jasno ciemno
Jeleni łeb, czyli dobrze się wygadać we śnie Trupobus (1z2)

Trupobus (2z2)

  Teraz były trzy. Równiutko ułożone obok siebie, leżały spokojnie ku uciesze gapiów i garbatej staruszki. Kobieta obtarła dziwnie nabrzmiały, purpurowy nos zostawiając na rękawie kurtki porcję zielonych smarków. Zdecydowanie czuła satysfakcję. Zresztą, jak tu jej nie czuć, kiedy przed kilkoma minutami zamordowało się od tak dwóch medyków? Babka zdecydowanie przywiędnięta, jak chwast w upalny dzień miała w łapach wystarczająco dużo krzepy, aby zmiażdżyć mężczyznom tchawice. Tłum dopingował swojego faworyta w nierównej walce, a kiedy wynik był przesądzony, imię bohaterki dnia chórem uniosło się w przestrzeń.

  Przyjemny powiew na twarzy wystarczył, żeby się ocknął. Przed sobą miał ustawiony wentylator, który na pełnej mocy ochładzał toaletę. Kibel dworca dla pasażerów. Poznał od razu po bogatej palecie odłupanych kafelków i brudu w rogach. Ból łowy trochę przeszkadzał w ocenie sytuacji, ale była raczej rokująca. Siedział samotnie pośrodku na starym krześle, oczywiście związany. Ból głowy rozmnożył się i powędrował dodatkowo w okolicę lewej łydki i prawego przedramienia. Kiedy próbował zorientować się, jak część ciała jest jeszcze daleka od pełnej sprawności do kibla wszedł facet. Fioletowy płaszcz przeciwdeszczowy, czarne okulary na zakrzywionym ku dołowi nosie i łysa czacha.

 — Obudził się śpioch, ha — rozpoczął mężczyzna. — Oj ciekawy ten czwartek. Tyle się widziało. Może nawet nieco za dużo.

 — Tyle, co zawsze — skwitował Roskin, udając całkiem rozluźnionego. W rzeczywistości sam fakt, że był związany mroził mu krew w żyłach. Na rozmowie o robotę nie wspominano o takich sytuacjach.

 — Mamy co do ciebie konkretne plany. Będziesz żył, gwarantuję, ale współpraca jest kluczem do tej gwarancji. To ja, idziesz na to?

 — A mam wybór? Na zewnątrz pewnie dalej awantura, a wy raczej nie zostawicie mnie w spokoju.

 — Awantura, ta, o to chodzi. W tym tłumie, który zlinczował pośmiertnie tego kierowcę była jedna starsza babka. Garbata, zakatarzona i ogólnie paskudna. Widziałeś ją, co nie?

 — Może widziałem, tam było od cholery ludzi. Wszystko z daleka mieszało się w jedno.

 — Tej kreatury nie da się pomylić z niczym innym. To nawet nie jest człowiek. — Ostatni wyraz zaakcentował najmocniej jak tylko można.

 — A co? Kosmita? — zadrwił.

  Lekki uśmiech na twarzy oprawcy zakończył formującą się w jego głowie odpowiedź.

 Zabrali go na poczekalnie, skąd można było podziwiać rozwój sytuacji na zewnątrz. Tam jeszcze parę osób, najzagorzalszych gapiów przypatrywało się staruszce, zniedołężniałej morderczyni, garbatej abominacji i celowi czterech chłopa w fioletowych płaszczach. Roskin czekał na dogodny moment, aby wprowadzić w życie plan improwizacyjnej ucieczki. Ten moment nie nadchodził w ogóle, a pewne było, że zabiorą go gdzieś daleko. Perspektywa wycieczki w czasie roboty nie zadowalała. Ochroniarz ma stać i sprawiać wrażenie śmiertelnej broni w ludzkiej skórze. Za to mu płacą. Wypady w dalekie strony odpadają.

  Wyszli na zewnątrz. Nikt nie zwracał uwagi na czterech typów ze związanym innym gościem na krześle. Przecież na peronie leżały trupy, to dopiero widok. A jak dołożymy jeszcze zafiksowaną babkę, prawdopodobnie kosmitkę albo coś w rodzaju abominacji popromiennej, to już w ogóle orgazm emocjonalny.

 Tak więc wpakowali Roskina do autobusu linii piątej, kursującej od północy do południa miasta. W prostej linii. Przestronny z tylko połową siedzisk, ale przesiąknięty smrodem przypominającym gnijące odpadki w letni upalny dzień. Kierowca już czekał. Kominiarka na twarzy, faja w mordzie. Lewa noga, jakby wychudzona, może proteza. Kiwanął jedynie głową i zamknął drzwi, kiedy wszyscy weszli do środka.

 — Odpalać? — spytał, trzymając kurczowo kierownicę.

 — Ta, celuj w łeb, szybciej będzie — odpowiedział jeden z mężczyzn.

  Kierowca chwycił za wajchę obok radia. Mechanizm zaskrzypiał, zabrzęczał i otworzył klapę z przodu autobusu, skąd wysunęła się duża lampa na końcu stalowej belki. Wokół niej plątanina kabli i diod. Lampa została nakierowana w stronę peronu, Roskin miał wrażenie, że celuje w babkę, którą pastwiła się nad trzema już ciałami, skacząc obok nich i kopiąc je z całej siły. Krzyczała jakieś bzdurne wersety, zupełny starczy bełkot. Z lampy wystrzeliła nagle wiązka światła, bardzo jasna. Trafiła w staruszkę, a ta rozpłynęła się w powietrzu. Ludzie stali jak wryci. Niektórzy pod nosem uśmiechnęli się z ulgą, inni odeszli z nienaturalnym wytrzeszczem.

 — Wyparowaliście ją? — zapytał zdziwiony Roskin. Zdziwiony? Przerażony. Każde słowo wypowiedział nieskładnie, bo usta ze strachu przybrały dziwny kształt.

 — Nie. Jedynie teleportowaliśmy na poligon. Tam się nią zajmiesz ty — oznajmił mężczyzna siedzący obok.

 — Autobus linii Trupościeliska odlatuje za trzy… dwa… jeden…— Snop światła w przedniej szybie oślepił wszystkich. Całość trwała kilka sekund, a kiedy wzrok nabrał ostrości byli na miejscu. Poligon ‘’Trupobus’’.

  Dziwna nazwa, ale adekwatna do przeznaczenia poligonu. Czwórka wysłanników zabierała szkodliwe abominacje, które jakimś cudem chodziły po świecie i zabijała na palcu, gdzieś między wymiarami. Niebo było tam zwyczajne, ale powietrze niosło ze sobą dziwną woń. Inność i irracjonalność tego miejsca.

 Roskin wysiadł zgodnie z poleceniami i zaczekał na znak. Z tyłu lufa karabinu mierzyła w tył jego głowy, żeby nabrał odwagi i motywacji do działania. W końcu usłyszał sygnał. Wbiegł przez otwartą bramę na pusty plac. Tam czekała na niego znajoma postać. Starucha z peronu. Szczerzyła protezę i śliniła się, jakby głód napędzał jej ciało, biorąc przewagę nad mózgiem. Co jej po nim. Wystarczy zabić i zjeść, proste. Roskin zbladł, ale starał się nie panikować. Babka zaczęła podążać w jego kierunku. Zwinnie kuśtykała na badylowatych nogach niczym młoda sarna. Brzydota odejmowała jednak jej wdzięku podczas cwału na Roskina. Niespodziewanie, pod jego nogi trafił karabin.

 — Co mam robić?!

 — Jak to co, pruj do niej, idioto!

 Seria strzałów ogłuszyła Roskina, ale kilka kul zgrabnie przeszyło ciało staruchy. Krew, ciemna, jakby oleista wypłynęła z dziur po strzałach.

 — Trafiłem, chyba już po niej.

 Roskin odwrócił się. Widok pustego miejsca, gdzie stał autobus zmroził mu krew w żyłach bardziej, niż widok wściekłej babki. Po głowie krążyły różne myśli. Zwolnienie z pracy, niezapłacony rachunek za prąd, albo nieumyślnie zostawiona mikrofalówka z odgrzewanym kotletem w środku. I to najważniejsze. Reszta życia.

 — Smutno ci? — usłyszał.

 — Tak jakby.

 — Mi też jest smutno. Widzisz, jestem, jaka jestem, robię, co muszę, a nikt nie potrafi zrozumieć, że tak trzeba. To moje powołanie. Masz szczęście, że jestem nieśmiertelna — Babka ot tak znormalniała w miarę możliwości i usiadła na kamiennym podwyższeniu obok Roskina. Ten zrobił to samo.

 — I co z tego, że nieśmiertelna? — spytał zagubiony.

 — Jak to co? Będę z tobą gadać, aż umrzesz. Czyli nie za długo. Wy, ludzie nie umiecie żyć w środowisku, jakie tu panuje. Ale spokojnie, zedrę z ciebie tylko mięso. Kości pochowam, zgodnie z należytym im szacunkiem.

 — Tak zrób — odpowiedział i zamilkł na dłużej.

7129 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 33

Opis:

Dodano: 2019-09-15 05:35:00
Komentarze.
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin