jasno ciemno
Pan Madxim Trupobus (2z2)

Jeleni łeb, czyli dobrze się wygadać we śnie

  Ruszył się po dwóch godzinach bezszelestnego kontemplowania w zaciszu drewnianego kibla. Pomyślałby kto, że zawartość jelit niechybnie zmarzła podczas wędrówki ku światłu. Przeszywający mróz skuł ściekającą po jego policzku stróżkę krwi w karmazynowy sopel. Poprawił wełniany wór służący za czapkę i delikatnie otworzył rozlatujące się drzwi. Było pusto. Co kilka sekund silne wietrzne porywy unosiły ku górze delikatną sypką warstwę śniegu. Popatrzył w lewo, potem jeszcze raz w lewo i w tę samą stronę co wcześniej. To by było na tyle. Zamknął się ponownie. Kilka spróchniałych i wadliwych dech teoretycznie tworzyło osłonę choćby przed nasilającym się zimowym wiatrem, a i leśne dziwadła niezbyt chętnie stawiały kopyta bliżej niż na osiem merów od wychodka.

 

 — Kurwa! Kurwa! — Suchy pogłos w leśnej głuszy i po nim nastająca cisza. — Gdzie jest piękno? Miało być tam, gdzie mnie serce poprowadzi. Chrzanić was, filozoficzne babcie. Klozety czyścić a świat zyska, choć źdźbło blasku. Na razie to jedynie czarna dupa. Albo lepiej: Czarna dupa murzyńskiego kreta.

 

 Zerwał się na dwa osuszone szpikulce oplecione żywą tkanką i wybiegł ze zwierzęcym grymasem na zewnątrz. Obchodził cały teren do ósmego metra włącznie. Na szóstym pole widzenia ograniczały dwa zgrabne wzniesienia, za którymi nie widział dokładnie, co się znajduje. Podbiegł, podszedł szybciej, a może tylko podszedł, ale zwiewnie i bez zgrzytu, to się liczy. To sprawniejsze oko — lewe nie uchwyciło nic, co stanowiło zagrożenie. Kilka rozerwanych ciał wiewiórek i jeden łeb jelenia z pozostałościami wypłowiałej skóry. Nic nadzwyczajnego, piękno lasu o tej porze roku.

 

 — Patrzysz na mnie? — usłyszał niewyraźnie, ale na tyle dobrze by uwierzyć, że to nie jego mózg postanowił się zabawić.

 

 — Patrzę na wiele rzeczy. Ale nie wiem, czy mieścisz się w ich obrębie. Granica przebiega bardzo blisko.

 

 — A patrzysz się wprost?

 

 — Dla mnie to jest ukos, albo raczej takie prawie lewo.

 

 — Spójrz się na wprost.

 

 — Nic za darmo.

 

 — Co chcesz?

 

 — Jeść. Pić. Co ja pierdolę, chcę sprawiedliwości na tym świecie. Harowałem pół wieku za kilka zielonych papierów i srałem w betonowy bunkier. Każdy mówił, żebym posłuchał swego serca. Ono pokaże mi drogę do szczęścia. I znalazłem, dwa kawałki zmarzniętej srajtaśmy dla biznesowej dupci — splunął resztkami zalegającej krwi.

 

 — Znam ten ból. Miałem ja kiedyś marzenia, proste, właściwie przyziemne i o kant dupy potłuc. Ale były moje, a to czyniło je bezcennymi. A teraz? Leże sobie w dwóch kawałkach. Łeb gada z tobą, a resztę dymają wilki, gdzieś na północy.

 

 — Łeb? Łeb? Nabijasz się ze mnie?

 

 — Spójrz na wprost idioto.

 

 Facet usilnie skierował wzrok tam, gdzie wskazywał głos. Drętwy łeb jelenia, resztką mięśni próbował utworzyć namiastkę zwierzęcego uśmiechu.

 

 — Teoretycznie świat dopiął swego i unieszkodliwił mnie. Prawdopodobnie nie zdołam wrócić do miasta i zginę tu tej nocy. Te okoliczności sprawiają, że nie ma sensu dumanie nad prawdziwością rozmowy prawie trupa z podgniłym łbem jelenia.

 

 — A jak ci powiem, że dziś siedemnasty?

 

 — Jestem tu o dwóch dni. Czas się kończy.

 

 — Wiesz — urwał jeleń — mam pomysł. Zagrajmy. Zagrajmy w grę. Może to bardziej zakład. Tak to na pewno zakład. Załóżmy się. Ale tak na poważnie.

 

 — Powaga? Wymagasz ode mnie zbyt wiele. Ledwo czuję swój język.

 

 — Kto pierwszy zejdzie, tym zdechnie, umrze, wykituje. No ale wiadomo, o co chodzi. Czyli kto pierwszy ten wygrywa.

 

 Mężczyzna po tych słowach poczuł nieuzasadniony i niewytłumaczalny ból w klatce piersiowej.

 

 — Wiesz co? Chyba wygrałem — wydusił, obsuwając się pokornie po delikatnym ziemistym wzniesieniu.

3668 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 18

Opis:

Dodano: 2019-07-15 22:24:00
Komentarze.
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin