jasno ciemno
Czwartki Morgana Behonda cz.2 Nadal są

Czwartki Morgana Behonda cz.1

 ZACZNIJMY W TEN SPOSÓB...

 

 

  W życiu bywa różnie. Raz karuzela kręci się prawo, innym razem w lewo. Czasami są przerwy w dostawie prądu albo w wersji dieslowskiej – bak praży się pustką. Morgan Behond usiadł na różowego jednorożca, po czym ruszył z rytmem muzyki w prawo, bo facet od dźwigni tak ustalił. Wirował coraz szybciej nie rozpoznając otaczającego go świata. Miał pięć żetonów i wszystkie wydał na przejażdżkę karuzelą.

 

 CZWARTEK, 2023 ROK

 

 Zimny trawnik koił każdy ból. Poranny chłód potrafił uleczyć z żalu albo zwątpienia. Co może począć facet po pięćdziesiątce, który czuje się, jakby dawno przekroczył półmetek? Pada na trawnik, próbuje zasnąć i wierzy, że kiedy znowu otworzy oczy, będzie uleczony. Internet nie kłamie. Zostanie uzdrowiony.

 Morgan zapomniał przewiesić swój kasztanowy płaszcz na haczyk numer trzy. Zamiast tego z zupełnego roztargnienia (myśli mówiły co innego, ale to tylko marna pieść, którą łatwo zagłuszyć) odzienie zawisło na piątce. Pięć, nie cztery. A może... Nie! To był numer pięć, jej numer. Zdążył usiąść na fotelu w salonie. Lewa dłoń sięgnęła po pilota.

 — Dlaczego?! — Nadal miała przyjemny głos, mimo że wcale nie próbowała zachować odpowiedniej dykcji, ani barwy. Miało być głośno i wymownie. — Co do ciężkiej kurwy robi twój cholerny płaszcz na moim haczyku?!

 Gdyby kneble mogły mówić, miałyby dylemat. Ten miękki, zawsze ciepły głosik przerwać w półsłowa?

 — Ostatni raz popełniłem ten błąd — odpowiedział, wybierając w końcu kanał kulinarny.

 — Dlaczego? Czemu tak łatwo się poddajesz? Nie umiesz dowieść racji, przeinaczyć na swoją stronę faktów? Przecież masz szansę, miałeś ich od zaje…

 — Nie. Wolę uznać rację wyższej istocie. Mnie wystarczy miękki fotel i kanał kulinarny na dwanaście kolejnych godzin. Znowu wygrałaś — Obojętność miał wrytą w naturę.

 Trójka pozostała pusta. Podeszła do wejścia do salonu. Czy wpatrywanie się w łysinę faceta w poszukiwaniu rozwiązania problemu jest w porządku? Liczyła w myślach, że on pierwszy podejmie trud przełamania gadaniny babki z telewizora i powie cokolwiek. Nawet nie tyle zaprosi do wspólnego oglądania. Kij w to. Po prostu coś powie. Ładna pogoda, może byś wyszła i już nigdy więcej nie wróciła?

 Cóż, zlew plus brudne naczynia, brzmi jak konkretna riposta na bezsilność, którą obdarzył cały dom Morgan. Backie powoli smakowała tego uczucia, bo kiedy przyszła furia zaraz po niej następowała dziwna pustka, zimny, spokojny powiew wiatru po burzy. Porcelanowe talerze z nadrukami tulipanów układały się w coraz wyższy lśniący stos. W telewizorze szczupła piękność wymachująca ostrym tasakiem nad kawałkiem schabu ewidentnie nie miała problemu z brudnymi naczyniami. Zapewne wyrzucała każdorazowo wykorzystane talerze do śmietnika znajdującego się w miejscu zmywarki. Tani chwyt, pomyślała Backie. Ale te cycki. Morgan nie sprawiał wrażenia zainteresowanego atutami blond-piękności. Siedział jak kamienny posąg na fotelu obszytym szmacianą powłoką klasy niższej niż ścierki kuchenne.

 — Morgan. Nie wiem, co się stało, ale może chcesz…

 — Chcę — przerwał, podrywając się z fotela gwałtownie.

 — Gdzie idziesz? Może chcesz…

 — Chcę. Proszę, daj mi cokolwiek innego, niż zwykle.

 Świetnie to rozegrał. Nie miała żadnego planu, żadnej odpowiedzi. Wróciła do kuchni i włączyła radio. Letnie przeboje country owładnęły jej myślami, choć w każdej z daleka widać było sylwetkę Morgana stojącą nieruchomo.

 

 *****

 Ten czwartek był zimny. Trawnik przyjemnie chłodził twarz Morgana zatopioną w trawiasty materac. W obrębie pięciu metrów kwadratowych od głowy Morgana pies Philipa Stevensa szczał co najmniej siedem razy w ciągu dnia – codziennie. No i co z tego? Martwa smuga chmur stanęła na niebie, przysłaniając słońce. Trawnik był jeszcze zimniejszy, jeszcze lepszy.

 — Dzień dobry, Morgan. Co się stało? — Obserwował go jak nic. Dogodny widok z okna w salonie. Widział, kiedy wychodził, zapewne zaśmiał się w głos widząc, jak kładzie twarz w miejsce gdzie jego kundel szczał godzinę temu. — Nie odpowiesz mi? Stevens to już dla ciebie partia Beckie?

 — Nie wiesz jak cię oceniam naprawdę. Wiesz tylko to, co powiedzą ci ludzie. Pani Mogree wyśpiewała już o mnie dwadzieścia arii każdemu na tej zasranej ulicy. A ty, nadal kalkulujesz, spierasz się. Zacznij wierzyć, na przykład w arię numer dwanaście. Co w niej było? Pamiętasz?

 Philip zaczesał palcami dwumiesięczną grzywę. W oknie salonu zobaczył trzy ostatnie twarze, które szczerze się do niego uśmiechały, przynajmniej z jego perspektywy. Żona Sandy i dwójka synów – Ralph i Elizedon.

 — Masz kogoś, kto zna cię naprawdę? Ja mam, dokładnie wiem, jaki jestem, co muszę zmienić, a co jest we mnie zajebiste w chuj.

 — Sam dobrze wiem, kim jestem. Pracowałem na to dwie dekady. Zrozumiałem, kiedy trzecia pukała do drzwi.

 Wstał. Niebo gęstniało od chmur coraz bardziej. Od strony centrum wolno toczył się policyjny ford. Zwyczajny sedan jakich wiele. Coś jak zaraza, a taka oczywista, więc z góry wiesz jak się bronić. Za kierownicą siedziała kobieta, na miejscu pasażera – facet. Koła zahaczyły o krawężnik podjazdu Morgana.

 

 ******

 Przedstawili się sucho z wrednymi spojrzeniami w oczach. Kiedy Morgan potwierdził, że są pod numerem dwadzieścia siedem na Bolton Sunny Street, napakowana testosteronem z puszki brunetka wparowała do mieszkania bez żadnej zapowiedzi. Za nią podążył czarnowłosy młodziak o twarzy jedwabnej i jednocześnie bladej. W oczach miał więcej strachu niż Morgan zdziwienia. Sytuacja ewidentnie przerosła jego oczekiwania.

 Przedpokój pachniał zupełnie inaczej. Z każdym kolejnym krokiem dziwna woń stawała się coraz wyraźniejsza. Subtelne perfumy Beckie, które kupiła tydzień temu… chyba, przesiąkły przez tapetę ścian, zielony dywanik i każdy płaszcz na wieszaku.

 — Panie Behond, mamy złą informację — policjantka wyskoczyła z kuchni zupełnie zmieszana. Nie kipiała już sztucznym testosteronem.

 Morgan przekroczył próg kuchni. Ona po prostu wisiała. Na przedłużaczu, który kupił w zeszłoroczne święta. Hak przeznaczony pod żyrandol wytrzymał ciężar opadającego z krzesła ciała. Radio trzeszczało, wypluwając niezrozumiałe rytmy, choć z całą pewnością były to przeboje country.

 — Bardzo mi przykro. Dostaliśmy zgłoszenie o planowanym samobójstwie. Dzwoniła pana żona. Mówiła, że jest pan nieczuły na świat, a przynajmniej zbyt skostniały, żeby zwrócić uwagę na jego niuanse, choćby ten największe.

 — Nonsens. Codziennie oglądam Betty and Cakes. To program kulinarny. Gotowanie jest sztuką rozpoznawania niuansów w każdej potrawie i ja to potrafię.

 Policjantka spojrzała na swojego partnera. Ten akurat odłączał rozstrojone radio, jednocześnie przeglądając oferty używanych chevroletów z lat osiemdziesiątych.

 — Nie wiem co o tym myśleć — powiedział beznamiętnie Morgan.

 — To zrozumiałe. Jest pan w szoku, choć trzyma się zaskakująco dobrze. Większość klęka, całuje nogi i płacze. Niektórzy klną przy tym na Boga i cały świat.

 — W duchu jestem załamany, proszę mi wierzyć.

 — Ma pan wręcz kamienny wyraz twarzy. Jest pan aktorem?

 — Nie, ale grałem w dwóch przedstawieniach szkolnych za czasów licealnych. Mam charakterystyczny układ emocjonalny.

 Funkcjonariuszka machnięciem ręki odesłała swojego partnera do radiowozu. Morgan spojrzał na twarz Beckie. Była równie kamienna, jak jego. Dostrzegał podobieństwo, przypominając sobie piętnastominutowe milczenia przed lustrem. Jej karuzela stała w miejscu.

 

 CZWARTEK, 2024 ROK.

 

 Upalne dni zdecydowanie lądowały na liście znienawidzonych rzeczy przez Morgana. Powodów było kilka, ale jeden szczególnie mocno ważył na tej klasyfikacji. Tym razem trafił się spory labrador z poderżniętym gardłem, nadziewany sosem musztardowym. Już rankiem był składowiskiem much i smrodu. Puste oczodoły spoglądały na Morgana, kiedy taszczył truchło do śmietnika. O ósmej upalne słońce już paliło kark, a gęste powietrze utrudniało oddychanie. Pół biedy po takim jamniku albo jakimś małym kundlu, ale labrador w sile wieku nie należał do małych, ani lekkich. Do tego smród nadgniłego już truchła nie współgrał z sosem majonezowym wypełniającym jego brzuch.

 Wrodzona ułomność Morgana na kilka zasad rządzących tym światem powoli odchodziła w niepamięć. Od miesiąca nie celebrował piętnastominutowego milczenia przed lustrem po porannym prysznicu; kanał kulinarne zostały zablokowane przez operatora kablówki pół roku temu. Taaa, chodziło o kasę. Rozgrywki w ujeżdżaniu mechanicznych byków nie pochłaniały uwagi Morgana aż tak, ale były znośnym kompromisem na nudne wieczory.

 Labrador ważył więcej, niż Morgan zakładał. Z trudem wpakował go do pojemnika. Na karku oprócz palących promieni letniego słońca poczuł wzrok Philipa. Brunatny wąs, jaki nosił po śmierci teściowej, w jakiś niewytłumaczalny sposób poruszał wnętrze Morgana w nieprzyjemny sposób. Rozmowy z Philipem nie przebiegały już tak jednotorowo.

 — Kolejna niespodzianka? — Kiedy się uśmiechał, brunatna kępa pod nosem wyginała się w dziwaczny sposób.

 — Jak może być niespodzianką, skoro podobne dostaję co dwa, trzy dni?

 — Komu aż tak zalazłeś za skórę? Od pogrzebu Beckie chyba tylko stara Morgee nadal uważa cię za zarazę tej części miasta.

 — Była na pogrzebie. Sterczała za ogrodzeniem cmentarza z atrapą martwej wrony na wędce. Nie wiem, o co jej wtedy chodziło.

 — Drażniła się z tobą. Stara glista pełza tylko między alejkami parku na South Street i podsyca każdą najmniejszą plotkę. W końcu się zapowietrzy, albo lepiej — rozedma płuc. Ale ty, raczej nie czekasz, aż skręci ją na dobre.

 Morgan otarł dłonie o kraciastą, flanelową koszulę koloru jesiennego listowia.

 — To tak nie działa. Mam kilka swoich spraw, nie zajmują mnie sprawy innych. Zresztą, to było dziesięć miesięcy temu.

 — Dzisiaj miesięcznica?

 — Nie, była w zeszłym tygodniu.

 — Przegrałeś wtedy z kretesem, jak się patrzy. Trzeba było robić dzieciaka, kiedy chciała.

 Stara Morgee wyszła z domu dokładnie w tym samym momencie, w którym oczy Morgana były skierowane na jej drzwi. Philip wciąż coś mówił, powtarzał jakiś frazes. Wychwycił jedno słowo: rozmnażanie. Nic wartego uwagi. Pomarszczona twarz kobiety była teraz zwrócona w jego stronę. Obok domu staruchy często zbierały się wrony. Dokarmiała je codziennie. Grab wychodowany przez lata wyglądał jak specjalnie przygotowany dla ptaków, które z radością mogłyby na nim przysiąść i odpocząć. Po chwili odwróciła wzrok. Może tylko go drażniła, znowu. Przyglądał się jej jeszcze kilka sekund, w których trakcie Morgee spektakularnie odmierzając, zrobiła siedem kroków. Na tym poprzestaniemy.

 ********

 Ignorancja. Świetne wyjście, choć Morgan posługiwał się nią tak często, że nie mógł jednoczenie stwierdzić czym ona jest dla niego. Zwykła rutyna dnia. Philip nie zareagował, kiedy został sam na swoim trawniku z historią moralizatorską na temat rodzicielstwa zakończoną (przerwaną) w połowie. O czymś zapomniałem wspomnieć? Tak. Przez okno w salonie już tylko dwie twarze uśmiechały się do Philipa Stevensa.

 

 *******

 Narzucił na barki płaszcz z trójki. Wybrał sportowe addidasy i w ostatniej chwili, zanim drzwi przytrzasnęły mu place, zabrał wiszące na szóstce kluczyki od chevroleta. Czasami po prostu idzie się za myślami, nagłymi zrywkami wspomnieć. Nie kalkuluje, po prostu wsiadasz w auto i jedziesz, tam, gdzie cię prowadzą. Morgan w ostatniej chwili uniknął kolizji z rowerzystą nadjeżdżającym z przeciwnej strony. Przekalkulował (to był błąd, zero kalkulacji), że weźmie zakręt szerzej, zamiast uczciwie zwolnić. Facet na rowerze poczuł się jak na sądzie bożym, widząc jadące wprost na niego auto. Obyło się bez krwawego incydentu. Spokojnie, tylko do czasu. Życie jest przewrotne, a egzystencja Morgana toczyła się wymyślnym torem przeszkód. Usłyszał tylko głośne uderzenie, potem zobaczył plamę krwi rozlewającą się w szczelinach pękniętej szyby. Na masce leżała czapka. Zdecydowanie dziecięca. Na asfalcie leżało martwe ciało. Zdecydowanie dziecko.

 

 

 część druga : https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=2037

12019 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: obyczajowe

Liczba wejść: 35

Opis:

Dodano: 2020-02-17 23:23:55
Komentarze.
~entropia 11 m.
Początek kojarzy się mi z americano beauty, kryzys wieku średniego... później zmienia kierunek. To jakaś część? Wstęp? Dużo spada na tego pechowca tu żona, teraz dziecko, ale jakby nie było zaczyna się w jego życiu dziąć, w tym stałym kulinarnie świecie
"Ładna pogoda, może byś wyszła i już nigdy więcej nie wróciła?"" ) Marzenia czasem się spełniają...

Odpowiedz
~entropia 11 m.
entropia tak 1 z 2 okej czekamy na 2.
Odpowiedz
~marok 11 m.
entropia dzięki. W tu tyle miałem mały błąd. Myślałem o innym polu i dlatego
Odpowiedz
~marok 11 m.
Opku*
Odpowiedz
*Ritha 11 m.
Wczoraj w nocy przeczytałam wstęp i spodobał mi się Jedźmy więc dalej.

"Morgan Behond usiadł na różowego jednorożca, po czym ruszył z rytmem muzyki w prawo, bo facet od dźwigni tak ustalił. Wirował coraz szybciej nie rozpoznając otaczającego go świata. Miał pięć żetonów i wszystkie wydał na przejażdżkę karuzelą" - czytając to, zastanawiałam się czy nie jest to słowna wizualizacja któregoś z Twoich komiksów

"bo kiedy przyszła furia zaraz po niej następowała dziwna pustka, zimny, spokojny powiem wiatru po burzy" - powiew*

"— Morgan. Nie wiem, co się stało, ale może chcesz…
— Chcę — przerwał, podrywając się z fotela gwałtownie.
— Gdzie idziesz? Może chcesz…
— Chcę. Proszę, daj mi cokolwiek innego, niż zwykle.
Świetnie to rozegrał. Nie miała żadnego planu, żadnej odpowiedzi. Wróciła do kuchni i włączyła radio. Letnie przeboje country owładnęły jej myślami, choć w każdej z daleka widać było sylwetkę Morgana stojącą nieruchomo" - złoto dialog

Muszę na raty, strasznie długie
Odpowiedz
*Ritha 11 m.
"Trawnik przyjemnie chłodził twarz Morgana zatopioną w trawiasty materac. W obrębie pięciu metrów kwadratowych od głowy Morgana pies Philipa Stevensa szczał co najmniej siedem razy w ciągu dnia – codziennie. No i co z tego?" - to fajne

"Pani Mogree wyśpiewała już o mnie dwadzieścia arii każdemu na tej zasranej ulicy. A ty, nadal kalkulujesz, spierasz się. Zacznij wierzyć, na przykład w arię numer dwanaście. Co w niej było? Pamiętasz?" - i to też fajne
"— Sam dobrze wiem, kim jestem. Pracowałem na to dwie dekady. Zrozumiałem, kiedy trzecia pukała do drzwi" - i to

"Pod strony centrum wolno toczył się policyjny ford" - Od*
"Zwyczajny sedan jak ich wiele" - jakich*

"Przedstawili się sucho z wrednymi spojrzeniami w oczach. Kiedy Morgan potwierdził, że są pod numerem dwadzieścia siedem na Bolton Sunny Street, napakowana testosteronem z puszki brunetka wparowała do mieszkania bez żadnej zapowiedzi. Za nią podążył czarnowłosy młodziak o twarzy jedwabnej i jednocześnie bladej. W oczach miał więcej strachu niż Morgan zdziwienia. Sytuacja ewidentnie przerosła jego oczekiwania" - nosz kurwa, boskie

"Z każdym kolejnym krokiem dziwna woń stawał się coraz wyraźniejsza" - stawała*

" Dzwoniła pana żona. Mówiła, że jest pan nieczuły na świat, a przynajmniej zbyt skostniały, żeby zwrócić uwagę na jego niuanse, choćby ten największe.
— Nonsens. Codziennie oglądam Betty and Cakes. To program kulinarny. Gotowanie jest sztuką rozpoznawania niuansów w każdej potrawie i ja to potrafię.
Policjantka spojrzała na swojego partnera. Ten akurat odłączał rozstrojone radio, jednocześnie przeglądając oferty używanych chevroletów z lat osiemdziesiątych.
— Nie wiem co o tym myśleć — powiedział beznamiętnie Morgan" - zajebiście skonstruowana scena, postaci, klimat

CZWARTEK, 2024 ROK. - bez kropki (wcześniej było bez: CZWARTEK, 2023 ROK), w ogóle świetny zabieg - dzień tygodnia + rok

zw
Odpowiedz
*Ritha 11 m.
"Od miesiąca nie celebrował piętnastominutowego milczenia przed lustrem po porannym prysznicu"
"Labrador ważył więcej, niż zakładał" - tu zgubiłeś podmiot, brzmi, jakby labrador zakładał
"Za karku oprócz palących promieni letniego słońca poczuł wzrok Philipa" - Na*

" — Była na pogrzebie. Sterczała za ogrodzeniem cmentarza z atrapą martwej wrony na wędce. Nie wiem, o co jej wtedy chodziło" - haha, o Boże, nie mam dziś jakoś nastroju na heheszki, ale to mnie rozśmieszyło

"albo lepiej — rozedma płuc. Ale ty, raczej nie czekasz, aż skręci ją na dobre" - tutaj średni kreska, ta: –

Te wieszaki, coś jak Dzień świra, tyle że w stylu amerykańskim.
" Na mace leżała czapka. Zdecydowanie dziecięca. Na asfalcie leżało martwe ciało. Zdecydowanie dziecko" - świetna konstrukcja

Kurwa mać. Nie myślałam, czytając Alberta czy Hilberta czy Aldegarda czy jak tam było Twoim bohaterom ze starych serii, że będziesz tak pisał. Że aż tak i tak szybko się ogarniesz pisarsko. Chciałabym to czytać dalej. Tylko 2 części? Ok, dobre i dwie, choć, hm, dawno serii nie było
Super opo.
Odpowiedz
~marok 11 m.
Hmmm, żadnego z tych nie kojarzę, może w innym życiu. Natomiast był Ambroży, jeśli już na A xd

Części będzie wincyj, jak mówiłem, bo to błąd mały. Kiedy pisałem tytuł, myślałem o innym tekście i dlatego napisałem że 1z2. Dzięki bardzo za potrójny, skumulowany extra-koment
Odpowiedz
Bardzo mi się spodobało, takie z humorem. Natomiast koniec bardzo przewrotny i zaskakujący. Czekam na kolejną część, pozdrawiam
Odpowiedz
~marok 11 m.
aniamarzycielka dziękuję bardzo
Odpowiedz
*Canulas 11 m.
Helloł

"(myśli mówiły co innego, ale to tylko marna pieść, którą łatwo zagłuszyć) " - hmmm

" Gdyby kneble mogły mówić, miałyby dylemat. " - zajebiste

Nooo, ma momenty, ale też środek trochę rozdmuchany. Podoba mi się moment, kiedy duet policyjny przybył, a typ odparł, że ma charakterystyczny układ emocjonalny.
Złoto.

No i końcówka fajna.
Dobrze ucięta.
Zachęcająco.
Odpowiedz
~marok 11 m.
Canulas, próbuję czegoś innego, spokojniejszego, może trochę wolniejszego, no sam nie wiem. No, coś innego, bo jak na razie to waliłem tymi fajerwerkami tak tu i zaraz znowu i jeb, dup i tak dalej. A więc tera inaczej
Odpowiedz
*Canulas 11 m.
To już ten moment, w którym żałuję, że wymyśliłeś jakiś zwrot przede mną. Czuję się jak Van Basten oddający swoje stare buty Van Nisterloyowi.
Ah, wzruszyłem się.
Odpowiedz
~marok 11 m.
Canulas trzymaj fason, dopiero luty, czy jakoś tak
Odpowiedz
*Canulas 11 m.
marok, schodząc ze sceny uśmiech mi obrodzili rogalem radości, wiedząc, że ktoś będzie kontynuację czynił

Odpowiedz
*Ritha 10 m.
I tu też trzeba zmienić kategorię!

Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin