części XV: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=1502

 

 Horror/Romans

 

 

 To nie tak, jak w tym filmach późną nocą. Nie dopadła tych skubańców żadna klątwa. Nie powymierali na dur brzuszny albo co. O nie. Jeśli ktoś ci przywali w łapę młotkiem, to nie będziesz się wkurzać na narzędzie, tylko na rękę, która się zamachnęła. I on też. Jeśli miał jakąś władzę z czeluści ziemi, postanowił spożytkować ją na nas. Za mord. Za fałszywość. Za zdradę. Ewelina zmarła niedługo później. W sposób, o jakim mówiłem.

 Spadła, wieszając firany, co jednak zobaczyła w szybie, to już jej sekret. Dość powiedzieć, że krwią namazała słowo "diabeł". Wiem, bo policja pytała, czy ktoś ją mógł przestraszyć? Czy miała wrogów? Co miałem odpowiedzieć?

 Z moją córką, coś ją tak straszliwie umiłował, było inaczej. Dostała, co obiecał, a nawet więcej. Nie wiedziała jednak, że wraz z maślanymi oczami wszystkich chłopów z sąsiedztwa dostanie także miłość od swego brata. I to potworną. Po jakiej się podnieść nie sposób.

 Zbezcześcił ją nazajutrz po konsolacji, kiedy wszyscy siedzieliśmy jeszcze w żałobie, zastanawiając się, co dalej z naszą rodziną. Bo jeśli jako rodzina byliśmy autem, to Ewelina była tego auta kierownicą.

 Antek przydybał moją córeczkę za obejściem, choć broniła się, kopiąc, drapiąc i szarpiąc. Nic to nie dało. Zgwałcił na gołej ziemi.

 Może powinienem psubrata zrazu zarąbać, ale nie mogłem. I nie chodzi o to, że pierworodny, ale sam też się czułem niekomfortowo. Myśli miałem tak kosmate, że wstyd przed Bogiem i miast mu ujebać łeb, dałem dwadzieścia minut na spakowanie. Odszedł po pięciu. Na odchodne powiedział, że czuje cały ból świata i że siekiera byłaby dla niego miłosierdziem. Potem splunął i poszedł. W tych samych utytłanych w błocie gaciach.

 To nie wszystko. Cztery dni później Amadea ułożyła się na torach i wkrótce potem została zmielona na wiór przez kolosa przewożącego węgiel. Takie składy jeżdżą niezwykle wolno i pewnie miała od groma czasu, by jeszcze się podnieść i uratować, ale nie skorzystała. Wciąż czytała swą ukochaną książkę o jakichś smokach i innych takich dziwadłach, kiedy stalowe koło oddzielało jej kręgosłup od reszty ciała. W domu zostawiła króciutką kartkę, treści: "Tato, dlaczego nie spróbowałeś zaraz po nim?" Pismo równiuteńkie jak zwykle. Zapłakałem.

 Idziemy dalej? Proszę bardzo. Viktor się ubrał i odszedł. Tak bez słowa. Byłem więcej niż pewien, że nie wróci. Kto wie. Jeśli przepowiednia jest prawdziwa, gdzieś tam żyje. Może nawet jako ten cudotwórca.

 Chciałem mu powiedzieć, że jego syn też odszedł, lecz kiedy żył, faktycznie myśleliśmy o nim, jak o Bogu. Ale po co? Niech toczy swoją opowieść. Niech ją wypluje. A potem? Sam już nie wiem, co potem.

 Czekałem i czekałem, lecz on milczał. Może oczekiwał współczucia, może nie. W każdym razie moment był odpowiedni. Błędem było ułożenie dłoni w pięść, co od razu wychwycił i się naprężył. Lufa ponownie patrzyła na moją twarz.

 — Ale chyba nie żyje — wznowił opowieść. — Nie odczuwam, jakby płonął w nim żywot. I dobrze. Jeśli mamy tu być, to wszyscy razem.

 Skinąłem głową. Bez fałszu, a z autentycznym wyrazem zrozumienia. Bo rozumiałem. Przynajmniej, dlaczego skoczył. Przypikował w chodnik nie dlatego, że się zakocha, tylko dlatego, że zakochać się bał. Gryzło go to, że nie da rady oprzeć się chorej miłości do swojej siostry i właśnie dlatego tak bardzo uciekał w pracę. W pracę, w której był niezwykle skuteczny. Wręcz wyjątkowy. Czy była to zasługa Ukraińca? Być może. W końcu jednak Amadea go odnalazła i niczym najczystszej maści sukkub omotała, rozszarpując wszystko, co śmiał zbudować. Inne pytanie brzmi: Czy zanim skoczył, przekazał fatum dalej?

 — Zamyśliłeś się, ale to dobrze. Oznacza, że choć rozważasz, by mi wierzyć.

 — Wierzę panu — oznajmiłem. — Choć nie wiem czemu. Chyba to po prostu intuicja.

 — Ja z kolei nie wiem, w jaki sposób się w to wszystko wplątałeś? Jak zostałeś częścią tej całej baśni? Po prostu chcę być tylko ze swą rodziną. Nic więcej.

 — Wiec, jeśli wszystko dobrze zrozumiałem, musi pan umrzeć?

 Uśmiechnął się triumfalnie, jak rodzic pomagający dziecku układać puzzle.

 — Wręcz przeciwnie, chłopcze. Chcę żyć wiecznie.

 W normalnych okolicznościach tandeta tego wyrażenia zmyłaby bród ze ścian i powybijała wszystkie cholerne okna, ale teraz?

 — Wiem, że mi nie wierzysz. To normalne. Sam ledwie sobie dowierzam.

 — To nie do końca to — odparowałem. — Zastanawiam się tylko, gdzie ja w tym wszystkim? W jakim miejscu stoję?

 — Ha. No jasne synku. Pewnie, że o tym myślisz.

 — Więc?

 — Nie mogę wiele zdradzić. W odpowiednim czasie zrozumiesz sam.

 — No jasne. Inaczej by było zbyt łatwo. Widzę jednak niedociągnięcie w pana działaniu.

 — Jakie?

 — To z pana synalkiem. Tym, którego kazał mi pan zabić.

 — I?

 — Skoro chce pan przeżyć całą tę dziwną historię, po cóż było kazać do niego strzelać? On się nie zalicza do rodziny?

 Znowu ten uśmiech rodzica. Jak niemal pogłaskanie po głowie ze słowami: "Widzisz, puzzel pasuje".

 — To wszystko był jego pomysł, drogi chłopcze. Ja nigdy bym na to nie wpadł.

 — Na co?

 — No... na to wszystko. Mój synek obmyślił plan, a potem wyrosłeś ty. Trafiłeś się w takim momencie, że aż nawet nie wiedziałem, czy to przypadek. Dokładnie, jakby kto nam ciebie zesłał.

 — I dlatego pozwolił się zastrzelić? Ten pana syn?

 — Jezus też musiał cierpieć — odrzekł Henryk. W jego oczach dostrzegłem fascynację graniczącą z obłąkaniem. Bardzo to niezdrowe połączenie. Zwłaszcza jeśli ktoś do ciebie mierzy.

 — No tak — odparłem. — Jezus. Znowu on. Boskiego syna chrześcijan można podpiąć pod niemal każdą kabałę. Wystarczy umiejętnie zamieszać kocioł.

 Oczka mu się zwęziły, ale nie dał po sobie poznać, że go trafiłem. Prowokacja chybiła.

 — Mówiłem ci już, że nikt tak nie umie cierpieć, jak mój Antoś.

 — Czy jego śmierć ma być za wszystko pokutą? — zapytałem. Przed odpowiedzią pierwszy znowu był uśmiech.

 — Owszem, ale nie tylko. Musiał tu trafić, żeby przygotować mą rodzinę do ucieczki. By w danej chwili wszyscy wiedzieli co robić.

 Pomyślałem nad tym, co pierniczy. Naciągane jak plandeka na żuku, lecz kto wie?

 — Co to dokładnie za miejsce, panie Henryku? Piekło?

 Zamyślił się na te słowa i coś błysnęło mu w oczach. Znów nie wykorzystałem okazji.

 — Kto wie? — odparł. — Może i piekło. Uważam jednak, że jest to rodzaj przystani. Rodzaj wędrówki bez początku i końca. Ale kto to może dokładnie wiedzieć? Chyba tylko Vladimir.

 — Więc moją rolę było po prostu wystrzelić? To trochę lipa.

 — Bycie pionkiem nigdy się nie podoba. Zawsze chcemy uważać, żeśmy są ważni. Ale nie pękaj. Nie tylko po to tu jesteś.

 Pomyślałem nad tym jego pieprzeniem. Kiedy do cholery się tak uelokwentnił, levelując z prostego chłopa na tkającego misterne sieci spisko-pająka? Czy od początku robił ze mnie wariata?

 — Więc dlaczego, panie Henryku? Po co tu jestem?

 Przypatrzył mi się uważnie, jakby analizując, czy zdradzić wszystko już teraz. W końcu stęknął i dodał ochrypłym głosem:

 — Jesteś czymś takim, jakby na wzór baranka. – Tyle. Sądził, że to wystarczy.

 — Jakiego, kurwa, baranka? — Uniosłem głos. Chryste. Znów niejasności.

 — No jak to jakiego. Bożego i ofiarnego. Tego, który został zarżnięty.

 Znałem tę historyjkę z dawnych dni. "O baranku Boży, który gładzisz grzechy świata. Przyjdź i zmiłuj się nad nami". Pięknie.

 — Więc mam być jakąś ofiarą?

 — Tak, ale nie w sposób, w jaki w tej chwili myślisz. Będziesz zaślepką dla tych, którzy ciągle szukają. Pozwolisz im spać spokojnie w poczuciu dobrze wypełnionego obowiązku. I tyle. Tak to się skończy.

 — Kurwa. Nic nie rozumiem. Dla jakich "nich?" Dla tych, co świecą po oknach? Dla tamtych "nich?"

 — Co? Nie. Pewnie, że nie.

 — Więc dla kogo mam być zarżnięty, panie Henryku? Co jak co, ale jest mi pan chyba winien wyjaśnienie.

 Pokiwał siwą głową ze zrozumieniem.

 — Więc proszę po prostu powiedzieć — naciskałem, starając się imitować pewność w głosie. — I tak pan do mnie celuje. Nic nie zrobię.

 Tym razem tak wyszczerzył usta, że chyba dałby radę połknąć jabłko w całości. Uśmiech był wielki, podły i nie uosabiał nic, co uosabiać powinien. Nic, poza parodystyczną powłoką zmęczonej twarzy i równie umęczonymi oczami, w kącikach których osadziły się zmarszczki. Głębokie, lepkie od brudnego potu linie. Wyraz jego twarzy informował, że człek człekowi jest wilkiem, a o każdy przeżyty dzień należy walczyć. Wydrapać go dla siebie i swoich bliskich, bo inaczej zrobi to za nas ktoś inny. Rozpychanie się łokciami jest cnotą zaś litość i współczucie to słabości. Podobnie jak marzenia o lepszy los, które nigdy nie zmaterializują się same. Bez cwaniactwa i dużej dawki wredności nic nie osiągniesz. To właśnie sugerowała jego twarz.

 — Powiem ci Michał — szepnął. — Wszystko wyjaśnię. To jedno jestem ci winien. W zasadzie szukam już słów.

 Nie pamiętałem, kiedy podałem mu swe imię, ale nieważne. Niech mówi. Niech da mi jeszcze jedną, ostatnią szansę. Choćby tylko maleńkie zamyślenie. Pójdę naprzód i nieważne jak to wszystko się skończy. Jedno maleńkie zawahanie. Nic więcej.

 Maszynista wydawał się jednak czujny. Nacisnął biały przełącznik na konsolecie i silne światła strzeliły tuż przed pociągiem, oświetlając dużą połać tunelu. Stare, omszone tory krzyżujące się nieopodal przed nami. Przedpotopowa rdzawa wajcha zwrotnicy. Przeciekający grudami ziemi, toporny strop. Oglądać takie widoki, to jak obcować z szaleństwem. Uwierzyć, znaczy zwariować.

 — Dobra — przerwał ciszę z autentycznym umęczeniem w głosie. — Przejdźmy do rzeczy. Posłuchaj i nie przerywaj.

 Zacząłem nieprzerywanie od teraz. Chwila oczekiwania, aż stary nabierze oddechu i już. Ostatnie stronice księgi przewrócić czas.

 

 Link do części XVII: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=1533

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: horror

Liczba wejść: 7

Opis:

Dodano: 2019-12-27 00:02:23
Komentarze.
~JamCi 10 m.
Zaczynam rozumieć zmiany języka :-)
Spryciarzu Ty.
Odpowiedz
*Canulas 10 m.
Toć mówiłem: "wczymiej kunie", nie ferreruj (rosze) wyroków, nie osądzaj naprędce
Odpowiedz
~pkropka 10 m.
Siemanko i tu.
"Nie wiedziała jednak, że wraz z maślanymi oczami wszystkich chłopów z sąsiedztwa dostanie także miłość od swego brata. I to potworną. Po jakiej się podnieść nie sposób." - mocne. Cała jej historia powala.
Coś mam na myśli, jestem ciekawa jak daleko strzelam. Poproszę kolejne części
Odpowiedz
*Canulas 9 m.
Jestem obecny. Przystępuję do wtłaczania części następnej. Loading...
Odpowiedz
*Ritha 9 m.
No fajnie się ta fabuła połączyła, powiem Ci, że całkiem zacnie utkane, miałeś plan pisząc to, czy na żywca?
Odpowiedz
*Canulas 9 m.
Nie miałem planu. Czy miałem zarys...? Powstawał pewnie po drodze na dwie kartki do przodu.
Odpowiedz
*Ritha 9 m.
Ok, wygląda jakby był plan, więc brawox
Odpowiedz
*Canulas 9 m.
Się układało na bieżąco
Odpowiedz
*Ritha 9 m.
A tu nie ma linkacza do kolejnej części
Odpowiedz
~alfonsyna 9 m.
"Nic, poza parodystyczną powłoką zmęczonej twarzy i równie umęczonych oczach, w kącikach których osadziły się zmarszczki" - coś tu jest poza porządkiem stylistycznym, a nie powinno być "powłoką zmęczonej twarzy i równie umęczonymi oczami"?
Poza tym lubię słowo "zaślepka" - dla mnie mogłoby mieć tak naprawdę sporo różnych podtekstów i zastosowań. I w brzmieniu mi się widzi, nie wiem czemu.
A z dwóch części, które natenczas przeczytałam wyciągam konkluzję starą jak świat - "uważaj o czym marzysz, bo może się spełnić". Oni chyba niezbyt uważali i oto nawarzyli sobie dość ciężkostrawnego piwa, które trudno przełknąć. Ale puzzle składają się zacnie.
Odpowiedz
*Canulas 9 m.
Linkach już dodaję - miss Łitha
Miss Anfoncyna - już się pochylam nad reperacją
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin