jasno ciemno
Pięćset mil do domu — część VII Madre de Deus

Liga TW - 01 — Heban — część 2

 Link do części I: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=1806

 

 Canulas

 Postać: Detektyw trup

 Zdarzenie: Krwawy deszcz

 Efekt: Niech w tekście zaistnieje mityczne dla Ciebie miejsce

 

 

 Heban

 

 

 I

 Myśl o celu podróży wywołuje u mnie irytację. W głowie ten jarmarczny kurwidół jawi mi się niczym smok wawelski, tylko bez uszlachetniającego Krakowa wokół. Połowa mieszkań przepita albo zastawiona w Providencie. Rdzewiejące szyldy, opryskami nietrafionych inwestycji. Wszędzie krzaczaste pola, śmierdzące stawy i ten ciągły, pierdolony huk, lądujących co minuta samolotów. Chcesz zbudować altankę, komisja. Zasadzić drzewo, komisja. Rozjebać ścianę w kuchni, dwie komisje, pilnujące trzeciej. Klub piłkarski marny. Kładka nad jezdnią nie dość, że jedna w promieniu przynajmniej pięciu kilometrów, to jeszcze dziurawa, jak mosty w Indiana Jonesie. Nawet tramwaje lecą jedynie do Okęcia, bo gdyby nitka szła dalej, co drugi skład miałby dziury po widłach na kadłubie.

 — Kojarzysz najbliższy Disneyland?

 Jego zachrypnięty wokal wybija mnie z kiełkującej nienawiści.

 — Co?

 — Noo, Kurwiland, Heban. Plac zabaw dla starszych chłopców. Znasz?

 — Tele-cipy, to nie moja kołysanka — burczę, niechętnie pozwalając odejść slajdowym poczwarom. Nikną pokryte sadzą parapety okien. Bledną tramwaje stojące na pętli. Traci ostrość szyld "Agata-Meble". — Zresztą, podobno tamtejsze dupy to w większości torebki śniadaniowe z wodą w środku, więc jeśli chcesz mi zafundować premię, starczy hot-dog z budy albo zapiekanka z dodatkami.

 — Uhu. Czystość do ślubu, wiem. — Cerebro łyka następną pastylkę. Nie bardzo ma czym popić, więc odchyla głowę. Chlup, nie poszło. Poprawia z większym impetem, uderzając mocno o zagłówek. Wszystko to z kierownicą w dłoniach przy prędkości niemal stu dwudziestu na godzinę. Wystarczy jedna hopka, przydrożny kamień, skurcz w mięśniu ramiennym czy strzyknięcie w barku i opis tego zdarzenia będzie przewijany w pasku wiadomości. Wkurwia mnie bezcelowe narażanie życia. Tysiąc za wieczór, ok. Po pracy w Tesco przyjemna odmiana, ale takie gówno jest bez sensu.

 — Co ty mi próbujesz udowodnić — pytam, starając się nie zdradzić, jak bardzo obsrałem zbroję. — Chcesz pokazać, że poznałeś życie w mieście po kursach taksówek? Patrz na drogę, kurwa!

 Zamiast tego spogląda w moją stronę. Twarz nalana napuchniętą żółcią przypomina topielca wyłowionego przy pełni księżyca. Ciężar stopy przesuwa wskazówkę prędkościomierza ku niebezpiecznym rejonom stu czterdziestu. Po prawej ledwie zauważam przelatujący napis.

 "Gmina Raszyn – Wita".

 

 II

 Pięć minut później stajemy pod kikutem niebezpiecznie przechylonej latarni. Potarmoszony wiatrem albo co bardziej prawdopodobne, niezdemontowany po wypadku pałąk, kłania się ku jezdni tak bardzo, że oblatany w parkurze panczur mógłby po nim wbiec. Pięćdziesiąt metrów dalej ciemnia bram zaprasza w labirynt podwórek. Echo szczekającego psa rezonuje od zniszczonych ścian.

 — Teraz co? — pytam, próbując głębszym oddechem zniwelować stres. Kortyzol jednak wciąż przygrywa sercu. Gdy radioodtwarzacz kończy zżerać płytę, twarze nam oświetla łuna niebieskiego światła oraz wykaz tracklisty na panelu.

 Klik.

 — Kurwa, bez jaj. Będziemy słuchać rapu?

 — Hip-hopu — precyzuje Cerebro, choć dla mnie to różnica, jak pomiędzy mangą a anime. Oba powyższe trzymam szczelnie w zbiorze ometkowanym jako: "Wypierdalać z tym szajsiwem jak najdalej".

 — Ok. Pinionc is pinionc. Idę się wysikać.

 Chwytam za klamkę, lecz sekundę czekam, czy nie będzie chciał mnie zastopować. On jednak już wywija na smartfonie. Filuję lekko znad barku, sądząc, że być może daje komuś cynk. Dostrzegam kolorową planszę gierki. Kurwa mać. Gangsterzy naszych czasów przesyłają sobie życia w Candy Crush.

 Wychodzę.

 Na obdrapanym murze półmetrowe litery oznajmiają, że gdzie kucharek sześć, tam jebał cię pies. A następnie jakieś mniejsze ha-ha, że kto doczytał do końca, ten jest gapa. Obok kilka hip-hopowych otagowań. Trochę zawijasów, esów, floresów oraz coś o piłkarskiej potędze KS Raszyn. Na środku całkiem niegłupi rysunek brodacza rozkładającego ręce. W tle grzyb po wybuchu. Pod spodem napis. "Koło chuja mnie to lata i nie kończę świata".

 Patrzę na to wszystko, myśląc, że gdyby faktycznie na ten wypizdówek spadła bomba, straty materialne zamknęłyby się maksymalnie w czterech dychach. I to pod warunkiem, że w najbliższym kiosku mieliby dwie paczki papierosów.

 — Eee — słyszę kwik z samochodu. — Chowaj tego mlecznego kutasa i poczekaj, aż wyrośnie ten prawdziwy.

 Cerebro wciąż jest piekielnie radosny, co nie powinno dziwić, bo przestraszył mnie jak jasny chuj, ale już odczuwam irytację. Tysiak, tysiakiem, całkiem niezła kwota, lecz myślę, że gdybym chciał go okiełznać, stawiłby opór głównie grawitacyjny.

 — Zadzwoń do matki i spytaj, kto jest twoim ojcem, Cerb — rzucam, chowając ptaka. — A następnie patrz, jak się namyśla.

 Trochę ryzykuję taką gadką. W żargonie na to mawiamy "wahadłowe przesuwanie granic". Całość wymaga sporo taktu i od groma szczęścia. Jeden poślizg, nie do końca przemyślane zdanie i karambol.

 Zresztą znałem kiedyś jednego, niegroźnego niby delikwenta. Miał ksywę "Numerek", bo do normalnej gadki wciąż wplątywał liczby. I nie, że różne czy, jak to się dzisiaj mawia, randomowe, lecz ciągle te same. Tak jak tourette rzuca kurwiskami, tak u niego zawsze "sto szesnaście", "sto dwadzieścia trzy". Lekko pierdolnięty, ale tylko z gadki. Z gęby względny normalniak. Szwendał się blisko przy ogonie grupy i niefart chciał, że ktoś go kiedyś niechcący uraził. No w zasadzie nic nowego, bo gość był dziwny jak kciuki u stopy, więc często zbierał różne podśmiechujki i sam się z nich śmiał. Tyle że coś widocznie nie pykło i raz go żarty nie rozweseliły.

 Mnie już wtedy nie było na rejonie, ale ponoć Numerek zbił pionę jak zwykle. Chłopaki zastali, obsiadając skwerek. Nikt nie przeczuwał, że niebawem spadnie krwawy deszcz.

 Wrócił po godzinie i od frontu najazd. Amatorska biopsja cienkoigłowa prosto na łeb i szyję jakimś ostrym narzędziem podjebanym chwilę wcześniej z Castoramy. I nie, że jedynie typa, który mu sprawił przykrość. Wszystkich po równo. Do tej pory jeden chłopak ma twarz jak tatarskie siodło. Na końcu wyszło, że te liczby, co je tak bez umiaru powtarzał, to telefon do poradni dla osób w kryzysie emocjonalnym, więc się wszystko ładnie sklamrowało. Śmichy, śmichami, lecz w luźnej gadce naprawdę należy uważać.

 Musiałem nieźle odpłynąć we wspomnieniach, bo dopiero wibrujące dźwięki telefonu przywracają ostrość otoczeniu. Spoglądam na wyświetlacz.

 Odrzuć.

 Wracając do samochodu, widzę, że element gminny w najlepsze już pląsa w tańcu. Dwie siksy stoją przy opuszczonej do połowy szybie, a wychudzony zawadiaka podpiera pobliski mur.

 — Uszanowanie — rzucam, co nie wiedzieć czemu, wzbudza piskliwy rechot obu samic. Obcinam.

 Wyższa, nawet niegłupia. Gdzieś z metr siedemdziesiąt, choć mogą coś dodawać Air Maxy. Nóg pewnie najdłuższy zasięg w całej szkole. Srebrne miniatury hula-hop robią za kolczyki. Louis Vuitton na czapeczce z daszkiem. Nawet i do ukłucia, choć z bliska widać, że tapetą na japie mogłaby przykryć ludobójstwo Ormian. Za to druga królewna sporo niższa i żyłasto-blada. Trochę taki nowotwór w okularach. Z zaciętej gęby wygląda na sukę, która mogłaby wrzucić twoją świnkę morską do mikrofalówki, jeśli byś nie uwierzył w jej kolejną, udawaną ciążę.

 Obchodzę wolno furę, lukając na wszędobylskie zakamarki. Wiatr wywiewa śmieci ze szczerbatej wiaty, przy której być może kiedyś cumował autobus. Otwieram drzwi, lecz nie wsiadam. Coś w sercu, w płucach, w głowie, nie wiem sam. W każdym razie im więcej słyszę tego przesłodzonego pierdolenia, tym mocniej wgrywa mi się czujka. Cerebro nawet na mnie nie spogląda. Ja pierdzielę. Widziałem w życiu niejedno. Podczas walki z Guliwerem sędziemu na moich oczach twarz zmutowała w zwierzęcy pysk i po dziś dzień uważałem to za najbardziej pojebane działanie narkotyku, ale obserwowanie jak ludzka żółtaczka, typu C, flirtuje z kurewkami to naprawdę ponad moje siły. A że zwykłem przekłuwać myśli w czyn...

 — Dobra. Wypierdalać stąd!

 Chwila ciszy. Płynący z płyty wokal Gawlińskiego uświadamia wszystkich zgromadzonych, że kobiety piękne są jak okręt, co oznacza, że Robert na pewno nie cumował w tym zjebanym porcie. Koleżanki niechętnie wracają pod anielskie skrzydła opiekuna. Mamy sekundę dla siebie.

 — Słuchaj, Heban — zaczyna i już wiem, że zaraz nastanie akt kaznodziejskiego pierdzielenia. Eh. Trzeba płacić za złe czyny swe. Czy jak mawiała ma dawna znajoma: "Komu się rozlała kasza? Kto wypuścił Barabasza?", choć do dzisiaj nie wiem, co to znaczy.

 — Miały po szesnaście lat. Maksymalnie. Opamiętaj się. Jesteśmy tu w interesach. Do tego wyższej oko spierdzielało aż na plecy. Asymetryczny wykrój powiek. Mówi ci to coś? A niższa wyglądała, jakby jej dieta składała się głównie z heroiny i plemników. Naprawdę nie szanujesz swego ciała?

 Improwizuję, próbując uderzyć w jakieś pojednawcze samcze tony, byle tylko utkał w końcu pizdę, nim zaleje wóz powodzią moralizatorskich utyskiwań.

 Nic z tego.

 — No i chuj — rzuca. — To nie Nibylandia. Dzisiaj szesnastka to płodne suczysko, wiek szczytowej doskonałości u kobiety. Za dwa lata będzie miała przebieg jak Golf dwójka w gazie. Poza tym robimy to, czego chce większość, Heban. Demokracja. Nas jest dwóch. A ja jestem większy.

 — Taa, większość. Podobnie przy gwałcie zbiorowym.

 Kątem oka widzę, że chłop spod muru rusza w naszą stronę. Galiński śpiewnie oznajmia, że Monika była i ok, ale coś tam, coś tam.

 Coraz lepiej.

 — A tam gwałt — dąsa się Cerebro. — Takie ostre słowo. Wolę mówić: "kiedy pościg za buziakiem zaszedł za daleko".

 Wskazuję ręką na chudego alfonsinę. Pierwsze krople deszczu spadają na szyby.

 — Patrz.

 — O kurwa. Ktoś wyrzucił osiem i wydostał się w końcu z Jumanji.

 Gość faktycznie wygląda, jakby jego robotą było pytanie przechodniów, czy mają ogień, ale tacy właśnie są najgorsi. Im większy pet, tym zazwyczaj mniej ma do stracenia.

 Błysk.

 

 Link do części III: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=2045

10151 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: trening-wyobrazni
Fatal error: Cannot redeclare getRealIPAddr() (previously declared in /profiles/f/fi/fil/filipzkonopi/t3kstura.eu/head.php:160) in /profiles/f/fi/fil/filipzkonopi/t3kstura.eu/licznikWejsc.php on line 22