jasno ciemno
TW#3 - Stalowy grad Czwartki Morgana Behonda cz.1

Czwartki Morgana Behonda cz.2

 część pierwsza: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=2015

 

 

 CZWARTEK, 2004 ROK

 

 Słońce tego letniego poranka grzało nieubłaganie już koło ósmej. Morgan zsunął się z łóżka o siódmej, bardzo powoli i leniwie. Sklejone, senne oczy lustrowały nieprzerwanie pustą białą ścianę naprzeciwko, zanim wstał. Po porannej toalecie i dziesięciominutowym milczeniu przed lustrem zszedł do kuchni, gdzie Beckie czekała ze śniadaniem. Wyglądała jak strach na wróble z rozrzuconych na wszystkie strony włosami i z podkrążonymi oczami. Miała bladą cerę jak cholernie biała mąka albo mleko. Morgan usiadł przy stole i sennym spojrzeniem wyjrzał przez okno. Rozrzucone przy trawniku śmieci podwyższyły mu ciśnienie nieznacznie. Naliczył siedemnaście puszek pepsi.

 — Trzeba to sprzątnąć — stwierdziła Beckie, kończąc trzecią kanapkę z salami.

 — Trzeba, ale teraz mam ważniejsze sprawy na głowie. Myśli wariują wokół sklepu spożywczego na Arbey Street. Pojadę autem, a kiedy wrócę, może sprzątnę.

 — Nie uważasz, chyba że…

 — Nie, kochanie. Ty zajmij się wszystkim innym. W końcu mamy urlop.

 *****

 Upalne dni irytowały Morgana szczególnie. Na Arbey Street mieli dobre chłodziarki do napojów. W przeciwieństwie do innych spożywczaków u Beretta Browna seven up był taki jak w reklamach – cholernie zimny i orzeźwiający. Mijając kolejne trawniki, zauważył trzy puszki w rękach jakichś dzieciaków. Gromady bachorów biegające wokoło, wskakujące na ulice, rzucające w granatowe nissany piłkami. Wszystkie karły, których zakres inteligencji ograniczał się do zapamiętania fabuł pięciu kreskówek. Morgan miał szczęście, bo nigdy nie zaznał tej udręki pod swoim dachem. Mimo że Beckie nie należała do ugodowych kobiet i nie raz wręcz szantażowała Morgana rozwodami, czasem po kilku lampkach wina – policją i FBI. Dzieci to cholerne zło tego świata, nawet jeśli zasrana teza, że są przyszłością, miała ziarno sensu.

 Zatrzymał się na parkingu po drugiej stronie ulicy. Granatowy nissan bez klimatyzacji w pełnym słońcu – zajebisty plan. Nie zajmował tym myśli. Zimny seven up i nic więcej. Może jeszcze paczka mentosów. W sklepie panował przyjemny, arktyczny chłód. Miła odmiana, od lepkiej przepełnionej perfumami Beckie atmosfery w sypialni i wszędzie indziej. Kasjerka widząc Morgana nie szczędziła mu szerokiego uśmiechu. Miała oślepiająco biały uśmiech jak z reklam past do zębów.

 — Dzień dobry.

 — Dzień dobry, Morgan. Do pracy?

 — Nie. Urlop płonie mi w najlepsze. Jeszcze dwa dni i zostanie po nim tylko kupka popiołu.

 — Upały nie pomagają cieszyć się wolnymi porankami.

 Na monitorze kamer przemysłowych widać było dwójkę zakochanych w stylu, chodź pobzykamy się obok nabiału, to takie seksowne. Kasjerka uśmiechem dała do zrozumienia, że chwilowo ma to gdzieś.

 — Młodość, Morgan. Ty coś o tym powinieneś widzieć.

 Nie zrozumiał przesłania, jakim Molly Honster go obdarzyła. Miał nieco ponad trzydzieści lat. Gdzie ta młodość? Dla niego skończyła się zbyt wcześnie, ale na własne życzenie. Zainicjował standardową procedurę: niezręczny uśmiech.

 — Przeprowadzam się — zaczął jakby strzelony pomysłem na rozdmuchanie dziwnej atmosfery.

 — Ooo, tego bym po tobie się nie spodziewała. Na Bellon Square już się znudziło? — Poprawiła blond warkocz i spojrzała jeszcze raz na monitoring. Młodość.

 — Tak jakby. Na Bolton Sunny Street będzie o niebo lepiej. Malownicza ulica.

 Molly nie podzieliła entuzjazmu Morgana. Wydawała się wręcz przerażona i niedowierzała słowom, jakie wypowiadał. Upał. Letnie słońce mogło popsuć co nieco w jej zwojach.

 — Nawet nie wiesz, w co się pakujesz, Morganie. Kto ci polecił akurat tę ulicę? Jest całkiem nowa, zaledwie dziesięcioletnia, ale to wystarczyło, żeby ludzie gadali. Historie niestworzone, pełno ich.

 — Co masz na myśli? Sam ją znalazłem. W gazecie było ogłoszenie. Szukałem dobrego miejsca od roku, może nawet półtora, a teraz mam kilka tygodni przed przeprowadzką zrezygnować?

 Spojrzała na niego nieufnym wzrokiem. Takiej jej nie znał. Zimna i zdystansowana, jakby rozmawiała z zupełnie innym człowiekiem. Może to ta klimatyzacja. Arktyczny chłód zaburzył… cokolwiek?

 — Są takie miejsca, gdzie nawet w słoneczne dni licho nie śpi. Brown prowadzi ten sklep od dwóch dekad, ja tu tyram od siedmiu lat. Zdążyłam się nasłuchać o jebanych demonach wiszących nad poszczególnymi domami, tajemniczych zgonach dzieci i psów. O zabawach w podwieszanie oskórowanych kotów u starych Bronsonów. Takie, rozrywki dla wnuków — Nabrała powietrza, dopiero gdy skończyła. Wyraźnie jej ulżyło, kiedy wyrzuciła z siebie wszystko, co miała zamiar mu przekazać, a może nawet ciut więcej.

 — Nie istnieje nic dziwnego w tej ulicy. Poznałem już mojego sąsiada, Philipa. Jest sześć lat młodszy, a już ma żonę w ciąży, albo z dziwną nadwagą brzucha. To jest… raj, jakiego potrzebuję, żeby poukładać segregatory w głowie, obserwując malowniczy zachód słońca na tle bliźniaczych, białych domków i zielonych trawników.

 Uśmiechnęła się. Zupełnie nieszczerze. Była w tej klawiaturze śnieżnobiałych zębów jakaś dziwna aura niepokoju. Oczy patrzyły z przerażeniem jak na człowieka, który podpisał na siebie wyrok.

 — Bierzesz coś, Morgan?

 — Seven up i paczkę mentosów.

 

 CZWARTEK, 2024 ROK

 

 Termometr w aucie wskazywał dwadzieścia sześć kresek powyżej zera. Mimo to na Morgana wstąpiły zimne poty. Nie miał świadomość, co dokładnie zrobił. Wiedział, tylko że przed autem leży martwe dziecko, które wcześniej widowisko uderzyło o przednią szybę auta. Ale jak? Dlaczego? A czemu nie? Wszystko toczyło się zbyt normalnie, a rutyna to zło. Koniec z rutyną!

 Wyszedł z auta, próbując opanować drgawki. Zabrał czapkę z maski. Po co dzieciakowi była czapka? Słońce grzało wystarczająco mocno, żeby gotować się w krótkim podkoszulku i szortach. I tak była mu zbędna, chyba że miał rodzeństwo w podobnym wieku. Morgan nachylił się nad ciałem. Nigdy nie sprawdzał pulsu. Nigdy nie brał udziału w wypadku, ale miał jakieś siedemdziesiąt procent pewności, że dzieciak był martwy. Nie oddychał. Wokoło było pusto. Zero gapiów, zero nadjeżdżających aut. Patrole policji w ilości zero, przynajmniej w obrębie wzorku. Wsiadł do wozu. Tak. Tak trzeba, jedyny sposób, skuteczny. Wrzucił bieg i ruszył. Po kilku sekundach spojrzał w tylne lusterko – pusto, tylko ciało i krew.

 Nigdy więcej durnych przejażdżek gdziekolwiek. Ale przecież miał cel. Nie jechał byle gdzie. Cmentarz miejski, grób Beckie. Cholerne myśli uderzające jak wzburzone fale o piaszczysty brzeg. Nie mógł się ich pozbyć, jedynie podporządkować. Na miejscu był po kilku minutach. Przy parkanie siedziała mała grupka bezdomnych grających w karty. Kiedy spostrzegli Morgana, w ich oczach rozbłysnął ognik nachalności. Trzech z czterech rzuciło się pod nogi błagając o kilka drobnych. Subtelna ekspozycja w postaci plam na kroczach i tłustych, zawszawionych włosów przekonała Morgana. Zawsze nosił w kieszeniach drobne do parkometrów albo na nieoczekiwaną wizytę w spożywczym, kiedy naoglądał się zbyt dużo reklam seven up pomiędzy odcinkami Betty and Cakes.

 Grób Beckie znajdował się blisko głównego wejścia na cmentarz, niedaleko starej, wysokie lipy. Drzewo było odnośnikiem i ułatwiało znacznie znalezienie miejsca, gdzie była pochowana. Ostatnią wizytę Morgan zaliczył dwa miesiące temu. Wtedy pogoda nie rozpieszczała. Padał rzęsisty deszcz, co w połączeniu z porywistym wiatrem, dawało mieszkankę zachęcającą do zmienienia planów na maraton powtórkowych odcinków Brayans and Food i trzeciego sezonu Betty and Cakes. Duszne, lepkie powietrze też nie sprzyjało wizycie, ale Morgan nie miał zbyt dużego wyboru. Dopiero gdy postawił na specjalnym kamiennym podeście żółty znicz, myśli napierające coraz mocniej, odpłynęły. Jak sprawić by choć raz od tych kilkunastu miesięcy uronił łzę, myśląc o niej w samych superlatywach? Można było je policzyć na palcach jednej ręki. Z każdym kolejnym rokiem było tylko gorzej, przewidywalne do bólu. Most, którym mieli razem iść, był stracony już na etapie planowania. Później, kolejne elementy odrywały się, spadając w otchłań. Posępny wyraz twarzy, jaki przybrał, starając się utrzymać w pełni zadumy, zniknął dopiero, gdy przekroczył ponownie próg cmentarnej bramy. W kieszeni miał dwa mentosy, stare i wiórowe, ale na zagryzkę, aby zająć czymś myśli w sam raz. Ciekawe co z dzieciakiem? Nie słyszał kogutów, więc pewnie bachor dalej smażył się na asfalcie w letni słońcu. Jakaś stara wyjadaczka zasiłków dla bezrobotnych mogła już wzywać pogotowie. Ulica, na której leżał była zamieszkana w dużej części przez pasożyty społeczne, które dorobiły się między innymi na Morganie, choć dorobić się nie było określeniem szczególnie dobrze wiążącym. Nagrzany jak piekarnik samochód ruszył powoli w kierunku centrum. Tylko głupota, która zagnieździła się w domu samotnego wdowca mogła przysłonić Morganowi fakt, że paradował w aucie ze zbitą przednią szybą i krwawymi smugami. Czy ktoś to zauważył? Babka z telefonem przy uchu na pewno tak. Patrzyła w stronę Morgana i na prawie dziewięćdziesiąt procent podawała swojemu rozmówcy numer rejestracji. Jej oczy płynęły w górę i w dół na przemian. Na stos z brunetkami w czarnych leginsach i z nowymi iPhonami.

 ******

 Starego forda Morgana może łapały coraz częściej napady duszności, a paliwo było dla niego jak zwykła woda mineralna, mimo wszystko auto nadal śmigało dość żwawo jak na swój wiek. Można było odnieść wrażenie, że rdza zżerająca powoli nadkola, słupki w klapie bagażnika, to tylko kamuflaż bestii drzemiącej pod maską. Po piętnastu minutach nerwowej jazdy Farstone było już tylko niewyraźną makietką w tylnym lusterku. Morgan zatrzymał wóz obok przystanku autobusowego. Wysiadł i z nerwowym kopnięciem posłał kamień rozmiarów pięć na kilka metrów przed siebie. Zadaszony przystanek posiadał zdatną do siedzenia ławkę, na której Morgan zamierzał chwilę lub dwie przesiedzieć. Nie miał raczej pomysłu, że za blaszaną ścianą przystanku usłyszy czyjś głos. Na początku zignorował go, choć wiedział doskonale, że we łbie ma poukładane jak nigdy wcześniej.

 — Nie mów mi, że zapomniałeś — usłyszał.

 — Nie mieli. U Bansona mają tylko tabletki. Zresztą i tak miałaś mi tylko…

 — Skończ! Chyba że znalazłeś w kieszeni magiczny zapas.

 Morgan mimowolnie wstał i wychylił głowę za lekko zardzewiałą budę przystanku. W myślach miał obraz zapijaczonego lumpa i równie zrobionej prostytutki. Zamiast tego zobaczył półnagą kobietę i jakiegoś nastolatka w samych majtkach siedzących obok siebie. Para z gatunku tych słabo dobranych na pierwszy rzut oka. Chłopak, widząc Morgana, kazał tylko uspokoić się swojej dziewczynie, która kanonem wszelkich klisz zaczęła wrzeszczeć.

 — Jebany zbok! Chcesz się dołączyć?! A może od razu mnie zastrzel? W spodniach mam glocka.

 Nastolatek z uporem próbował zahamować narastającą złość kobiety, ale ta tylko go opluła, rzucając wianuszkiem bluzgów w Morgana. Glock. To jest myśl. Widzieli go. A policja w Farstone ma łby na karkach jak nigdy wcześniej. Opóźnienie ze średnio wysmażonym dzieciakiem na asfalcie to tylko jednorazowy incydent. W końcu już i tak był poszukiwany. Na stos z babami w czarnych leginsach.

 — Gdzie ten glock? — spytał żartobliwym tonem.

 — W lewej kieszeni spodni. Celuj w głowę, żebym zdychając nie musiała patrzeć na twoją gębę, gdy będziesz mi wkładać.

 Był dokładnie tam, gdzie powiedziała. Załadowany. Dlaczego nosiła ze sobą broń? Nie zauważył nigdzie policyjnej odznaki, ale w sumie, po co dociekać?

 

 CZWARTEK, 1995 ROK

 

 

 Norman Behond miał kilka powodów, żeby nienawidzić życia. Kiedy wrócił z roboty, kolacja nie była jeszcze nawet na patelni, a kawa nadal w kranie i półce nad kuchenką. Morgan siedział w pokoju, przeglądając stare czasopisma popularnonaukowe. Wybierał te najgorsze na dobrą rozpałkę. Reszta mogła jeszcze coś wnieść w jego jak na razie poukładane i nudne życie. Operację ‘’Piękny Zmierzch’’ przerwał ryk napęczniałej od nienawiści bestii. Zmusił się żeby iść do kuchni.

 — Gdzie moja kolacja i kawa?!

 — Nie miałem ochoty i czasu.

 Norman spojrzał na syna zmęczonym, ale pełnym żalu wzrokiem.

 — Kiedy w końcu zrozumiesz, że życie to nie tylko ty? Są inni, czasami równie ważni.

 — Racja. Są jeszcze fani AC/DC i bezdomni rzucający błotem w nasze szyby czwartego lipca. To wszystko jest…ważne.

 Norman zrzucił płaszcz i odgrzał trzydniowego kotleta. Do tego szklanka kranówy i kolejna posiadówka na spotkaniu z samym sobą pod tytułem ‘’Po kiego chuja żyć? vol.78’’.

 *****

 Z domu wyszedł koło dwudziestej, a na złomowisku był pół godziny później. Na starych lampach sterczały prawie nieruchomo gawrony przypatrujące się pustymi ślepiami Morganowi, który czuł ich wzrok na karku i plecach. Był nieprzyjemny, oślizgły i zimny. Stos najgorszych magazynów z ostatnich czterech lat spoczął na starej drewnianej skrzyni. Z każdą kolejną sekundą zmieniał się w stertę porwanych kawałków papieru. Kiedy nie zostało już nic, jedynie stos zrywek, Morgan podpalił trzymany w dłoni kawałek i rzucił w górę papieru oraz kilku drewienek. Nad palącym się ogniskiem rozmieścił prowizoryczny rożen, na który miał zamiar nabić coś, co znalazł dwa dni wcześniej. Przypadek grał główną rolę, choć szczęście było dublerem. Trzymał to w przenośnej chłodziarce, którą ojciec dostał zamiast podwyżki. Kobieca dłoń. Mimo trupiobladego koloru Morgan nadal był nią zauroczony. Nabił ją na szpikulec i zaczął opiekał, czując jak w ustach zalega coraz więcej śliny. W kieszeni bluzy miał majeranek, pieprz i czerwoną słodką paprykę. Nie kojarzył, by kiedykolwiek zadowolił się potrawą z majerankiem. Chyba tylko w poronionych, kulinarnych koszmarach. Ptactwo przyglądające się z daleka rozproszyło się po złomowisku, kracząc głośno. Zmierzch był piękny.

 

 

 Linka cz.3 : https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=2164

13817 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~marok
Kategoria: obyczajowe

Liczba wejść: 36

Opis:

Dodano: 2020-02-19 00:40:27
Komentarze.
~entropia 11 m.
"Urlop płonie mi w najlepsze." - w opowiadaniu czuć ten upał, duszące perfumy
"Uśmiechnęła się. Zupełnie nieszczerze. Była w tej klawiaturze śnieżnobiałych zębów jakaś dziwna aura niepokoju. Oczy patrzyły z przerażeniem jak na człowieka, który podpisał na siebie wyrok." - krótko obrazowo i fajnie.
Odpowiedz
~entropia 11 m.
"Zamiast tego zobaczył półnagą kobietę i jakiegoś nastolatka w samych majtkach siedzących obok siebie.Para z gatunku tych słabo dobranych na pierwszy rzut oka." -
Pojawia się tajemniczość, demony, hmm przeklęta ulica, zabobony, robi się ciekawie
Odpowiedz
~entropia 11 m.
Operację ‘’Piękny Zmierzch’’ przerwał ryk napęczniałej od nienawiści bestii.
— Gdzie moja kolacja i kawa?!
— Nie miałem ochoty i czasu.



Już trochę odlatuje, nie wiem czy dobrze zrozumiałam końcówkę...
Odpowiedz
~marok 11 m.
entropia może trochę skomplikowałem, ale już w nastepnej części, będzie normalniej. Jestem pewien. Dzięki bardzo
Odpowiedz
~marok 11 m.
entropia może trochę skomplikowałem, ale już w nastepnej części, będzie normalniej. Jestem pewien. Dzięki bardzo
Odpowiedz
*Ritha 11 m.
"Po porannej toalecie i dziesięciominutowym milczeniu przed lustrem zszedł do kuchni" xd
"Wszystkie karły, których zakres inteligencji ograniczał się do zapamiętania fabuł pięciu kreskówek"
"Zainicjował standardową procedurę: niezręczny uśmiech" - to fajne

"Letnie słońce mogło popsuć co niego w jej zwojach" - chyba chodziło o "co nieco"

"a już ma żonę w ciąży, albo z dziwną nadwagą brzucha"
"Uśmiechnęła się. Zupełnie nieszczerze. Była w tej klawiaturze śnieżnobiałych zębów jakaś dziwna aura niepokoju" - i to fajne

Marok, mam pytanie. Ile lat ma Morgan w 2004 roku? oraz ile ma w 2023? (z poprzedniej części)
Pytam bez podpuchy, po prostu chce to ustalić.

"Wyszedł z auta, próbując opanować drgawki. Zabrał czapkę z maski. Po co dzieciakowi była czapka? Słońce grzało wystarczająco mocno, żeby gotować się w krótkim podkoszulku i szortach. I tak była mu zbędna, chyba że miał rodzeństwo w podobnym wieku. Morgan nachylił się nad ciałem. Nigdy nie sprawdzał pulsu. Nigdy nie brał udziału w wypadku, ale miał jakieś siedemdziesiąt procent pewności, że dzieciak był martwy. Nie oddychał. Wokoło było pusto. Zero gapiów, zero nadjeżdżających aut. Patrole policji w ilości zero, przynajmniej w obrębie wzorku. Wsiadł do wozu. Tak. Tak trzeba, jedyny sposób, skuteczny. Wrzucił bieg i ruszył. Po kilku sekundach spojrzał w tylne lusterko – pusto, tylko ciało i krew" - absolutnie prześwietny akapit

"Kiedy spostrzegli Morgana, w ich oczach rozbłysnął ognik nachalności" - i to fajne

"Jak sprawić by choć raz od tych kilkunastu miesięcy uronił łzę, myśląc o niej w samych superlatywach? Można było je policzyć na palcach jednej ręki. Z każdym kolejnym rokiem było tylko gorzej, przewidywalne do bólu. Most, którym mieli razem iść, był stracony już na etapie planowania" - i to też fajne

" Morgan mimowolnie wstał i wychylił głowę za lekko zardzewiałą budę przystanku" - kurde, zacząłeś tworzyć tak obrazowe i wyraziste obrazy, że... że co? że szok!

"Norman Behond miał kilka powodów, żeby nienawidzić życia" - to, tak się zaczyna akapity, złoto

"patelni, a kawa nadal kranie i półce nad kuchenką" - w* kranie
" Nabił ją na szpikulec i zaczął opiekał ,czując jak w ustach zalega coraz więcej śliny" - spacja przed przecinek się wdarła

"Zmierzch był piękny" - dobre zakończenie części

Ok, prąd mam słaby jeszcze (5h snu i jedna kawa to za mało), ale nooo, jest bardzo dobrze według mnie. Ciekawi mnie, co powiedziałby Can na to opo (bo nie umiem obiektywnie stwierdzić czy faktycznie bene, czy może po prostu mi siadło), ale w głowie mam Ambrożego (dzięki za przypomnienie, nie wiem czy bym to odkopała w pamięci) i w porównaniu z Ambrożym jest niebo a ziemia. Tworzysz bohaterów, tworzysz sceny, nadziewasz fajnymi zwrotami i technicznie bez porównania z tym co było kiedyś. Fajne przeskoki w czasie, rzuty z różnych czasowych kamer, kurde, pięknie, czekam na kolejne z zaciekawieniem!
Odpowiedz
~marok 11 m.
Ritha w 2024 ma 51 lat, w 2004 ma 31 i tak i tak dalej. Zaakcentuje to jeszcze, ale nieco później, żeby nie zmieniać sobie zamysłu teraz. Fajnoo że siadło znowu. Dobra dawka motywacji i można pisać dalej z przyjemnością, czyli tak jak lubię
Co do obiektywności to ja ni mom pojęcia. Ale co tam, tobie siadło, więc jest git
Odpowiedz
*Ritha 11 m.
marok zacytują z poprzedniej części:
"CZWARTEK, 2023 ROK
Zimny trawnik koił każdy ból. Poranny chłód potrafił uleczyć z żalu albo zwątpienia. Co może począć facet pod czterdziestkę" - to pięćdziesięcioletni czy pod czterdziestkę? pilnuj logiki, mesje
Odpowiedz
~marok 11 m.
Ritha o kurde, błąd okropny. Tak to jest jak się myśli i nie myśli jednocześnie.
Odpowiedz
~marok 11 m.
Ale ciiiii, tego nie było. Nic tu nie było
Odpowiedz
*Ritha 11 m.
marok normalka przy dłuższych tworach, biorąc pod uwagę, że przeskakujesz w czasie, ktoś (np. ja) może się do takich niuansów dopierdolić, ustal raz datę jego urodzenia i się jej trzymaj wspominając wiek w różnych okresach potem, a nikt Cię nie zagnie nie dziękuj! xd
Odpowiedz
~marok 11 m.
Ritha to jest wręcz genialny pomysł. Hmmm, nie wpadłem na niego, bo dzisiaj środa. Dziękuję ci
Odpowiedz
*Ritha 11 m.
marok hahaha geniusz we mnie drzemie i czasem się budzi, ofkors
Odpowiedz
*Canulas 11 m.

"Wszystkie karły, których zakres inteligencji ograniczał się do zapamiętania fabuł pięciu kreskówek." — złoto
z płonącym urlopem również zacne.

" — Młodość, Morgan. Ty coś o tym powinieneś widzieć. " - wiedzieć.

Noo, czytam, czytam. Druga część przejrzysta bardziej zapisowo. Sensowniejsza. Gadka w sklepie bardzo klimatyczna.

"Nie miał świadomość, co dokładnie zrobił. " - świadomości.

Ok, miejscami lepsze od jedynki. Kilka ciekawych wstawek, ale środek (środki) obu części przekombinowane.
Zgubił Cię pollot. Wręcz "Nadpolot". Czuć, że gdy pisałeś, byłeś w bardzo dobrej komitwie z weną. A widać to wtedy, kiedy pojawia się dużo małych, pobocznych wtrąceń. Więc ja za przyczynę niedoskonałości tego tekstu, uznałbym nieopanowanie w selekcji i segregacji pomysłów.
Ogółem bardzo obrazowe. Ma kilka momentów ładych obrazowo oraz zapisowo. Jako całość jednak pzregmatwane. Możliwe, że poprzez poszatkowanie.
Trochę mi się pod tym kątem kojarzy z serialowym Wiedźminem. Większość scen, patrząc odrębnie, zajebiste, ale całość chronologicznie pogmatwana.

Odpowiedz
~marok 11 m.
Canulas no nie zawsze podejdzie, choć nie miałem wrażenia pisząc, że pogmatwam za bardzo. Nie miałem takie celu, no nie wiem. Wiem na pewno, że coś musi w tym być, więc wezmę to pod mocną rozwagę, i przemyślę dobrze. Pogmatwana chronologiczność - no tak miało poniekąd być. Zanczy nie, że pogmatwane tak żeby się nie odnaleźć. Hmmm, nie wiem jak to ująć, tak miało być ale nie żeby wyszło źle, a chyba tak wyszło. No nic. Dzięki za opinię.
Odpowiedz

"Po porannej toalecie i dziesięciominutowym milczeniu przed lustrem zszedł do kuchni"

"Wszystkie karły, których zakres inteligencji ograniczał się do zapamiętania fabuł pięciu kreskówek" haha mega

"Jak sprawić by choć raz od tych kilkunastu miesięcy uronił łzę, myśląc o niej w samych superlatywach? Można było je policzyć na palcach jednej ręki. Z każdym kolejnym rokiem było tylko gorzej, przewidywalne do bólu. Most, którym mieli razem iść, był stracony już na etapie planowania" - ten fragment bardzo mi się spodobał.

Było w sumie więcej fajnych fragmentów, ale wybrałam te. Czytając ten tekst, czułam ten upał i lato, a przed oczami miałam niektóre scenki. Bardzo fajna historia - z humorem, ale zawiera też smutne elementy.
Pozdrawiam
Odpowiedz
~marok 11 m.
aniamarzycielka dzięki bardzo. Piszę niestrudzenie, żeby nie było przerw bardzo długich
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
Hejo, a tutej nie ma linku do części trzeciej
Odpowiedz
*Ritha 10 m.
A tu masz kategiorię inne, a w kolejnych obyczajowe. Ujednoliciłabym na obyczajowe.
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin