P – jak Pętelka TW#03 — Wszystko o wyciu mima

Pięćset mil do domu — część X

 Link do części IX: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=1945

 

 — Na ratunek

 

 I

 Układ naprawdę był prosty.

 Dzieciak wypluwał słowa, a mózg Indianina podsyłał stosowne obrazy. Wypełniał luki w pamięci, która wedle pierdzielenia konowałów zawsze już miała szwankować. Gówno tam. Było dokładnie na odwrót.

 Wyglądało na to, że mały Kanati jest jakimś pieprzonym cudotwórcą, umiejącym naprawiać nienaprawialne. Niezwykłym przypadkiem krawca, umiejącym zszywać rozprutą tkaninę zgniłego mięsa. Mięsa, które wedle tych wszystkich mądrali w przydługich kitlach miało już nigdy nie urodzić zdrowej myśli. Wuj tam. Właśnie je płodziło całe kopy.

 To zajebiście dziwne – myślał Sarace, kiedy tak pruli środkiem jednopasmówki. – Dziwne czytać książkę o sobie samym. Przewracać kartki, cofając się do rozdziałów, które konwencjonalna medycyna uznała już za stracone. Naprawdę dobry to deal, odzyskać półtora roku życia w pół godziny.

 Indianin odżył. Jego pracujący na najwyższych obrotach mózg konstruował ciągle nowe pytania, chłopak zaś je bez wysiłku uzupełniał, oddając zupełnie świeże. Dosłownie, jakby usuwał z życia czerwonoskórego całą mgłę. Nawet tę najgęstszą zawiesinę, z którą nie poradziły sobie prochy kupowane po trzysta dolców z recepty.

 To było jak cholerne zmartwychwstanie.

 

 

 II

 Kanati nie lubił wujostwa. Czuł, że mają przed nim tajemnice.

 Wujas był jeszcze w porządku. Sporo im opowiadał o Stanach, które mijali. Jak choćby o Death Valley National Park, kiedy przemierzali Kalifornię czy też Trinity Test Side. A gdy cioteczkę zwalała z nóg migrena, pozwalał prowadzić wóz. Oczywiście tylko na prostej i nigdy dłużej, niż moment, ale dla Kanatiego była to super sprawa. Jedno z niewielu fajnych wspomnień, jakie miał.

 Z tego co Saracen wywnioskował, ciotka Hilda miała naprawdę bardzo paskudny charakter. Kłótliwa, wiecznie niezadowolona stara zrzęda, jakich pełno rozsiał diabeł po świecie. Jedna z tych dewot, lubujących się w luźnych kwiecistych sukniach, które mają pretensje do całego świata o niemal wszystko, powodując, że chłop w domu marnieje, chudnąc z roku na rok. I w końcu pod pozorem naprawy fury idzie do garażu, gdzie dziurawi sobie cybuch z dwudziestki dwójki albo któregoś ranka wychodzi z domu po fajki i nie wraca, a babsko święcie przekonane, że jej chłopinę zamordowali kosmici, rozpacza w głos, wylewając morze sztucznych łez.

 Saracen był zaskoczony, wręcz przerażony, z jaką prędkością funkcjonuje jego mózg. Jak zawiłe potrafi wytwarzać myśli. I jak każda z nich przywołuje do życia następne.

 Kiedy pruli z dziką bandą przez drogę, zawsze obstawiał tyły, gdyż miał bardzo poważne zaburzenia percepcji. Bywały momenty, że dany zakręt widział naprawdę na sekundę przed wejściem. Defekt nie dotyczył, broń Boże, samego wzroku, bo ten pozwalał mu dostrzec z czterdziestu jardów skorpiona, tylko z zestawianiem tego, co widzi i z szybką reakcją na to. W walce tak się nie działo, ale w każdym innym aspekcie życia wymagającym błyskawicznej reakcji, tak.

 Teraz wszystko uległo nagłej zmianie, więc skupił się i przyspieszył, czym w ogóle nie przestraszył chłopaka. Przeciwnie. Wyglądało na to, że dzieciak ma prędkość we krwi. Indianin rozbujał więc maszynę do prędkości, jakich nigdy wcześniej nie zaznała i delektował się tym, co najpiękniejsze, cholerną, czystą wolnością. Chłopak zaś ścisnął go mocniej i tak pędzili, zostawiając za sobą cały szajs. W tej chwili te trzydzieści dwa, należne mu jak kutas dziwce, patyki, zupełnie nie miały znaczenia. Liczyło się tylko tu i tylko teraz. Nie było granic. Otworem stał cały świat.

 W pewnym momencie mały Kanati coś krzyknął, ale prędkość to oczywiście zagłuszyła. Saracen pewny, że dzieciak w końcu wymięka, zwolnił i poprosił go o powtórzenie.

 — Musimy skręcić w pustynię! — wykrzyczał mały. — Tak, gdzieś, jakoś, zaraz. Może tu?

 Pytania o to, skąd wie, były dobre dla białych niedowiarków. Indianin tylko zapytał, w którą stronę.

 — Myślę, że w prawo — odpowiedział dzieciak. — W stronę gór.

 Czerwonoskóry zwolnił, bo nagły zakręt przy tak szaleńczej prędkości, by ich z całą pewnością rozsmarował. Następnie skręcił, a widząc, że przyjdzie im jechać bezpośrednio pod słońce, wrzucił na nos okulary. Jeszcze wczoraj, by się na taki gest nie zdobył, ale teraz nie stanowiło to problemu. Świat utonął w ciemnym odcieniu fioletu.

 — Ciągle ją słyszysz? — spytał, nie mogąc się nadziwić, jak łatwo mu przychodzi składanie słów. To już nie tylko myśli, czy percepcja, lecz także język. Jak tak dalej pójdzie za piętnaście minut będzie umiał latać albo rozwalać kamulce siłą myśli. Nosz kurwa go w dupę mać. Prawdziwie uszanuje spacer tylko ten, kto pozbawiony był nóg.

 Kanati odparł, że tak, słyszy siostrę, mówiącą, by się pospieszył.

 — Boi się. Jest przetrzymywana w ciemnym miejscu. W takim, gdzie słychać muzykę. Naprawdę bardzo się boi. Znajdziemy ją?

 Saracen lekko podkręcił manetkę z gazem. Wszędzie tylko muldy i nierówności. Kamienie wielkości ludzkiej głowy, które mogły ich przy zderzeniu wykończyć oraz piach, w którym mogli się lada chwila zakopać. Do tego wiszący nad głowami żółty stwór, parzący w kark i wysysający z organizmu całą wodę. Bezlitośnie. Do ostatniej kropelki.

 — Może stanę i czegoś się napijemy? Chyba przy siodle została butelka sprite'a. Co ty na to? Pomogłoby nam.

 — Jak jest pan bardzo spragniony, to ok. Ja nie muszę.

 — Czemu? Nie uwierzę, że nie chce ci się pić.

 — Nie chce.

 — No dobra. Jak uważasz. To powiedz mi jeszcze coś. Na przykład, o swojej babce.

 Przez dłuższą chwilę malec nie odpowiadał. Saracen się zastanawiał czy przypadkiem nie obudził w nim czegoś, co lepiej, gdyby wciąż spało.

 — Lubiłem babcię. Zresztą, tylko ona tak na nas mówiła.

 — Jak?

 — No Selu. Selu i Kanati. Wuj nas nazywał inaczej.

 — Na ciebie wołał Bix, nie?

 — Tak. A na Selu, Isobel. Takie imiona dla nas wybrała ciotka Hilda.

 Spory kamulec wystrzelił spod kół i zatrzęsło, jakby byli na środku rwącej rzeki. Z każdą minutą góry rosły, rozpościerając się po sam horyzont. Saracen zwolnił. Następnie wznowił myśl.

 — Czemu wam je zmieniła? Nie podobały jej się te prawdziwe?

 Chłopak ponownie zamilkł. Jechali na tyle wolno, że Indianin zaryzykował spojrzenie, by sprawdzić, czy mały nie płacze. Gdzie tam. Twarz miał ściągniętą w nieodgadnionym wyrazie.

 — Możemy o tym nie gadać, jeśli nie chcesz?

 Mały odparł, że owszem, może gadać, tylko na razie myśli.

 — Aha. No to myśl. A jak wymyślisz, powiedz. Znaczy, jeśli oczywiście będziesz chciał.

 Kolejne kilka minut przemierzyli w ciszy. W końcu Kanati rzekł:

 — Chyba chodzi o to, byśmy mieli prawdziwe. Znaczy, dziecięce. Żebyśmy się nie musieli rzucać w oczy.

 Saracen nie mógł wyjść z podziwu, że dziewięciolatek tak płynnie umie się wysławiać. Zwłaszcza że sam wyrósł pośród analfabetów. W miejscu, w którym rodzona siostra była często najlepszą partią do ożenku.

 — Rzucać w oczy? — zagaił. — Znaczy, ukrywać?

 — Tak. Babcia dużo nam opowiadała o dawnych rzeczach i o tym, żeby pamiętać. Ciotce się to bardzo nie podobało. Miała zamiar posłać nas do szkoły. Nie pasowało jej, że ciągle jesteśmy w trasie.

 — Aha. No to chyba chciała dla was dobrze?

 — Nie wiem. Chyba trochę tak, ale też się ciągle na nas darła. Często krzyczała na wujka, że po co my tu jesteśmy? Że to skaranie od Pana Jezusa Świętego. Mówiła, że przez to, co robimy, on umarł za nas na darmo. Babcię nazywała ropuchą i mąciczymśtam.

  Saracen spytał, co też takiego strasznego robili, ale dzieciak zignorował pytanie, wracając do wcześniej podjętej myśli.

 — Ciotka Hilda chciała, żebyśmy do niej wołali mamo. Gdy nie chcieliśmy, to się na nas darła i była zła. Potem ją często z tej złości bolała głowa. Krzyczała na wujka, że kończą nam się pieniądze. I że to wszystko przez niego, bo jest obibok i dureń. Raz nawet powiedziała, że póki babcia będzie z nami, nigdy się nie poprawi. Kazała wujkowi mieć jaja i iść ją w końcu ubić. Ukręcić łeb. Mówiła, że benzyna jest bardzo droga, a żarcie to już w ogóle. I że zrobiliśmy bardzo źle.

 — Z czym zrobiliście źle?

 — Nie wiem. Chyba była zła, bo Selu babcię kochała. A babcia ją. To ją denerwowało i wygadywała babci przykre rzeczy. Krzyczała na nią. I cieszyła się, że nie ma nóg działających. Selu zawsze po takich akcjach płakała. Tak bardzo, że nie umiałem wymyślić fajnych słów, żeby ją rozweselić.

 Trasa zrobiła się na tyle niebezpieczna, że rozsądniej byłoby już zsiąść. Saracen jednak uważał, że lepiej będzie, jeśli chłopak wyrzuci to z siebie na raz. Zwolnił więc tylko i skupił uwagę na drodze. Drobne kamienie ciągle pryskały spod kół.

 — No więc to chyba tyle, panie Saracen. Tyle zapamiętałem.

 Indianin odcharknął zbierającą się flegmę. Spojrzał w pustynny piach.

 — To cholernie przykra sprawa — rzucił w końcu. — Wuj nie mógł czegoś z tym zrobić? Przecież was kochał? Nie mógł z tą rurą pogadać?

 Chłopak spochmurniał.

 — Próbował, ale zawsze tak się kończyło, że rura... że ciotka znaczy, strasznie się darła i używała potwornie brzydkich słów. Takich jak, skurwiwąs i dziwkarz. A nawet innych, co ich już nie pamiętam. Pamiętałem, ale zapomniałem, bo babcia powiedziała, że nie warto. Że jest dużo innych, dobrych słów. I że muszę mieć miejsce w głowie, żeby je wszystkie pomieścić, bo przyjdzie czas, kiedy będę się musiał o wszystko zatroszczyć sam. O siebie oraz o Selu. I to chyba teraz jest ten czas.

 Teren z płaskiego przeszedł w pagórkowaty i zaraz potem w górzysty. Kontrastujące z niebem góry odbijały złociste refleksy, rażąc oczy nawet przez ciemnię okularowych szkieł. Zupełnie, jak gdyby Słońce za wszelką cenę chciało im utrudnić dalszą jazdę.

 — Z tego, co dzieciaku opowiadasz, wynika, że twoja babcia była bardzo mądra. Taka, bo ja wiem... W porządeczku.

 Mały się rozpromienił.

 — Nawet bardzo. Umiała takie rzeczy, co nie umieją ich ludzie. Wiedziała na przykład, co wydarzy się jutro. Nie często, ale niekiedy. Zawsze wtedy tak, jakby spała, lecz z jednym otwartym okiem. I było dużo zapachów. Potwornie mocnych. Ciotka mówiła, że babcia jest czarownicą, ale często sama ją pytała, co i jak.

 Indianin przetarł Ray Bany i znów je wrzucił na nos. Przez nieogoloną twarz płynął pot, tworząc sobie własne mini zawody, których meta kryła się gdzieś pod kurtką. Głowa zaczynała już puchnąć od tego zawieszonego na niebie, żółtego ścierwa i właśnie zbliżał się czas, by przybastować. Niestety w tej okolicy nie mieli cienia na jotę, a góry, choć rosły w oczach, wciąż były jedynie majestatycznym elementem krajobrazu. Pięknym i wzniosłym, ale kurewsko odległym. Jak El Dorado, co nie chce dać się ujarzmić.

 — Posłuchaj — rzucił ochryple, czym nieco przestraszył malca. Wycharczał zatem plwocinę i po sekundzie podjął cały wątek jeszcze raz. — Wiem, że to może nie pora, ale chciałbym cię o coś spytać. O coś naprawdę trudnego. Może być?

 Chłopiec bez wyrazu skinął głową. Po chwili jednak dopytał:

 — O coś, co ci się może nie spodobać. A jeśli tak, nie musisz mi odpowiadać. Ok? Pasuje ci taki układ?

 Kanati zamilkł. Niemal dało się wyczuć, jak gorączkowo rozmyśla, co za pytanie wymaga aż takich podchodów? Saracen uznał, że tak czy siak, zaraz się zatrzymają i napiją. Następnie pójdą pieszo. Droga była za bardzo kamienista.

 — Więc jak, Kanati? Mogę?

 — Tak, panie Saracen. Może pan.

 — Świetnie. I nic się nie bój. Nie mam na myśli nic złego. Jakby co, najwyżej nie odpowiesz.

 — Tak. Ok.

 — Więc chodzi mi o to wydarzenie, co to je żeśmy dzisiaj razem przeżyli. O tego chudzielca. Babcia nie wiedziała, że tak będzie?

 Dzieciak chyba spodziewał się czegoś znacznie trudniejszego, bo z głośnym świstem wypuścił powietrze z płuc. Pewnie myślał, że będzie musiał bronić teorii ewolucyjnej Darwina lub wyliczać europejskie stolice. A tu proszę. Pytają tylko o stwora, co to go chciał przemodelować na miazgę. Łatwizna.

 — Nie no, babcia wiedziała. Nawet nam koło przebiła, żeby nie jechać.

 — Koło?

 — No tak. Tylko ciotka się wtedy wściekła nie na żarty i powiedziała: Ubijże ją do jasnej nędzy, ty padalcu. Ukatrup, bo ja już z tą starą wiedźmą nie wyrobię.

 — I co?

 — Nooo... Wujek z początku nie chciał, lecz w końcu babcię zostawił, żeby już się nie kłócić. A potem, to się bardzo szybko wszystko stało, bo jak przyjechaliśmy, to tak nagle.

 Głos chłopcu zadrżał, co Indianin bez problemu wyłapał.

 — Nie musimy o tym gadać, jeśli nie chcesz.

 — Mogę.

 — Na pewno?

 — Tak. Już się nie martwię.

 — No dobra. Pamiętaj tylko, że jesteś teraz bezpieczny. Wszystko, co złe, jest za tobą.

 W to akurat Saracen nie wierzył sam. Miał jednak nadzieję, że wraz z tym nieoczekiwanym powrotem do zdrowia, nabrał umiejętności blefowania. Trudno było mieć pewność, bo z miny dzieciaka nic się nie dało wyczytać. Ten, patrząc gdzieś w dal, podjął wcześniejszą myśl.

 — Wujek naprawił koło i chciał dolać benzyny, żebyśmy mieli na dalszą jazdę, ale wtedy ten ktoś uderzył go młotkiem w tył głowy. Ciotka krzyczała, a ja...

 Głos malca niebezpiecznie się zachwiał. Istniała naprawdę spora szansa, że tym razem nie obejdzie się bez płaczu. Indianin uważał, że takie oczyszczenie byłoby dla niego korzystne. Zwłaszcza że sól zawarta w dziecięcych łzach ma moc oczyszczania z demonów. Wypłukałaby je. Mimo wszystko przykro byłoby patrzeć na jego łzy.

 — Spokojnie. Już się teraz nie masz czego bać.

 — No bo byli też inni. Nie tacy wysocy jak tamten, ale dziwni. Tacy... jak gdyby z cyrku. Grubi albo skrzywieni. Niektórzy mieli czerwoną skórę od słońca, jaką ma pan. Był też jeden o skórze, jakie ma drzewo. O skórze-korze. I byli straszni. Wyciągnęli cioteczkę Hildę i moją Selu. Ja uciekłem. Oni się chyba spieszyli albo chcieli bardziej Selu, niż mnie i sobie poszli. Temu chudemu czemuś, przykazali mnie znaleźć. Taki w masce mu kazał. Strasznej. I ja się wtedy schowałem. A potem, to... Potem to już pan podszedł. I inni. I żeście tego wysokiego zabili. I bardzo dobrze. Gdybym był duży i silny, to sam bym go zabił, ale jeszcze nie jestem.

 Indianin zatrzymał motor. Następnie wyciągnął butelkę ciepłego sprite'a, do którego mały się przyssał, pochłaniając trzy czwarte na jeden raz.

 — Prze-praszam — wykasłał — ale strasznie chciało mi się pić.

 Bikers błysnął zębami i klepnął małego w ramię.

 — To wal do końca. Ja swoje wypiłem wcześniej.

 Dzieciak pokręcił głową.

 — Nie! Babcia zawsze mówiła, że jak jest ciepło, trzeba dużo pić. Nawet, jak się już nie chce.

 — Naprawdę? A jak się nie chce tak bardzo?

 — No... To chyba też. W brzuchu nie może być sucho, bo wszystko zgnije. To dlatego trupy tak wyglądają. I dlatego mają taką skórę. Bo nie mogą już pić i wysychają.

 Indianin nagle spoważniał.

 — O tym też ci opowiadała twoja babcia?

 — Nie.

 — Więc skąd wiesz?

 — Bo ja już trupy widziałem — odparł dumny z tego, że może czymś się poszczycić.

 — No to chyba rzeczywiście się napiję.

 Dzieciak podał butelkę, w której czerwonoskóry umoczył jedynie usta. Widząc jednak, że jest obserwowany, przeciągnął cały spektakl dobrą chwilę. Potem butelka powróciła do smyka.

 — Chyba lepiej by było, gdybyśmy zamiast tego mieli herbatę, ale niestety nie mamy. Kończ!

 Chłopak dokończył napój. Następnie pogniótł butelkę.

 — Mi tam smakuje.

 — Mnie też, ale po słodkim będzie nam się chciało jeszcze bardziej. Mogliśmy coś zabrać ze stacji, ale jakoś o tym nie pomyślałem. Sam wiesz, że dużo się działo.

 Widać było, że chłopakowi imponuje sposób, w jaki motocyklista z nim rozmawia. Po wcześniejszych szklistych oczach nie został ślad.

 — Czy możemy już jechać?

 Jego tymczasowy opiekun się rozejrzał. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, całe stosy kamieni. Od małych i niezbyt groźnych, po wielkie, mogące pewnie ukatrupić na miejscu. Próbował jednak obrócić wszystko w żart.

 — Będzie ciężko. Tyłek może ci odpaść.

 Kanati jednak już się nie uśmiechał. Przeciwnie. Kiedy przemówił, minę miał bardzo poważną.

 — Proszę pana, ale tam mordują moją siostrę. Cały czas słyszę w głowie jej głos. Nie możemy iść dalej na piechotę, bo nie zdążymy! Musimy jechać!

 Wtedy Saracen zrozumiał, że za cud, jakiego dzisiaj doświadczył, ktoś na pewno wystawi mu rachunek. Przecież w życiu nie ma niczego za darmo.

 — Więc wskakuj — rzucił, puszczając maszynę z nóżki. — Jak się mamy spieszyć, to się spieszmy.

 Dzieciak posłuchał. Chwilę później pędzili w kierunku gór, zostawiając za sobą pionierski ślad. Podczas całej drogi chłopak się odezwał tylko raz.

 — Panie Saracen! — krzyknął. — Ja to bym wolał, żeby mnie pan nie nazywał już Kanati, tylko Bix. Kanati to głupie imię. Nie lubię go.

 Indianin nie odpowiedział, chociaż wydawało mu się, że rozumie. Nie wiedzieć czemu, miał pewność, że nie jest im pisane się tu rozbić. Bazując na tym absurdalnym przekonaniu, dokręcił manetką gazu.

 Wtedy po prostu... Świat urósł, a słońce przestało razić cholerne oczy.

 No i te góry. Góry przestały uciekać.

 

 Link do części XI: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=2070

 

Liczba ocen: 1
75%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: inne

Liczba wejść: 18

Opis:

Ok, to ostatnia z części, które napisałem bardzo kiedyś. Następne już będą z... równie kiedyś, ale już takiego nie, hen, hen.

Dodano: 2020-02-17 20:10:07
Komentarze.
~marok 8 m.
Kurde, a ja jeszcze 9 nie przeczytałem. Ajjjj, zaległościiii
Odpowiedz
*Canulas 8 m.
marok, sądowałę dzisiejszym poporańczem Twe statystyky i nie masz się czego wstydzić. Zacne ilości Ci się nadozbierały. Powinieneś tera na męską rozmowę zawezwać swego fantomasiego druha i Bożym słowem, manipulacją kobiecą oraz przemocy kapką, również mu wkopać lepsze jutro w kolistości półdupska.
Odpowiedz
*Ritha 8 m.
" To zajebiście dziwne – myślał Sarace" - Saracen*

"Indianin rozbujał więc maszynę do prędkości, jakich nigdy wcześniej nie zaznała i delektował się tym, co najpiękniejsze, cholerną, czystą wolnością"
"Prawdziwie uszanuje spacer tylko ten, kto pozbawiony był nóg" - to

" — Ciotka Hilda chciała, żebyśmy do niej wołali mamo" - nie wiem czy tego "mamo" nie trzeba by było zapisać w cudzysłowie albo po dwukropku

" — Nie wiem. Chyba była zła, bo Selu babcię kochała. A babcia ją. To ją denerwowało i wygadywała babci przykre rzeczy. Krzyczała na nią. I cieszyła się, że nie ma nóg działających. Selu zawsze po takich akcjach płakała. Tak bardzo, że nie umiałem wymyślić fajnych słów, żeby ją rozweselić" - rusza, zwłaszcza w dziecięcej narracji, zwłaszcza to: Tak bardzo, że nie umiałem wymyślić fajnych słów, żeby ją rozweselić

"Przez nieogoloną twarz płynął pot, tworząc sobie własne mini zawody, których meta kryła się gdzieś pod kurtką" - to fajne, obrazowe

Ten chłopiec, Kanati, jest przesłodki.
"Niemal dało się wyczuć, jak gorączkowo rozmyśla, co za pytanie wymaga aż takich podchodów?" - nie wiem czy tutaj jest pytajnik potrzebny, obadaj

Uwielbiam tę serię. Czekam na c.d.
Odpowiedz
*Ritha 8 m.
Doczytałam opis, że to ostatnia ze starych części, ale ta nie była wcale zła! Dialog cudny, wypowiedzi Bixa urocze, Saracen wporzo, jest git.
Odpowiedz
*Canulas 8 m.
Ritha, fajnie, że jeszcz pomagasz mi wyłapać te wszytskie durności. Jak wrócę, od razu naprawię, bo dużo chyba ni ma. Cieszę się, że ten pierwszy etap podróży już wstawiłem
Fajno, że jesteśta.
Odpowiedz
*Ritha 8 m.

Odpowiedz
~JamCi 8 m.
Matko. To jest cudowne. Zajebiste. Kurdę no. I tera co? Muszę czekać tak? Ile ja się pytam?
Odpowiedz
*Canulas 8 m.
JamCi, mam taki zamysł, by wstawiać coraz szybciej, żeby wywołać wrażenie przyspieszenia. Czyli 3 najbliższe części co 4 dni, potem 3 co 3, 3 co 2 i potem już do końca coedziennie.
O, takie coś.
Bardzo dziękuję, "Dżamci".
Odpowiedz
*Ritha 8 m.
Stawiam 23 zeta, że JamCi oszaleje na punkcie Thelmy
Odpowiedz
~JamCi 8 m.
Ritha co to je Thelma??? Daj :-)
Odpowiedz
*Ritha 8 m.

Odpowiedz
~JamCi 8 m.
Ritha Szkodnik. Szczyt sadyzmu: podsycić ciekawość głupiego.
Odpowiedz
*Canulas 8 m.
Ritha, ja stawiam 23złote, że oszaleje... po prostu
Odpowiedz
~JamCi 8 m.
Canulas i Ritha to są sadysty i o. Podpuścić i zostawić, żeby łapkę lizał. Buuu...
Odpowiedz
~marok 8 m.
Byłem. Bardzo dobre, ale więcej z siebie nie wykrzesze. Może przy następnej części. Dzisiaj mam dzień zmiennego nastroju. Ale jest git i tak.
Odpowiedz
*Canulas 8 m.
marok, dobrze jest. Nie trza elaboracić. Pozdrox
Odpowiedz
~alfonsyna 8 m.
A, se ponadrabiam zaległości.
Więc zdaje mi się, że gdzieniegdzie nadmiar pytajników jest, np. tu: "Chłopiec bez wyrazu skinął głową. Po chwili jednak dopytał?" - to raczej dwukropek powinien być na końcu;
"jeden o skórze, jakie ma drzewo" - może "skórze, jaką ma drzewo".
Jakoś specjalnie nie szukałam zresztą, czego się tu czepnąć, długości nie czuć, bo dobrze się czyta, zaraz idę za ciosem do następnej części.
Odpowiedz
*Canulas 8 m.
alfonsyna, jejkson. W zasadzie to starałem się nie wrzucać części, żeby, ekhm, za daleko między innymi Tobie nie uciec. Wszelkie rady obadam. Znaki pozmieniam. Natomiast co do naleciałościach w dialogu, raczej zostawię. Nie chcę za bardzo odchłopczyć.
Dziękować
Odpowiedz
~alfonsyna 8 m.
Canulas, a w sumie dobrze, że za daleko nie uciekłeś, choć jest teraz odpowiedni moment dla mnie, żeby sobie wrócić do tego czy owego, bo mam jeszcze L4, ale już nie mam gorączki, więc myślenie lepiej działa. Także teraz już chyba wrócę na właściwy tor, spróbuję nie zostawać w tyle w każdym razie.
Odpowiedz
z dużym wykopem
Fajny, przyjemny dialog z dzieciakiem. Super duet powstał. Ciekawa jestem co dalej
Odpowiedz

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin