Amadea — część XIX — (przedostatnia) Amadea — część XVII

Amadea — część XVIII

 Link do części XVII: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=1533

 

 Horror/Romans

 

 IX

 Ktoś do mnie mówił. Łagodnie. Chyba drzemałem, a w zasadzie właśnie się wybudzałem, doznając wszystkich przewidzianych dla mojego nowego stanu atrakcji: zamglonego obrazu przed oczami, suchości w ustach, pulsującego żywym ogniem bólu.

 Głos dolatywał z opóźnieniem, rozlewając się pod czaszką, niczym olej. Rozciągał. Nie rozumiałem słów, a jedynie odczuwałem ból. Przejmujący i bardzo silny ból.

 — Ws…aj m...zg…u — usłyszałem. A zaraz potem pełne: — Wstawaj. Nie mazgaj się.

 Wstałem. W zasadzie zostałem postawiony do pionu, pamiętając jeszcze resztki snu. Wnętrze jakiegoś domu w środku lasu i człowieka próbującego mi pomóc. Kombinował coś zawzięcie, lecz w końcu wyszedł, najpierw jednak mnie ukrył. Dokładnie w jedynym miejscu, w którym byłem bezpieczny. I tyle. Reszta snu to już zwyczajny bełkot.

 — Dobrze, widzisz. Nie jest tak bardzo tragicznie. Jeśli chcesz, możesz nawet się oprzeć, ale nie waż mi się, kurwa, teraz mdleć! Nie mamy czasu.

 Chciałem powiedzieć, że kolejny zwrot jest niepoprawny. Że samo "Nie jest tragicznie" by wystarczyło, ale nie miałem siły się odezwać. Czyjaś ręka pchnęła mnie przez korytarz prosto w ciemnię przedziału.

 — To tylko biodro — powiedział ten ktoś za mną. — Da się żyć. Na wojnie ludzie w gorszym stanie dawali radę, a ty masz tylko przekręcić dla mnie zwrotnicę. Tylko tyle. Potem wszystko się skończy. Ból odejdzie. Obiecuję ci to. Daję słowo.

 Henryk. No tak. Teraz wszystko pamiętam. Ruszyłem na niego i bum. Tylko tyle. Tak to się powinno skończyć i tak skończyło. Teraz pozostał jedynie tępy ból, świadomość porażki i głębokie przeświadczenie, że dałem dupy.

 Kolejarz pchnął mnie przed siebie, lecz sam nie ruszył. Zachwiałem się, ale zdołałem chwycić stalową rurkę. Ból świdrował, rozchodząc się od pasa we wszystkie strony. Najgorzej było jednak przy samym biodrze. Dosłownie, jakby jakiś oszalały cieśla we mnie dłubał, rzeźbiąc swe chore dzieło, a za narzędzia służyły mu kły i pazury. Gorąc oblał ciało. Zwymiotowałem. Ręce lepkie od krwi, febra, szczękanie zębami i ten ból. Zwłaszcza on. Przynajmniej świadczył o tym, że jeszcze żyję. Pijackim tańcem zatoczyłem się w przód.

 Drobiłem kroczki, niczym mały robocik i wkrótce dotarłem do drzwi, przekręcając ręczną wajchę ponad nimi. Prawdopodobnie bym wypadł, bo zakręciło mi się cholernie w głowie, lecz nie zdążyłem.

 Tak samo, jak nie zdążyłem nawet krzyknąć, gdy wielkie łapska cisnęły mną o ziemię, jakbym ważył niewiele więcej od kota. Upadłem na nasyp z gliny, uderzając plecami o mokrą ziemię. Dość, by wszystko zobaczyć.

 Weszli, a w zasadzie wlali się tłumnie do środka, pędząc na sam początek. Wyglądali jak trupy z wieczornych filmów, co zrozumiałe, bo przecież byli trupami. Różnica polegała na tym, że ich gnijące ciała nie były efektem trudu pracy stylistów, a najprawdziwszym wieloletnim rozkładem. Żaden tusz ani podkład nie ukształtował cieni pod żarłocznie łypiącymi oczami. Pazury nie były jedynie plastikowymi implantami, a brud nie był sztuczny i udawany. Siekier nie wypożyczono z rekwizytorni.

 Wtargnęli niczym niesprawiedliwie zwolnieni w poszukiwaniu swego kochanego dyrektora. W nadziei na trupi samosąd, nim cmentarna policja nie nadjedzie. I nie nadeszła. Ktokolwiek nimi przewodził, Bóg czy Diabeł, dał im wolną rękę w działaniu. Pozwolił wyrównać rachunki.

 

 *

 Wciąż jeszcze leżałem na mokrej ziemi, gdy doleciało do mnie najszczersze z wyć. Zawodzenie, przy którym moje jęki były jedynie marnym popisem aktorskim braci Mroczków. Henryk dał z siebie wszystko, rzężąc, krzycząc, bełkocząc. Przez krótką chwilę, ledwie minutę, zwyzywał wszelkie mi poznane święte imiona i przymilał się do nich na przemian. Szukał oparcia w piekle, próbował w niebie. W końcu po prostu płakał.

 Potem wszystko ucichło, a oni wyszli, oddalając się wolnym krokiem prosto w czerń. W poczuciu dobrze wypełnionego obowiązku. Pomaszerowali ramię przy ramieniu, niczym bracia, taszcząc truchło kolejarza nad głowami. Przypomniała mi się scena z psów. Ta, w której kilku pijanych w sztok milicjantów niesie jednego z nich, śpiewając: "Janek Wiśniewski padł".

 Potem coś zgrzytnęło i pociąg ruszył. Powlokłem się ogarnięty paniką, że jeśli nie zdołam wsiąść, zostanę tutaj na zawsze. Będę przemykał w cieniu, żywiąc się szczurami i nigdy nie zobaczę słońca, czy innych ludzi. A inni ludzie, to po prostu Amadea. Tylko ona. Zostać tu, to oszaleć z rozpaczy.

 Ból nie zelżał, ale strach przed tym wszystkim był silniejszy i jakoś wsiadłem. Potem poczołgałem się naprzód. Właśnie dopełzałem do miejsca, gdzie go dopadli. Do przedziału, w którym, sądząc po przyozdobieniu ścian jelitami, musieli otworzyć mu brzuch. Gdzie strażackimi toporami oddzielali od ciała kończyny, rąbiąc wściekle i wsłuchując się w melodię krzyków. Do miejsca, gdzie oczy zostały wydrapane lub wygryzione, a twarz zdarta na miazgę. Do punktu oznaczającego sprawiedliwość.

 Potem popełzłem dalej, ślizgając się na ciepłej jeszcze krwi, jak w jakiejś upiornej parodii bobsleisty i gdy właśnie otwierałem drzwi kabiny, pociąg odbił na lewo. Dokładnie wiedziałem co to znaczy.

 "Sam jechał, to i sam skręcił" – powiedział ktoś wewnątrz mnie. Ktoś, kto już wszystko bez problemu akceptował. Trupy, upiory, tunele. Wszystko jedno. Byleby, kurwa, do przodu. Byle dalej. Póki oddech jeszcze siada na szybie, szansa jest.

 Oparłem plecy o ścianę i czekałem, w duchu modląc się tylko o jedną rzecz. Jeśli przyjdzie mi zmrużyć powieki, to niech ją jeszcze zobaczę, choć przez chwilę. Fatum, klątwa czy co tam, wszystko jedno. Moja miłość do niej była prawdziwa.

 

 

 Link do części XIX - przedostatniej: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=1570

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: horror

Liczba wejść: 9

Opis:

Dodano: 2019-12-30 00:04:54
Komentarze.
*Ritha 10 m.
"Ktoś do mnie mówił. Łagodnie. Chyba drzemałem, a zasadzie właśnie się wybudzałem" - w* zasadzie

"Chyba drzemałem, a zasadzie właśnie się wybudzałem, doznając wszystkich przewidzianych dla mojego nowego stanu atrakcji: zamglonego obrazu przed oczami. Suchości w ustach. Pulsującego żywym ogniem bólu" - skoro wymieniasz symptomy po dwukropku, to chyba bardziej przecinki i w jednym zdaniu, obadaj

"Pomaszerowali ramię przy ramieniu, niczym bracia, taszcząc truchło kolejarza nad głowami. Przypomniała mi się scena z psów1" - może: z pierwszej części "Psów", czy jakoś tak

Piękna końcówka! Szkoda mi tego chłopca. Mam nadzieję, że historia skończy się dla niego szczęśliwie


Odpowiedz
~alfonsyna 10 m.
Niby Henryk do przyjemnych typów nie należał, ale nawet mi go trochę szkoda było. Nieszczęścia skumulowały się w dość pokaźnej ilości, nie na wszystko miał wpływ, a potem to już chyba nawet żadnego dobrego wyjścia nie było. To trochę taka "grecka tragedia" - nie było szans na dobre zakończenie. No, chyba że jeszcze Michał jakieś szanse ma...
Odpowiedz
~JamCi 10 m.
a zasadzie właśnie się wybudzałem - w zasadzie
No to się podziało :-)
Nudzić się z Tobą nie sposób :-)
Odpowiedz
*Canulas 9 m.
I znów nieśmiertelne trio

Ritholina - poprawiam, choć mnie się nei chce - dziękować.
Alfonsyna - czy nie było szans... noo, pewnie nie, w sumie nie wiem.
Jamcińska - sposób, sposób


I jeszcze odezwa dla kogoś.

Słuchaj mje Canulardo z przyszłości. Tu nadaje Canulardo z roku 2020.01.01 - godz o 22.05
Jakbys tu kiedy szperał, nie pamiętajac znów czy poprawiłeś bęłdy, to tak, poprawiasz właśnie, więc spierdalaj.
Odpowiedz
~pkropka 9 m.

A mogłam go nie lubić
Odpowiedz
*Canulas 9 m.
W sensie, dziada?

Odpowiedz
~pkropka 9 m.
Tak
Odpowiedz
*Canulas 9 m.
Nooo, ale pomimo Twej, ekhm, pomyłki, widzę już jakich lubisz bohaterów i bardzo mnie Twe podejście odpowiada
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin