jasno ciemno
Pięćset mil do domu — część VI Pięćset mil do domu — część V
Praca Wyróżniona

Liga TW - 01 — Heban — część 1

 Canulas

 Postać: Detektyw trup

 Zdarzenie: Krwawy deszcz

 Efekt: Niech w tekście zaistnieje mityczne dla Ciebie miejsce

 

 

 

 I

 Druga w nocy z piątku na sobotę. Cegła na gaz, a że fura trzyletnia, sto trzydzieści na szafie niemal nieodczuwalne. Lecimy przez centrum wprost na raszyński Bangladesz, więc pewnie Cerebro domknie budzik dwa światła przed Hynka. Dwudziesty dziewiąty lutego. Rok przestępny. Rok przestępczy. Rok na pewno zły.

 Zero śniegu mieliśmy tej zimy. Nic. Nawet opiat czy opłatek choćby. Niby fajnie, taki ukłon w stronę oszczędności, ale za to święta jakieś z pizdy. Wyćpane małolactwo wiezie się stadami jedynie w samych bluzach Prosto albo podrabiankach Gandja Mafii. Żadnych kurtek, szalików czy rękawiczek. Żadnych sanek na białych chodnikach, za to dzieci w wózkach, niedojebani korpo-statyści na drogich, elektrycznych hulajnogach i nieodblaskowi rowerzyści. Świat jak z chuja kwiat. Może Greta Thunberg miała rację?

 — Dziś ważność, porządkuje ilość wykrzykników na końcu cytatów — enigmatycznie zauważa Cerebro, prawdopodobnie nawiązując do ostatnich wersów odsłuchiwanej płyty. — Popatrz. Same plastikowe ściany tekstu obliczone na te, kurwa, lajki. Olis stoi chujnią, okupywany po kilkanaście tygodni przez jakiegoś Bedoesa czy innego Belmonda. Jeden zasłynął z tego, że tarmosił czternastkę, drugi z kąpieli w wannie u nadwornego warszawskiego transa. Wszędzie internetowe dissy spedalonych noł-nejmów, których nie rozpoznałbyś nawet w tłumie złożonym z dwóch osób. Wyjaśnianie afer na Fejm i... — przerywa nagle, wierci się, zaczyna czegoś szukać po kieszeniach. Zwalniamy poniżej setki, a samochód tańczy. Jak przywalimy w latarnię, co powiedzą w mediach? Nazwą nielicznymi ofiarami bezśniegowej zimy? Auto-gapami, pozszywanymi w chwilowym kaprysie poczucia prędkości? Napierdolonymi idiotami?

 Stajemy z piskiem obok rzędu wymarniałych drzew. Za nimi strzelisty blok i łuna niebieskiego światła zamkniętej pizzerii. Gdzieś wysoko parę głów dopada do okien.

 — Jak to, teraz był? — Cerebro rzuca do słuchawki, rozświetlając wnętrze auta słabym światłem. Wskazuje ręką schowek. Otwieram. W środku kłąb nylonowego sznura, lateksowe rękawiczki, par przynajmniej osiem oraz gazowe kopyto. Bardzo cię w pizdę rozsądny zestaw, myślę. Ciekawe co w bagażniku.

 — Broń? — pytam, bo nie znajduję uzasadnienia dla żadnej rzeczy, której mój partner mógłby w tym momencie potrzebować. Kręci młynka wskazującym palcem, co chyba oznacza, żebym przekopywał skrupulatniej. Skupiam się na tym, odsuwając wierzchnie fanty wierzchem dłoni.

 — Jak poszedł, to chuj z nim — słyszę jego podniesiony głos. — Rano wymienię zamki. Teraz śpij.

 Na samym dnie znajduję przerośnięte pudełeczko po tic-tacach, po brzegi wypełnione zbawiennymi pastylkami ketonalu. Cerebro unosi kciuk.

 — Nie, kurwa. Mam robotę. Rano. Nie masz wyjścia z jednego prostego powodu. Ty jesteś tam, a ja tu i mnie nie sięgniesz, nawet jakbyś miała procę z kauczukowej gumy. Polecam więc wziąć centymetr, zmierzyć odległość i zrewidować swój pierdolony brak zgody.

 Klik.

 — Problemy? — zagaduję, widząc, że nie wszystko jest u niego w porządku. Jeśli to nie cosplay na Barta Simpsona, gość powinien natychmiast uderzyć na SOR, bo najwyraźniej pada mu wątroba. Tymczasem jedyne co robi, to połyka garść dwukolorowych piguł, na szybko popijając gazowanką.

 — Uhu — mruczy. — Ojciec się odnalazł.

 — Twój?

 — No... nasz. Mój i Dominiki. Taki typ jebaki-podróżnika. Chujek wyznawał zasadę, że w życiu trzeba zatęsknić, ale dziś się nagle przypałętał. Chciał pieniędzy pożyczać. Nie miała, ale wpuściła. Spytała, czy chce coś jeść. Zniknęła w kuchni, a złamas zwinął trochę gołdy z barku i wyskoczył. Mam nadzieję, że nie podjebał nic więcej. Jak go trafię na mieście, to uduszę.

 W pierwszej chwili mam chęć skorygować. Wyjaśnić, że duszenie najczęściej duszeniem nie jest, bo nie chodzi o pozbawienie powietrza tylko ucisk na żyły. Jak lekko uciśniesz, podnosi się ciśnienie w mózgu. Organizm, żeby zapobiec udarowi, momentalnie obniża ciśnienie krwi i delikwent mdleje po max pięciu sekundach. Wszyscy wiedzą, gdzie na szyi są tętnice, bo na nich sprawdza się tętno, ale gdzie są żyły, mało kto wie. Takie oto czary z tym duszeniem nieduszeniem właśnie. Jakby co, ja wiem, gdzie są żyły.

 Zamiast tego pytam o Dominikę.

 — Noo, ładna dziewucha, Heban. Sporo młodsza ode mnie. Mądra. Coś tam nawet studiuje lub studiowała. Tylko fryzura zawsze, jakby na wystawę psów w Westminster. Ciągle jej mówię, że jak będzie tak te kłaki zaniedbywać, skończy jako szalona staruszka, która zna z imion wszystkie gołębie z parku, ale nie przetłumaczysz. Mamy jeszcze chwilę, zjedzmy coś. Niedaleko jeden etniczny muppet prowadzi dwa-cztery bar.

 Przystaję na propozycję, choć ponoć gonił nas czas. Znamy się raptem kilka tygodni, więc w zasadzie wcale. Wiem o nim tyle, że jest przed trzydziestą, z pociągłej twarzy przypomina rekina z kreskówek, a jedne z silniejszych środków przeciwbólowych wsuwa jak cukierki. Do tego lubi niebezpieczną jazdę samochodem i trzyma w schowku zestaw młodego: "obrabuj to sam". Warszawa nocą to pozór na pozorze.

 

 II

 Wspomniany bar okazuje się zadaszoną budą, serwującą tureckie specjały, podawane w dwóch wariantach ciast: cienkim oraz grubym. Ewentualnie za dwie dychy można dostać zestaw mięs wysypany na plastikową tacę i przyozdobiony bukietem sałatek z frytkami lub makaronem do kompletu. Biorę większy na cienkim za dwanaście blach. On zestaw i colę.

 Cerebro twierdzi, że obsługująca nas babka wygląda, jakby ją wyciągnęli szczypawą z automatu, jakie są na festynach, na których można wygrać dziwki dla kierowców ciężarówek. Ma uszy kociaka, oczy szczeniaka, krzaczaste brwi mężczyzny z Bliskiego Wschodu.

 Nic na te rewelacje nie odpieram, próbując przypomnieć sobie, czy takie przejawy szufladkowania ludzi miewał wcześniej. Zwłaszcza że w jarzeniowym świetle mrygających lamp sam wygląda jak elficka choroba weneryczna. Mam od groma grzechów na sumieniu, ale na pewno nie rasizm.

 — Co myślisz?

 — Zostałeś przeze mnie oceniony jako zdolny do rozpracowania tego zagadnienia samodzielnie. Kończ żreć i jedźmy.

 — No, ale co myślisz, Heban? Ojciec chciał syna, matka córkę, oboje są rozczarowani. Nie uważasz tak?

 Chryste Panie. Pieprzone krawędzione życie. W weekend jedne chamiska potrafią przewalić dwieście koła papieru, nawet nie zmieniając krzesełka w Hiltonie, a na drugim końcu skali jacyś wymizerowani durnie, próbują przy pomocy młotka i meselka odinstalować bankomat z przysklepowej ściany. Okoliczne zło wyłazi na rejony, osiadając trwale w ludzkich ciałach, a ja muszę słuchać wynaturzeń gościa, którego zęby, kolor spodni oraz skóra mają ten sam, pierdolony, kolor.

 — Nacjonalizm, Cerb. Nacjonalizm, czyli absurdalna duma, że w wyniku loterii genetycznej wygrałeś życie w danej szerokości geograficznej. Myślę, że to światłe jak przykrótki chuj i oryginalne jak refren lambady

 Nic go to nie rusza. Wskazuje końcem frytki właściciela lokalu, koło którego krząta się kobieta.

 — No ale spójrz na nich. Mało, że przypominają rodzeństwo. Wyglądają, jakby ich rodzice też byli rodzeństwem?

 — Sam wyglądasz, jakby w twym drzewie genealogicznym była ryba-młot.

 Dojada. Ociera usta. Przez chwilę między nami wisi coś w powietrzu.

 Wychodzimy.

 

 Link do części II: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=1856

7381 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: inne
Fatal error: Cannot redeclare getRealIPAddr() (previously declared in /profiles/f/fi/fil/filipzkonopi/t3kstura.eu/head.php:160) in /profiles/f/fi/fil/filipzkonopi/t3kstura.eu/licznikWejsc.php on line 22