Pięćset mil do domu — część IV Pięćset mil do domu — część II

Pięćset mil do domu — część III

 Link do części II: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=1691

 

 V

 Merlin nakazał ręką i przystanęli, wzniecając tumany kurzu oraz dezorientując włochatego pająka wielkości pięści. Jimmy Bon Jovi od razu skoczył do toreb i zaczął poprawiać troki w ich mocowaniach. Polip wsunął do gęby brudne paluchy, ale nie miał już co z siebie wyrzucać, więc tylko się cały zaślinił. Ukrop, rozpinając w biegu galoty, poleciał srać.

  — Czemu stajemy? — zapytał Wiwat, prostując kości w bliżej nieokreślonej gimnastyce. Czarna kurtka ze wzorem przewróconej beczki ropy, nad którą krzyżują się w braterskim uścisku dłonie, odbiła refleksy świetlne.

 Przywódca nawet nie zerknął, zajęty przeczyszczaniem okularu starej lornetki. Kiedy uznał, że styka, przyłożył przedmiot do oczu.

  — Tee. Na chuj stajemy się pytam?

 Od strony drogi doleciał warkot silnika, który już dawno powinien być w renowacji. Saracen dobił do grupy.

  — Opierdalasz nas na każdym kroku, a sam się tera jopisz, chuj wie na co. Co jest?

  — Muszę pomyśleć — odparł Merlin bardziej na odczepnego, niż gdyby pragnął dialogu. Nic z tego. Kiedy tamten się uparł, śmiało mógł być synonimem wrzodu na dupie.

  — Podczas jazdy nie możesz?

 Wiwat nawet w swej grupie nie był szczególnie lubiany. Takich band nie tworzą jednak skauci. W podejmowaniu naprawdę trudnych decyzji bywał pomocny.

  — No więc? Komunikuj się facet. Wiesz, że cisza mnie kurewsko irytuje.

 Herszt odstawił lornetkę, przecierając zapoconą twarz rękawem kurtki.

  — Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda normalnie — stwierdził, co Wiwat odebrał jako ewidentne zaproszenie do rozmowy.

  — A jak ma wyglądać? Toż to tylko pierdolona stacja, jakich pełno. Może mają promocję i jeśli zatankujesz pod korek, to cię poczęstują wiśniowym ciastem bez wiśni? A ta przybudówka, po prawej, ma pewnie specjalny pokoik, gdzie jakieś przechodzone przez tirowców ruchadełka pomagają dobić ojczulkowi do średniej, kurwa, krajowej. Nic, co wymaga podchodów.

  — Mówisz?

  — Kurwa. Pewnie, że tak.

  Saracen nie wyglądał najlepiej. Twarz jednocześnie blada i purpurowa. Długie włosy jak wykąpane w pocie.

 Pewnie się ostro najebał, chcąc dotrzymać kroku reszcie grupy – pomyślał Merlin. – Albo jakieś choróbsko w niego wlazło. Paru chłopaków już kilkukrotnie go przekonywało, by w końcu puścił ze skarpy tego trupa i sprawił sobie maszynerię z krwi i kości. Nic z tego. Przywiązywał się do martwych rzeczy jak martwe dzieci do swych martwych szczeniątek. Merlin miał niemal pewność, że kiedy wszystko się skończy, docisną go mocniej i indianiec ustąpi. A jeśli jest tak bardzo do tego grata przywiązany, niech założy sobie mini-muzeum. Jego upór nie był dla grupy dobry. Coraz bardziej godził w ich mobilność.

 Indianin wskazał zabudowania, rozkładając w pytającym geście wielkie dłonie. Polip ponownie spróbował pożreć palce i ponowie nie przyniosło to skutku.

  — Jak widzisz — skwitował Wiwat. — Bawimy się, kurwa, w Alamo.

 Saracen go zignorował, wlepiając swe jedyne oko w szefa.

  — Hee-nry. Co-o tam?

 Kiedyś, podczas zwykłej szarpaniny, jeden kizior trafił go dwucalową rurką w prawą skroń, kasując oko i wywalając na ciepły asfalt dwanaście zębów. Indianin półtora miecha przeleżał w śpiączce i co bardziej zapalczywi robili już zrzutkę na kwiaty. Mimo że w końcu cudem się śmierci wywinął, od czasu do czasu, lubił połykać słowa. Bywały dni, że bez pomocy metalowego kapturka nie mógł uchwycić najprostszej nawet myśli.

  — Nie jestem do końca pewny. Chyba git.

  — Chryste. Co ma być nie git? Toż to tylko przydrożna stacyjka, gdzie...

  — Wiem... Gdzie przechodzone przez tirowców ruchadełka, pomagają dorobić ojcu do średniej. Tak?

  — Zgadza się — rozpogodził się Wiwat. — A do tego, jakaś wulgarnie podmalowana czterdziecha przyrządza dla gości steki. Ale wiecie, co myślę? Przypala je.

 Czarodziej wyszczerzył zęby. Ile już tych historyjek w życiu słyszał.

  — Myślę, że je przypala, bo w ogóle nie jest skoncentrowana. Nie myśli o tym, jak dogodzić tym ćwokom. A przynajmniej, jak im dogodzić kulinarnie. Obserwuje tylko znad garów, jak jej córuchny zjeżdżają z wieśniakami na bocznicę i coraz bardziej jest wkurwiona na swoją metkę. Na to, że się wywodzi z cholernych lat sześćdziesiątych i już żaden z nich na nią nie zerka. Nie łypie okiem i nie posyła całusów. Stary kobitę szturchnie z raz na cztery miesiące, gdy jest tak napierdolony, że przez przypadek pomyli ją z którąś z córek, ale to wszystko. Dlatego przypala te steki. Na dwieście procent.

 Wrócił Ukrop, pokazując coś żółto-brązowego na końcu noża. Coś, co się wiło pod ostrzem.

  — Patrzcie jakiego gościa nakryłem gównem? Szczęście, że mnie w dupę nie ukąsił.

 Merlin wrócił wzrokiem do Wiwata.

  — Czy w twojej wizji świata jest telefon?

  — Telefon?

  — Tak. W miejscu, które opisujesz. Czy jest tam telefon?

 Motocyklista zmrużył oczy przed słońcem.

  — Pewnie, kurwa, że tak. Mają telefon. Bo niby czemu mieliby go nie mieć? Nie żyjemy przecież w trzynastym wieku.

  — Ok. To coś już mamy. Powiedz mi jeszcze, jak przędą?

 Zakapiorowi twarz wykrzywił grymas, jaki nieraz można spotkać na końcu filmu, który nie miał szansy zakończyć się happy-endem. Zmrużone oczka przeszły w spizgane szparki.

  — A co? Chcesz ich pierdolnąć po drodze? Mnie tam jest wszystko jedno, ale za dużo szumu, też niezdrowo. Nawet jebany pająk nie żre czterech much naraz.

  — Nie, Wiwat. Nie mam chęci ich skubać. Pytam, jak się utrzymują na powierzchni?

 Coś w słowach przywódcy nie grało. Jakby miał mu lada moment przywalić w rogi. Wiwat był tego pewien. Nie wiedział jeszcze tylko, z której strony.

  — Co to, kurwa, ma być? Teleturniej?

  — Po prostu powiedz, co myślisz? Każdy burak w promieniu stu mil wie, że na tym zadupiu stacja to żyła złota. No, bez przesady, ale na pewno pozwala zawiązać koniec z końcem. A wiesz, jak powiadają, nie? Na bezrybiu i rak może być rybą.

  — Czyli co, bo się chyba kapkę pogubiłem?

  — Nie wiem. Ty mi opowiedz. A zacznij na przykład od tego, czemu ich małe przedsięwzięcie nie spłonęło?

 Polip od prób wymiotnych nabawił się czkawki i co jakieś dziesięć sekund głośno czkał. B.J. Jimmy ciągle grzebał przy torbach.

  — Aaaa — rozpromienił się Wiwat. — Pewnie się po prostu opłacają.

  — Bingo. Komu?

  — Chryste na niebie. Ciemny. Siedem stóp wzrostu. Lubi wypalać oczy stalowym prętem.

 — Komu, Wiwat!

 — No, T-Rexowi, do chuja!

  — Bravissimo. I jak sam przed chwilą powiedziałeś, mają telefon.

  — Nie bardzo rozumiem, po co te całe... — rozpoczął Wiwat i zamilkł. Uśmiech zgasł. Nabrzmiałe usta przykryły popsute zęby.

  — Więc już się lampeczka pali, po jakiego wacka stanęliśmy?

  — Taaa. Już tak. Po co tyle pieprzenia?

  — Skoro kojarzysz, to daj mi chwilę pomyśleć.

  — Pewnie. Myśl. Kombinuj szefie, a ja tymczasem sprawdzę, ile moja dziecina ma jeszcze ropy. Nie przeszkadzam.

 I Merlin faktycznie myślał.

 Coś, jakiś dawno niesłyszany głos, mówił mu, że nie bacząc na to, jak chujowo stoją teraz z paliwem, powinni to miejsce ominąć. Ruszyć na pełnym gazie, szukając szczęścia gdzie indziej. Tylko że wilcze oddechy wciąż dyszały im w karki. A motor bez benzyny to jak kutas bez pizdy. Fakt, można go jakiś czas prowadzić ręcznie, ale na dłuższą metę nie da rady. Statek musi mieć morze, a spluwa kule. Na inne rozwiązania nie ma szans.

 Więc Merlin, niejako przeciwko sobie i swym wewnętrznym przeczuciom, postanowił jednak, że podjadą i się kapeczkę rozejrzą. Jeżeli zajdzie potrzeba, najwyżej kogoś przekupią. A jeśli już naprawdę nie będzie innego wyjścia, rozwalą gdzieś po drodze kilka głów. Słowem, po prostu spróbują, nie bacząc na miejsce i czas. Co jednak z tego wyniknie, to, jak mawiał jego ziomek w Afganie: "Jeśli ktokolwiek raczy wiedzieć, to tylko Bóg".

 

 VI

 Na przestrzeni kilku ostatnich lat różne akcje zgrywały ich ekipę. Jedne całkiem komiczne, inne do granic przyzwoitości pojebane. Wszystkie jednak miały wspólną cechę – były logiczne i nie wymykały się racjonalnym wyjaśnieniom.

 Co prawda, raz kasowali gościa na zlecenie, który ani myślał odejść w piach i nawet po szóstej kuli ciągle wierzgał, ale pomimo tego incydentu, reszta zdarzeń z jakimi się zetknęli, plasowała się w kategorii: "zrozumiałe".

 Ale nie dziś.

 Dzisiaj świat się pojebał po całości.

 Sześciu motocyklistów nie jest w stanie nigdzie cicho podjechać, więc po prostu porzucili ten pomysł, stawiając na stare i sprawdzone metody, takie jak przekupstwo i zastraszenie. Jeśli kolesiowi tam w budzie zaświeci się japa na widok pliku z kapustą, to w porządku. W innym przypadku trzeba będzie robić dym.

 Tylko że "robić dym" jest bardzo śliskim pojęciem. Może oznaczać zwykłego prztyczka w nos albo piekielną rzeźnię, gdzie jucha spływa wiadrami. Wszystko zależy od szczęścia i nastawienia. W tym konkretnym przypadku było ono bardzo mocno na nie. Wręcz kurewsko. I tak jak w starych, zakurzonych komiksach z Johanem Hexem, tak i tu. Akcja przyspieszyła ostro z następną stroną.

 

 Link do części IV: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=1748

© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: inne
Opis:
Dodano: 2020-01-15 21:45:04
Komentarze.
~JamCi 4 m.
Nawet jebany pająk nie żre czterech much naraz. - dooobre :-)
Hyhyhy Merlin ma Canowy tryb myślenia jak dla mnie :-)
Znęcasz się, daj całe :-)
Odpowiedz
*Canulas 4 m.
Nikt nie przeczyta. Trza czekać.
Odpowiedz
~JamCi 4 m.
Buuuu ale ja chcę całe buuu... Co się człowiek napali to ma stop. Szczyt sadyzmu podsycić ciekawość głupiego.
Odpowiedz
*Canulas 4 m.
Nie, proszę Pani. Zero sadyzmu. Nie chcę wymuszać pośpiechu.
Odpowiedz
*Ritha 4 m.
I tu linkacz do dwójeczki, meastro

" — Czemu stajemy? — zapytał Wiwat" oto i un!
"Czarna kurtka ze wzorem przewróconej beczki ropy, nad którą krzyżują się w braterskim uścisku dłonie" - to też pamiętam!
"Takich band nie tworzą jednak skauci" xd

" Saracen nie wyglądał najlepiej. Twarz jednocześnie blada i purpurowa[.] Długie włosy jak wykąpane w pocie"

"Przywiązywał się do martwych rzeczy jak martwe dzieci do swych martwych szczeniątek" - tjaa, boskie, okropne i boskie zarazem
" — Co to, kurwa, ma być? Teleturniej?" xd (zdajesz sobie sprawę, że nie kopiuje wszystkiego co mi się podoba? jeśli nie to sobie zdaj )

"A motor bez benzyny to jak kutas bez pizdy. Fakt, można go jakiś czas prowadzić ręcznie, ale na dłuższą metę nie da rady" - o, ale to se skopiuje, bo to porównanie jest hm, genialne w swej prostocie

Te części są tak samo pociachane jak wtedy? Czy krótsze? Bo czyta się połykając wręcz. Narracja jest wykurwista. Dialogi także. Wiwat (już tak bez śmieszkowania) jest moim ulubionym bohaterem, ale cała zgraja wyrazista i idealnie wkomponowana w klimat opowiadania.

Odpowiedz
~marok 4 m.
Podobało się, mogę nie docenić kunsztu, ale czekam na następną część
Odpowiedz
*Canulas 4 m.
@ Ritha. Z pierwszej części, zrobiłem dwie, ale tą wrzuciłem całą. Jeśli będą długie, nastąpią cięcia, ale któtsze zostawię. Kropkę dorysuję.
@ Maroku. Zrozumiałem na 75% Dziękuję.
Odpowiedz
~jotka 4 m.
Dawaj kolejny odcinek.
Końcówka ma moc. Lubię takie wodzenie za nos czytelnika. I lubię taki język. Chyba musiałam znaleźć odpowiedni moment, bo wcześniej mi średnio podeszło, a teraz będę śledzić w miarę możliwości.

Odpowiedz
*Canulas 4 m.
Ależ ja pamiętam, że Ci średnio podeszło, czym się jakoś tak, no... nie zdziwiłem. Skąd teraz metamorfoza? Odcinek, haha, pięknie, odcinek w sob lub ndz. Nie chcę napieprzyć za dużo i za często.
Dziękuję za tą/tę (nie zawsze wiem) naprawdę dość zaskakującą wizytację.
Odpowiedz
~alfonsyna 4 m.
Dżizaz, to pierwsze zdanie i w ogóle pierwszy akapit jest piękny! W sensie taki, nazwijmy to, soczysty, pełen treści i finezyjny.
"Motocyklista zmrużył oczy przed słońcem" - niby w porządku to zdanie, ale nie wiem, jakoś tak średnio brzmi mi to "przed słońcem", może starczyłoby, że zmrużył oczy? Albo że zmrużył oczy pod wpływem słońca? To tak bardziej pod rozwagę, bo sama nie do końca wiem, jakbym to zmieniła.
"na końcu filmu, który nie miał szansy zakończyć się happy-endem" - "na końcu" i "zakończyć", a i happy-end też jest w zasadzie "końcem", więc trochę tego dużo tak koło siebie, może bardziej coś w rodzaju "na końcu filmu, któremu nie przytrafił się happy-end"? Albo jakiś inny synonim/przeorganizowanie zdania?
A tak ogólnie to brakuje przecinków przed zwrotami bezpośrednimi, np. tu: "Kombinuj(,) szefie"; było jeszcze coś podobnego gdzieś, ale uciekło mi. :P
Poza tym, tak podsumowując - bardzo barwni i tacy naturalni są bohaterowie, dialogi nie zgrzytają, wszystko się fajnie klei, nie ma co się czepiać, no i narracja bardzo przystająca do historii, ogółem wszystko do siebie pasuje.
To mówisz, że akcja już na ostro z następną stroną?
Odpowiedz
*Canulas 4 m.
Kurde, aż musiałem sobie przeczytać ten akapit. Nooo, nie wiem Słońce chyba zostawię, ale z tym happy-endem to faktycznie coś nie teges. Pomyślę nad zmianą. Z przecinkami to wiadomo jak jest, a raczej, jak nie jest.
Dziękuję pięknie za odwiedziny.
Odpowiedz
*Ritha 4 m.
Ni ma linkacza do czwóreczki Pilnuję linkaczy!
Odpowiedz
*Canulas 4 m.
Link jest
Odpowiedz
+berkas 1 m.
No wciąga dość skutecznie ta seria.
Odpowiedz
*Canulas 1 m.
berkas - niech jakimś światełkiem w tunelu będzie to, że ja z następnymi częściami daleko nie ucieknę, bo już niemal finiszuję, więc teoretycznie można to skończyć. Tyle że samemu cieżko mi nadrabiać duże treści, więc tego nie oczekuję od innych. Choć faktycznie miło, jak ktoś tam gdzieś wędruje jednak.
Odpowiedz
Helloł
Muszę przyznać, że seria coraz bardziej wciąga, a dialogi są prześwietne. Super część.
Odpowiedz
*Canulas 9 d.
aniamarzycielka o kurde. Nie sądziłem, że jeszcze walczysz. Fajno
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin