Pięćset mil do domu — część I Amadea — część XIX — (przedostatnia)

Amadea — część XX — ostatnia

 Link do części XIX — przedostatniej: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=1570

 

 Horror/Romans

 

 *

 Maszkar były trzy sztuki i miała nad nimi z piętnaście metrów przewagi, choć na każde cztery przebyte, traciła jeden. Wciąż jednak biegła, nie pozwalając sobie na luksus spojrzenia w tył. Sprytna, mądra dziewczyna. Tylko czy dość?

 Zamurowany, nie wiedziałem co zrobić i przyglądałem się scenie. Wiem, że to niezbyt brawurowe, ale cóż? Mam kłamać, że rzuciłem się na nich z pieśnią na ustach, krzycząc, żeby zostawili ją w spokoju? Nie. Lepiej opisać, jak było.

 Wybranka mego serca nagle skręciła i jasne było, że nie zechce poszukać schronienia w mych ramionach. Zamiast tego pobiegła w stronę pociągu, a oni za nią, ciągle zmniejszając dystans. Drżałem na samą myśl o tym, co będzie, jeśli ją złapią? Jak ukarzą za tak jawne sprzeniewierzenie reguł mrocznego świata? Co zrobią?

 Na szczęście dla niej, a przede wszystkim dla mnie, udało jej się wskoczyć na schodki i zniknąć. Tutaj zaś cud nad cudy – monstra stanęły.

 Dopiero gdy dotarło do mnie, że Amadea jest bezpieczna, zarejestrowałem pobieżnie, jak wyglądają. Mówię, pobieżnie, ponieważ nie chciałem widzieć żadnych szczegółów. Ze wszelkich sił starałem się do reszty nie zwariować, a ich wygląd mi na pewno nie pomagał.

 To, co zdołałem niechcący zapamiętać, przywodziło na myśl opasłe małpy. Nie chcę zbytnio tego w myślach przerabiać, ale ich łby były wielkie i kosmate, szczęki wysunięte do przodu, a ślepia żółte. Do tego łapy niemal sięgały ziemi.

 Nie wiem kim, albo raczej, czym byli, ale to właśnie one wydawały to piekielne zawodzenie. Przekonałem się o tym w momencie, w którym tylko Amadea im zbiegła. Zawyły wszystkie równiutko. Zupełnie, jakby miały wspólny biologiczny zegar, czy coś.

 Wtedy właśnie petryfikacja puściła i ruszyłem cichutko z powrotem, modląc się do wszystkich znanych Bogów, by ich upiorny chór trwał jeszcze chwilę. I po trzykroć ci chwała, o Ty, który raczyłeś mnie wysłuchać, trwał w najlepsze.

 Nie wiem, czy stwory mnie nie wyczuły, czy nie byłem dla nich w ogóle ważny. W każdym razie przez całą drogę żaden nawet nie łypnął kaprawym ślepiem. Nic a nic. Stali tylko z łbami uniesionymi ku górze i zawodzili. Zupełnie jakby byli zobligowani do najczulszego opłakiwania jej ucieczki. Mnie taki obrót sprawy odpowiadał. Wycofałem się cichcem i wsiadłem. Serce wznowiło bicie.

 

 *

 Nie zdołałem nawet pomyśleć o tym, by jej poszukać, bo rzuciła mi się na szyję od samych drzwi i jebać wszystkich tych, którzy uważają to za durną romantykę czy źle skrojoną komedyjkę z Hugh Grantem. To był mój świat i moje świecowe kredki. I ona też. Ona też była moja.

 Zatonąć w pocałunku i umrzeć, mógłby rzec melancholik i tym samym rzeczywiście by umarł. Nie wiem. Nazwijcie to przeczuciem czy wrażliwością. Ewentualnie znanym i oklepanym szóstym zmysłem. Po prostu czułem, że coś wisi w powietrzu. Coś jest nie tak. To znaczy, nie z Amadeą, ale z całą tą powaloną sytuacją. Jeśli to film, próżno oczekiwać końcowych liter. Nie byliśmy ani trochę bezpieczni.

 Pomyślałem, że powinniśmy ruszać, że o to chodzi. Musimy czym prędzej stąd wypieprzać, zanim te durne małpy skończą kolędowanie i powyrywają monstrualnymi łapami drzwi. Powinniśmy odjechać stąd w cholerę, nim wedrą się do środka i nas ukarzą. To znaczy ją. Mnie po prostu rozerwą.

 Tak więc z żalem matki wyrzucającą swoje dziecko z ósmego piętra odstawiłem jej usta od swoich i począłem przedzierać się ku przodowi. Ku kabinie maszynisty i zaklętej wewnątrz konsolecie, mającej moc rozruszać całe żelastwo. Uratować nas i zanieść słońcu. Parłem dzielnie naprzód, starając się ignorować zepsute biodro, które znowu chciało nawiązać dialog.

 Błąd mój polegał na tym, że na wrogów typowałem tylko istoty z zewnątrz. Małpo-podobne stwory z głębi tuneli, które samym tylko wyglądem zasługiwały na miano bycia uważanym za zagrożenie. I którym z taką łatwością przypiąłem łatki potworów.

 Mało to roztropne, powiadam. Niezbyt mądre. Chciałbym móc rzec, że przed samym atakiem to zrozumiałem. Doznałem nagle olśnienia. Iluminacji. Ale nie.

 Kiedy ostrze penetrowało mi żebra, nie poczułem nic, poza zdziwieniem. Nawet bólu. Ten pojawił się później.

 Nie upadłem, nie zemdlałem i nie umarłem. Tego mi zarzucić nikt nie może. Miast tego, po prostu osiadłem. Zupełnie jak poszewka od kołdry, którą w furii ktoś wyrzucił z okna, i która tylko dryfuje i dryfuje. Dryfuje i osiada. Dry…

 Ja też tak mniej więcej dryfowałem, spływając po ławkach na ziemię. Wolno, niespiesznie, leniwie. Z dobrodziejstwem na zaskoczonej twarzy i bez lęku. Oj bez. Znam trochę swe własne ciało i wiem mniej więcej, co może. Po tym, co mnie rozpruło, nie spodziewałem się raczej dźwignąć z gleby.

 Zanim oczy zgasły, udało mi się uchwycić napastnika. Kadr był nieostry, ale wystarczający, by go rozpoznać.

 Menel z pociągu. Ten sam, co mnie zagadnął, gdy wsiadałem. Zupełnie nieznany gość. I tyle. Wizja wysiadła, a fonia niedługo po niej, ale myliłby się ten, co chciałby końca.

 

 *

 Odzyskałem przytomność (bo przecie, jakby inaczej) i od razu wyczułem, że jedziemy. Pociągiem trzęsło, lecz bólu prawie nie czułem. Niezbyt dobry to znak.

 Amadea trzymała mą głowę na swych kolanach, mierzwiąc palcami włosy. I jeśli miałbym umrzeć, to chciałbym teraz. W filmie, by pewnie tak było.

 Zastanowiłem się, kto kieruje pociągiem, lecz gdy obróciłem głowę, okazało się, że jedzie sam. Zbyłem to wzruszeniem ramionami, bo czy takie coś mogło być ważne? Zwłaszcza w obliczu tylu bardziej istotnych rzeczy? Nie sądzę. Naprawdę szczerze w to wątpię.

 Nie dostrzegłem także mojego kata i miałem więcej niż pewność, że stało mu się coś złego. Nie, poprawka. Coś bardzo, bardzo paskudnego. Moja pani mogła wydawać się drobna, ale drzemała w niej iście pierwotna siła. Wyczułem to dużo wcześniej.

 Więc tak to właśnie było. Jechaliśmy. Ja prawie umierający i ona smutna. Ręce splecione wspólnie. Policzki skąpane we łzach. I wiecie co? Jeśli to wszystko wygląda na melodramat, na podziemną wersję Titanica, to trudno. Nie zamierzam się tego wszystkiego wstydzić. Cała historia może się wydać sztampowa, wtórna czy kiczowata, ale była tylko moją historią. Tylko naszą. To moje decyzje i czyny doprowadziły do takiego właśnie biegu wydarzeń i opinia malkontentów wisi mi kantem. To ja tam z nią byłem, nie nikt inny. Ja odczuwałem dotyk i czułem smak. I wierzcie albo nie wierzcie. Jeden chuj.

 Było warto.

 

 *

 I przeszedł dla niej las cały.

 Sześć nocy, żadnego dnia.

 Przepłynął czarne jezioro.

 I przebył jamę bez dna.

 

 Wspiął się na białą górę,

 po której zjechał saniami,

 na pustej prerii zaś walcząc

 z wielkimi, jak koń, ogarami.

 

 I sępy tylko na niebie,

 burzonym, podłym od chmur.

 Krakały nad biegiem starcia

 w padlinożerczy chór.

 

 Walka trwała sześć godzin,

 aż starcie pogodził dzień.

 On pokuśtykał, skrwawiony,

 wpierw bestie ścinając w pień.

 

 I dotarł przeto do klifu,

 czując, jak życie ulata.

 Z tablicy zaś odcyfrował,

 że właśnie mija skraj świata.

 

 Popatrzył w mgielność niebytu,

 zadąwszy uprzednio w róg.

 I nikt go skarcić nie zdołał.

 Ani ten czas, ani Bóg.

 

 Za to feniks się zjawił,

 krwistoczerwony mak.

 On cisnął mu w pazur sześć monet,

 w ugodny zmieniając ptak.

 

 *(fragment wiersza Pt. Zwykła rymowanka o wojnie, której nie warto przegrać).

 

 

 

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: horror

Liczba wejść: 8

Opis:

Dodano: 2020-01-02 00:04:13
Komentarze.
~JamCi 9 m.
Czytałam "zwykła rymowankę o wojnie" i jestem innego zdania, akurat najlepsze Ci nie pasowało, to wywaliłes i tu nie ma :-)
Hmmmm... droga buła lepsza od celu.
Znaczy zakonczenie mi się znacznie mniej podoba niż reszta tekstu, ale w sumie to jest bardzo fajne. Że droga się liczy :-)
Zakonczenie takie trochę niedosytne, jakyś już wreszcie chciał skończyć.
Odpowiedz
*Canulas 9 m.
Egzakly, pisząc już, jeśli dobrze pamiętam, chciałem skończyć, no i urwanie się wydawać może. Kiedyś miałem taką zapaleńczą manierę, że ze rozdmuchiwałem we łbie tekst do niebotycznych rozmiarów i potem nagle error.
Dziękuję Ci, JamCi za doturlanie się na czele peletona.

Odpowiedz
~JamCi 9 m.
Cała przyjemność po mojej stronie. W dobry dzień wrzuciłeś.
Odpowiedz
*Canulas 9 m.
Nie wiem czemu w dobru, ale miło mnie podwójnie. Albo przynajmniej tak półtora raza miło, bo jednak podwójnie to dość dużo.
Odpowiedz
~alfonsyna 9 m.
Tak już bardziej analizując na koniec całość, mam refleksję, że po początku zupełnie nie spodziewałabym się takiego rozwinięcia i zakończenia - to akurat dobrze. Niemniej z drugiej strony - początek dla mnie był mocniejszym akcentem niż zakończenie i w ogóle wydaje mi się, że jakiegoś większego planu na tę historię nie było, dużo wynikło z pisarskiego spontanu, który pod koniec jednak wytracił nieco rozmach. Ostatecznie puzzle ładnie się złożyły i można by rzec, że w pewien sposób skończyło się i dobrze, i źle. Taki niby paradoks, ale sensowny - Michał nawet wydając się przegranym, odniósł pewne zwycięstwo, które potrafił docenić. Jakoś już przełknę ten romantyzm, bo nie jest przesadzony.
Odpowiedz
~Adelajda 9 m.
Rymowanke o wojnie pamiętam, bo nawet próbowałam nieudolnie recytowac, ale nieistotne. Końcówka trochę jakby już pedzila, byle do końca. Ale można powiedzieć, że nawet jest szczęśliwe zakończenie. Ciekawe opowiadanie, jak i dziwne.
Odpowiedz
*Canulas 9 m.
@alfonsyna - jeśli idzie o obcowanie z moimi tworami, to za bardzo o częste happy-endy czy romantyzm nie musisz się martwić. Tutaj, fakt, jest infantylno-naiwnie, ale to jeno odprysk. Dziękuję pięknie.

@Adelajdo - taaa, nooo, co do tego, że dziwne, to się zgadzam. Pewnie, gdybym dysponował auto-wstydem, to bym go nie wrzucił, no ale... Dziękuję.
Odpowiedz
~entropia 9 m.
Od miejsca gdzie skończyłam, wzięłam na jeden raz resztę do końca.
Bardzo, bardzo fajna historia, z pogranicza snu, obłędu, z magią, dużo ciekawych wątków, bogata Twa wyobraźnia i fantazja! Dobrze zbudowany świat, bohaterowie i ich historie. Opowiedziana w całości jak pędzący pociąg po torach, który na końcu wykolejony zatrzymuje się...
Odpowiedz
*Ritha 9 m.
"Maszkar były trzy sztuki i miała nad nimi z piętnaście metrów przewagi, choć na każde cztery przebyte, traciła jeden[.] Wciąż jednak biegła, nie pozwalając sobie na luksus spojrzenia w tył"

" Nie zdołałem nawet pomyśleć o tym, by jej poszukać, bo rzuciła mi się na szyję od samych drzwi i jebać wszystkich tych, którzy uważają to za durną romantykę czy źle skrojoną komedyjkę z Hugh Grantem" - e e e, pomału, lubię Hugh Granta, się proszę odtentegować (w ogóle lubię, tjaaa, komedie romantyczne, a najlepiej z Will Smithem, ooo, albo z tym całym, Mathewem z Dedektywa)

Ostatnie akapity łapią za serducho, naprawdę. Wiersz czytałam, ale pamiętam jak przez mgłę. Natomiast całość zakończenia jest ucieczką (nie sam motyw, że on się zabił, by z nią być, bo to akurat git, ale całe te dwie ostatnie części). Powieleniem zabiegu ze Świnek. Ciachnięciem powoli snutej historii w szybki, średnio wyjaśniony sposób. Upchaniem w to wiersza, by było jeszcze enigmatyczniej. Zrobienie z czytelnika "gupa", by zatuszować luki w pomysłach. Tak, tak, Canulardo, musisz być dzielny i to znieść. Ja naprawdę mam romantyczną duszę, ale Amadea nie urwała mię jajców, czy tam, może bardziej adekwatnie - nie wyrwała z butów. A powinna, bo romantyzmem naszpikowana. Zabrakło mi tego, co jest obecnie, tych wszystkich zwrotów, tej całej żonglerki i tego zatrzymywania pojedynczych scen, gdy Rose filuje przez okno, a Wiwat bawi się nożem w zawiesinie dymu z jej przed momentem odpalonego papierosa. Snop światła wąski, tylko z okna, wszystko jak w, hm, trójwymiarze zostaje w głowie. Tu jeszcze tego nie było. Tu hasałeś radośnie, nieskrepowanie bez presji. Tu udawało się w ten czy inny sposób zamykać opowiadania. Są plusy i minusy każdego etapu drogi. Jesteś już sporo dalej i nosisz cięższe brzemię, ale i pajdy satysfakcji większe.
Zamykam peleton

Odpowiedz
*Canulas 9 m.
"Zrobienie z czytelnika "gupa", by zatuszować luki w pomysłach." - hahhahhahahahahhahahah, kurwa, jak bardzo trueee. Zabraniam grzebać we łbie Canulardo. Ech, no racja, nop. Yebać. Już po zabiegu.

Miss entropia, miss Ritha - dziękuję paniom za drogę. WIem, że wyboista.

Odpowiedz
*Ritha 9 m.
Hehehehe
Odpowiedz
*Ritha 9 m.
(se możesz zabraniać dowoli )
Odpowiedz
*Canulas 9 m.
Trójwymiarowa jak się mundrzy, noo. Łoburzajunceee
Odpowiedz
*Ritha 9 m.
Nieprawda! Nie mam czasu sie z Toba przekomarzać, gdyż sie spieszę tak.
Odpowiedz
~pkropka 9 m.
Całkiem słodkie zakończenie. Dla mnie ciut zbyt, jakoś ta ich miłość po mnie spłynęła.
Wiem, że można zakochać się od pierwszego wejrzenia i wiedzieć, że to ta osoba, która będzie twoją przyszłością. Ale to tylko iskierka, która tutaj była bardzo blado narysowana. Nie wierzę im, cały czas liczyłam na zwrot akcji, w którym Amadea jest jakimś demonem, albo czymś w tym stylu, który omamia mężczyzn. Za mało prawdziwych uczuć, za dużo słodyczy.

Historia jako całość bardzo mi się podobała, ale końcówka pozostawiła mnie z niedosytem. Trochę, jakby dla żartu ktoś dał mi pyszny tort, ale dopilnował, żeby ostatni kawałek był niesmaczny. Nastawiasz się na ten ostatni kęs nieba w gębie, a tam śledź.
Odpowiedz
*Canulas 9 m.
Nooo, możliwe, bardzo prawdopodobne. Sorex, ale nie chciałem uwspółcześniać, choć sam wiem, że dzisiejszy język, czy choćby same patrzenie na dane sprawy, mam inn, niż wtedy. No ale to trochę hołd dla tamtych naiwności.
Dzięki za drogę.
Odpowiedz
~pkropka 9 m.
Całkowicie rozumiem. Wspomniałam, bo szczerze mówiąc nie kojarzę innego twojego romansu. Nie liczę cudownych par z brudnych noirów, niezbyt wiem na ile można to romansem nazwać :p
Zawsze fajnie poznać wcześniejsze prace. Dobrze, że nie uwspółcześniłeś.
Dzięki za drogę, którą mogłam podążać
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin