jasno ciemno
Liga TW#02 — Do krwi w zębach (część II) Pięćset mil do domu — część VIII

Do krwi w zębach — część I

 Stare TW. 3.05.

 Postać: Hipiska z uczuleniem na nikiel *

 Miejsce: Miejsce zbrodni o poranku*

 Zdarzenie: Ten słoik żyje.

 Gatunek: Opowiadanie drogi.

 

 *(W tej części wykorzystałem tylko elementy Postaci i miejsca).

 Tekst jako kolejny hołd dla opowiadania, które rozpoczęło moją drogą ze... wszystkim.

 S. King – Nona..

 

 Do krwi w zębach — część I

 

 *

 — Nie chcieliśmy tego zrobić, proszę pana. Bóg na niebie mi świadkiem, nie chcieliśmy. To potoczyło się samo. Płatki śniegu są piękne, ale bywają również składową śnieżnych kul. Słyszał pan? Spirala, efekt domina. Od pyk, przez bęc, do pach. Krew na śniegu, na rękach. I kiedy idzie pan spać, to tam też. Nie ma już ucieczki, proszę pana. Nie ma powrotnej drogi. Nie ma już dokąd iść i w sumie dobrze.

 Słucham? Tak. Bez dwóch zdań. Zrobiłbym to dla niej jeszcze raz. I jeszcze jeden raz, proszę pana. I jeszcze pięć. Mordowałbym dla niej i zdychał cały czas.

 Nie będziemy zbawieni. Nikt.

 Tak. Nikt.

 Pan. Ja. Ona. My. Nie dostąpimy zbawienia. Żadne z nas. Ale my się przynajmniej zabawiliśmy, a pan co? Żona, dzieci i samochód na raty? Bez sensu. I tak zgaśniemy wszyscy niczym rzymskie imperium. Nie ma o co się spinać i se odmawiać zabawy. Bądźmy źli, proszę pana. Bądźmy źli.

 Co? Tak, panie oficerze, nie jestem głupi. Nie ma pan głąba przed sobą. Wiem o Sic parvis magna. O tym, że wielkie rzeczy mają małe początki. Ale to nie wszystko. Nie wszystko, oficerze. Jeszcze nie.

 Platon kiedyś powiedział, że tylko martwi żołnierze dotrwają końca wojny. Czy jakoś tak. Kminiłem nad tym długo, oficerze. Kurewsko długo. Jadłem, piłem, paliłem. Nawet podczas, no wie pan. Wtedy też. To dobrze wydłuża stosunek, takie myślenie. Poleciłbym panu, ale...

 W każdym razie długo kombinowałem, co ten cholerny filozof miał na myśli, mówiąc o tych truposzach. Trzy bite dni rozmyślałem, da pan wiarę? Trzy pierdolone dni. Sranie, żarcie, przerzucanie kanałów w telewizorni. Nic nie przynosiło ukojenia. Nic a nic.

 I wymyśliłem, oficerze. W końcu dałem radę. Dlatego, że wszystko mam tu. W łepetynie. Wpadłem na to... teraz już nie pamiętam kiedy, ale nie to jest ważne. Ważna natomiast jest siła, oficerze. Tylko ona. Jedni się rodzą, by zbawiać, inni kaleczyć. Równowaga. My nie umiemy zbawiać.

 Nagle klęczący na śniegu jakimś cudem radzi sobie z kneblem. Sissy kuca na zaspie, oddając mocz. Letnia sukienka, rajstopy, przydługa kurtka. Jest minus czternaście stopni. Albo dwieście, czterysta. Jeśli to "Gra o Tron", odeszliśmy już od muru zbyt daleko.

 — Nie jesteście romantyczni, zjebie. Jesteście chorzy. Ty nie jesteś Clyde, a ona, twoja kurwa, nie jest Boonie. W każdym z ościennych stanów jest kara śmierci. Upieką tej dziwce pizdę na twoich oczach. Zmuszą cię, abyś patrzył.

 Akcentuje er w słowie "kurwa". Dyszy, męczy się, pewnie piekielnie boi, ale chce obelgę wywlec na wierzch. Chce, bym ją dojrzał. I widzę. Tylko że przez ostatnie dwa tygodnie nauczyłem się tego, że krew krzepnie szybko i bardzo ciężko się zmywa.

 — Padniemy, gdzie padniemy, oficerze. Wszystko jedno. Ptaki nie mają cmentarzy.

 Dolatuje mnie smark Sissy. W zasadzie pociągnięcie nosem, jednak przez szybę pamięci widzę pomarszczoną twarz babki, która znad kuchennego stołu gromiła mnie wzrokiem, mówiąc, żebym nie smarkał.

 "Nie rzucaj smarkiem, Kenna. Zima wkrótce się skończy. Będzie lepiej".

 Zima się nie skończyła. Wciąż jest źle.

 Przed oczami staje mi korpulentne ciało babuleńki i jej obwiązana chustą twarz. Twarz gospodyni o ukochanych oczach. Oczach, w których, podchodząc bliżej, dojrzysz wojnę. Strzępy zmarszczek uszyte na: "trzeba sobie radzić" i chropowaty dotyk przeżytych dni.

 Wciąż widzę, jakby to było wczoraj, półtora ziemniaka na ciepło, kaflowy piec. Jeden gryz na jedną pyzatą gębę. Przynależność obkuta wspólną biedą. Innej rodziny nie miałem i innej nie chcę. Drobne różnice wyniesione z domu. Podwaliny pod odrębność. Nie było żadnego domu. Szkoda babki. Nie mieliśmy już czym nakarmić zwierząt. Nie mieliśmy już naprawdę czym.

 Na podwórzu tysiąc martwych psów.

 ... — czy kochasz? — łapię jedynie końcówkę

 Na podwórzu milion martwych psów.

 — Czy kochasz?

 Odpowiadam, maskując własne słowa w huku trzymanego rewolweru. Już dawno nie było odwrotu i nadziei. Być może od pierwszych chwil.

 Nie żałuję.

 

 *

 — Jasny płomień szybciej gaśnie — kwituje Sissy, zbiegając radośnie z nasypu. Mała czarnowłosa psychopatka. Moja ukochana sukkubica i prywatny bilet do piekła w jednym. — Czemu strzeliłeś mu w twarz?

 — Czego pragniesz, Sissy?

 Muszę poczekać, bo przez chwilę jej nie ma. Przystaje, obchodzi, wącha. Brakuje tylko by drobne rączki rozgarnęły miazgę po czerepie. Sissy-królowa. Sissy-piąty as w talii.

 Już mam zamiar dopytać, lecz mała Sissy powstrzymuje mnie gestem, niezaszczycając nawet przelotnym spojrzeniem. Jeśli ktoś zetnie jej kiedyś włosy, bardzo się zdziwi, widząc drugą parę oczu z tyłu głowy.

 — Pragnę... — zaczyna, myśli, na chwilę zawiesza głos. — Pragnę, by było trudno. By było źle. Fatalnie. By góra nie miała końca.

 Sissy ma alergię na nikiel, ale nie ma objawów. Podobno jakaś część stopu żelazowo-niklowego pochodzi z jądra ziemi i to wystarczy. Nie dopytywałem zależności. Magii Sissi nie da się zrozumieć.

 — Może nie dziś i nie jutro, ale na końcu będzie — obiecuję, ale Sissy znów jest nieobecna. Nachyla się nad zabitym i kiedy mam niemal pewność, że już za moment naprawdę rozbebeszy jego czaszkę, ona nagle wstaje, wymachując niewielkim pękiem kluczy.

 — Na pewno nie dziś — rzuca, potęgując upiorną wesołość blaskiem zielonych oczu. — Ty prowadzisz!

 — Ufam twoim liniom papilarnym — mówię, wlokąc się za nią do stojącego nieopodal radiowozu. — Ufam twojemu ciepłu.

 Krainą opiłków zawsze będą rządzić elektromagnesy.

 Droga jest jeszcze przejezdna.

 Odjeżdżamy.

 

 Link do części II: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=1925

5868 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: thriller
Fatal error: Cannot redeclare getRealIPAddr() (previously declared in /profiles/f/fi/fil/filipzkonopi/t3kstura.eu/head.php:160) in /profiles/f/fi/fil/filipzkonopi/t3kstura.eu/licznikWejsc.php on line 22